Tag: reportaż historyczny

  • Tyle wiemy o sobie

    Tyle wiemy o sobie

    Gregor Ziemer, Jak wychować nazistę. Reportaż o fanatycznej edukacji

    Przekład: Anna Dorota Kamińska

    Znak 2021

    Nie chciałam pisać o tej książce, bo wydawało mi się, że nic nowego już nie da dodać się do tematu źródeł i mechanizmów faszystowskiego zła. Ale kiedy kilka tygodni temu jeden ze strażników pilnujących szczelności polskiej granicy na oczach spragnionych uchodźców wylewał wodę mineralną na ziemię, a w tym tygodniu zatrzymano w Krakowie kredę, której dzieci używały do rysowania przed siedzibą PiS, odkryłam jednak z rozpaczą, że ciągle nie przerobiliśmy tej lekcji jak należy.  

    No więc Ziemer pokazuje w swoich zapisach, jak hodowano młodzież w Niemczech pod koniec lat 30.: wszyscy muszą należeć do jakichś organizacji nazistowskich, bo czas wolny i niezależność nie sprzyjają wzmacnianiu zbiorowych wartości, młodzi nie zrzeszeni traktowani są zaś jak wrogowie i przestępcy. Odwróceniu uległy konserwatywne wartości: zachęca się młodzież do przed- i pozamałżeńskiego seksu, bo państwu najbardziej zależy na materiale genetycznym, trzeba się mnożyć na potęgę. Chłopcy będą żołnierzami, dziewczyny urodzą żołnierzy. Rodzina ma wartość na tyle, na ile jej członkowie angażują się w ruch państwowy. Ale uczy się w szkołach też rzeczy praktycznych, przygotowując młode pokolenie na trud wojenny: jak ugotować obiad za grosze, jak wykorzystać resztki, jak prowadzić dom w stylu spartańskim. 

    Ta przyziemna, ciężkawa strona życia nikogo jednak nie razi, bo młodzi wierzą w mit, śpiewają pieśni ku czci niedawno zamordowanych męczenników, ćwiczą ciało, odbywają nocne rytuały przy pochodniach, stają się jednocześnie Zygfrydem i Jezusem, każdy ma gen zbawiciela narodu niemieckiego. Jezus zresztą to zły przykład, bo wszystkie święte księgi się pali w czasie ceremonii umacniania nowego porządku. I choć kilka osób milknie, gdy agitator rzuca na stos Biblię, to jednak nikomu nie przychodzi do głowy go powstrzymać. 

    Autor tych wszystkich historii przebywał w Niemczech pod koniec lat 30. jak dyrektor Szkoły Amerykańskiej i to pozwalało mu na podróżowanie po kraju i obserwowanie sposobów nauczania. Nie jest to jednak opowieść do końca pełna, lecz pełniejszej nie dostaniemy: młodzi Niemcy, wychowani w absolutnym posłuszeństwie, obawiają się pokazywać obcemu, czym się zajmują, wyjaśniać mu znaczenie swoich rytuałów. Czują, że to ktoś spoza, kto ich nie zrozumie i może wykorzystać zdobytą wiedzę przeciwko nim. 

    Mnie jednak co innego zastanawia – opowiadałam już o tym trochę w live na Instagramie – skąd wzięli się wszyscy fanatyczni pedagodzy, wszystkie te przerażające nauczycielki eugeniki, wykładające w instytutach dla panien teorie rasowe, zachęcające do prokreacji na chwałę Hitlera, cytujące z pamięci obszerne fragmenty „Mein Kampf”? Hitler zdobył władzę w Bundestagu w 1933 roku, kilka lat wcześniej nazistowski pucz w Monachium nie powiódł się, NSDAP rozwiązano, a samego Hitlera skazano na 5 lat więzienia. Czyli wystarczyło jakieś 15 lat, by przeorać całkowicie społeczeństwo, by zindoktrynować pokolenie średnie do tego stopnia, że z przekonaniem podjęło ono obowiązek kształcenia młodzieży urodzonej w okolicach puczu. 

    I to jest dla mnie najbardziej przerażający wniosek, ta wiedza o krótkim okresie, który wystarczy, by całkowicie odmienić oblicze społeczeństwa, by je zradykalizować, nauczyć fanatyzmu, wdrukować poczucie słuszności. 

    Dawno nie czytałam książki tak starej i jednocześnie aktualnej, komentującej tak dokładnie rzeczywistość za oknem. 

     

  • Odpadki i kasza. Jak reportaż pokazuje to, czego nie wiemy dzisiaj o PRL-u

    Odpadki i kasza. Jak reportaż pokazuje to, czego nie wiemy dzisiaj o PRL-u

    Uwagi na marginesie Każdy został człowiekiem Piotra Nesterowicza.

    Kobiety, chłopi, młodzież – to są odmieńcy PRL-u, wbrew temu, jak oficjalna kultura epoki przedstawiała te grupy. Manipulowane i skazane na milczenie. Wskaźniki, opisane przez Hansa Mayera w Odmieńcach, można przełożyć na okres komunizmu w Polsce i dostrzeżemy wtedy, że właśnie takie (choć to nie wszystkie) figury obcych pojawiają się w polu kulturowym. Władze PRL najpierw upatrywały przeciwnika w siłach zbrojnych poddanych Londynowi, które nie złożyły broni i nie ujawniły się latem i jesienią 1945 roku. Równocześnie za wrogów uznawano kułaków i internacjonalistów, później inteligencję, kler i Żydów, a w końcu zaś wszystkich, którzy zgłosili akces do Solidarności. Nigdy jednak nie uważano kobiet, chłopów czy młodzieży za grupy wrogie systemowi politycznemu. Jak pokazują jednak drukowane stopniowo materiały źródłowe, kolejne prace historyków, a przede wszystkim adresowane do szerokiej publiczności najnowsze reportaże historyczne, każda z tych grup cieszyła się wyłącznie pozornymi względami, była wykorzystywana w różnych rozgrywkach politycznych albo po prostu na różnych etapach przekształceń systemu. Propaganda głosiła, że to na nich opiera się nowa władza. Kobiety pojawiały się jako bohaterki dnia codziennego, robotnice, zetempówki, pracownice biurowe, którym w podzięce za trud pracy wręczano 8 marca rajstopy lub goździki. Chłopi stanowili podstawę „scenariusza ideologicznego”, to w nich i w robotnikach komuniści upatrywali szansy na budowę nowego społeczeństwa z nową i sprawiedliwą drabiną społeczną. W nowym systemie chłop i robotnik wygrywał z inteligentem, który tracił punkty za pochodzenie.

    Faworyzowanie kończyło się jednak na poziomie propagandy i deklaracji politycznych, nie przekładało się na warunki życiowe. Choć statystyki mówią, że w 1950 roku kobiety stanowiły jedynie 30% aktywnych zawodowo osób, a w 1989 już 46,7%, a historycy pisali o „dyskretnym feminizmie” władzy, komunizm w modelu polskim nie był systemem specjalnie kobietom przychylnym – choć głoszono hasła aktywizacji zawodowej kobiet, to jednocześnie najmniejszym zmianom nie ulegał podział ról społecznych, ilość domowych obowiązków i system polityczny opierał się na silnym modelu władzy patriarchalnej. Podobnie działo się w przypadku młodych – choć deklarowano, że młodzież stanowi przyszłość i nadzieję systemu, to jednocześnie brutalnie wykorzystywano organizacje młodzieżowe w walce z tradycją, najpierw obiecywano młodym awans społeczny, by błyskawicznie zamknąć do niego drogę. A przede wszystkim dążono do kontroli każdej sfery życia młodzieży, uznając, że „ludzie wolni” to zagrożenie dla scenariusza ideologicznego. Całkowita opozycja deklaracji i realizowanych działań powtórzyła się w przypadku trzeciego Obcego, czyli chłopa: choć propagandowe hasła zapewniały o bliskości ideologicznej nowej władzy i chłopstwa, to jednocześnie przecież na wieś próbowano przerzucić ciężar utrzymania kraju zrujnowanego wojną, wprowadzono obowiązkowe kontyngenty, za dostawy płacono zaś grosze.

     

    Tych wszystkich Obcych łączyły nie tylko zafałszowane relacje z władzą, ale także niezdolność do zabrania głosu we własnej sprawie i brak miejsca, by wypowiedzieć prawdę o swoim losie. O ile inteligencja, kler, artyści mogli na różne sposoby opowiadać o własnej kondycji, o tyle żadna ze wskazanych tutaj grup nie miała możliwości, by zabrać głos. Nowych Obcych łączy zatem: podrzędna pozycja, zafałszowana relacja z władzą, milczenie oraz niezdolność do opowiedzenia o własnej sytuacji.

    O tych Obcych właśnie opowiada najnowszy polski reportaż historyczny (Aleksandra Boćkowska, Beata Chomątowska, Marta Dzido, Anna K. Kłys, Cezary Łazarewicz, Piotr Nesterowicz, Lidia Pańków, Filip Springer, Anna Sulińska) – bada ich kondycję, warunki życia, relację z władzą, a także z innymi grupami społecznymi. Ma wartość dokumentalną, bo pozwala przedstawić zdarzenia nieznane szerszej publiczności, zapełnić białe plamy lub narysować inną linię na obrazie namalowanym przez propagandę komunistyczną. Reportaż historyczny występuje często obok prac historyków, uzupełnia je i popularyzuje ich tezy. Skierowany do wąskiego grona odbiorców historyczny esej naukowy odkrywa pewne zjawiska z przeszłości i je dokumentuje, nie daje rady jednak – ze względu na swoją formę – dotrzeć do szerokiego grona odbiorców. W to pole wchodzi reportaż historyczny, który także opiera się na dokumentacji, nie muszą być to jednak źródła pisane, ani też duży zbiór danych. Reportaż zaspokaja dodatkowo ważną potrzebę czytelnika: mówi o emocjach, o doświadczeniach jednostkowych, o prawdzie indywidualnej, a więc wchodzi w dziedziny, do których rozprawa naukowa w żaden sposób nie aspiruje. Jednocześnie często bywa i tak, że to właśnie opowieść o jednostkowym doświadczeniu, los jednego człowieka, choćby nie był reprezentatywny, silniej przemawia do nas niż opowieść o losie wspólnym. Reportaż historyczny, nieobracający się naprawdę wokół liczb i statystyk, ma także wartość subwersywną – opowiada bowiem o zdarzeniach sprzecznych z obrazami propagandowymi, ale także z mitami historycznymi zakorzenionymi w naszej pamięci zbiorowej.

     

    Piotr Nesterowicz w swoim reportażu zatytułowanym Każdy został człowiekiem (wydanym w 2016 roku), poświęconym młodym ludziom wchodzącym w życie na początku lat 50., sięga właśnie po taką opowieść, o której już właściwie po części zapomnieliśmy, a po części uważamy ją za mało ważny odprysk historii, jej ślepy tor. Opowieść o awansie społecznym, jaki stał się udziałem polskiego społeczeństwa po II wojnie, PRL ogrywał przez lata do tego stopnia, że straciła ona swą moc, przestała być zrozumiała. U niektórych zaś budzi pogardę, bo jej bohaterowie nie mieli historycznej racji. Nesterowicz wykonuje gest podwójnie przewrotny: sięga po temat wyprany już do cna i odrzucony, ale też opowiada go na nowo, w ramach innej narracji, pokazuje rzeczywiste koszty awansu i jego przebieg – daleki od propagandowej listy sukcesów, ale też od pogardy współczesnych.

     

    Bohaterami Nesterowicza są młodzi ludzie z wiejskich miejscowości, którzy swoje prace przesłali na konkurs pamiętników młodego pokolenia, organizowany na przełomie 1961 i 1962 roku. Z ich wspomnień, pisanych z autocenzuralnym kagańcem, wybrano kilkaset i opublikowano w dziewięciotomowym zbiorze Młode pokolenie wsi Polski Ludowej. Specjalna komisja, powołana do wyboru prac, z 5475 zgłoszeń wybrała pamiętniki skupione na doświadczeniach młodych zwolenników systemu, konkurs miał bowiem charakter prestiżowy i musiał spełniać ważne funkcje propagandowe. Jednocześnie sito komisji przepuszczało wiele zdarzeń dotyczących warunków życia na prowincji: analfabetyzmu, alkoholizmu, biedy, masowych kradzieży własności spółdzielni czy PGR-ów. Z tych pamiętników, skonfrontowanych później z dalszymi losami poszczególnych bohaterów, Nesterowicz zmontował swój reportaż. Dobrane przez niego portrety miały być reprezentatywne dla epoki, tzn. zawierać wydarzenia ważne w społecznej historii Polski komunistycznej, ale też przedstawiać różne postawy – od oddania systemowi aż po obojętność, umiarkowany sprzeciw i poczucie krzywdy.

     

    Nesterowicza interesuje taka fabuła historyczna, która będzie jak najbliższa losom jego bohaterów, nie będzie zaś dążyła do umieszczenia ich biografii w jakiejś wielkiej narracji porządkującej: dla wielu historyków, którzy swe prace pisali po 1989 roku, celem było opowiedzenie o budzeniu się sprzeciwu wobec władzy komunistycznej albo o konflikcie między władzą a społeczeństwem. Nesterowicz dokonuje zatem ciągłej konfrontacji zapisków pamiętnikarskich młodych z opowieścią historyków, ale wybiera takie biografie, w których najjaskrawiej odbija się zwykłość, przyziemność życia: Regina opuszcza wiejską, ubogą chatę swoich rodziców i dzięki ciężkiej pracy zdobywa wykształcenie i zostaje nauczycielką w wiejskiej szkole na Ziemiach Odzyskanych. Marian, wywodzący się z grupy najuboższych wiejskich gospodarzy, kierowany w równym stopniu zapałem ideologicznym i kompleksami wobec zamożniejszych, wstępuje do ZMP, żeby wspomóc system w odwróceniu piramidy społecznej. Jan – sierota, wychowany zostaje właściwie przez system, a później spłaca swój dług wobec społeczeństwa jako agronom, przeskakując z jednego PGR-u do drugiego. Adela podejmuje pracę w domaradzkim GS-ie na Podkarpaciu, ucieka z domu ojca-pijaka do zakładu, w którym piją wszyscy na dyrektorze skończywszy. Każde z nich z trudem zdobywa wykształcenie. Ten trud wynikał z pochodzenia – wszyscy bohaterowie wyszli z biedy, ze środowiska, w którym nauka i wykształcenie nie było żadną wartością, a rodzice – jeśli w ogóle żyli – wyżej cenili pracę na roli niż edukację, z powodu swojego analfabetyzmu nie byli też partnerami do dyskusji, nie mogli zatem przedstawić innej perspektywy zideologizowanej wiedzy o świecie, którą przekazywano temu pokoleniu w szkole. W takim przekonaniu Nesterowicza widać pierwszy gest subwersywny: nie uważa on bowiem, że młodzież poddająca się i poddawana ideologicznej obróbce powinna być traktowana dzisiaj jako odpad historii.

     

    Pamięć zbiorowa przechowuje obraz młodych jako zaangażowanych fanatyków, zetempowców ślepo wierzących systemowi albo też oportunistów wykorzystujących struktury organizacyjne jako szansę na wybicie się kosztem innych – jak tego dowodzą choćby rozmowy zgromadzone w Hańbie domowej Jacka Trznadla. Trzeba jednak pamiętać, że młodzież uznawana była przez ideologów komunistycznych za tę grupę, którą należało poddać szczególnej indoktrynacji. Stalin nazywał młodych „sukcesorami rewolucji” i „sprzyjającym gruntem”, ponieważ ze względu na wiek wolni byli od „obciążenia tradycją i nawykami starszych”. Przypisywał im też ważną rolę – „podporę i przyszłości systemu”. Taka charakterystyka sprawiła, że młodzież nie miała właściwie szans w starciu z machiną propagandową. Po pierwsze, cała wiedza szkolna oparta była już w latach 40. na nowej doktrynie i nikt nie prześlizgnął się przez proces kształcenia bez nasycenia ideologią. Po drugie, system nastawiony był na dążenie do maksymalnego podporządkowania młodych: szkoła kształciła także ideologiczne, zajmowała czas wolny. Organizowano młodzieży zajęcia popołudniami (system świetlic, apeli, prac społecznych), w soboty, w wakacje. W ten sposób zmuszano młodych do przebywania w grupie – a w czasie tych zajęć wpajano im przekonanie, że jednostka nie ma znaczenia, liczy się tylko wspólnota i praca dla niej. ZMP powołano dlatego, że generał Marian Spychalski uznał „chodzenie luzem” młodzieży za zagrożenie dla systemu, które spowodowałoby „przedłużenie stanu trudności politycznych demokracji”.

     

    Reportaż Nesterowicza nie służy temu, by piętnować młodych, którzy poddają się ideologii, ale pokazuje warunki ich życia, przybliżyć kondycję i horyzont poznawczy człowieka stającego u progu dorosłości w latach 50., a więc tego, który w kolejnej już epoce i w innym tekście zostanie określony pogardliwie jako „homo sovieticus”. Każdy został człowiekiem pokazuje zatem codzienne trudności, awans i to, czym został okupiony: samotność, niepewność, lęk odczuwany zarówno przed instytucjami (jak wszechwładne ZMP, dyrekcja szkoły, rozmaici kierownicy i dyrektorzy), konflikt społeczny utrudniający wejście młodym w nowe wspólnoty, do których trafiali jako świeżo upieczeni pracownicy. Konflikt ten, ważny dla historyków, u Nesterowicza przewija się w tle: doświadczają go jednak wszyscy bohaterowie. Joanna Kochanowicz wskazuje, że zderzenie „cywilów i synków Stalina” najostrzej objawiało się w fabrykach, gdzie wyjątkową niechęcią starzy robotnicy darzyli młodą kadrę: w społecznym przekonaniu bardzo żywy był stereotyp zetempowca postrzegającego świat według manichejskiego porządku: wszystko, co służyło Partii było dobre, wszystko to, co nie zostało przez nią zaakceptowane, oceniano jako złe. Tymczasem w fabrykach właśnie starzy robotnicy sekowali tych młodych, którzy próbowali podjąć hasło współzawodnictwa pracy, a niechęć umacniała się do tego stopnia, że część „synków Stalina” sprzedawała swoje mundury, by nie odróżniać się od ludności „cywilnej”. Nesterowicz notuje inny konflikt: Regina i jej przyjaciele, czyli nowa inteligencja z awansu, spotyka się w domu wiejskiego nauczyciela na imieninach, chłopi zaś otaczają budynek gotowi do linczu, ponieważ młode pokolenie, wychowane bez Boga, urządza tę zabawę w środku wielkiego postu.

     

    Komunizm w modelu stalinowskim przynosi mu jednak – paradoksalnie – dobro: szansę na wybicie się, wykształcenie, stałą pracę, dom. Marian działa aktywnie w ZMP, oczyszcza lokalną bibliotekę z wrogiej systemowi literatury, agituje chłopów, przemawia za kolektywizacją. Adela zakłada w Domaradzu koło sportowe dla dziewcząt, dzięki swojemu zaangażowaniu wyrywa się ze zdegenerowanego środowiska pracowników GS-u, wyjeżdża do Warszawy na V Festiwal Młodzieży, gdzie ociera się o wielki świat. To doświadczenie społecznego zaangażowania daje jej kręgosłup na dalsze życie, pozwala porzucić rolę ofiary zapijaczonego ojca, powstrzymuje także powolne osuwanie się w alkoholizm samej dziewczyny, która zaczyna pić, gdy pracuje w pozbawionym perspektyw GS-ie.

     

    Nestrowicz szuka opowieści o tym, co zwykłe, średnie, codzienne – podąża tropem biografii przeciętnych, oddających właśnie średnią polskiego losu, wybiera drogę poza władzą i opozycją, pomiędzy przystosowaniem i oporem – by sparafrazować tytuł jednej z najważniejszych rozpraw historiograficznych po 1989 roku. Ten kierunek, jaki wybiera Nesterowicz, wydaje się szczególnie atrakcyjny dzisiaj, gdy każdy pragnie być uczestnikiem wielkiej historii i biografie naszych przodków poddawane są ważeniu niczym na sądzie ostatecznym. Przypomina bowiem, że wielkie procesy historyczne objawiają się w zwykłych biografiach na sposób mało spektakularny, że każdy bierze udział w procesie historycznym i musi za ten udział zapłacić. Bohaterowie Nesterowicza rekrutują się ze wsi, wszyscy poddają się nowemu systemowi komunistycznemu – żadne z nich nie ma ani wieku, ani narzędzi intelektualnych, by się indoktrynacji sprzeciwić. Co więcej: dla każdego z nich system komunistyczny to nadzieja na zaprowadzenie ładu, szansa na wybicie się. Dla młodych kobiet – choć żadna z bohaterek nie sformułowała tej myśli wprost – to także jedyna szansa, by wyrwać się ze świata, w którym byłyby skazane na pijącego i bijącego męża oraz wielorództwo, śmierć dzieci w kolebce z chorób i głodu. Taką opowieść wprowadza do Każdy został człowiekiem Nesterowicz, gdy przytacza monolog Zuzanny, oddanej na służbę w wieku 6 lat, obserwującej śmierć młodszego rodzeństwa, przeżywającej głód i skrajne upokorzenie, gdy idzie do szkoły boso, albo gdy matka pierze jej jedyne ubranie i siedząc na piecu, trzeba czekać aż wyschnie.

     

    Mit awansu społecznego w Każdy został człowiekiem opracowywany jest ambiwalentnie, raz autor go potwierdza, raz obala. Nesterowicz przypomina o tym powojennym doświadczeniu większej części społeczeństwa, które w pamięci zbiorowej zostało całkowicie wyparte, a jego miejsce zajęła pamięć wojny domowej między AK a oddziałami wiernymi Ministerstwu Bezpieczeństwa Publicznego. W latach 40. i 50. powiązano proces unowocześniania z ideologią stalinowską, co budziło niechęć i opór, krytyka stalinizmu przykrywała zdobycze nowoczesności. Zbigniew Herbert pogardliwie mówił Jackowi Trznadlowi, że modernizować Polskę na sposób stalinowski to jak leczyć katar syfilisem. To zaś odrzucenie pamięci o słabszym doświadczeniu jest naturalne, tak pracuje pamięć. Pamięć zbiorowa nie ma charakteru linearnego, cechuje ją za to wybiórczość: w jej ramach zapisują się przede wszystkim te zdarzenia, którym przypisujemy najwyższą temperaturę emocjonalną, a więc wypadki szczególnej chwały albo też wyjątkowo drastyczne. Elektryfikacja, stopniowe znoszenie analfabetyzmu, awans społeczny, uprzemysłowienie, za pomocą których komuniści próbowali kraj zarówno modernizować, jak i podporządkowywać „scenariuszowi ideologicznemu”, nie miały dla Polaków takiego znaczenia, jak stalinowska walka z demokratyczną opozycją i ukrywającymi się po lasach niedobitkami AK.

     

    Tymczasem Nesterowicz przypomina o epoce, w której wiedza i wykształcenie traktowane były jako zbytek, naddatek niepotrzebny w codziennym życiu przepełnionym skrajną biedą. Jego bohaterami są dzieci: osierocone lub porzucone, często bite, głodne, bardzo wcześnie zmuszone do dorastania. Ich akces do nowego systemu ma wymiar całkowicie niewinny: przez pragnienie zdobycia wykształcenia. Tak długo, jak się kształcą, gdy traktuje się ich jak masę plastyczną i tabula rasa, na której można zapisać treści wynikające ze „scenariusza ideologicznego”, tak długo są właściwie bezpieczni, nie zderzają się z wielkim światem. Inna rzeczywistość, ta wystająca spoza scenografii komunistycznej, dotyka ich dopiero, gdy stopniowo dorastają. Przyjaciółka Reginy nie dostaje się na studia medyczne, ale zostaje felczerką, bo to daje jej prawo do rozpoczęcia medycyny od II roku. Przepisy zmieniają się jednak szybko po tym, kiedy mija zagrożenie wojną w Korei – państwu nie są już potrzebne rozbudowane kadry medyczne, więc kasują atrakcyjny dla młodych przepis. Marian wstępuje do Służby Polsce, imponuje mu bowiem obowiązkowy strój junaka. Członków POP postrzega jako połączenie świętych i rycerzy – pracują dla wspólnoty, a jednocześnie żywy jest wśród nich męski kult siły. Marian mówi „Czuję zew krwi”. Dopiero w szeregach POP-u poznaje, na czym polega prawdziwe upokorzenie – Służba Polsce to połączenie obozu pracy (wydobywanie piaskowca, praca ponad siły i małe porcje jedzenia) i męskiego sierocińca, w którym ciągle toczy się wywołana hormonami walka. Dowódcy rozładowują napięcie związane z dorastaniem, organizując walki bokserskie, co nasila tylko rywalizację. W końcu Marian zapisuje, a Nesterowicz za nim powtarza: „Jestem jednym z tysiąca”. Co ciekawe, nieludzkie warunki i bezsensowna praca nie przekładają się w przypadku tego bohatera na zwątpienie w system – choć możne brak wahania stanowi w zapisie wyłącznie rezultat autocenzury, skoro pamiętnik wysłał na konkurs 10 lat później. Podobnego rozczarowania doznaje Dorota, która zapisuje się do wakacyjnej brygady Służby Polsce. W obozie na przyjazd przyszłych studentek czekają fabryczne robotnice: „Wyciśniemy ostatnie poty z tych panienek”. Scena przejścia młodych dziewcząt przez bramę przypomina wejście do obozu pracy – w roli surowych kapo szukających ofiary Dorota obsadza plutonowe-robotnice. Konflikt społeczny nakłada się tu na konflikt ideologiczny – robotnice mszczą się na jedynych dostępnych im przedstawicielach systemu, czyli młodych dziewczętach przysłanych na obóz, widząc w nich „sukcesorów rewolucji”.

     

    W Poemacie dla dorosłych z 1955 roku Adam Ważyk obnażył w brutalny sposób kłamstwo propagandowych haseł, za pomocą których charakteryzowano młodzież i określano jej obowiązki. U niego młodzi są przede wszystkim zdemoralizowani, udają się na „tarło”. Dziewczęta najpierw oddają się komubądź w ruinach, a później topią noworodki w kadziach z wapnem. Junaków pracujących przy wielkich budowach socjalizmu określił Ważyk – surowo i jak się wydaje, niesprawiedliwie – jako kaszę: to, co system pożera, mieli i wypluwa:

     

    Wielka migracja przemysł budująca

    nieznana Polsce, ale znana dziejom,

    karmiona pustką wielkich słów, żyjąca

    dziko, z dnia na dzień i wbrew kaznodziejom –

    w węglowym czadzie, w powolnej męczarni

    Z niej się wytapia robotnicza klasa.

    Dużo odpadków. A na razie kasza.

     

    Ta „kasza” u Ważyka ma dwa znaczenia – sprzeczne, jak większość zjawisk polskiego komunizmu: młodzi są „kaszą”, bo dają się przerabiać i kształtować na modłę systemu, podporządkowują mu się całkowicie. W starciu z nim nie mają jednak szans, bo awans społeczny w tej epoce możliwy jest tylko przez struktury państwa i tworzonych przez niego instytucji. Jednocześnie zaś „kasza” zderzona z „odpadkami” pokazuje pogardę, jaką w rzeczywistości państwo żywiło wobec tego „kwiatu narodu”. To z niego przecież – po zastosowaniu licznych zabiegów wychowawczych – ma się narodzić uświadomiona klasa robotnicza. Od tego właśnie cytatu rozpoczyna się jeden z rozdziałów Każdy został człowiekiem właśnie dlatego, że wygrywa całą ambiwalencję funkcjonowania młodych w początkach Polski komunistycznej. Sądzę też, że o ile poemat Ważyka czytany jest dzisiaj bardziej jako dokument historyczny oraz świadectwo zmiany światopoglądowej końca stalinizmu (a nie tekst literacki), to jednocześnie zarysowana przez poetę dwuznaczność do dzisiaj tkwi w naszej pamięci zbiorowej. I to jest właśnie pole, na którym rozpoczyna się rzeczywista praca reportażu Piotra Nesterowicza.

     

    Sądzę, że Każdy został człowiekiem – nieudany i krytykowany przez recenzentów po publikacji – ma raczej ambicje edukacyjne niż literackie. Nesterowicz, wybierając reportaż, czyli najbardziej popularny obok kryminału gatunek, zwraca się do szerokiego grona odbiorców, próbując przedstawić przeszłość tym, którzy z racji wieku nie mają o niej pojęcia i jednocześnie przypomnieć temu pokoleniu, w którego świadomości jej obraz uległ zatarciu. Awans społeczny rozumiany jako przejście ze wsi do miasta, modernizacja społeczna, industrializacja w pamięci zbiorowej zostały wyparte przed dwa inne mity: repatriację z Kresów oraz represje wobec AK, choć ze skoku cywilizacyjnego skorzystało około 3 milionów ludzi, więcej zatem niż padło ofiarami represji stalinowskich, związanych z dwoma mitami martyrologicznymi.

     

    Z tej otchłani właśnie wyławia Nesterowicz losy swoich bohaterów i montuje z nich historię o 10 latach polskiego komunizmu: 1950–1960. Wybrane przez niego daty graniczne nie wiążą się z żadnymi wydarzeniami przełomowymi. W 1950 roku uchwalony zostaje plan sześcioletni, a rząd zawiera umowę z Episkopatem Polski. 1960 rok to zaś moment, gdy bardzo uroczyście świętuje się 550-lecie bitwy pod Grunwaldem. Między nimi zamyka się upadek stalinizmu, odchylenia władzy: najpierw odwilż październikowa, później wycofanie się z ustępstw politycznych i powrót do ścisłego przestrzegania narzuconego w dobie stalinizmu „scenariusza ideologicznego”. Nesterowicz wybiera sobie takich bohaterów, dla których odwilż polityczna i turbulencje Października nie mają większego znaczenia, nie zmienia się ich życie, ani ich postawa społeczna. Gdy wycieka Chruszczowowska krytyka „kultu jednostki” i coraz częściej negatywnie wyraża się na temat minionej epoki, także w PRL-u, żadne z nich ani nie dostaje nagłej iluminacji, ani nie ma wyrzutów sumienia. Marian odczuwa za to gorycz, a jej źródło okazuje się z dzisiejszej perspektywy zaskakujące: ma on żal do nowej władzy, która tak łatwo odrzuca poświęcenie społeczeństwa sprzed kilku lat i jego wierną służbę, by wprowadzić zmiany społeczne w Polsce – to, co wpojono mu w czasie zajęć ideologicznych w ZMP ciągle okazuje się żywe. Wobec nowej władzy odczuwa wstyd, nie czyta „Po prostu”.

     

    Regina, Adela, Jan i Marian wychodzą z dołów społecznych, biedy i analfabetyzmu, za swój awans społeczny muszą zapłacić wysoką cenę – całkowitego zideologizowania i podporządkowania systemowi politycznemu. Nesterowicz zdaje się jednak mówić, że to nie oni są temu winni, a system, który ich wykorzystał. Zatem Każdy został człowiekiem to taka opowieść, w ramach której uniewinniane są masy, oskarża się zaś elitę sprawującą władzę: czyli najprostszy model konceptualizacji przeszłości. Obraz ten okazuje się dla dzisiejszego polskiego czytelnika bardzo korzystny, bo przypomina o chłopskich korzeniach polskiego powojennego społeczeństwa, o doświadczeniu politycznym naszych dziadków, a jednocześnie, obszernie charakteryzując kontekst epoki, rozgrzesza ich z zaangażowania w system, wybiela i uniewinnia. Nesterowicz poprawia swemu czytelnikowi nastrój, pokazując, że spora część polskiego społeczeństwa w okresie powojennym nie miała żadnych środków intelektualnych, by oprzeć się manipulacjom komunistów, tej wrogiej, podstępnej elity. Cenny jest jego gest przypomnienia przeszłości, wydobycia z mroków niepamięci i pogardy zapomnianego wysiłku całego pokolenia. Sądzę, że zaakceptować tę jego strategię można wyłącznie „do połowy”, bo jej druga część, czyli uniewinnienie, wiąże się tutaj z przekonaniem, że to nie „masy”, „kasza” odpowiedzialne były za system, a właśnie elita, a więc także z porzuceniem odpowiedzialności. Czy taka świadomość nie jest dla nas zbyt wygodna? Czy gest uniewinnienia nie zostaje posunięty za daleko? Okazuje się wszak, że takie rozłożenie akcentów pozwala zaakceptować nieświadomość polityczną, uznać bierność i brak zainteresowania sytuacją społeczną za wartościowe cechy. Autor, próbując przypominać i apelować do naszych emocji i skupiając się na budowaniu poczucia identyfikacji dzisiejszego czytelnika z pokoleniem jego dziadków, nie zabiera głosu w sprawie mechanizmów narzucania kontroli i sprawowania władzy. Ten rysunek wydaje się za prosty.

     

    Źródła:

    1. Chmielewska, Współczesny dyskurs historyczny o polskim komunizmie w perspektywie narratologii, „Teksty Drugie” 2013, nr 3.
    2. Kochanowicz, ZMP w terenie. Stalinowska próba modernizacji opornej rzeczywistości, Warszawa 2000.
    3. Kosiński, Oficjalne i prywatne życie młodzieży w czasach PRL, Warszawa 2006.
    4. Nesterowicz, Każdy został człowiekiem, Wołowiec 2016.
    5. Świda-Ziemba, Młodzież PRL. Portrety pokoleń w kontekście historii, Kraków 2010.
    6. Ważyk, Poemat dla dorosłych i inne wiersze, Warszawa 1956.

     

    Powyższy tekst to fragment książki o reportażach historycznych poświęconych PRL-owi, która powstaje dzięki Stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego Młoda Polska.

     

    Tekst został opublikowany pierwotnie w „Kontencie” 2017/1

  • Pamięć cię skrzywdzi

    Włodzimierz Nowak, Niemiec. Wszystkie ucieczki Zygfryda

    Agora 2016
    To kolejna niewygodna reporterska książka Włodzimierza Nowaka, niewygodna chyba nawet bardziej niż Obwód głowy, który o doświadczeniach II wojny światowej opowiadał z niemieckiej perspektywy. Tym razem bohaterem Nowaka jest Zygfryd Kapela, syn Polaka i Niemki, urodzony na Ziemiach Odzyskanych tuż po wojnie, niebieski ptak i niespokojny duch. Wychowywany za pomocą ojcowskiego pasa, karany za każde wspomnienie niemieckich korzeni, marzy tylko o tym, by uciec z beznadziei PRL-u na Zachód. Idzie do wojska, podejmuje pracę pogranicznika tylko po to, by rozpoznać trasy przerzutowe, możliwe drogi ucieczki. Próbuje uciec na południe, przez Austrię, potem do Niemiec. Zatrzymany, postrzelony, aresztowany, wraca do Polski. Podejmuje pracę palacza w pegieerze, zapisuje się do Solidarności, awansuje na przewodniczącego OPZZ w Zielonej Górze. W latach 80., gdy coraz łatwiej wyjechać na Zachód, służby wciąż odmawiają mu paszportu. Kapela godzi się na największe kompromisy moralne, podejmuje współpracę z SB, donosi na swoich kolegów o towarzyszy z Solidarności, licząc, że w końcu wypuszczą go za granicę.

    Nowak, opowiadając o splątanych losach Kapeli, snuje tak naprawdę trzy różne opowieści: o Niemcach pozostałych w Polsce po zakończeniu wojny i o tym, jak traktowali ich Polacy, o dylematach moralnych towarzyszących zaangażowaniu politycznemu lat 70. i 80., o historii opozycji i Solidarności na terenach wiejskich, w pegieerach.

    Ważna jest deklaracja autora:
    Nie lubię pisać o bohaterach, do których nie można się przytulić, poddać ich opowieści jak spokojnej rzece. Tu, przy Kapeli, trzeba ciągle uważać. Ale im bardzie mnie to męczy, tym wyraźniej widzę, że trzeba to opowiedzieć do końca. Że tak należy. 

    Skąd to poczucie obowiązku? Wierności niewygodnej, często skłamanej opowieści osobistej? Bo Polacy są coś winni Niemcom, bo to ich cmentarze zrównywali z ziemią i stawiali na nich magazyny – jak opowiada Kapela o miejscowości Wilenko (przed wojną Zion). Bo należy wreszcie pokazać historię antybohatera, Niemca uwięzionego w Polsce wbrew jego woli, Polaka, uwikłanego w relację władzy i ludu, próbującego wytyczyć własną ścieżkę w ciągle zmieniającej się strefie wpływów. Kapela to jednocześnie postać przeciętna i nieprzeciętna zarazem: słabo wykształcony, obarczony dość wcześnie rodziną, poszukujący jakiejkolwiek pracy, doskonale rozumie sytuację pracowników pegieerów, bo jego światopogląd w niewielkim tylko stopniu odbiega od ich horyzontu. Ale jednocześnie staje się w pewnym momencie ludowym trybunem: szybko zyskuje zaufanie współobywateli, ma łatwość zjednywania sobie ludzi, świetnie przemawia. Nie jest to jednak drugi Wałęsa, bo bardzo szybko ugina się pod naciskiem SB i szeroko opowiada o ludziach Solidarności, z którymi się spotyka. Najważniejszy jest bowiem paszport, możliwość ucieczki z Polski. Korzenie tego pragnienia powrotu do korzeni, „do macierzy” niemieckiej Nowak odkrywa w teście dość późno, Kapelą kieruje nie tylko tęsknota za wymyśloną przez babkę sielankową wspólnotą niemiecką, ale też wielkie poczucie krzywdy, zdrady, która dotknęła jego rodzinę w końca wojny. Matka, zgwałcona przez żołnierzy radzieckich, ledwo przeżyła rok 1945. Ojciec, próbując pomścić krzywdę żony, uwikłał się w zależność od milicji, z której też musiał uciekać, obawiając się zemsty współtowarzyszy. Ich związek – nawiązany w czasie wojny i szalenie niebezpieczny – po wojnie także rodzi szereg problemów. Hildegarda zostaje Helą, Zygfryd zamienia się w Zbigniewa, ojciec zakazuje rodzinie mówić po niemiecku.

    Wydobywszy się z takiego kotła pamięci Zygfryd aktywnie i histerycznie szuka swojego miejsca. W latach 70. Jest hipisem i cinkciarzem, pogranicznikiem i więźniem izolowanym w celi. Nigdzie nie może znaleźć swojego miejsca. Nie ma swoich wyrazistych oglądów, bo ciągle stawia się w pozycji przeciwnika,  lawiruje, kluczy, awansuje i jest brutalnie dymisjonowany.

    Nowak tworzy historię bohatera i zdrajcy, niejednoznaczną, nieprzyjemną, prowokującą. Wybiera człowieka, który nie pasuje do żadnego systemu, do żadnej opcji politycznej. Człowieka, obdarzonego taką biografią, która okazuje się z dzisiejszej perspektywy nieoperacyjna. Na tym właśnie polega doskonałość tego reportażu – polityczna i socjologiczna nieoperacyjność losu Kapeli służy żywiołowi opowieści. Niejasna i trudna do interpretacji biografia Kapeli, jego skłonność do uciekania w dygresje i  koloryzowania podkreśla wszystkie punkty niejednoznaczne polskiej historii. Nie da się go zamknąć w ramach gotowych obrazów pamięci historycznej, co tym samym przekłada się na pewnego rodzaju wolność poznawczą. Czytelnik podąża za Kapelą, może wypracować własną  perspektywę, musi wybrać, czy Kapela to postać tragiczna, do końca wierna sobie i powikłanym losom rodzinnym, pielęgnująca swoją skomplikowaną tożsamość, czy też tchórz, uciekinier, oszust?

     

    Ten tekst ukazał się wcześniej na stronie internetowej Instytutu Książki
  • 10 najlepszych zdań Włodzimierza Nowaka

    10 najlepszych zdań Włodzimierza Nowaka, czyli jak czyta się Niemiec. Wszystkie ucieczki Zygfryda z ołówkiem w ręku:
    1. Siegfred urodził się dwa lata po wojnie. Już wie, że ma złe imię, zakazane przez państwo polskie, tak jak imię Adolf na przykład.
     
    2. Siegi pokazuje Józkowi książkę z kolorowymi obrazkami. Józek pluje na obrazek. Czego, Józek plujesz, przecież to nie Niemiec, tylko Indianin. Winnetou to nie hitlerowiec.
    3. Kapela wcześniej nie zdradzał zachowań buntowniczych, przeciwnie, kiedy uczniowie w ramach zajęć praktycznych zbierali do butelek stonkę ziemniaczaną, zwaną inaczej żukiem z Kolorado, która zrzucona przez amerykańskie samoloty na polski brzeg Bałtyku od dekady niszczy uprawy ziemniaków w całym kraju, Kapela oddawał najwięcej butelek.
     
    4. Chłopcze, jak nie będziesz słuchać, to ci taką opinię wystawię, że nawet do bandy UPA cię nie przyjmą.
    5. Ręka żołnierza cała we krwi. Rozcina mi bagnetem nogawki i wysokie cholewki butów, są przestrzelone, krew wylewa się z buta, bandażują mi nogi, jednak mają ludzkie odruchy.
     
    6. Oczywiście na Węgrzech też kombinowałem, jak by uciec, bo było blisko, ale wiedziałem, że nasza córeczka ma już pierwszą w życiu fuchę, jest zakładnikiem.
     
    7. Boję się państwa polskiego, jak kiedyś ojca swego.
     
    8. Pod oknem siedzi wielki facet i wielkimi rękami skręca długopisy, na stole ma dziewięć pudełek, w każdym coś od przyszłego długopisu: sprężynki, rurki, klipy, pstryki… tyle tych gówienek, że człowiek myli kolejność, i jak to złapać grubymi paluchami, dwadzieścia lat był wybitnym traktorzystą, orał ziemię, skiba piękna jak Miss Polonia kładła się równo na bok (…), teraz mu się ręce trzęsą, grubymi palcami łapie różowe kółeczko, żeby nałożyć na białą rurkę.
     
    9. Utknąłem. Nie chce mi się tego pisać. Nie umiem. Koniec. Straciłem serce do tej historii, do Zygfryda Kapeli. Kiedy zaczynałem, kiedy zaczął mi opowiadać, sądziłem, że zdradził mniej, słabiej, nie tak poważnie.
     
    10. Być może prawdziwy dramat Kapeli nie polega na tym, że zdradził i że ta zdrada go teraz na starość dogoniła i mu dokucza, ale na tym, że nikt jej nie pamięta. Najbardziej zdradę Zygfryda Kapeli pamięta Zygfryd Kapela.
     
    Mój tekst krytyczny o najnowszej książce Włodzimierza Nowaka ukaże się wkrótce na stronie internetowej Instytutu Książki
  • Wydrążona ziemia

    Beata Chomątowska, Stacja Muranów, Czarne 2012
    Filip Springer, Miedzianka. Historia znikania, Czarne 2011
     
     
     
     
    Zarówno Springer, jak i Chomątowska piszą o ruinach i gruzach, o wydrążonej ziemi, na której w kolejnych dekadach próbuje się budować na nowo. Ta figura właśnie – ziemi wydrążonej − staje się w ich opowieści kluczowa dla myślenia o naszej przeszłości, stanowi pewnego rodzaju synekdochę określającą wyobrażenie PRL-u. Pozwala ona obojgu autorom pokazać w całym skomplikowaniu powiązanie tożsamości własnej i wrogiej, splot wspomnień katów i ofiar, odtworzyć wreszcie dialektykę pamięci i zapominania, prześledzić manipulacje, którym podlegała polska pamięć kulturowa. Ta pamięć, którą przedstawiają reportażyści, stoi w sprzeczności z mitem odbudowy, ale też mitem walki (który zastąpił mit odbudowy w naszej pamięci zbiorowej po 1989 roku). Figura wydrążonej ziemi każe się bowiem skupić na tym, co zniszczone i nienaprawione, na pracy, którą kolejni „zwycięzcy” wkładają w zatarcie śladów poprzedników, na gruzach, jałowych polach, zamkniętych kopalniach i rozkradzionych fabrykach, zmienionych nazwach geograficznych. U Chomątowskiej pierwszy ślad tej figury pojawia się na początku opowieści, gdy próbuje uchwycić istotę Muranowa jako miejsca-po-getcie. Springer pisze zaś:
     
    Wkrótce Karl Heinz Friebe dowiaduje się też, że Kupferberg nie jest Kupferbergiem. Jego nowa nazwa to Miedziana Góra. Jannowitz staje się Janowicami, Rudelstadt to Ciechanowice, Marzdorf to Marciszów, a Waltersdorf to Mniszków.
     
    To bardzo ważny cytat, bo pokazuje, jak za pomocą gestów administracyjnych zmienia się tożsamość miejsc i jak rozpoczyna się budowanie nowej pamięci zbiorowej. Chomątowska i Springer mówią bowiem to, co coraz głośniej rozbrzmiewa w publicystyce, badaniach naukowych i historiografii – podkreślają, że głównym doświadczeniem wojennym Polaków jest przesiedlenie. I natychmiast dodają, że nie jest to wyłącznie doświadczenie Polaków jako ofiar, repatriantów usuwanych przymusowo z Wilna i Lwowa, ale że jest to również doświadczenie wejścia do cudzego domu, zajęcia cudzego mienia. Jak lapidarnie pisze Ryszard Nycz, polskie społeczeństwo powojenne to „społeczeństwo przesiedlone, zdeterytorializowane, zdyslokowane”, jednak nasza pamięć kulturowa nie zachowała takiego doświadczenia. W PRL-u o repatriacji, przesuwaniu granic nie mówiono. Ustalenie granicy zachodniej przedstawiano jako odzyskanie „ziem odwiecznie piastowskich”, wszelkie wzmianki o usuwaniu żywiołu polskiego ze Wschodu w latach 1944-1946 cenzurowano. Tymczasem w perspektywie badaczy, to właśnie przesiedlenie okazuje się najważniejszą konsekwencją II wojny światowej, zdarzeniem, które w największym stopniu zmieniło losy Europy i ciągle ujawnia swoje kolejne skutki. Jak pisze Keith Lowe, wszystkie czystki etniczne, które miały miejsce po 1945 roku w Europie, wyrosły z rozpadu idei stabilnych społeczeństw, jaki dokonał się w trakcie działań zbrojnych. Okazuje się zatem, że dwa porządki dyskursu – komunistyczny, skupiony na budowaniu nowego ładu oraz demokratyczny, zajęty rozliczaniem z komunizmem i systemową transformacją – usunęły poza pole refleksji istotne doświadczenie wojenne. Ono zaś, niewypowiedziane i odsuwane w niepamięć, staje się nieprzepracowaną traumą. W reportażach Chomątowskiej i Springera właściwie wszyscy bohaterowie to ludzie przesiedleni – Springer pokazuje wypędzenie Niemców i osiedlanie w ich domach Polaków. Obraz Polaków jako wypędzających kłócił się z wyobrażeniem Polaków jako skrzywdzonych przez historię tragicznych ofiar, a taki obraz właśnie utrwalała propaganda PRL-u. Tymczasem w Miedziance autor unika łatwych ocen, daleki jest od tak pojmowanej sprawiedliwości dziejowej. W rozdziałach opisujących koniec wojny sięga po perspektywę dziecięcego bohatera, pół-sieroty, głodnego, żebrzącego o mleko Karla Heinza Friebego:
     
    Nagle alarm, na niebie radzieckie samoloty, ludzie wybiegają na zewnątrz. Jest zima, śnieg, w oddali jakieś miasto. Biegną, samoloty są coraz bliżej. Karl trzyma siostrzyczkę za jedną rękę, a matkę za drugą. Najbardziej boi się tego, że puści którąś z nich.
     
    To właśnie mały Hans, zanim jeszcze zostanie ostatecznie przepędzony ze swojego domu, będzie musiał nauczyć się nowych nazw miejscowości i ulic. Stanie się świadkiem nie tylko wojny, ale i modelowania rzeczywistości przez zwycięzców, pisania nowej historii:
     
    Karl szybko liczy, że w jednym pociągu zmieści się całe miasteczko, a nawet dwa. Mogliby zatrzasnąć cały Kupferberg w wagonach i powieźć to wszystko na Zachód. Ale miasteczko zostaje. To tylko oni znikają.
     
     Później zaś opowieść o wypędzeniu Niemców zostaje więc uzupełniona historią o polskiej biedzie, o konieczności zdobywania wszystkiego na nowo. I znów narracja ta ustanawiana jest jako rodzaj kontroopowieści wobec dominującego w polskiej pamięci przeszłości przekonania, że ziemie poniemieckie stanowiły w okresie powojennym krainę mlekiem i miodem płynącą.
     
    Chomątowska udowadnia, że nie tylko na obszarach przygranicznych odbywały się wędrówki ludów: nowa dzielnica posługuje się nową topografią, znika wiele nazw ulic lub przynajmniej zmieniają one kierunek i przebieg. Nie ma już przedwojennych Nalewek, Tłomackiego, Tamki,  na nowym Muranowie zamieszkują nowi mieszkańcy – ludzie z awansu, ale też przesiedleni, wrzuceni w miejski krajobraz, otrzymujący przydział na mieszkanie:
     
    Na przykład Stanisław Korycki, lakiernik z Mostostalu, wyróżniony tytułem przodownika pracy przy budowie trasy W–Z, a mimo to gnieżdżący się dotąd w jednym pokoju razem z żoną, dzieckiem i bratem. Albo Marian Jackowski, kontroler w Miejskich Zakładach Komunikacyjnych, przesiedlony z przeznaczonego do rozbiórki domu na Litewskiej.
     
    Zasadniczym elementem naszej powojennej pamięci w perspektywie Chomątowskiej i Springera jest gruz: pagórki, które pozostały po zburzonym getcie, leje i zapadliska po nigdy nie zbadanych dokładnie piwnicach, poniemieckie domy i cmentarze, kopalniane osuwiska i zapomniane szyby, hałdy ziemi, przytłaczające małe dolnośląskie miasteczko. Jednocześnie zgliszcza te mają wymiar symboliczny, bo przywołują pamięć niechcianą, wspomnienie grup etnicznych, które nie mieściły się w komunistycznym projekcie Polski powojennej. Wraz z pozostałościami po niemieckich cmentarzach i żydowskich kamienicach usuwano zatem pamięć o przedwojennych mieszkańcach terenów nowej Polski. Znikanie gruzów miało wymiar nie tylko polityczny, ale też etyczny, bowiem umacniający swoją władzę komuniści pozwolili na profanację, na rozbudowę kurników i przydomowych komórek dzięki cegłom wywiezionym z getta czy tablicom nagrobnym zapisanych gotykiem. Springer cytuje też polskie pisma urzędowe: „germańskie plugastwo” ma być tak traktowane, by zechciało „samo uciekać z nowych terenów Polski”. Wraz z gruzem rugowano też wspomnienia wstydliwe, w których to Polacy wchodzili w rolę agresorów, szabrowali pożydowskie mienie czy skuwali ściany w poniemieckich domach w poszukiwaniu ukrytego złota. Jednym z celów młodych reportażystów jest więc przypomnienie cywilnych ofiar wojny – mieszkańców gett żydowskich i wypędzonych Niemców, umieszczenie ich w obrazie przeszłości obok polskiej martyrologii, której pamięć forsowano w dobie PRL-u jako zasadnicze doświadczenie wojenne. Chomątowska dobitnie podkreśla, że Muranów stał się dla komunistów sceną, na której odgrywali propagandowy spektakl, że pamięć Holocaustu wraz z opowieścią o polskim antysemityzmie była dla nich zbędna, niemożliwa do opracowania, została więc przykryta opowieścią o wojnie polsko-niemieckiej. Dlatego też modelowano historię: gdy wznoszono kolejne bloki Muranowa i pisano o zwycięstwie właściwego nurtu historii, to jednocześnie rozwiązywano Bund. Narastały też przejawy antysemityzmu, które zaowocowały w połowie lat 50. wielką falą żydowskiej emigracji. Sterowana odgórnie amnezja przynosiła skutki i nowi mieszkańcy Muranowa – przesiedleni z innych obszarów Polski, pozbawieni wykształcenia i wiedzy historycznej − nie wiedzieli, dlaczego teren dzielnicy jest tak pofałdowany.
     
    Miedziankę i Stacja Muranów, opisujące zupełnie różne zjawiska z polskiej, nieodległej jeszcze przeszłości, łączy pragnienie odkłamania pamięci, odkrycia tych problemów, zdarzeń i osób, które w ramach różnych strategii politycznych były dyskredytowane i przemilczane, czyli przede wszystkim dotyczących etnicznego oczyszczania ziem polskich po wojnie i przyzwolenia na prowadzenie rabunkowej gospodarki. Metafora wydrążonej ziemi u Springera wiąże się w sposób naturalny z pracami w kopalni, z wydobywaniem węgla oraz uranu, a na poziomie symbolicznym z modelowaniem społeczeństwa: pozbawionego poczucia bezpieczeństwa, niepotrzebnego i przerzuconego na „nowy odcinek”. Ludzi można drążyć niczym ziemię, formować, dowolnie eksploatować. Większość Niemców, którzy w 1945 roku jeszcze nie uciekli, podejrzewano o przynależność do nazistowskiej partyzantki, przesłuchiwano, więziono, umieszczano w obozach i wysiedlano. W latach 50. w rolę niewygodnych ofiar weszli Polacy – w oficjalnych rejestrach nie zaznaczano, ile osób zmarło z powodu napromieniowania w czasie pracy w kopalni uranu w Miedziance, ile szantażowano i zwalniano, a ile torturowano lub zamordowano, bo przecież uran wydobywano na potrzeby zbrojeniowe Związku Radzieckiego. Nikt nie wie, ile robotnic – podobnych do Barbary Wójcik – zostało zgwałconych przez pracowników Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, którzy traktowali przyzakładowe kwatery jak domy publiczne. W działającej przez cztery lata kopalni nikt nie ostrzegał przed szkodliwym promieniowaniem, górników aresztowano za drobiny urobku znalezione w odzieży, donosicieli wynagradzano zaś pracą przy lepszej ścianie. Nie zmieniano warunków zatrudnienia ciężarnym wywożącym codziennie wagoniki uranu na powierzchnię, bo rąk do pracy wciąż brakowało − nawet karne bataliony tworzone z więźniów politycznych i żołnierzy nie były w stanie zaspokoić potrzeb kopalni.
     
    U Chomątowskiej wydrążona ziemia to gruzy po powstaniu w getcie, ale też pozostałości obozu koncentracyjnego KL Warschau i osamotnione, ocalałe z wojny kamienice. W odniesieniu do okresu powojennego autorka rysuje paradoksalną wizję ziemi zarówno wydrążonej, jak i nasyconej krwią, pełnej ludzkich szczątków. Jest to więc znak braku, klęski, śmierci. Jednakże gruzy i ruiny z 1945 roku w pamięci kultury zapisały się w dwuznaczny sposób: nie tylko jako symbol zniszczenia, ale także jako szansa, pole eksploracji, szabrowniczego bogacenia się. Gruzy, jak widzi je zatem Chomątowska, to przestrzeń ukrytego bogactwa, czekająca na swoich odkrywców. Na te dwa znaczenia nakłada zaś autorka jeszcze obraz trzeci – dawnego getta jako kłopotu administracyjnego, bo dla władz hałdy gruzu stanowią wyłącznie problem, wymuszają skomplikowane roboty porządkowe, na które nie ma przecież środków oraz konieczność opracowania nowego planu zabudowy. Zainteresowaniem instytucji państwowych cieszył się wyłącznie nazistowski obóz pracy, w którym MBP przetrzymywało aresztowanych AK-owców.
     

     

    Stacja Muranów i Miedziankamają charakter subwersywny wobec głównego nurtu pamięci społecznej, starają się ożywić inną pamięć kulturową, uruchomić nowe treści, wprowadzić do opowieści o przeszłości nowe grupy społeczne. Oczywiście, żaden tekst nie ma wartości rewelatorskiej w sensie historycznym, ale każdy ukazuje słabo znany wycinek przeszłości, odsłania nowy kontekst zdarzeń, albo też przybliża rzadko obecne w głównym nurcie treści. Bohaterami obu reportaży stają się takie grupy, które rzadko bywały tematem literackim: u Springera są to górnicy z Dolnego Śląska, z okolic Jeleniej Góry, a nie z wielkich budów socjalizmu. Miedzianka i jej prowincjonalny świat zajmują miejsce zarezerwowane do tej pory w polskiej literaturze dla Katowic, Nowej Huty czy Stoczni Gdańskiej.
     
     
     
    Powyższy tekst to fragment dużego eseju, który ukazał się w najnowszym numerze „Fa-artu” (4/2015)
  • Jak zmarnować reporterski temat, tego uczy Lipiński

    Jak zmarnować reporterski temat, tego uczy Lipiński

    Piotr Lipiński, Bicia nie trzeba ich było uczyć, Czarne 2016
    Czytałam ostatnio dwie książki reporterskie dotyczące polskiej najnowszej historii – Lipińskiego o procesach stalinowskich prokuratorów i Łazarewicza o sprawie Grzegorza Przemyka. Dwa polskie reportaże o śledztwie i procesie, dwie opowieści o tym, jak stawiając przed sądem jednostkę, oskarża się jednocześnie i rozlicza Polskę komunistyczną. Różnica jest tylko jedna – książki Lipińskiego nie należy czytać, podczas gdy książka Łazarewicza to lektura obowiązkowa.
     
    Obie książki wywołują wielkie emocje, zamiarem obu jest przedstawienie czytelnikowi przeszłości w zbliżeniu, rozliczenie przeszłości sprzed 1989 roku oraz pokazanie, jak działała system prawny w latach 90., gdy próbowano wracać do spraw z przeszłości. Lipiński odwołuje się do procesu z 1994 roku, w którym na ławie oskarżonych zasiedli przedstawiciele Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, którzy w latach 40. i 50. odpowiadali za budowę gigantycznego i bardzo efektywnego aparatu terroru, którzy odpowiadali za tortury, znęcanie się i łamanie niewinnie oskarżonych. Cezary Łazarewicz próbuje zrekonstruować przebieg pobicia i śmierci Grzegorza Przemyka, a także śledztwa i mataczeń wokół niego, następnie procesu, który odbył się w 1984 roku oraz ponownego procesu z 1995 roku.
     
    Pozornie tylko są to to tematy, które zrobią się same, lecz w gruncie rzeczy – szalenie trudne wątki, wymagające umiejętności opracowania materiału sądowego, umiejętności snucia opowieści, posiadania wiedzy psychologicznej, ale też wiedzy o tym, o czym jeszcze chce się opowiedzieć, poza wątkiem głównym zawsze przecież pojawia się tło, w tym tle zaś to wszystko, co autor zamierzenie lub niezamierzenie umieszcza. Nad tym materiałem w stopniu doskonałym panuje Łazarewicz (o nim jeszcze napiszę), podczas gdy Lipiński nie radzi sobie z nim w ogóle.
     
    Bicia nie trzeba ich było uczyć to wznowienie reportażu wydanego w 1997 roku. Lipiński miał 25 lat, gdy przeprowadził swoje rozmowy z Adamem Humerem, ostatnim wiernym komunistą, oddanym śledczym MBP. Zapis rozmów, które młody reporter prowadzi w mokotowskim więzieniu z emerytowanym śledztwem miał pokazać czytelnikowi zaślepienie Humera, jego oddanie systemowi, ale i zakłamanie, bo nie chce przyznać się do tego, jak potworne metody dopuszczał w śledztwie, choć wielu świadków zeznawało już przeciwko niemu i tortury te zostały udowodnione. Lipiński nie widzi jednak, że oddaje też czytelnikowi do rąk książkę o swojej porażce, nie potrafi bowiem ani wydobyć z Humera przyznania się do winy, ani wyjaśnienia, dlaczego dopuszczał takie metody. Lipiński wciąż pyta, Humer nie odpowiada, albo mówi to, co sam chce. Młody dziennikarski szczawik dławi się swoim poczucie słuszności, a my wraz z nim, bo przecież pomimo jego nieudolności, stoimy po jego stronie, bo tu znajduje się racja moralna. Lipiński powinien zatem pójść w inną stronę, próbować stworzyć portret psychologiczny tego śledczego-kata, pokazać, jak to możliwe, że w latach 90., po tylu ujawnionych zbrodniach komunizmu, nadużyciach jednostek i całego systemu, wciąż można być mu wiernym, wciąż można powtarzać hasła propagandowe z lat 40! (np. frazy o tym, że MBP prowadziło wojnę przeciwko obszarnikom, a nie przeciwko polskiemu społeczeństwu, że bicie aresztowanych miało umocnić władzę ludową). Lipiński pisze ze świętym oburzeniem, głosem  trybuna ludowego woła „oskarżam”, a jednocześnie nie potrafi narysować choćby hipotetycznego portretu swego głównego oskarżonego – Humera.  To jest właśnie obowiązek Lipińskiego, który popełnia też i błąd drugi – w nowym wydaniu nic nie poprawia, choć nie ma już 25, a 49 lat i jego wiedza o świecie, mamy taką nadzieję, trochę się już pogłębiła. Delikatnie rzecz ujmując, Lipiński to nie jest Teresa Torańska, a Bicia nie trzeba ich było uczyć to nie jest nowa wersja Onych, to miejscami naiwna, miejscami okrutna opowieść o śledztwie. Naiwna, bo zbyt proste są podziały i oceny moralne, które stosuje Lipiński, okrutna, bo gdyby mu się bardziej chciało, gdyby miał w sobie więcej wrażliwości, mógłby napisać świetny reportaż o starości AK-owców, o ich chorobach, samotności, walce o dobre imię. Tymczasem pojawiają się oni jednak przede wszystkim jako głosy prawdy, jako świadkowie na sali sądowej.
     
    I tak dostajemy reportaż śledczo-historyczny pełen niespełnionych obietnicy, nieudanych wybiegów, niezrealizowanych szans. Fatalnie, że taki świetny temat zmarnowany został w ten sposób.