Tag: blog

  • Książki, po które nie należy sięgać

    Książki, po które nie należy sięgać

    Poniżej lista skromna i subiektywna – dla tych, którzy omijając półki ze wszystkimi wyżej wymienionymi książkami, będą jednak z uporem próbowali szukać literatury.

    Lato to sezon dobry na czytanie – spokojnie można przejrzeć to, co wyszło na jesienne lub wiosenne targi książki, sięgnąć po klasykę (niedawno były urodziny Wiktora Hugo, może więc Nędznicy – 4 tomy świetnej przygodówki!). Trzeba tylko uzbroić się w cierpliwość i udawać, że nie widzi się dziesiątek książek tzw. wakacyjnych. Lekkich i przyjemnych, pełnych ciepła i humoru, wciągających lektur na lato: pod tymi frazesami kryje się z reguły literatura pisana szybko, bezmyślnie, tłumaczona na kolanie. Jeśli zobaczą więc Państwo którąś z tych rekomendacji – książkę należy odłożyć. Jeśli zobaczą Państwo na okładce pole lawendy, plażę ze słońcem, kobiecą misterną fryzurę (tył kobiecej głowy na okładce to klasyk i wskazówka nędzy w środku – wyjątek stanowi Alice Munro), tudzież kobiecą twarz z rozwianym włosem i nieprzytomnym spojrzeniem – należy przejść do innego regału w księgarni.

    Tu konkrety:

    1. Jaume Cabré, Agonia dźwięków, Marginesy 2017 – bo zawsze uważałam Cabré za pisarza dobrego, takiego rzemieślnika ze średniej półki, choć w Polsce przyznaje mu się status nowego geniusza. A ponieważ pompowanych geniuszy mamy aż nadto, tego sobie odpuszczam.
    2. Monika Piątkowska, Biograficzne śledztwo, Znak 2017. Pisałam już o tej książce, ale jej świetna sprzedaż uświadamia mi, jak mało wiemy o gatunkowych normach biografii. Tymczasem te fikcje, która wymyśla Piątkowska, żeby zamalować białe plamy w biografii Prusa, są po pierwsze rzewne, po drugie – kompletnie nieprawdziwe. Na jej szczęście za to nieweryfikowalne.
    3. Ece Temelkuran, Turcja: obłęd i melancholia, Książkowe Klimaty 2017 – kupiłam tę książkę przed Big Bookiem, bo Temelkuran była gościem festiwalu. Przeczytałam z rosnącą frustracją. To ważny tekst, wyjątkowo ważny problem, czemu jednak taki słaby esej? Dlaczego autorka zniża się do poziomu mediów, streszcza, prezentuje, opowiada jak o baśniowej krainie? Będę jeszcze o tym pisać, to ważne dla mnie pytanie, bo mam wrażenie, że jako czytelnicy pozwoliliśmy pisarzom spocząć na laurach, że oczekujemy tekstów o istotnych problemach, a nie istotnych tekstów. Przestała nas obchodzić dobra literatura.
    4. Mariusz Urbanek, Makuszyński. O jednym takim, któremu ukradziono słońce, Czarne 2017. Bo zarzucać swemu bohaterowi, że pisał efektownie, samemu robiąc to samo, to jakaś wyższa forma hipokryzji. Urbanek zaostrza konflikty, wyjaskrawia sytuacje. Za dużo fajerwerków, żeby dało się w tę historię uwierzyć.
    5. Krzysztof Varga, Egzorcyzmy księdza Wojciecha, Wielka Litera 2017. W nocie wydawniczej przeczytać można: Dziesięć opowieści, których bohaterowie wystawieni są na ciężkie próby. Tymczasem dla mnie lektura Vargi – od czasu Masakry – to właśnie jest ciężka próba.

     

    A teraz kategorie zbiorowe:

    Żadnych Dziewczyn… – ani z Solidarności, ani z konspiry, ani od Andersa, ani z Syberii – bo to lektury żałosne, snobistyczne, bezmyślne. Pseudofeministyczne.

    Nie przeczytam niczego o zdrowym żywieniu, nic z serii ekologicznych, nic o skandynawskim szczęściu – bo nie temu służy literatura. Nie sięgnę po żaden polski reportaż zaangażowany w bieżącą sytuację społeczno-polityczną, bo teksty z reguły są słabe, pisane w gorączkowym pośpiechu, żeby zdążyć zanim wygaśnie dany trend. Często nie różnią się poziomem analizy od prasowych artykułów, a gazetę na urlopie kupić mogę w każdym kiosku.

    Następny wpis – o książkach, które polecam do lektury. Nie tylko letniej.

  • Odpadki i kasza. Jak reportaż pokazuje to, czego nie wiemy dzisiaj o PRL-u

    Odpadki i kasza. Jak reportaż pokazuje to, czego nie wiemy dzisiaj o PRL-u

    Uwagi na marginesie Każdy został człowiekiem Piotra Nesterowicza.

    Kobiety, chłopi, młodzież – to są odmieńcy PRL-u, wbrew temu, jak oficjalna kultura epoki przedstawiała te grupy. Manipulowane i skazane na milczenie. Wskaźniki, opisane przez Hansa Mayera w Odmieńcach, można przełożyć na okres komunizmu w Polsce i dostrzeżemy wtedy, że właśnie takie (choć to nie wszystkie) figury obcych pojawiają się w polu kulturowym. Władze PRL najpierw upatrywały przeciwnika w siłach zbrojnych poddanych Londynowi, które nie złożyły broni i nie ujawniły się latem i jesienią 1945 roku. Równocześnie za wrogów uznawano kułaków i internacjonalistów, później inteligencję, kler i Żydów, a w końcu zaś wszystkich, którzy zgłosili akces do Solidarności. Nigdy jednak nie uważano kobiet, chłopów czy młodzieży za grupy wrogie systemowi politycznemu. Jak pokazują jednak drukowane stopniowo materiały źródłowe, kolejne prace historyków, a przede wszystkim adresowane do szerokiej publiczności najnowsze reportaże historyczne, każda z tych grup cieszyła się wyłącznie pozornymi względami, była wykorzystywana w różnych rozgrywkach politycznych albo po prostu na różnych etapach przekształceń systemu. Propaganda głosiła, że to na nich opiera się nowa władza. Kobiety pojawiały się jako bohaterki dnia codziennego, robotnice, zetempówki, pracownice biurowe, którym w podzięce za trud pracy wręczano 8 marca rajstopy lub goździki. Chłopi stanowili podstawę „scenariusza ideologicznego”, to w nich i w robotnikach komuniści upatrywali szansy na budowę nowego społeczeństwa z nową i sprawiedliwą drabiną społeczną. W nowym systemie chłop i robotnik wygrywał z inteligentem, który tracił punkty za pochodzenie.

    Faworyzowanie kończyło się jednak na poziomie propagandy i deklaracji politycznych, nie przekładało się na warunki życiowe. Choć statystyki mówią, że w 1950 roku kobiety stanowiły jedynie 30% aktywnych zawodowo osób, a w 1989 już 46,7%, a historycy pisali o „dyskretnym feminizmie” władzy, komunizm w modelu polskim nie był systemem specjalnie kobietom przychylnym – choć głoszono hasła aktywizacji zawodowej kobiet, to jednocześnie najmniejszym zmianom nie ulegał podział ról społecznych, ilość domowych obowiązków i system polityczny opierał się na silnym modelu władzy patriarchalnej. Podobnie działo się w przypadku młodych – choć deklarowano, że młodzież stanowi przyszłość i nadzieję systemu, to jednocześnie brutalnie wykorzystywano organizacje młodzieżowe w walce z tradycją, najpierw obiecywano młodym awans społeczny, by błyskawicznie zamknąć do niego drogę. A przede wszystkim dążono do kontroli każdej sfery życia młodzieży, uznając, że „ludzie wolni” to zagrożenie dla scenariusza ideologicznego. Całkowita opozycja deklaracji i realizowanych działań powtórzyła się w przypadku trzeciego Obcego, czyli chłopa: choć propagandowe hasła zapewniały o bliskości ideologicznej nowej władzy i chłopstwa, to jednocześnie przecież na wieś próbowano przerzucić ciężar utrzymania kraju zrujnowanego wojną, wprowadzono obowiązkowe kontyngenty, za dostawy płacono zaś grosze.

     

    Tych wszystkich Obcych łączyły nie tylko zafałszowane relacje z władzą, ale także niezdolność do zabrania głosu we własnej sprawie i brak miejsca, by wypowiedzieć prawdę o swoim losie. O ile inteligencja, kler, artyści mogli na różne sposoby opowiadać o własnej kondycji, o tyle żadna ze wskazanych tutaj grup nie miała możliwości, by zabrać głos. Nowych Obcych łączy zatem: podrzędna pozycja, zafałszowana relacja z władzą, milczenie oraz niezdolność do opowiedzenia o własnej sytuacji.

    O tych Obcych właśnie opowiada najnowszy polski reportaż historyczny (Aleksandra Boćkowska, Beata Chomątowska, Marta Dzido, Anna K. Kłys, Cezary Łazarewicz, Piotr Nesterowicz, Lidia Pańków, Filip Springer, Anna Sulińska) – bada ich kondycję, warunki życia, relację z władzą, a także z innymi grupami społecznymi. Ma wartość dokumentalną, bo pozwala przedstawić zdarzenia nieznane szerszej publiczności, zapełnić białe plamy lub narysować inną linię na obrazie namalowanym przez propagandę komunistyczną. Reportaż historyczny występuje często obok prac historyków, uzupełnia je i popularyzuje ich tezy. Skierowany do wąskiego grona odbiorców historyczny esej naukowy odkrywa pewne zjawiska z przeszłości i je dokumentuje, nie daje rady jednak – ze względu na swoją formę – dotrzeć do szerokiego grona odbiorców. W to pole wchodzi reportaż historyczny, który także opiera się na dokumentacji, nie muszą być to jednak źródła pisane, ani też duży zbiór danych. Reportaż zaspokaja dodatkowo ważną potrzebę czytelnika: mówi o emocjach, o doświadczeniach jednostkowych, o prawdzie indywidualnej, a więc wchodzi w dziedziny, do których rozprawa naukowa w żaden sposób nie aspiruje. Jednocześnie często bywa i tak, że to właśnie opowieść o jednostkowym doświadczeniu, los jednego człowieka, choćby nie był reprezentatywny, silniej przemawia do nas niż opowieść o losie wspólnym. Reportaż historyczny, nieobracający się naprawdę wokół liczb i statystyk, ma także wartość subwersywną – opowiada bowiem o zdarzeniach sprzecznych z obrazami propagandowymi, ale także z mitami historycznymi zakorzenionymi w naszej pamięci zbiorowej.

     

    Piotr Nesterowicz w swoim reportażu zatytułowanym Każdy został człowiekiem (wydanym w 2016 roku), poświęconym młodym ludziom wchodzącym w życie na początku lat 50., sięga właśnie po taką opowieść, o której już właściwie po części zapomnieliśmy, a po części uważamy ją za mało ważny odprysk historii, jej ślepy tor. Opowieść o awansie społecznym, jaki stał się udziałem polskiego społeczeństwa po II wojnie, PRL ogrywał przez lata do tego stopnia, że straciła ona swą moc, przestała być zrozumiała. U niektórych zaś budzi pogardę, bo jej bohaterowie nie mieli historycznej racji. Nesterowicz wykonuje gest podwójnie przewrotny: sięga po temat wyprany już do cna i odrzucony, ale też opowiada go na nowo, w ramach innej narracji, pokazuje rzeczywiste koszty awansu i jego przebieg – daleki od propagandowej listy sukcesów, ale też od pogardy współczesnych.

     

    Bohaterami Nesterowicza są młodzi ludzie z wiejskich miejscowości, którzy swoje prace przesłali na konkurs pamiętników młodego pokolenia, organizowany na przełomie 1961 i 1962 roku. Z ich wspomnień, pisanych z autocenzuralnym kagańcem, wybrano kilkaset i opublikowano w dziewięciotomowym zbiorze Młode pokolenie wsi Polski Ludowej. Specjalna komisja, powołana do wyboru prac, z 5475 zgłoszeń wybrała pamiętniki skupione na doświadczeniach młodych zwolenników systemu, konkurs miał bowiem charakter prestiżowy i musiał spełniać ważne funkcje propagandowe. Jednocześnie sito komisji przepuszczało wiele zdarzeń dotyczących warunków życia na prowincji: analfabetyzmu, alkoholizmu, biedy, masowych kradzieży własności spółdzielni czy PGR-ów. Z tych pamiętników, skonfrontowanych później z dalszymi losami poszczególnych bohaterów, Nesterowicz zmontował swój reportaż. Dobrane przez niego portrety miały być reprezentatywne dla epoki, tzn. zawierać wydarzenia ważne w społecznej historii Polski komunistycznej, ale też przedstawiać różne postawy – od oddania systemowi aż po obojętność, umiarkowany sprzeciw i poczucie krzywdy.

     

    Nesterowicza interesuje taka fabuła historyczna, która będzie jak najbliższa losom jego bohaterów, nie będzie zaś dążyła do umieszczenia ich biografii w jakiejś wielkiej narracji porządkującej: dla wielu historyków, którzy swe prace pisali po 1989 roku, celem było opowiedzenie o budzeniu się sprzeciwu wobec władzy komunistycznej albo o konflikcie między władzą a społeczeństwem. Nesterowicz dokonuje zatem ciągłej konfrontacji zapisków pamiętnikarskich młodych z opowieścią historyków, ale wybiera takie biografie, w których najjaskrawiej odbija się zwykłość, przyziemność życia: Regina opuszcza wiejską, ubogą chatę swoich rodziców i dzięki ciężkiej pracy zdobywa wykształcenie i zostaje nauczycielką w wiejskiej szkole na Ziemiach Odzyskanych. Marian, wywodzący się z grupy najuboższych wiejskich gospodarzy, kierowany w równym stopniu zapałem ideologicznym i kompleksami wobec zamożniejszych, wstępuje do ZMP, żeby wspomóc system w odwróceniu piramidy społecznej. Jan – sierota, wychowany zostaje właściwie przez system, a później spłaca swój dług wobec społeczeństwa jako agronom, przeskakując z jednego PGR-u do drugiego. Adela podejmuje pracę w domaradzkim GS-ie na Podkarpaciu, ucieka z domu ojca-pijaka do zakładu, w którym piją wszyscy na dyrektorze skończywszy. Każde z nich z trudem zdobywa wykształcenie. Ten trud wynikał z pochodzenia – wszyscy bohaterowie wyszli z biedy, ze środowiska, w którym nauka i wykształcenie nie było żadną wartością, a rodzice – jeśli w ogóle żyli – wyżej cenili pracę na roli niż edukację, z powodu swojego analfabetyzmu nie byli też partnerami do dyskusji, nie mogli zatem przedstawić innej perspektywy zideologizowanej wiedzy o świecie, którą przekazywano temu pokoleniu w szkole. W takim przekonaniu Nesterowicza widać pierwszy gest subwersywny: nie uważa on bowiem, że młodzież poddająca się i poddawana ideologicznej obróbce powinna być traktowana dzisiaj jako odpad historii.

     

    Pamięć zbiorowa przechowuje obraz młodych jako zaangażowanych fanatyków, zetempowców ślepo wierzących systemowi albo też oportunistów wykorzystujących struktury organizacyjne jako szansę na wybicie się kosztem innych – jak tego dowodzą choćby rozmowy zgromadzone w Hańbie domowej Jacka Trznadla. Trzeba jednak pamiętać, że młodzież uznawana była przez ideologów komunistycznych za tę grupę, którą należało poddać szczególnej indoktrynacji. Stalin nazywał młodych „sukcesorami rewolucji” i „sprzyjającym gruntem”, ponieważ ze względu na wiek wolni byli od „obciążenia tradycją i nawykami starszych”. Przypisywał im też ważną rolę – „podporę i przyszłości systemu”. Taka charakterystyka sprawiła, że młodzież nie miała właściwie szans w starciu z machiną propagandową. Po pierwsze, cała wiedza szkolna oparta była już w latach 40. na nowej doktrynie i nikt nie prześlizgnął się przez proces kształcenia bez nasycenia ideologią. Po drugie, system nastawiony był na dążenie do maksymalnego podporządkowania młodych: szkoła kształciła także ideologiczne, zajmowała czas wolny. Organizowano młodzieży zajęcia popołudniami (system świetlic, apeli, prac społecznych), w soboty, w wakacje. W ten sposób zmuszano młodych do przebywania w grupie – a w czasie tych zajęć wpajano im przekonanie, że jednostka nie ma znaczenia, liczy się tylko wspólnota i praca dla niej. ZMP powołano dlatego, że generał Marian Spychalski uznał „chodzenie luzem” młodzieży za zagrożenie dla systemu, które spowodowałoby „przedłużenie stanu trudności politycznych demokracji”.

     

    Reportaż Nesterowicza nie służy temu, by piętnować młodych, którzy poddają się ideologii, ale pokazuje warunki ich życia, przybliżyć kondycję i horyzont poznawczy człowieka stającego u progu dorosłości w latach 50., a więc tego, który w kolejnej już epoce i w innym tekście zostanie określony pogardliwie jako „homo sovieticus”. Każdy został człowiekiem pokazuje zatem codzienne trudności, awans i to, czym został okupiony: samotność, niepewność, lęk odczuwany zarówno przed instytucjami (jak wszechwładne ZMP, dyrekcja szkoły, rozmaici kierownicy i dyrektorzy), konflikt społeczny utrudniający wejście młodym w nowe wspólnoty, do których trafiali jako świeżo upieczeni pracownicy. Konflikt ten, ważny dla historyków, u Nesterowicza przewija się w tle: doświadczają go jednak wszyscy bohaterowie. Joanna Kochanowicz wskazuje, że zderzenie „cywilów i synków Stalina” najostrzej objawiało się w fabrykach, gdzie wyjątkową niechęcią starzy robotnicy darzyli młodą kadrę: w społecznym przekonaniu bardzo żywy był stereotyp zetempowca postrzegającego świat według manichejskiego porządku: wszystko, co służyło Partii było dobre, wszystko to, co nie zostało przez nią zaakceptowane, oceniano jako złe. Tymczasem w fabrykach właśnie starzy robotnicy sekowali tych młodych, którzy próbowali podjąć hasło współzawodnictwa pracy, a niechęć umacniała się do tego stopnia, że część „synków Stalina” sprzedawała swoje mundury, by nie odróżniać się od ludności „cywilnej”. Nesterowicz notuje inny konflikt: Regina i jej przyjaciele, czyli nowa inteligencja z awansu, spotyka się w domu wiejskiego nauczyciela na imieninach, chłopi zaś otaczają budynek gotowi do linczu, ponieważ młode pokolenie, wychowane bez Boga, urządza tę zabawę w środku wielkiego postu.

     

    Komunizm w modelu stalinowskim przynosi mu jednak – paradoksalnie – dobro: szansę na wybicie się, wykształcenie, stałą pracę, dom. Marian działa aktywnie w ZMP, oczyszcza lokalną bibliotekę z wrogiej systemowi literatury, agituje chłopów, przemawia za kolektywizacją. Adela zakłada w Domaradzu koło sportowe dla dziewcząt, dzięki swojemu zaangażowaniu wyrywa się ze zdegenerowanego środowiska pracowników GS-u, wyjeżdża do Warszawy na V Festiwal Młodzieży, gdzie ociera się o wielki świat. To doświadczenie społecznego zaangażowania daje jej kręgosłup na dalsze życie, pozwala porzucić rolę ofiary zapijaczonego ojca, powstrzymuje także powolne osuwanie się w alkoholizm samej dziewczyny, która zaczyna pić, gdy pracuje w pozbawionym perspektyw GS-ie.

     

    Nestrowicz szuka opowieści o tym, co zwykłe, średnie, codzienne – podąża tropem biografii przeciętnych, oddających właśnie średnią polskiego losu, wybiera drogę poza władzą i opozycją, pomiędzy przystosowaniem i oporem – by sparafrazować tytuł jednej z najważniejszych rozpraw historiograficznych po 1989 roku. Ten kierunek, jaki wybiera Nesterowicz, wydaje się szczególnie atrakcyjny dzisiaj, gdy każdy pragnie być uczestnikiem wielkiej historii i biografie naszych przodków poddawane są ważeniu niczym na sądzie ostatecznym. Przypomina bowiem, że wielkie procesy historyczne objawiają się w zwykłych biografiach na sposób mało spektakularny, że każdy bierze udział w procesie historycznym i musi za ten udział zapłacić. Bohaterowie Nesterowicza rekrutują się ze wsi, wszyscy poddają się nowemu systemowi komunistycznemu – żadne z nich nie ma ani wieku, ani narzędzi intelektualnych, by się indoktrynacji sprzeciwić. Co więcej: dla każdego z nich system komunistyczny to nadzieja na zaprowadzenie ładu, szansa na wybicie się. Dla młodych kobiet – choć żadna z bohaterek nie sformułowała tej myśli wprost – to także jedyna szansa, by wyrwać się ze świata, w którym byłyby skazane na pijącego i bijącego męża oraz wielorództwo, śmierć dzieci w kolebce z chorób i głodu. Taką opowieść wprowadza do Każdy został człowiekiem Nesterowicz, gdy przytacza monolog Zuzanny, oddanej na służbę w wieku 6 lat, obserwującej śmierć młodszego rodzeństwa, przeżywającej głód i skrajne upokorzenie, gdy idzie do szkoły boso, albo gdy matka pierze jej jedyne ubranie i siedząc na piecu, trzeba czekać aż wyschnie.

     

    Mit awansu społecznego w Każdy został człowiekiem opracowywany jest ambiwalentnie, raz autor go potwierdza, raz obala. Nesterowicz przypomina o tym powojennym doświadczeniu większej części społeczeństwa, które w pamięci zbiorowej zostało całkowicie wyparte, a jego miejsce zajęła pamięć wojny domowej między AK a oddziałami wiernymi Ministerstwu Bezpieczeństwa Publicznego. W latach 40. i 50. powiązano proces unowocześniania z ideologią stalinowską, co budziło niechęć i opór, krytyka stalinizmu przykrywała zdobycze nowoczesności. Zbigniew Herbert pogardliwie mówił Jackowi Trznadlowi, że modernizować Polskę na sposób stalinowski to jak leczyć katar syfilisem. To zaś odrzucenie pamięci o słabszym doświadczeniu jest naturalne, tak pracuje pamięć. Pamięć zbiorowa nie ma charakteru linearnego, cechuje ją za to wybiórczość: w jej ramach zapisują się przede wszystkim te zdarzenia, którym przypisujemy najwyższą temperaturę emocjonalną, a więc wypadki szczególnej chwały albo też wyjątkowo drastyczne. Elektryfikacja, stopniowe znoszenie analfabetyzmu, awans społeczny, uprzemysłowienie, za pomocą których komuniści próbowali kraj zarówno modernizować, jak i podporządkowywać „scenariuszowi ideologicznemu”, nie miały dla Polaków takiego znaczenia, jak stalinowska walka z demokratyczną opozycją i ukrywającymi się po lasach niedobitkami AK.

     

    Tymczasem Nesterowicz przypomina o epoce, w której wiedza i wykształcenie traktowane były jako zbytek, naddatek niepotrzebny w codziennym życiu przepełnionym skrajną biedą. Jego bohaterami są dzieci: osierocone lub porzucone, często bite, głodne, bardzo wcześnie zmuszone do dorastania. Ich akces do nowego systemu ma wymiar całkowicie niewinny: przez pragnienie zdobycia wykształcenia. Tak długo, jak się kształcą, gdy traktuje się ich jak masę plastyczną i tabula rasa, na której można zapisać treści wynikające ze „scenariusza ideologicznego”, tak długo są właściwie bezpieczni, nie zderzają się z wielkim światem. Inna rzeczywistość, ta wystająca spoza scenografii komunistycznej, dotyka ich dopiero, gdy stopniowo dorastają. Przyjaciółka Reginy nie dostaje się na studia medyczne, ale zostaje felczerką, bo to daje jej prawo do rozpoczęcia medycyny od II roku. Przepisy zmieniają się jednak szybko po tym, kiedy mija zagrożenie wojną w Korei – państwu nie są już potrzebne rozbudowane kadry medyczne, więc kasują atrakcyjny dla młodych przepis. Marian wstępuje do Służby Polsce, imponuje mu bowiem obowiązkowy strój junaka. Członków POP postrzega jako połączenie świętych i rycerzy – pracują dla wspólnoty, a jednocześnie żywy jest wśród nich męski kult siły. Marian mówi „Czuję zew krwi”. Dopiero w szeregach POP-u poznaje, na czym polega prawdziwe upokorzenie – Służba Polsce to połączenie obozu pracy (wydobywanie piaskowca, praca ponad siły i małe porcje jedzenia) i męskiego sierocińca, w którym ciągle toczy się wywołana hormonami walka. Dowódcy rozładowują napięcie związane z dorastaniem, organizując walki bokserskie, co nasila tylko rywalizację. W końcu Marian zapisuje, a Nesterowicz za nim powtarza: „Jestem jednym z tysiąca”. Co ciekawe, nieludzkie warunki i bezsensowna praca nie przekładają się w przypadku tego bohatera na zwątpienie w system – choć możne brak wahania stanowi w zapisie wyłącznie rezultat autocenzury, skoro pamiętnik wysłał na konkurs 10 lat później. Podobnego rozczarowania doznaje Dorota, która zapisuje się do wakacyjnej brygady Służby Polsce. W obozie na przyjazd przyszłych studentek czekają fabryczne robotnice: „Wyciśniemy ostatnie poty z tych panienek”. Scena przejścia młodych dziewcząt przez bramę przypomina wejście do obozu pracy – w roli surowych kapo szukających ofiary Dorota obsadza plutonowe-robotnice. Konflikt społeczny nakłada się tu na konflikt ideologiczny – robotnice mszczą się na jedynych dostępnych im przedstawicielach systemu, czyli młodych dziewczętach przysłanych na obóz, widząc w nich „sukcesorów rewolucji”.

     

    W Poemacie dla dorosłych z 1955 roku Adam Ważyk obnażył w brutalny sposób kłamstwo propagandowych haseł, za pomocą których charakteryzowano młodzież i określano jej obowiązki. U niego młodzi są przede wszystkim zdemoralizowani, udają się na „tarło”. Dziewczęta najpierw oddają się komubądź w ruinach, a później topią noworodki w kadziach z wapnem. Junaków pracujących przy wielkich budowach socjalizmu określił Ważyk – surowo i jak się wydaje, niesprawiedliwie – jako kaszę: to, co system pożera, mieli i wypluwa:

     

    Wielka migracja przemysł budująca

    nieznana Polsce, ale znana dziejom,

    karmiona pustką wielkich słów, żyjąca

    dziko, z dnia na dzień i wbrew kaznodziejom –

    w węglowym czadzie, w powolnej męczarni

    Z niej się wytapia robotnicza klasa.

    Dużo odpadków. A na razie kasza.

     

    Ta „kasza” u Ważyka ma dwa znaczenia – sprzeczne, jak większość zjawisk polskiego komunizmu: młodzi są „kaszą”, bo dają się przerabiać i kształtować na modłę systemu, podporządkowują mu się całkowicie. W starciu z nim nie mają jednak szans, bo awans społeczny w tej epoce możliwy jest tylko przez struktury państwa i tworzonych przez niego instytucji. Jednocześnie zaś „kasza” zderzona z „odpadkami” pokazuje pogardę, jaką w rzeczywistości państwo żywiło wobec tego „kwiatu narodu”. To z niego przecież – po zastosowaniu licznych zabiegów wychowawczych – ma się narodzić uświadomiona klasa robotnicza. Od tego właśnie cytatu rozpoczyna się jeden z rozdziałów Każdy został człowiekiem właśnie dlatego, że wygrywa całą ambiwalencję funkcjonowania młodych w początkach Polski komunistycznej. Sądzę też, że o ile poemat Ważyka czytany jest dzisiaj bardziej jako dokument historyczny oraz świadectwo zmiany światopoglądowej końca stalinizmu (a nie tekst literacki), to jednocześnie zarysowana przez poetę dwuznaczność do dzisiaj tkwi w naszej pamięci zbiorowej. I to jest właśnie pole, na którym rozpoczyna się rzeczywista praca reportażu Piotra Nesterowicza.

     

    Sądzę, że Każdy został człowiekiem – nieudany i krytykowany przez recenzentów po publikacji – ma raczej ambicje edukacyjne niż literackie. Nesterowicz, wybierając reportaż, czyli najbardziej popularny obok kryminału gatunek, zwraca się do szerokiego grona odbiorców, próbując przedstawić przeszłość tym, którzy z racji wieku nie mają o niej pojęcia i jednocześnie przypomnieć temu pokoleniu, w którego świadomości jej obraz uległ zatarciu. Awans społeczny rozumiany jako przejście ze wsi do miasta, modernizacja społeczna, industrializacja w pamięci zbiorowej zostały wyparte przed dwa inne mity: repatriację z Kresów oraz represje wobec AK, choć ze skoku cywilizacyjnego skorzystało około 3 milionów ludzi, więcej zatem niż padło ofiarami represji stalinowskich, związanych z dwoma mitami martyrologicznymi.

     

    Z tej otchłani właśnie wyławia Nesterowicz losy swoich bohaterów i montuje z nich historię o 10 latach polskiego komunizmu: 1950–1960. Wybrane przez niego daty graniczne nie wiążą się z żadnymi wydarzeniami przełomowymi. W 1950 roku uchwalony zostaje plan sześcioletni, a rząd zawiera umowę z Episkopatem Polski. 1960 rok to zaś moment, gdy bardzo uroczyście świętuje się 550-lecie bitwy pod Grunwaldem. Między nimi zamyka się upadek stalinizmu, odchylenia władzy: najpierw odwilż październikowa, później wycofanie się z ustępstw politycznych i powrót do ścisłego przestrzegania narzuconego w dobie stalinizmu „scenariusza ideologicznego”. Nesterowicz wybiera sobie takich bohaterów, dla których odwilż polityczna i turbulencje Października nie mają większego znaczenia, nie zmienia się ich życie, ani ich postawa społeczna. Gdy wycieka Chruszczowowska krytyka „kultu jednostki” i coraz częściej negatywnie wyraża się na temat minionej epoki, także w PRL-u, żadne z nich ani nie dostaje nagłej iluminacji, ani nie ma wyrzutów sumienia. Marian odczuwa za to gorycz, a jej źródło okazuje się z dzisiejszej perspektywy zaskakujące: ma on żal do nowej władzy, która tak łatwo odrzuca poświęcenie społeczeństwa sprzed kilku lat i jego wierną służbę, by wprowadzić zmiany społeczne w Polsce – to, co wpojono mu w czasie zajęć ideologicznych w ZMP ciągle okazuje się żywe. Wobec nowej władzy odczuwa wstyd, nie czyta „Po prostu”.

     

    Regina, Adela, Jan i Marian wychodzą z dołów społecznych, biedy i analfabetyzmu, za swój awans społeczny muszą zapłacić wysoką cenę – całkowitego zideologizowania i podporządkowania systemowi politycznemu. Nesterowicz zdaje się jednak mówić, że to nie oni są temu winni, a system, który ich wykorzystał. Zatem Każdy został człowiekiem to taka opowieść, w ramach której uniewinniane są masy, oskarża się zaś elitę sprawującą władzę: czyli najprostszy model konceptualizacji przeszłości. Obraz ten okazuje się dla dzisiejszego polskiego czytelnika bardzo korzystny, bo przypomina o chłopskich korzeniach polskiego powojennego społeczeństwa, o doświadczeniu politycznym naszych dziadków, a jednocześnie, obszernie charakteryzując kontekst epoki, rozgrzesza ich z zaangażowania w system, wybiela i uniewinnia. Nesterowicz poprawia swemu czytelnikowi nastrój, pokazując, że spora część polskiego społeczeństwa w okresie powojennym nie miała żadnych środków intelektualnych, by oprzeć się manipulacjom komunistów, tej wrogiej, podstępnej elity. Cenny jest jego gest przypomnienia przeszłości, wydobycia z mroków niepamięci i pogardy zapomnianego wysiłku całego pokolenia. Sądzę, że zaakceptować tę jego strategię można wyłącznie „do połowy”, bo jej druga część, czyli uniewinnienie, wiąże się tutaj z przekonaniem, że to nie „masy”, „kasza” odpowiedzialne były za system, a właśnie elita, a więc także z porzuceniem odpowiedzialności. Czy taka świadomość nie jest dla nas zbyt wygodna? Czy gest uniewinnienia nie zostaje posunięty za daleko? Okazuje się wszak, że takie rozłożenie akcentów pozwala zaakceptować nieświadomość polityczną, uznać bierność i brak zainteresowania sytuacją społeczną za wartościowe cechy. Autor, próbując przypominać i apelować do naszych emocji i skupiając się na budowaniu poczucia identyfikacji dzisiejszego czytelnika z pokoleniem jego dziadków, nie zabiera głosu w sprawie mechanizmów narzucania kontroli i sprawowania władzy. Ten rysunek wydaje się za prosty.

     

    Źródła:

    1. Chmielewska, Współczesny dyskurs historyczny o polskim komunizmie w perspektywie narratologii, „Teksty Drugie” 2013, nr 3.
    2. Kochanowicz, ZMP w terenie. Stalinowska próba modernizacji opornej rzeczywistości, Warszawa 2000.
    3. Kosiński, Oficjalne i prywatne życie młodzieży w czasach PRL, Warszawa 2006.
    4. Nesterowicz, Każdy został człowiekiem, Wołowiec 2016.
    5. Świda-Ziemba, Młodzież PRL. Portrety pokoleń w kontekście historii, Kraków 2010.
    6. Ważyk, Poemat dla dorosłych i inne wiersze, Warszawa 1956.

     

    Powyższy tekst to fragment książki o reportażach historycznych poświęconych PRL-owi, która powstaje dzięki Stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego Młoda Polska.

     

    Tekst został opublikowany pierwotnie w „Kontencie” 2017/1

  • Morale bombing

    Morale bombing

    Kluge opisuje aliancki nalot na niemieckie miasteczko miesiąc przed zakończeniem wojny. W ciągu 30 minut samoloty brytyjskie zrzucają 550 ton bomb, niszczą miasto, zabijają 3 tysiące mieszkańców. To jest odwet? Usprawiedliwione działanie wojenne? Próba złamania morale ludności cywilnej?

    Wcześniej na polskim rynku ukazał się esej Sebalda zatytułowany Wojna powietrzna i literatura, choć chronologicznie to Kluge jako pierwszy poruszył ten temat i na jego tekst powoływał się Sebald w swych wykładzie z Zurichu z 1997 roku. W serii „Z Kraju i ze Świata” Ossolineum publikuje klasyczny już utwór, którego forma uderza swą nowoczesnością. W tym krótkim, liczącym 140 stron eseju Kluge, prozaik i filmowiec niemiecki, pokazuje nie tylko zapoznany problem, ale używa też niezwykłej techniki.

    Tekst Klugego jest dużo ostrzejszy, wyrazistszy niż doskonały esej Sebalda (pisałam o nim tutaj). Obaj powołują się na dane, obaj stawiają szereg niewygodnych dla nas pytań, obaj też pozostawiają te pytania w zawieszeniu, cofając się przed odpowiedzią. Kluge, urodzony w 1932 roku w Halberstadt, w czasie nalotu przebywa w mieście, ma 13 lat. Nie odtwarza tu jednak perspektywy naocznego świadka, nie wykorzystuje perspektywy narracyjnej dziecka (która przez swą niewinność zawsze jest oskarżająca; autorzy niemieccy dość często posługują się tą techniką: nie tylko Grass w Blaszanym bębenku, ale też Ralf Rothmann w powieści o niemieckich nastolatkach idących na front pod koniec wojny, Umrzeć na wiosnę  –tu recenzja, czy Hans-Georg Behr w bardzo złej i ckliwej powieści Prawie dzieciństwopisałam o niej tutaj). Kluge przedstawia serię scen, mozaikę ludzkich zachowań w chwili nalotu. Jednocześnie jego perspektywa obejmuje także „górę” (tu rozumianą dosłownie), kontekst tego nalotu: aliancka eskadra wyrusza z ładunkiem bomb, ma konkretny cel, ale też rozkaz, by w razie złej pogody zrzucić ładunki nad jakimś innym, drugorzędnym miastem. Taki scenariusz zostaje zrealizowany właśnie nad Halberstadt.

    Kluge nie epatuje czytelnika scenami ginących dzieci, bo nie interesuje go wzruszanie czytelnika bezsensowną śmiercią. Buduje swoje oskarżenie, wprowadzając wypowiedzi oficerów alianckich. Okazuje się, że bombardowania mają charakter odwetowy, a nie militarny – nie chodzi o złamanie morale, bo jak pokazują badania, naloty nie mają wpływu na zachowania ludności cywilnej. Generał brygady Robert B. Williams przyznaje:

    W sercu czy głowie najwyraźniej nic nie ma. To zresztą przekonujące. Bo ci, których rozbito na kawałki, nie myślą i nie czują.

    Inny fragment wywiadu – przeprowadzonego z brygadierem Frederickiem L. Andersonem – jeszcze lepiej pokazuje cynizm zwycięzców wojennych: ładunki należało zrzucić, bo powrót z nimi był zbyt niebezpieczny dla ekip lotniczych i drogich samolotów. Zrzucenie ich nad łąkami czy górami, by ocalić cele cywilne, nie miało sensu, bo koszt nalotu, bomb był zbyt wysoki, nie wolno marnować ich w ten sposób. Kluge rysuje więc ciekawą arytmetykę wojenną: nakłady na ładunki wybuchowe mogą się zwrócić tylko wtedy, gdy dokona się zniszczenia miasta i uśmiercenia jego mieszkańców.  Śmierć, nawet jeśli jest bezcelowa, równoważy koszty.

    Kluge w przeciwieństwie do Sebalda, posługującego się klasyczną formą literackiego eseju, wybiera formę faction – połączenie elementów reportażu, artykułu prasowego (stąd wywiady z alianckimi wojskowymi czy rysunki techniczne przedstawiające bomby), fotoreportażu (wiele zdjęć wraz z podpisami, mikro-opowieściami dopełniającymi tekst główny), notatek, które rozbijają całość. Posługuje się cięciami, szybkim montażem, zbliżeniami – wykorzystuje zatem techniki filmowe. Autor podkręca szkicowość, niegotowość swej opowieści, niektóre wątki zostają lekko tylko zarysowane, ledwo wskazane. Ważny jest ten prowizoryczny charakter, bo problem, który porusza, nie jest w żaden sposób zamknięty, ani zakończony. Kluge tworzy opowieść niegotową, niespójną, a ta jej forma ma odzwierciedlać przedstawiane doświadczenie mieszkańców Halberstadt – impulsy, lęki, traumę doznawaną i nieprzepracowaną.

     

    Alexander Kluge, Nalot na Halberstadt 8 kwietnia 1945,

    Przekład: Arkadiusz Żychliński

    Ossolineum 2016

     

  • Głos białej kobiety z RPA

    Głos białej kobiety z RPA

    Wiersze Antjie Krog, poetki z RPA, czyta się zarazem jak poezję, reportaż, tekst publicystyczny i wściekłą polemikę. Teoretycznie nie da się tego pogodzić. Jej się udaje i jest to świetne – powstaje poezja obrazowa, ostra i melodyjna. Rzadko zdarza mi się sytuacja, bym miała ochotę napisać kilka tekstów o tej samej książce, żebym do niej wracała i nie mogła odłożyć na półkę. Ale tak jest właśnie z Antjie Krog.

    Córka białych protestantów z zamożnego domu urodzona w RPA, wchodzi w życie w epoce nasilającego się apartheidu i ostrych walk o prawa rdzennej ludności. Jeden z przywódców ruchów wyzwoleńczych, Ahmed Kathard, tuż po uwolnieniu cytuje wiersz my beautiful land, który Krog napisała w wieku 17 lat. Pojawia się tam fraza:

    where no court of law

    will deaden the eyes of my children

     

    W Ciele ograbionym Jerzy Koch, tłumacz, umieszcza inny wiersz, zatytułowany po prostu ziemia, w którym Krog (wiele lat później) pisze jeszcze trochę inaczej:

    pod rozkazami przodków stałaś się własnością

    gdybym miała język pisałabym bo byłaś ziemio moją ziemią

    (…)

    mnie nigdy nie chciałaś

    ścierpieć mnie nigdy nie mogłaś

    raz po raz strząsasz mnie

    rozwałkowałaś mnie

    ziemio stopniowo staję się w ustach bezimienna

     

    teraz walczą o ciebie

    paktują dzielą parcelują odsprzedają paserują zastawiają

    ja chcę zejść do podziemia z twoją ziemią

     

    Antjie Krog tworzy zatem nowy model patriotyzmu, uczucia, które nie ma nic wspólnego z abstrakcją, skierowanego do ziemi rozumianej dosłownie. Łączy się tu świadomość odpowiedzialności za miejsce, w którym się urodziło, poczucie wyobcowania, bo w końcu należy ona do potomków najeźdźców. Krog problematyzuje zatem obecność białych w Afryce, pokazuje ich świadomość polityczną w epoce, gdy tracą oni narzucone przemocą prawo do sprawowania władzy. Jest u siebie, bo na tej ziemi się urodziła, nie ma innej ojczyzny i dlatego właśnie wybiera język afrikaans, by podkreślić swój związek z RPA. Jednocześnie zaś ciąży jej świadomość, że należy do uprzywilejowanej kasty z racji koloru skóry i urodzenia, że w gruncie rzeczy nie powinna się była na tej ziemi urodzić.

    Jej twórczość – fantastyczna, plastyczna, ostra i zaangażowana – to bardzo ciekawy przypadek, gdy postkolonialną świadomość przedstawia i problematyzuje autorka pochodząca ze sfery uprzywilejowanej, a nie uciśnionej, pojawia się tu zupełnie inna perspektywa, a z nią inne zjawiska i problemy.

    Po drugie zaś, Krog to wojująca feministka, Ograbione ciało można zatem czytać równolegle z wyborem wierszy Adrienne Reich w przekładzie Jakuba Głuszaka (Biuro Literackie 2016), żeby zobaczyć, jak różnymi głosami operują kobiety w wieku średnim, opowiadające o pozycji społecznej, relacjach, miłości fizycznej, domu, a przede wszystkim starości, starzeniu się kobiecego ciała. Krog dorzuca tu jeszcze temat macierzyństwa, którego nie ma w 21 wierszach miłosnych.

    Krog rejestruje lęk przed starością, pogardliwe i przedmiotowe traktowanie starego ciała, do którego stopniowo ogranicza się jednostka. Zamiast indywidualności, podmiotowości widzi ona:

    trzy rodzaje pieluch

    dla seniorów, kaczkę  

    środki grzybobójcze, krem na odleżyny i

    coś, co przypomina obieraczkę

    do ziemniaków

    W przypadku kobiety proces ten jest o tyle jeszcze bardziej bolesny, że zaczyna się wcześniej i zagarnia więcej – menopauza (taktowana tutaj jako temat poetycki i przedstawiana za pomocą metaforyki ognia) sprawia, że kobieta przestaje być człowiekiem. Proces ten, przedstawia tutaj jako zjawisko biologiczne, ale nie mające wiele z porządkiem naturalnym, budzą opór:

     

    wyczujesz

    węgle w tyglu co ostatnią twą soczystość

    unicestwią. do kurwy nędzy teraz dość już tego:

    rozpłomieniona wstajesz jako wojowniczka – pierś uniesiona

    ogniem – chwytasz śmierć za gardło i płużysz

    jej nozdrzami twą oskubaną i spierzchniętą cipę

     

    Czas, ciało ograbiają ją z możliwości płodzenia i atrakcyjności seksualnej – ta zaś stanowi kolejny bardzo ważny temat. Seks starych ludzi, ich pożądanie, atrakcyjność seksualna, która nie zakorzenia się już w ciele powracają u niej wielokrotnie: czasem w zawoalowany sposób, w wierszach lirycznych, ale często też w ostrej, wyzywającej liryce manifestu.

     

    Nie ma się co oszukiwać, Antjie Krog to skandal poetycki – obyśmy mieli więcej takich skandali.

     

    Antje Krog, razem z Linn Hansen, Retrem Hruską, Joachimem Pinskym, Joachimem Sartoriusem i Evelyn Schlag, jest gościem Festiwalu Miłosza 2017.

    Krótkie filmy, przedstawiające Krog czytającą swoje wiersze wrzucam na profil Książek na ostro na Facebooku. Krog jest świetna także wtedy, gdy czyta – melodia języka afrikaans tworzy niezwykłe wrażenie (zwłaszcza w zderzeniu z melodią języka polskiego).

    Antjie Krog, Ciało ograbione

    Z afrikaans przełożył Jerzy Koch

    Wydawnictwo Literackie 2017

  • Przezroczyste ręce

    Przezroczyste ręce

    Rejwach Grynberga – jeśli uważacie, że literatura daje odpowiedzi na pytania – nie sięgajcie po tę książkę.

    Jeśli szukacie w literaturze pocieszenia – odłóżcie ją.

    To dobry adres dla rozpaczy. Jeśli jesteście zatem gotowi zawiesić swoje oczekiwania, wystawić się świadomie na największą ohydę ludzką, pamięć cierpienia, poruszenie – to trafiliście we właściwe miejsce.

    W Rejwachu powraca temat doświadczenia Zagłady, świadectwa jednostek ukrywających w dalszym ciągu swą żydowską tożsamość. Żałoba po śmierci bliskich i utracie całego znanego świata nie słabnie zatem z czasem, a wzmacnia się przez milczenie trwające przez kolejne dziesięciolecia, przez strach i poczucie niezrozumienia. Kluczem do wszystkich tych nowel są dwie figury: zwodzenie i oczyszczenie. Jak się okazuje bowiem – wszyscy tutaj kłamią (albo milczą): matka, która boi się poprowadzić swoją córkę na cmentarz, by pokazać jej groby dziadków, bo musiałaby ją zabrać na cmentarz żydowski; kobieta, którą w czasie wojny molestowano seksualnie; staruszka, która dopiero na łożu śmierci wyznaje, że ma żydowskie pochodzenie i  pozostawia oszołomionych bliskich; stary żyd, który po wojnie wylądował za granicą i wiele lat później przekonał swą rodzinę, że wioska ze „Skrzypka na dachu” to jego rodzinne miejsce; córka fotografa, która studiując rodzinne zdjęcie, orientuje się, że nie jest jego biologicznym dzieckiem.

    Wydawać by się mogło, że w Polsce nie da się napisać nic nowego o Holocauście, że niemożliwa jest też już nowa forma – Grynberg po raz kolejny temu przeczy. Jego poprzednia książka, Oskarżam Auschwitz, wykorzystywała formułę wywiadów – dialogów reportera z bohaterami. Wszyscy oni byli potomkami ocalonych z Zagłady, choć z ich wyznań wynikało jasno, że ocalenie miało wyłącznie charakter fizyczny i że bagaż wojny, żałoby oraz utraty dźwigały kolejne pokolenia. Grynberg nie eksperymentował tam z formą, choć usuwał siebie – jako słuchacza, ale i poruszyciela, z sprawą którego dochodziło do rozmowy – poza ramę opowieści. Jeśli się ukazywał czytelnikowi, to zawsze miał ku temu dobry powód, jego postać, Żyda, który zdecydował się żyć w Polsce, budziła w jego rozmówcach bardzo często sprzeciw i niezrozumienie. Inaczej jest w Rejwachu, bo tutaj Grynberg wybiera formułę znaną na Zachodzie jako faction, połączenie elementów fiction i non-fiction. Z fiction zapożycza nowelową budowę swoich utworów, czyli krótką i wyraźną ekspozycję oraz mocną puentę  historii oraz swobodne opracowanie historii usłyszanych od rozmówców (bo jak mówi w wywiadach, część tych opowieści jest zmyślona, albo też łączy biografie i doświadczenia różnych postaci w jednej osobie). Z non-fiction – losy postaci, które stały się podstawą dla jego zbioru, sytuację rozmowy i wyznania, konieczność dania świadectwa, postać reportera, którego obecność popycha ludzi do snucia opowieści.

    W serii nowel pojawia się kilkadziesiąt postaci, nie jest ważne jednak ich pochodzenie społeczne, wiek, miejsce zamieszkania. Grynberg, operujący językiem oszczędnym, chłodnym, bardzo rzeczowym, oczyszcza poszczególne historie. Budowa Rejwachu przypomina scenariusz teatralny albo zapis filmowego dialogu – tu wszystko dzieje się w rozmowie, otoczenie spełnia rolę tła, a narracja ma charakter didaskaliów. Oczyszczanie (a ta czynność wydaje się dla Grynberga figurą najważniejszą i to nie tylko na poziomie języka i kompozycji) pozwala na plan pierwszy wysunąć emocje. Pamiętać trzeba, że im chłodniejszego języka używa autor, tym więcej miejsca daje emocjom czytelnika i właśnie tak dzieje się w tej opowieści. Grynberg niczym doświadczony reżyser usuwa na dalszy plan wszystko to, co mogłoby rzucić jakikolwiek cień na opowieść bohaterów. Tym samym nie daje nam też żadnego koła ratunkowego, żadnej liny, której moglibyśmy się uchwycić, żeby umknąć tym historiom.

    Ten zabieg oczyszczania opowieści ma także i inny cel – służy przedstawieniu Holokaustu w sposób przejmujący, ale i etyczny. Opowieści o utracie rodziny, o ukrywaniu żydowskiej tożsamości przed Polakami nawet po wojnie, o odczuwanym przez lata lęku i traumie wydają się nam wzruszające, a tym samym – gdyby inna była forma literacka – ocierałyby się o kicz. Kicz zaś w historiach o Zagładzie jest nie tylko bardzo częstym zjawiskiem, ale i zjawiskiem ze wszech miar nieetycznym. Jan Błoński pisał kiedyś („Biedni Polacy patrzą na getto”), że Holokaust jest niewyczerpany i nieskończony, nikt go nigdy nie odtworzy, nie odmaluje, że jedyne, co może zrobić autor, to pokazać drobiazg. I to właśnie robi Grynberg.

    Pisząc ten tekst, mam głębokie poczucie rozdarcia – bo żadna z moich uwag i tez interpretacyjnych nie ma tu żadnego znaczenia, bo chciałabym opowiedzieć o tym, jak odłożyłam tę książkę po przeczytaniu Klementyny i pół wieczoru patrzyłam tępo przed siebie. Ale to nie przekona czytelników, że trzeba po tę książkę sięgnąć. Na Rejwach nie ma żadnego narzędzia, które pomogłoby przepracować w sobie to, czego doświadczają bohaterowie. Nie wiem, jak to zrobić, bo tego nie da się ani zrozumieć, ani wybaczyć, ani przyjąć intelektualnie. Każdy z nas (jako czytelnik) nosi w sobie przez całe życie kilka takich historii, które tkwią mu zawszę z tyłu głowy, nie chcą nas opuścić. I nie ma to nic wspólnego z ulubionymi tekstami. Często wręcz przeciwnie: męczą nas postaci, w nocy śnią się te wątki, w nich widzimy nagle ucieleśnienie głębokich lęków przed światem, jakichś potwornych projekcji strachu przed tym, co mogłoby się stać z nami czy naszymi dziećmi. Nie mam ich wiele, ale Grynberg dał mi kolejną. I zrobił to za pomocą dwóch zdań.

    A żeby nie musieli Państwo robić tu psychoanalizy, od razu napiszę, że uciekam w rozważania o gatunku, literackości i konwencji po to, żeby się z tą książką jakoś zmierzyć, żeby ją obejść w sobie. Trochę wyjaśnić, trochę ująć w ramy literatury. Żeby nie siąść i płakać.

    Mikołaj Grynberg, Rejwach

    Nisza 2017

  • Od dzieciństwa bałem się niedziel

    Od dzieciństwa bałem się niedziel

    Michał Olszewski, #upał

    Powieść o mediach – tak, ale najbardziej mnie w niej zainteresował portret rodziny: pozornie nowoczesnej, z dwojgiem realizujących się zawodowo rodziców, wyemancypowaną matką i przebojowym ojcem. Oględnie mówiąc, nie jest to obraz ani optymistyczny, ani godny naśladowania.

    Przez pewien czas bałam się otworzyć lodówkę, bo prawdopodobnie nawet w niej znalazłabym #upał. Nie była to jednak wina autora, a dziennikarzy poświęcających tej powieści nadzwyczaj wiele miejsca. Czy to źle? Nie. Mój kłopot z tą książką i jej nadobecnością w mediach wynikał z faktu, że pojawiające się często noty, wywiady, rozmowy itp. ograniczały jej zakres wyłącznie do krytyki mediów i satyry na współczesne dziennikarstwo. Rozumiem, że każda grupa zawodowa przeżywa sytuację, gdy staje się tematem literatury. Dziennikarze nie widzieli jednak tego, że – rozmawiając z Olszewskim, albo pisząc o jego powieści – robili dokładnie to, z czego Olszewski szydzi w #upale. Wywiad na temat pośpiechu mediów trwał 3 minuty (TVP Kultura), rozmowa o tym, jak media szufladkują i sprowadzają wszystko do frazesu puentowana była wpisami na żółtym pasku na dole ekranu (TVN24). Rozmowa o powieści sprowadziła się do sporu na temat tego, czy Olszewski w realistyczny sposób opisał warunki pracy w newsroomie (TOK FM).

    To faktycznie jest powieść o mediach, o warunkach i tempie pracy, o sposobie, w jaki tworzy się newsa z niczego i o tym, że każdy komunikat medialny służy do wzbudzenia reakcji emocjonalnej (nie spełnia już funkcji informacyjnej). Poza krytyką mediów w tej powieści znajdziemy jeszcze kilka innych ciekawych tematów. Na przykładzie głównego bohatera – 40-letniego Feja, dziennikarza portalu o charakterze popularnym – Olszewski pokazuje, jak bardzo boimy się nudy, jak dobrze czujemy się w chmurze informacji, które skutecznie uniemożliwiają nam autorefleksję, sprawiają, że samoświadomość przestaje istnieć. Po drugie, świat Olszewskiego to świat, w której nie ma już prawdy. Nie chodzi tylko o to, że dążenie do niej nie jest dla mediów ciekawe, ale o to, że dotarcie do niej nie jest możliwe. Media nie informują, a wywołują reakcje, mają przywiązywać do siebie i uwodzić, szokować i chwalić, odkrywać skandale – jak widać, prawda nie ma tu w ogóle racji bytu. Po trzecie zaś i to może w gruncie rzeczy najciekawsze, choć w ogóle nieobecne w interpretacjach #upału – portret polskiej rodziny należącej do klasy średniej. U Olszewskiego to jest rodzina zdecydowanie tradycyjna, choć oboje małżonkowie mają poczucie, że są nowocześni, a dla Feja nowoczesność, „nadążanie”, wpisywanie się w trendy, stanowi najważniejszą część jego tożsamości. Tymczasem Fej, typ inteligentny, ale nieskory do autorefleksji, traktuje swoją rodzinę jako element konieczny do osiągnięcia sukcesu, jako pewnego rodzaju przedmiot, który trzeba posiadać, żeby uznać się za człowieka spełnionego. Żona i dwoje dzieci to także przedmioty, wielokrotnie wspomina o tym, że ich ma, że ma dwoje dzieci i żonę. Dzieci pojawiają się w jego monologu wyłącznie jako zobowiązania, którymi należy się zająć. Fej nie buduje relacji ze swoimi bliskimi, on nimi zarządza, ustala ich przyszłość. Synowi poświęca zaś więcej miejsca niż córce, bo chłopiec jest starszy i niedługo pójdzie do szkoły, trzeba zatem wymyślić mu cały system zajęć i obowiązków, które zdaniem ojca wzbogacą życie (a w gruncie rzeczy służą wychowaniu kolejnego pokolenia w niezdolności do myślenia o sobie i świecie, uratują je za to od nudy, która jak już wiemy, stanowi największe zagrożenie). Córka nie jest jeszcze człowiekiem, bo to malutkie dziecko. Należy o nią dbać, kupić jej solidny fotelik, żeby to dobro wspólne i własne nie zostało w żaden sposób uszkodzone. Żona irytuje Feja, nie budzi już jakiejś specjalnej fascynacji, bo już ją zdobył i „ma”. Ponieważ jednak człowieka nowoczesnego (jak się wydaje Fejowi) cechuje intensywne życie emocjonalne – znajduje kochankę. Choć żona osiągnęła sukces zawodowy, służy do dbania o rodzinne ognisko, stara się nakłonić męża do tego, by częściej bywał w domu, by więcej uwagi i czasu poświęcał rodzinie. Edit na różne sposoby próbuje też odciągnąć go od sieci, to ona wymyśla wakacje w miejscu bez zasięgu, nakazuje mu w końcu iść na odwyk, by uwolnić męża od uzależnienia od mediów. Cóż się zatem okazuje? Że ten nowoczesny i nadążający bohater buduje sobie rodzinę wedle nienowoczesnych, mieszczańskich wzorów, działającą dobrze w ramach struktury patriarchalnej.

    Pomimo starań żony Fej nie chce przejść w stan offline, bo tylko online się liczy. Rodzina nie zapewnia mu bodźców, nie stawia takich wyzwań, do jakich jest przyzwyczajony, w rodzinie nie dzieje się też nic na tyle ciekawego, by odciągnąć go od kreowanej w mediach rzeczywistości.

    Nie interesuje mnie to, czy praca w newsroomie wygląda tak, jak przedstawia ją Olszewski. Nawet jeśli tak jest, to zmieni się to w ciągu kilku-kilkunastu lat i ta warstwa powieści, która teraz tak kręci dziennikarzy, przestanie być aktualna. Interesuje mnie za to diagnoza społeczna Olszewskiego: relacja rodzinna, którą przedstawia on właściwie w drugim planie #upału. Rodzina staje się tematem naszej intymnej refleksji wtedy tylko, gdzie jest w kryzysie, gdy się rozpada. W ciągu dnia traktujemy ją jako byt posiadany, własny, coś co się „ma” i będzie miało na wieki wieków. Rodzina i sukces zawodowy wspólnie dopiero stanowią o sukcesie życiowym – pokazuje Olszewski nasz współczesny system wartości. A gładko funkcjonująca rodzina w połączniu z wysoką pozycją zawodową to już absolutne spełnienie marzeń. Każdy chce ją mieć, ale cichą, gdzieś na marginesie pracy i myśli. Rodzina też – jak pokazuje wyraźnie przykład Feja – nie daje dzisiejszemu samcowi alfa impulsu do działania, w gruncie rzeczy go nudzi, choć jako świadomy, nowoczesny zaangażowany mężczyzna czuje, że powinien się nią zająć (Fej jest ojcem na tyle świadomym nowych trendów, że pisze felietony do pisma parentingowego), że zamknięta jest dla niego droga klasycznego domowego patriarchy. I to jest w jakiś sposób dramat naszych czasów, zupełnie inny niż kryzys mediów. Dorośli jako rodzice okazują się dysfunkcyjni, znudzeni, poszukujący bodźców poza rodziną, a jednocześnie spętani w swoich nowoczesnych rolach.

    W ten sposób także można odczytywać #upał.

     

    Michał Olszewski, #upał

    Znak 2016