Ołeksandr Myched, Kotek, kogutek, szafka
przeł. Andrej Saweneć, ilustr. Żenia Połosina
Warsztaty Kultury 2025
Podobno polskie społeczeństwo ma już dość Ukraińców – ich obecności, kultury, języka na ulicach. Nietrudno było pomagać w 2022, bo wtedy wszyscy nagle interesowali się kulturą, wpłacali na zbiórki i przyjmowali zziębnięte kobiety z małymi dziećmi (choć nawet wtedy w Krakowie było słychać, że oddawanie Ukraińcom biletów na zbirkom za darmo to już naprawdę przesada).
Tym większy podziw dla tych instytucji, które wspierały i wspierają kulturę ukraińską, które starają się przybliżać przekłady, pokazywać wystawy dzieł ukraińskich osób artystycznych.
Zwłaszcza że stałą cechą kultury ukraińskiej dzisiaj jest jej uwikłanie w wojenną świadomość – szukanie środków do opowiadania o niej w nowy sposób, jakby mierzenia się wciąż na nowo ze strasznymi obrazami wojennymi i rosnącą obojętnością potencjalnych czytelników. Czy to jest sytuacja podobna do tej z lat 50., kiedy jedni chcieli budować na nowo, a drudzy tkwili w niekończącej się pętli pamięci wojennej? Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie.
W każdym razie z tego ścierania się płyt Ołeksandr Myched, pisarz i żołnierz Sił Zbrojnych Ukrainy, próbuje wyjść przy użyciu konwencji baśniowej. M., w czasie mojej nieobecności otworzył paczkę kurierską i zobaczywszy ilustracje i tytuł, odłożył „Kotka, kogutka i szafkę” na stos dziecinny. Na szczęścia mała M. nie umie czytać całych tekstów, bo to kompletnie nie jest książka dla najmłodszych. Man nawet wrażenie, że dla starszych łatwa także nigdy nie będzie.
Z reguły bowiem konwencja baśni ułatwia, upraszcza, oczyszcza – pozwala lepiej wybrzmieć pamięci, przyciągnąć bliżej odległe doświadczenia. Baśń żywi się czasem mitycznym, wiecznym tu i teraz. Myched używa jej z wprawą, świadom, jakie ciśnienie można wywołać, zbliżając do siebie różne momenty. Jego bohaterkami są przede wszystkim Sonia, babka, pamiętająca II wojnę oraz jej wnuczka, młoda Liza. Tylko one pozostają na wysokim piętrze w bloku na osiedlu w Borodziance kilka minut po rozpoczęciu wojny. Sonia nosi w sobie równocześnie żałobę po zmarłym mężu, który osierocił ją na starość i dziecięce wspomnienia wojny, głodu, powszechnej śmierci. Dzięki baśniowej konwencji zlewają się one w jedno. Nie ma różnicy pomiędzy ostrzałem wtedy i teraz, lęk jest tylko większy, bo mała Sonia bała się o siebie, a teraz drży z lęku także o swoją wnuczkę i o syna, który – rozlazły, bezrobotny, zalegający na kanapie u starej matki w czasie pokoju – po rozpoczęciu wojny zaciąga się do wojsk obrony terytorialnej.
Myched sam stracił dom w pierwszym tygodniu wojny – trafiony pociskiem rosyjskim. Teraz na kilkadziesiąt stron rozpisuje historię jednej rodziny z jednego bloku na początku wojny. Mieszkańcy bloku nie rozumieją, co się dzieje, jaki charakter będzie miał ten konflikt, przewagę nad nimi ma właśnie Sonia – paradoksalnie dzięki swojej dziecięcej, niezaleczonej traumie ona wie, że dynamika wojny czyni z ludzi potwory, wie, jakie są zagrożenia, skąd płyną i jak się wobec nich zachować. Właśnie dlatego udaje jej się uratować wnuczkę, choć to młoda dziewczyna wydaje się dużo sprawniejsza i zdolna do działania.
Nie ma wyjścia z traumy, zdaje się mówić autor. Nadzieja leży tylko we wspólnocie, w relacjach. Kolejne pokolenia przychodzą, uratowane przez starsze, ciśnienie wojenne wytwarza też większą miłość (choć i większe PTSD). Życie może być jednocześnie wypełnione „zmęczonym gniewem” i miłością, one biegną koło siebie, zwłaszcza w tej części Europy.
Wydaje mi się, że brak puenty w tej historii jest niejako w nią wpisany – Myched jest pewny zwycięstwa, bo nie może inaczej funkcjonować, nie da się żyć z inną myślą.






