To nie jest feministyczna wydmuszka, choć wydaje się, że o relacji Sylvii Plath i jej męża nie można powiedzieć już nic nowego. Emily Van Duyne pracuje na uniwersytecie, poświęciła Plath prace naukowe, a tutaj dokonuje rozliczenie nie tylko ze sposobem, w jaki Hughes traktował Sylvię i w jaki obchodził się z jej tekstami (dwa dzienniki pisane przez nią w ostatnich latach życia zniszczył lub zgubił), ale też ze sposobem opracowywania jej twórczości przez krytyków.
To jest książka o umniejszaniu i podważaniu prawa do zabieraniu głosu – najpierw przez Teda Hughesa w odniesieniu do Sylvii, później przez część krytyki w odniesieniu do jej czytelników: gdy uważa się, że klucz biograficzny, poszukiwanie emocjonalnej prawdy, afektów w jej tekstach jest gorszym rodzajem lektury. Van Duyne bierze je wszystkie na warsztat, z wprawą porusza się nie tylko po biografii Sylvii, po nurtach literackich, ale też po historii feministycznych protestów w społeczeństwie amerykańskim, ostateczną, najszerszą ramą jest bowiem #metoo i momenty oporu sprzed 10 lat.
W „Kochając Sylvię Plath” doprawdy nie chodzi o miłość – nie chodzi też w sumie o biografię. Owszem, pojawia się ona (biografia, bo o miłość tu naprawdę trudno), ale w sensie krytycznym, w ramach rewizji wcześniejszych wersji i odczytań. Van Duyne przesuwa akcenty, inaczej rozpisuje wydarzenia z życia autorki „Ariel”. Rewizjonizm jest tu jednak bardzo głęboko osadzony w dokumentach – autorka zagrzebała się w archiwach, do napisania tego eseju wykorzystała dane, które zbierała przez lata. W klasycznych biografiach Plath dużo pisze się o jej depresji, niestabilności albo po prostu „histerii” (nie ma gorszego oskarżenia wobec kobiet) oraz o autodestrukcyjnej osobowości. Van Duyne nie neguje epizodów załamania, ale pokazuje je na szerszym planie – na przykład na tle brutalnych metod leczenia, jakie wtedy stosowano (elektrowstrząsy), także wobec innych kobiet: Kennedy wysłał do tego samego szpitala swoją żonę Jacqueline. Dodatkowo też pokazuje presję akademicką, społeczną i ekonomiczną, opisuje różne rodzaje przemocowej kultury, z którą zderzały się kobiety w latach 50. Van Duyne próbuje też rozsadzić mit Plath jako złej matki, która poprzez samobójstwo porzuca swoje dzieci. Pokazuje, że jej macierzyństwo było samotne, że izolowało ją od życia, pogłębiając chorobę, a ona sama pracowała pod ogromną presją opieki. Większość jej życia, wyłaniająca się z tego eseju, to krzątanina: własna praca, praca domowa, poprawianie prac studentów męża, by on mógł pisać, promowanie jego poezji, przepisywanie jego wierszy na maszynie, wysyłanie ich na konkursy – to zajęcie asystentki, żony i pomocy domowej w jednym.
To także esej feministyczny, wykorzystujący teorie różnych badaczek analizujących mechanizmy mizoginii. Dla Van Duyne mizoginia nie jest tu jedynie stałą, strukturalną cechą systemu patriarchalnego, ale aktywnie i jednostkowo karą stosowaną wobec tych kobiet, które w jakiś sposób okazują się „niepokorne”. Na tym poziomie jest to też autobiograficzny esej krytyczny, bo autorka wprowadza własne doświadczenie przemocy jako narzędzie interpretacyjne.
Cała opowieść ma charakter śledztwa, które ma pokazać, jak mityzowano postać Sylvii Plath, czyniąc z niej poetkę obłąkaną, pochłoniętą przez sztukę. Tymczasem Van Duyne identyfikuje kluczowy błąd logiczny: czy twórczość spowodowała śmierć, czy śmierć tłumaczy twórczość? Jednocześnie nie pisze wcale listu gończego za Tedem Hughesem, nie pisze „Hughes zabił Plath”. Pisze raczej: „powstała narracja, która go chroniła”, a jednym z jej elementów była właśnie owa legenda Plath jako poetki przeklętej, skazanej na samobójstwo (oraz młodej, niedoświadczonej, pozbawionej sukcesów, stworzonej przez męża i dostrzeżonej dzięki jego sławie). To subtelne, ale fundamentalne przesunięcie. Najważniejsze zaś w jej opowieści jest pozbawione fatalizmu ukształtowanie perspektywy – uwaga autorki nie jest tutaj skupiona na śmierci Plath, to nie jest najważniejsze wydarzenie, rzucające cień na resztę historii.
Napisałam na początku, że to nie wydmuszka – nie ma tu tonu sensacji, jest za to 50 stron przypisów. To nie jest sentymentalna opowieść o burzliwym małżeństwie i genialnej poetce, która wikła się w toksyczny związek, jakich dużo się już na jej temat ukazało. Van Duyne, sama ofiary przemocy ze strony partnera, potrafi wykorzystać furię i poczucie krzywdy w najlepszy możliwy sposób. Ujawnia się, ale nie skupia na sobie, pokazuje za to, przy użyciu różnych przykładów, w tym Sylvii i własnego, mechanizmy służące do intelektualnego wykorzystania pracy kobiet oraz podważenia ich poczucia wartości.
Współpraca: Wydawnictwo Znak Literanova
Emily Van Duyne
Kochając Sylvię Plath
przełożyła Agata Ostrowska
Znak Literanova
Kraków 2026






