Tag: Marginesy

  • Krzyżowcy i dziewczyna

    Krzyżowcy i dziewczyna

    Gdyby wszyscy autorzy powieści obyczajowych pisali takie książki! Świetna rozrywka, ale taka, która bawiąc, zahacza o debatę o tolerancji religijnej i korzeniach tożsamość europejskiej.

    Stefan Hertmans, Nawrócona

    Przeł. Alicja Oczko

    Marginesy 2018

     

    Hertmans nie należy do pisarzy, którzy zrewolucjonizują powieść XXI wieku. Jest to jednak świetny rzemieślnik, genialny stylizator, uważny badacz historii i skupiony psycholog. Nawrócona opowiada o epoce pierwszej wyprawy krzyżowej, o związku bogatej szlachcianki i żydowskiego chłopaka, którzy zawarłszy małżeństwo, muszą uciekać przed ojcem dziewczyny. Chronią się na nieurodzajnej francuskiej wyżynie, w maleńkim miasteczku, w którym Viridis-Chamutal-Sara nie bardzo potrafi znaleźć swoje miejsce. Jest w końcu prozelitką, nawróconą właśnie. Porzuciła chrześcijaństwo, składając swą tożsamość na ołtarzu małżeństwa. Jej mąż ginie jednak w okrutnym pogromie, Chamutal rusza w podróż, by odszukać dzieci. Jej życie toczyć się będzie w cieniu krucjaty, wiele razy padnie ofiarą przemocy, nienawiści, męskiej siły. Religijny konflikt, nasilanie się nastrojów apokaliptycznych, przekonanie, że szatan jest wszędzie doprowadza w powieści do wypadków dramatycznych i potwornych.

    Hertmans prowadzi akcję jak w rasowym romansie obyczajowym i jednocześnie dobudowuje do niej drugi wątek – własnych poszukiwań, podróży śladami kochanków z XI wieku, badań, przemyśleń. Wątki te splatają się często ze sobą tak ściśle, że narrator-autor powieści patrzy przez okno na zmierzających w jego stronę strudzonych uciekinierów. Podkreśla fikcyjność całej historii, jej literackość, ale równocześnie umacnia w czytelniku wiarę w kreacyjną moc literatury. Oto tworzy bowiem pełną, bogatą, szczegółową opowieść z kilku tylko szczątków, ruin, śladów, dwóch zapisanych dokumentów. Łączy melodramat (młodzi, którzy uciekają przed gniewem bogatego ojca) z rozważaniami o religijnej nietolerancji. Chamutal może wszak zginąć z ręki chrześcijan, którzy widzą w niej zdrajczynię, czarownicę i żydów, dla których jest obcą. Hertmans wykorzystuje tu stary trop literatury, pisze powieść parabolę, w której średniowiecze służy jako metafora czasów współczesnych. W polskiej literaturze tak właśnie rozliczano się ze stalinizmem: Hanna Malewska wydała Sir Tomasz More odmawia, Jerzy Andrzejewski Ciemności kryją ziemię. O 1968 roku w formie paraboli historycznej pisał Andrzej Szczypiorski Msza za miasto Arras (tutaj świat przedstawiony opowiadał o średniowieczu późnym). U Hertmansa wczesne średniowiecze opowiada o XXI wieku i oczekiwaniu – po raz kolejny – na nadejście apokalipsy: przez Europę ciągną zaś hordy watażków, spragnionych krwi krzyżowców, księża organizują procesje biczowników i pątników. Nasila się nietolerancja, na ulicy morduje się innowierców. Grzech staje się obsesją całego kontynentu, podobnie jak konieczność pokuty i poszukiwanie oczyszczenia – szkoda tylko, że rzadko dotyczy ono własnego sumienia, a z reguły cudzych pleców. Dużo tu pogromów, samosądów, stosów, kamieniowania.

    Gdyby Hertmans pozostawił tylko ten średniowieczny wątek, powieść byłaby czystym kiczem, kolejnym wcieleniem Elif Safak, jakimś Shantaramem w kostiumie europejskim. Powieść broni się dlatego właśnie, że autor nie udaje, nie wierzy w wielką narrację. Podgryza od spodu swoją opowieść, konfrontuje ją ze współczesnymi poszukiwaniami. Patrzy na Chamutal z perspektywy XXI wieku, snuje swą opowieść o poszukiwaniu śladów średniowiecznej bohaterki, jej miejsca schronienia, zastanawia się, co mogło ją spotkać, ale jego wyobraźnią kieruje świadomość Zagłady. Shafak pisze tak, jakby możliwa była wielka narracja, oszukuje w jakiś sposób czytelnika. Hertmans jest od tego daleki i właśnie dlatego daje nam fantastyczny kawałek literatury.

    Zdjęcie:  Martin Bekerman on Unsplash

  • Szczury, krety i ludzie nad nimi

    Szczury, krety i ludzie nad nimi

    Wikimedia Commons

    Stefan Hertmans, Wojna i terpentyna

    Marginesy 2015
    Przeczytałam tę książkę prawie rok po publikacji, ale ciągle jeszcze – myślę sobie – zmieściłam się w granicach 100 rocznicy I wojny światowej, której powieść jest poświęcona.
     
    Wojna, a właściwie Wielka Wojna, wysuwa się tu na plan pierwszy, stanowi centralne doświadczenie życia Urbaina Martiena, choć ten umiera dopiero w 1981 roku, a więc szmat życia przypada na okres powojenny. Martien, chłopak z ubogiej rodziny, dostaje powołanie na front, i na własnej skórze przekonuje się, jak toczy się nowoczesną wojnę. Hertmans jest fantastycznie konsekwentny w tej swojej perspektywie: całą I wojnę obserwujemy z pozycji okopów, z pozycji niedoświadczonych, szeregowych, przestraszonych żołnierzy, którym dowódcy na przemian nakazują maszerować i kopać. W opowieści Hertmansa widać, jak dokonuje się zderzenie słabego ludzkiego ciała z nowoczesną bronią, gazami bojowymi, nowymi sposobami prowadzenia działań militarnych. Martien, cudem przeżywający kilka największych bitew, poza przerażeniem wciąż odczuwa zdziwienie, pewnego rodzaju zaskoczenie, że ciało tak łatwo poddaje się kulom, że umiera się tak szybko i bez wysiłku.
     
    To właśnie odróżnia go od Remarque’a i Cendrarsa, którzy całą swą energię poświęcili pokazaniu bezsensu wojny. Hertmans, przystępując do pisania Wojny i terpentyny niedługo przed setną rocznicą wybuchu wojny, miał świadomość, że włącza się w olbrzymi nurt literacko-historyczny, liczący – bagatela – jakieś 25 tysięcy tytułów. Trudno tu znaleźć własną drogę, powiedzieć coś nowego. Wydaje mi się jednak, że mu się to udało: Martien jest chłopakiem prostym, poczciwym i obowiązkowym, bardzo religijnym. Udział w wojnie nie wyrywa go z życia, trauma nie powoduje wykorzenienia, alienacji. Płaczącemu w okopach pociechę przynosi modlitwa i powtarzane w kółko słowa, swojskość modlitwy pozwalają przetrwać kompletnie obce doświadczenie wojny.
     
    Wszyscy piszą, że to piękna historia o pamięci. Zgoda. Wydaje mi się jednak, że to jeszcze piękniejsza opowieść o pokorze, z jaką przyjmuje się to, co przynosi życie. Hertmans na bohatera wybieram bowiem człowieka, którego los doświadcza wielokrotnie, konfrontuje go ze śmiercią, głodem, żałobą, rozpaczą, chorobą, poczuciem wstydu, niższości, z konfliktami klasowymi i narodowymi. Udział w wojnie to tylko jeden z zakrętów na drodze Martiena. To także historii o człowieku prostym, pozbawionym wykształcenia, ale jednocześnie obdarzonym niezwykłą samoświadomością, zdolnością obserwacji, wrażliwością na sztukę. Martien zaczyna pracować jako nastolatek, specjalnie odkłada pieniądze, by uczyć się rysunku, po wojnie pracuje na kolei jako robotnik, na emeryturze dopiero poświęca się całkowicie malowaniu. W powieści Hertmansa nie ma jednak w ogóle dystansu, nie ma wyższości wobec sposobu przeżywania świata przez robotnika. Robotnika, który zna swoje miejsce i nie próbuje spierać się z dowódcami wojskowymi, choć zdaje sobie sprawę z bezcelowości ich rozkazów, który w milczeniu przyjmuje ataki wymierzone w żołnierzy o flamandzkim pochodzeniu, a stosowane przez walońskie dowództwo. Martien znosi swój los z pokorą, nie buntuje się przeciwko wyrokom boskim i ludzkim, wypełnia swoje obowiązki, dba o rodzinę, wciąż żyje pełnią życia – ten jego upór w jakiś przewrotny sposób właśnie budzi w czytelniku największy podziw. Kilka razy cudem uratowany przed śmiercią – w odlewni żelaza i na froncie – zna wartość życia, choć jednocześnie wie, jak łatwo to życie stracić. Dlatego właśnie nigdy z życia się nie wycofuje. Nie znajdziemy tu dramatycznych uniesień, buntu przeciwko ontologii, ani oporu wobec politycznych decyzji, a jednocześnie wciąż widzimy, że Martien, skrupulatnie wykonując wszystkie polecenia kolejnych przełożonych, jest ponad nimi.
     
    Tutaj właściwie mogłabym skończyć ten tekst, ale kusi mnie, żeby tę fantastyczną, złożoną powieść przeciąć ostrym nożem polonistycznym, żeby pokazać choćby kilka zastosowanych w niej chwytów, które sprawiają, że otwiera się przed nami inna opowieść, daleko wykraczająca poza problem pamięci i wojennej traumy.
     
    Obok tej prostej, ale zarazem głębokiej historii o akceptacji życia w najgorszych warunkach, Hertmans buduje tutaj i drugą warstwę opowieści. Większość piszących o tej książce dała się złapać na lep stworzonej tutaj formuły: autor wymyśla bowiem pewnego rodzaju klamrę, historię w historii. Hertmans-wnuk pisze o przeżyciach wojennych Martiena-dziadka. Cała opowieść zbudowana jest bardzo misternie, symetrycznie splatają się tu różne wątki, albo też mamy ich zwierciadlane odbicie, przeciwstawienie przeszłości i teraźniejszości. Taki chwyt zadomowił się we współczesnych opowieściach wojennych – znamy go z Cercasa, Bineta, Littella.
     
    Skomplikowana formuła ujawnia się zarówno na poziomie przedstawionych w powieści wątków, jak i samej formy. Tekst stylizowany na autentyczną opowieść jest w gruncie rzeczy bardzo skomplikowaną grą w szczerość, tworzeniem masek i przesłon. Widać tu bowiem dwa rodzaje narracji, obie stworzone przez Hertmansa-pisarza. W jednej mówi wnuk, pisarz, intelektualista. W drugiej dziadek-żołnierz-robotnik, obie jednak wyszły spod pióra tego samego autora, oba w równym stopniu są tekstem literackim. Hertmans-pisarz, zdając sobie sprawę z tego, że samoistna opowieść wojenna nie utrzyma się w zalewie historii z I wojny, wybiera gatunki i zagadnienia, które mają wspomóc i zarazem skomplikować ten główny wątek. A zatem mamy tu elementy sagi rodzinnej (bo mamy tu sportretowane 4 pokolenia, przy czym ważniejsi są pradziadkowie niż rodzice), powieści o artyście (bo pradziadek maluje freski i miłość do nich go właściwie zabija, dziadek to malarz sztalugowy, a wnuk to pisarz), melodramatyczny romans (miłość dziadka i jego małżeństwo) i wreszcie jako czwarty gatunek – opowieść o wojnie. Nie mają zatem racji ci recenzenci i krytycy, którzy widzą w Wojnie i terpentynie prosty zabieg montażu – zderzenie opowieści dziadka i wnuka. Obie części są wykreowane, stworzone przez tego samego autora.  
     
    I tak prostemu, pozbawionemu wykształcenia dziadkowie autor przeciwstawia wnuka-pisarza, erudytę, cenionego intelektualistę. Trudowi budowania, tworzenia Martiena autor przeciwstawia postać wnuka jako dziecka, które niszczy cenne przedmioty, z dziecięcej nieporadności. W I części finguje autentyczność przeżyć dziadka, dysponuje pełną wiedzą, w II zaś – poświęconej związkowi miłosnemu i małżeństwu – podkreśla swą niewiedzę, wielokrotnie wskazuje, że snuje tylko domysły, stawia czytelnikowi przed oczyma tajemnicę i mnoży hipotezy, aluzyjnie podsuwając intymne szczegóły.
     

     

     Świetna lektura, fantastyczna opowieść o trwaniu i pokorze. Ale też kapitalna lektura dla wielbicieli metanarracyjnych, autotematycznych smaczków, dla zwolennikó1) wyrafinowanej, skomplikowanej formy. 
  • 5 hitów, które zrobią Ci krzywdę

    5 książek, po które lepiej nie sięgać w wakacje (ani w żadnym innym terminie)

    Lista subiektywna. Książki, o których piszą wszyscy, przedstawiane w samych superlatywach, ale w gruncie rzeczy kiepskie, przegadane, naiwne lub nieautentyczne. Pisane dla kasy, a reklamowane jako wyszarpane z głębi trzewi. Banalne, prymitywne, ślizgające się po powierzchni. Bestsellery, z których lektury nic nie wynika. 

    1. Katarzyna Bonda, Pochłaniacz, Muza 2014 – dawno nie czytałam tak śmiertelnie nudnego kryminału, książki tak przegadanej, naiwnej, operującej zdaniami prostymi, nieautentycznej psychologicznie.

    2. Yaa Gyasi, Droga do domu, Wydawnictwo Literackie 2016 – czytanka o niewolnictwie. Autorka twierdzi, że książka powstała jako owoc poszukiwań korzeni rodzinnych, ale po tekście widać wyraźnie, że skrojony jest na miarę amerykańskiego czytelnika, że ma mu pokazać w jasnych i prostych scenach, jakie potworne, ale też smutne i melodramatyczne były losy Afrykanów i Afroamerykanów. Wyrachowane, źle napisane.

    3. i 4.  Gregory David Roberts, Shantaram i Cień góry, Marginesy – Paulo Coelho z Bombaju, zdania tak kunsztowne, nasycone przymiotnikami, że od cukru bolą zęby. Śmieszna książeczka, która ma nas przywalić swoim rozmachem, a przygniata naiwnością:
     

    Ale jeden błąd może spalić w twoim sercu cały las, ukryć wszystkie gwiazdy na wszystkich niebach. I dopóki jego ogień płonie, dopóty zdradzona miłość czy utracona wiara może ci podsunąć myśl, że już po tobie, że nie możesz żyć dalej. Ale to nieprawda. To nigdy nie jest prawda. Bez względu na to, co robisz, bez względu na to, gdzie się zgubiłeś, ta świetlistość nigdy cię nie opuszcza. A dobro, które w tobie umiera, może się odrodzić, jeśli bardzo tego chcesz. Serce nie potrafi się poddać, bo nie potrafi kłamać.


    I mamy tu słowa kluczowe: świetlistość, serce, ogień, prawda i kłamstwo, odrodzenie – czytaj: banał, banał, banał.

    5. Elif Shafak, Uczeń architekta, Znak 2016 – powieść tradycyjna, napisana tak, jakby w prozie od połowy XIX wieku nic się nie zmieniło (a zmieniło się wszystko). Wielkie malowidło, wielka bajka dla czytelnika, tylko po co ją czytać? Konstrukcja powieści  przypomina konstrukcje Pata i Mata z czechosłowackiej bajki.
     


    Lista krótka, bo chciałam umieścić tutaj tylko po jednej publikacji danego wydawnictwa. Gdybym mogła być jeszcze bardziej niesprawiedliwa i subiektywna, lista ta ciągnęłaby się w nieskończoność. 
  • Co jest poza ramą obrazu

    Co jest poza ramą obrazu

    Julia Fiedorczuk, Nieważkość

    Marginesy 2015
    Podobnie jak we wcześniejszych tomach opowiadań Fiedorczuk, także i tej powieści głównymi postaciami są kobiety. Obserwujemy jej trzy bohaterki od dzieciństwa w małej podwarszawskiej miejscowości do dorosłości w dużym mieście. Każda z nich – to także znany już motyw u Fiedorczuk – wywodzi się z innej grupy społecznej, łączy je jednak dziewczęca wrażliwość, sposoby percypowania świata, podobne relacje z otoczeniem. Każda z nich zderza się ze swoim ciałem, z obojętnością rodziców, z męską przemocą. Zuzanna to córka docenta, który wysyła dziewczynkę na zajęcia plastyczne. Dorosła już Zuzanna jest kobietą zamożną, wykształconą i światową. Jednocześnie zaś samotną, skupioną na sobie, w nieustannej pogodni za jakąś lepszą wersją siebie. Inna jest jej przyjaciółka z dzieciństwa – Helena to córka krawcowej, sama także wykonuje pracę fizyczną: sprząta w hotelu. Spędza życie na czymś kompletnie innym: wychowuje dwoje dzieci, odwiedza w szpitalu umierającą na raka matkę. Diametralnie różna jest ich koleżanka ze szkoły – Ewka. Urodzona przez grzebiącą w śmieciach Marię, zostaje oddana do szkoły specjalnej w Warszawie. Dorosła Ewka jest bezdomna, żyje na ulicy, a jej całą energię pochłania zdobywanie alkoholu oraz poszukiwanie ciepłego miejsca do spania.
    Nieważkość to zatem powieść socjologiczna, która pokazuje, jak kobiety nie są w stanie przeskoczyć ograniczeń, jakie narzuca im ich własna klasa społeczna. Nie liczy się zatem ich inteligencja, ambicja, wrażliwość i zainteresowania – będą skazane na reprodukowanie losu własnych matek.

    Julia Fiedorczuk daje nam jednak w tej powieści zdecydowanie więcej, bo tytułowa nieważkość  ma także znaczenie metafizyczne, wiąże się z niemożnością zakorzenienia się we własnym życiu. Każda z kobiet próbuje w jakiś sposób oswoić własne ciało, swój los, miejsce, w jakim przyszło jej żyć. Ciągle jednak ciało okazuje się nieznane, własna biografia ujawnia się jako niezrozumiała, rodzina – ludzie obcy. Cały więc codzienny wysiłek wiąże się z oswojeniem otoczenia i potwierdzeniem swojego istnienia, trzeba go też ciągle ponawiać.   

    W tym zderzeniu socjologicznej obserwacji i metafizycznego porządku leży największa wartość powieści Fiedorczuk, tutaj właśnie buduje się nowa jakość. Autorka potrafi bowiem stworzyć swoją opowieść z paradoksów, pokazać komplikację pozornie prostego życia, przedstawić kobietę jako człowieka, bez żadnych różowo-sentymentalnych ornamentów. W Nieważkości walka z kurzem urasta do rangi czynności filozoficznej (odciśnięcie swojego śladu w świecie), poszukiwanie siebie odbywa się w alkoholowych majakach. Fiedorczuk rysuje portrety dziewczynek jako istot jednocześnie wrażliwych i skrajnie okrutnych, odwzorowujących w swoim świecie relacje, jakie widzą między dorosłymi. Zuzanna mówi do swojej lalki „Przestań wreszcie wyć”, Ewka bije łaszącego się do niej psa. Jako dorosłe kobiety także okazują się dwuznaczne: nienawidzą męskiej dominacji, ale się jej podporządkowuj; milczą o przemocy, jakiej doświadczają. Często też wykorzystują męski popęd.    

    Nieważkość to jedna z najlepszych powieści kobiecych ostatnich lat: uniwersalna, otwierająca się na wiele różnych interpretacji, bogata w sensy, wieloznaczna.  
    Tekst powstał dla Instytutu Książki i został opublikowany w jesienią 2015 roku w katalogu Books from Poland.
  • Jak napisać złą powieść. Krótka analiza

    Sebastià Alzamora, Bestie

    Marginesy 2014
    To niestety ta sytuacja, kiedy okładka i nota obiecują więcej niż znajdziemy w środku. Sebastià Alzamora także składa nam obietnice bez pokrycia. Miało być tajemniczo i strasznie, miała być wojna domowa, potwór, który grasuje w czasie wojennego chaosu. Dostajemy za to plątaninę zupełnie niepowiązanych ze sobą wątków, pozbawionych kompletnie uzasadnienia,  które autor na siłę ściąga razem w zakończeniu i wymusza wspólne rozwiązanie akcji.

    Obiecuje nam się klimat wojny domowej, a my – upasieni na innym Katalończyku, Javierze Cercasie – liczymy na historię wojenną. Historyjka jest jednak tutaj prosta jak z radzieckiej czytanki, bo kilku urzędników FAI (czyli komunistycznej policji politycznej) organizuje intrygę, której ofiarami mają paść ukrywający się członkowie zakonu marystów. Maryści muszą zapłacić 20 tysięcy franków i za tę cenę FAI zgadza się wypuścić ich z kraju. Oczywiście do żadnego wyjazdu nie dochodzi, FAI pozwala wyjechać wyłącznie uczniom ze szkół zakonnych, ale samych zakonników łapie i rozstrzeliwuje na dziedzińcu zamkniętego klasztoru. Scena rozstrzelania w zamiarze autora ma być przejmująca, ale nie jest, bo słaby warsztat autora nie pozwala ani na utożsamienie się z postaciami, ani na poczucie wspólnoty i współczucie, ani nawet na przejęcie się sceną zbiorowego mordu. Taka jest literatura – nie wystarczy słuszny temat, by czytelnik przejął się losami bohaterów i przeraził zbrodnią. Alzamora, ślepy wyrobnik, sądzi, że buduje suspens, podczas gdy czytelnik od pierwszego spotkania zakonników z policjantami wie, jak skończy się ten wątek. Nie ma więc zakończenia, jest za to wyłącznie irytacja na dość tępego autora.

    Drugi wątek dotyczy tajemniczego eksperymentu, w którym lekarz i prawnik wymyślają i budują konia-bestię, potwora złożonego z organów martwych zwierząt i ludzi, połączonych za pomocą części mechanicznych. Nie wiemy, skąd wziął się ten pomysł, jaka idea za nim stoi. Nie wiemy też, jak technicznie go wytworzono. Obaj bohaterowie postanawiają wypuścić konia na ulice miasta w czasie bombardowania – ich celem jest zderzenie przeciwstawnych żywiołów: niszczenia i budowania, żywiołu destrukcji i szaleństwa (ciała rozrywane przez pociski, rozpadające się mury, rozrywany bruk) oraz żywiołu przemiany (bo Hadaly zbudowany jest z odpadków, z narządów martwych, stanowi zatem zwycięstwo człowieka nad śmiercią). W tej symbolicznej scenie autor chce zamknąć cały cykl życia, zbudować rodzaj metaforycznego kręgu, mieszczącego życie i śmierć. Wszystko to jednak nie zostaje nam opowiedziane za pomocą fabuły, lecz wypowiedziane wprost przez doktora Pellicera, który tłumaczy zamiar obu Frankensteinów zaprzyjaźnionemu śledczemu. Autor prawdopodobnie zakłada, że czytelnik jest równym mu idiotą i nie jest w stanie wyciągnąć samodzielnych wniosków. Otóż nie, większość czytelników jest mniej durna niż ten autor i nie potrzebuje rozwlekłych tyrad bohaterów.   

    Trzeci wątek w założeniu został zaplanowany jako pierwszoplanowy i dotyczy on śledztwa kryminalnego. Komisarz Muñoz ma znaleźć człowieka-bestię, który zamordował zakonnika ukrywającego się w pensjonacie i małego chłopca (ten zginął, bo stanął na drodze uciekającego mordercy). Doktor Pellicer podejrzewa, że zabił ich wampir lub ktoś, kto się za niego uważa. Komisarz szuka zwyrodnialca, parafilika (czyli klinicznego wampira) – kogoś, kto czerpie satysfakcję seksualną z picia krwi, kto szuka pozaseksualnych źródeł zaspokojenia. Wątek ten, który  mógłby pociągnąć dalej całą akcję i spiąć ją w jakąś w miarę całość, zostaje szybko zgubiony, komisarza Muñoza przesuwa się do innych zadań.

    Katalog stereotypów, którymi posługuje się tu Sebastià Alzamora, także może porażać swoją oczywistością: na czele zbirów z FAI stoi Manuel Escorza del Val – chory na polio, poskręcany, wredny karzeł, dodający sobie wzrostu butami na koturnach. Przez całe życie prześladuje swoją siostrę zakonnicę, już jako chłopiec prowokuje ją, by tylko dostała karę od rodziców. Jako dorosły okazuje się chytrym, podstępnym i okrutnym przywódcą. Jest też zadufanym analfabetą, który w rozkazach śmierci sadzi błędy ortograficzne. No, każdy czytelnik, który kiedykolwiek czytał o konflikcie zbrojnym, wie, że dokładnie za pomocą takiego zbioru cech konstruuje się zawsze obraz przeciwnika. Escorzę otacza kohorta oddanych, fanatycznych chłopaków – wszyscy mają swoje ambicje, szefa jednocześnie się boją i nienawidzą. Zaślepieni i niemoralni, nadgorliwie wypełniają rozkazy. Bez wahania dobijają rannych marystów w scenie rzezi. Całość tworzy nudną, przewidywalną konstrukcję, w której zło pokazane jest jako naturalne, niewymagające uzasadnienia, ale jednocześnie demoniczne.

    Potworna literacka nędza, którą się sprzedaje jako powieść osadzoną w realiach wojny domowej w Hiszpanii. Nie ma tu żadnego nowego odczytania historii, pogłębionego spojrzenia, nawet realistycznych opisów życia tej epoki. Alzamora mógłby wybrać każdy inny moment zawieruchy politycznej, potrzebował bowiem do jednego z wątków kilku drabów działających w majestacie prawa – to wszystko. Dawno już nie zirytowała mnie tak literacka robota. Tutaj jednak prędzej można mówić o wyrobnictwie niż o pisaniu.