Tag: Świat Książki

  • Burdel w obozie

    Burdel w obozie

    Miało być odsłonięcie prawdy historycznej, powieść gorzka, brzydka, Borowski, Kertesz i Pasażerka w jednym. Wyszedł sentymentalny bełt. Połączenie Elzy, wilczycy SS z ckliwym melodramatem. Nieetyczne podniety.

    Dominik W. Rettinger, Kommando puff

    Świat Książki 2018

     

    Rettinger, autor scenariuszy filmowych i serialowych, napisał powieść o Auschwitz, z tym że próbował przedstawić tylko jeden wycinek obozowej rzeczywistości, pokazać świat od strony relacji seksualnych, tytułowego komando puff, czyli obozowego burdelu. Jego bohaterkami stają się dwie kobiety: młoda naiwna Polka, Magdalena oraz jej obozowa przyjaciółka, ukrywająca żydowskie pochodzenie Eliza. Dzięki temu, że w Magdalenie zakochuje się ukraińska kapo Luba, obie kobiety dostają pracę w Kanadzie. Przeszukują szwy w odzieży zagazowanych, wydobywając kosztowności i dokumenty. Gdy kradzieże ich szefa zostają ujawnione, całe komando boi się likwidacji, Eliza wciąga więc Magdalenę do pracy w obozowym burdelu. Obie liczą, że obietnica uwolnienia po pół roku pracy, jaką złożyli im niemieccy administratorzy, zostanie spełniona. Magdalena nie radzi sobie jednak z presją, ohydą, zezwierzęceniem i Eliza próbuje ją z tego komando uratować, odesłać do Luby.

    Linia fabularna tej historii sypie się od pierwszej sceny właściwie: dramatyczne wypadki następują jeden po drugim, postacie pojawiają się deus ex machina, nagle rodzą się nowe wątki. Błyskawicznie po sobie następują kolejne sceny makabry, jakby autor się bał, że opis obozowej nudy pozbawi czytelnika wrażeń. Bohaterki ratują życie z kolejnych opresji wyłącznie dlatego, że ktoś się w nich zakochuje – na miły Bóg, to jest jakaś parodia! Eliza nie zostaje zabita zastrzykiem z fenolu, bo właśnie skończyły się dawki, a ostatnia strzykawka spadła na ziemię. Dostawcą jedzenia okazuje się jej dawny, porzucony kochanek, burdelem kieruje inny kochanek, który w wychudzonej więźniarce o twarzy poznaczonej tyfusem rozpoznaje dawną flamę i wyciąga z komanda pracownic fizycznych. Nad wszystkim triumfuje miłość (bien sur, jak to w złych powieściach bywa). Autor nie bardzo zdaje sobie sprawę z tego, że opowiada dwie sprzeczne historie: narracja prowadzona z punktu widzenia Elizy skupia się na przekonaniu, że ono doszliśmy do kresu człowieczeństwa, że choćby człowiek żył jeszcze i dwieście lat, i tak nie zmyje z siebie obozowego zła. Jednocześnie jednak autor wciąż konstruuje sytuacje, w których ujawniają się bezinteresowni bohaterowie, ktoś komuś pomaga, ryzykuje własne życie. Eliza wyciąga Magdalenę z dołu pełnego błota i kieruje jej łopatą, gdy ta nie ma siły dźwigać narzędzia, więźniarki w szpitalu dokarmiają Elizę, podobnie jak pracownice Kanady. Niemieccy żołnierze nie dopytują o przepustkę. Strażnicy, którzy mają wśród więźniarek kochanki, próbują je ratować w czasie śledztwa i przesłuchania.

    Problem z tą powieścią nie polega na tym, że jest źle, płasko napisana, kiczowata, sentymentalna, wyrachowana w założeniach (fabuła opiera się na schemacie od kasyn Monte Carlo do Auschwitz), choć rozumiem, że każdemu rozsądnemu czytelnikowi robi się w trakcie lektury słabo. Prawdziwy problem znajdziemy trochę głębiej: kicz dotyczy tutaj bowiem Zagłady, a więc staje się nieetyczny. Nie godzi tylko w dobry smak czytelnika, ale w kwestie moralności. Rettinger pisze we wstępie, że chciał pokazać ukrywaną stronę lagrów, wydobyć na światło dzienne erotyczne związki, sprawy cielesne, niechciane ciąże, relacje między więźniami i strażnikami. Wszystko to słuszne, ale nie w takiej fabule, która zamienia się w obozowe porno, nie z taką nikłą myślą kołaczącą gdzieś w cieniu.  Rettinger wykorzystuje chwyt ujawniania nieznanego jako sankcję dla swojej powieści. Ale to przedstawienie nie wystarcza, nie mówi nam bowiem niczego, czego byśmy nie wiedzieli. Tym samym obozowy burdel staje się tylko pretekstem do opowiadania historyjki o sadystycznych upodobaniach niemieckich bohaterów oraz o czystości etycznej Polaków.

    Autorowi udaje się zatem przekroczyć pewną granicę, ale nie taką, jaką planował i nie w sposób, który sobie zamierzył.

     

    Zdjęcie: Erica Magugliani on Unsplash

  • Pękają granice świata

    Pękają granice świata

    Katja Kettu, Akuszerka
    Świat Książki 2016
    przekł. Bożena Kojro
    Trudno napisać powieść wojenną, która byłaby melodramatem i jednocześnie w sposób serio stawiała pytania moralne. Kettu – młodej fińskiej autorce – w pełni się to udało. Akcja jej Akuszerki rozgrywa się w 1944 roku na północnym krańcu Finlandii, niedaleko granicy z ZSRR, pod okupacją nazistowską. Dzikie Oko, tytułowa akuszerka, to kobieta dysponująca tajemniczym darem leczenia i uśmiercania, reprezentująca nieujarzmioną siłę natury, budząca lęki zabobonnej ludności. Ucieka od mężczyzn, nie chce domu, w którym byłaby uwięziona i zmuszona do leczenia dzieci skazanych na śmierć z niedożywienia. Zakochuje się jednak w esesmanie, odchodzi za nim do obozu przejściowego, w którym zatrudnia się jako pomoc medyczna. Widzi w nim człowieka pięknego i czystego, choć ten ma na koncie udział w masakrze w Babim Jarze. Kobieta chce pomagać więźniom, nie wie, czemu w rzeczywistości służy obóz, ratuje przed rozstrzelaniem nastolatkę z lokalnego plemienia Skoltów.  Wszystko zmienia się jednak, gdy Dzikie Oko zachodzi w ciążę, a Finlandia podpisuje sojusz z ZSRR. Dotychczasowi więźniowie przejmują w obozie władzę i dziewczyna musi porzucić te wartości, których starała się strzec.
     
    Kettu pyta o to, czy można oskarżyć kobietę, która za wszelką cenę chcę ratować swoje jeszcze nienarodzone dziecko. Równocześnie opowiada o dramatycznych zmaganiach wojennych na granicy fińsko-radzieckiej,  o splątanych losach uczestników wojny, o konflikcie między oświeconymi oficerami armii nazistowskiej i ciemnym ludem rdzennych mieszkańców Północy, których trudno przypisać do jakiejkolwiek znanej rasy. O kryzysie umysłu racjonalnego wydanego na pastwę przyrody północy. W tym wszystkim miejsce muszą znaleźć sobie jej bohaterki, bo to wysuwają się na plan pierwszy w stosunku do słabych mężczyzn. Podstępne, zaborcze, zaślepione, naiwne i chutliwe – Kettu rysuje portrety wielu postaci kobiecych, z których tworzy panoramę, wokół nich skupia swą opowieść. 
     
     
    Ten tekst ukazał się pierwotnie w 41 nr „Polityki” (2016). 
  • Z notatek głodzonego krytyka

    Z notatek głodzonego krytyka

    Zaczęłam czytać książki z mojej jesiennej listy, tak jak Państwu obiecywałam.
    Na pierwszy ogień poszły trzy, wydane najwcześniej, ale też te, na które nie mogłam się najbardziej doczekać. I tak – Akuszerka Kettu jest genialna, choć też potworna i przerażająca. Choć opowiada o wojnie, nie ma tu żadnej pochwały przemocy, żadnego uroku wojny i grzesznej satysfakcji dla czytelnika. Kettu pisze o tym, do czego posuwa się kobieta, by walczyć o miłość i by ocalić swoje dziecko – a jest gotowa na wszystko.
    Więcej przeczytają Państwo w mojej recenzji w „Polityce”, a potem na blogu. Zachowuję rozliczne zachwyty na dłuższy tekst.
     
    Z pozostałych lektur teraz relacja na gorąco, bo są długie i muszę sobie uporządkować w głowie to, co chcę o nich napisać. Springer zaskakuje po raz kolejny, przy czym po raz drugi w sposób negatywny. Świetny, spostrzegawczy, ciężko pracujący autor oddaje w nasze ręce tom, który pokazuje absolutną wirtuozerię reporterską. Opisuje byłe miasta wojewódzkie, wybiera za każdym razem jakieś inne ujęcie: mamy tu reportaże biograficzne, refleksyjne, historyczne, oparte na emocjach lub na analizie gospodarki, portrety, relacje z podróży. Cała paleta możliwości, całe spektrum gatunków. Ale za każdym razem 3-4 strony i skok do następnego miasta, do następnego tekstu. Galopem przez Polskę, po plasterku cienkim tylko tych refleksji. Każdy z tych szkiców można byłoby rozpisać na wielki esej, ale znów, tak jak w Księdze zachwytów, kończymy ten posiłek głodni. Springer stał się autorem obowiązkowym, absolutnym must-read na polskim rynku wydawniczym. Wstyd, gdy inteligent nie zna Springera. Ale dlaczego czytanie Springera staje się coraz łatwiejsze?

     

    Po trzecie, Witold Szabłowski i Sprawiedliwi zdrajcy. Znów wielki fachura, świetny reporter, powściągający emocje, nieskory do łatwych ocen i pochopnych sądów. O ile jednak dystansuje się do emocji własnych, o tyle na ckliwą nutę próbuje wygrywać na emocjach czytelnika, a ponieważ zna się na reportażu, to mu się to udaje, o zgrozo. W chwili, gdy coraz więcej mówi się publicznie, że Ukraińcy powinni przeprosić za Wołyń, że bez tego ani rusz, że nam, niewinnym ofiarom, się należy, Szabłowski tworzy słodki obrazek o tym, jak sobie wszyscy pomagali. Teraz nie czas na takie książki! Nie da się tego gniewu podsycanego przez media i polityków przypudrować i przywalić takimi sentymentalnymi obrazkami! Mam straszny kłopot z tą książką, bo uważam, że jest dobrze napisana i przez to właśnie może wyrządzić wiele złego. Szabłowski daje nam łatwe rozwiązania: Polacy byli dumni i zarozumiali i dlatego Ukraińcy ich nienawidzili, ale wielu pomogło Polakom w czasie masakr i rzezi. No serio? Tak będziemy generalizować? Jak tylko opadnie mi to ciśnienie, które urywa mi powoli uszy, napiszę o tym jakiś wielki tekst, bo to co robi Szabłowski jest działaniem na szkodę polityki pamięci. Znów rządzi mną głód – chcę rozdrapywania ran, a nie głaskania, chcę wgryzania się we wspólną pamięć, a nie opowieści o ratowanych kobietach i dzieciach. 
  • Brudni, spoceni i źle ubrani

    Wojciech Engelking, (niepotrzebne skreślić)
    Świat Książki 2014
    Brudni, spoceni i źle ubrani − tacy właśnie są bohaterowie debiutanckiej powieści Engelkinga. Nie jest to jednak opowieść o proletariacie, ale o klasie średniej, której ostrą krytykę rysuje autor. Wszyscy żyją w Warszawie, marzą o wielkich pieniądzach, szybkich karierach, modnych ciuchach. Jakość życia, poziom szczęścia przekładają się tu płynnie na wysokość pensji, tempo awansu, egzotyczne wakacje i wielkość mieszkania w strzeżonym apartamentowcu. Engelking szydzi jednak z tych pragnień, kompromituje swoich bohaterów, każąc im żyć od pożyczki do pożyczki, kraść i kombinować.

    Wiktor, młody absolwent prawa, dostaje pracę najpierw w McDonaldzie, potem w firmie windykacyjnej. Pierwsze mieszkanie kupuje po zlicytowaniu bezrobotnej pary, na utrzymanie narzeczonej pogrążonej w śpiączce zdobywa pieniądze, organizując akcję na Facebooku. Opiekunką narzeczonej zostaje Weronika – córka sprzątaczki, przez lata pogardzająca i pomiatająca matką, przekonana, że to bieda matki stoi na drodze jej szczęściu. Praca ma właściwie dla niej charakter rozrywki, bo dziewczyna spędza czas, trwoniąc pożyczkę, którą otrzymała w parabanku. Od dzieciństwa marzyła o bogactwie, o modnych strojach, zazdrości w oczach innych. Teraz więc biega po sklepach, histerycznie kupując wszystko od najdroższych swetrów po kadzidełka w Zara Home.  

    Engelking organizuje intrygę swojej powieści wokół windykacyjnego śledztwa − najpierw to Wiktor prześladuje dłużników, szuka Weroniki, na którą „zlecenie” dostał od firmy, przepytuje jej dawnych szkolnych kolegów, później sam się takim dłużnikiem staje. Cała fabuła krąży zatem wobec majątku, kredytu, długu, spłat – pieniędzy, których się pragnie i nie ma, wokół marzeń o etatowej pracy, wysokiej pensji i menadżerskich stanowiskach. Nie jest to jednak nowa powieść realistyczna, nie znajdziemy w niej błyskotliwej i głębokiej diagnozy społecznej. Engelking nie jest młodym Bolesławem Prusem, nie jest też Aleksandrem Świętochowskim, który słynny manifest My i wy napisał, mając 22 lata (czyli dokładnie w wieku Wojciecha Engelkinga). Jego spostrzeżenia na temat autodestrukcyjności społeczeństwa, marzeń o bogactwie, pogardzie wobec biedy nie wykraczają bowiem poza wiedzę, którą zdobywamy w czasie lektury tygodników opinii. To, co jednak wypada na dwóch stronach autorowi artykułu, nie bardzo wypada już pisarzowi, zwłaszcza takiemu, który – jak sam Engelking przyznaje w wywiadzie − ma ambicje przebicia Witkowskiego, Masłowskiej i Pilcha.

    Świętochowski nie korzystał z Facebooka, który dla Engelkinga staje się głównym punktem odniesienia, drugą, ważniejszą rzeczywistością.  Wydaje się, że właśnie te rozwlekłe analizy aktualizacji profili na Facebooku, kurczowe przywieranie do scenek warszawskich obniżają poziom powieści. Engelking szydzi z hipsterów bywających w kawiarni Charlotte, pisujących do „Krytyki Politycznej” i noszących okulary Ray Ban. Czy jednak (niepotrzebne skreślić) czytane za pięć lat dalej będzie ostre? Obawiam się, że bez przypisu powieść okaże  się zupełnie niezrozumiała. I dzisiaj wymaga ona wielu pokładów cierpliwości, ileż można czytać o Facebooku! 

    Ponieważ impet skierowany jest tu przeciwko konsumpcyjnemu stylowi życia, Engelking mnoży obrazy karykaturyzujące właśnie to zjawisko. Tworzy zatem przerysowanych, odpychających bohaterów obsesyjnie układających w głowie listy zakupów, którzy mają nam uświadomić, że pragnienie posiadania jest złe i nietwórcze, że w pogoni za majątkiem gubimy siebie. Wszystko to oczywiście bardzo słuszne obserwacje, ale przedstawione już wcześniej, gdy przed dekadą kolejni autorzy publikowali powieści antykonsumpcyjne. Poza jednak tym głównym wątkiem w powieści mającej ambicje satyry i antyutopii niewiele się dzieje, za to wiele innych zjawisk autor krytykuje wprost, w odnarracyjnych tyradach. Krytykuje polski Kościół, polską bankowość, polskie prawo, polski system wsparcia społecznego, polski rynek. I znów powiela to, co znamy już z Masłowskiej, Shutego, Czerwińskiego, Witkowskiego, czy Chutnik. Krytyka ta nie jest ani oryginalna w formie (bo wątki antyutopijne giną tu w około facebookowych passusach), ani w treści, bo autor powtarza dość toporne wnioski o utożsamieniu szczęścia i majątku, szydząc jednocześnie ze swoich postaci, dobranych tak, by potwierdzały jego kolejne obserwacje, używa prostych, znanych z mediów stereotypów: ambitnej panny z prowincji, rozpuszczonej córki z zamożnego domu, syna-nieudacznika wychowanego przez „radzącego sobie” ojca, szczerej i uczciwej sprzątaczki, chytrej i bezdusznej lekarki, leniwego doktoranta-hipstera.    
    Zatem dokładnie wbrew temu, co pisze Piotr Bratkowski, wychwalający (niepotrzebne skreślić) na łamach „Newsweeka” – książka Engelkinga jest jedynie zbeletryzowaną publicystyką polityczną.

    Dłuższa wersja tego tekstu ukazała się w miesięczniku „Nowe Książki”. 

  • Ciało Królowej

    Michał Witkowski, Zbrodniarz i dziewczyna
    Świat Książki 2014
    Najnowsza powieść Witkowskiego to powieść niezwykle ciekawa. Nie tylko dlatego, że autor odwołuje się do konwencji kryminału, ale też dlatego, że jej lektura dzieli krytyków. Jedni uważają, że Zbrodniarz i dziewczyna to spadek formy, inni – że tekst wybitny. Jedni, że Witkowski się sprzedał, inni – że gra, szydzi z konsumpcjonizmu, jedni – że autor stacza się po równi pochyłej (przy założeniu, że Lubiewobyło szczytem) i reprodukuje jedynie cudze style i języki. Inni mówią, że utrzymuje swoją formę z Lubiewa, a Zbrodniarz i dziewczyna to zapis stylistycznej wirtuozerii. To krótkie streszczenie głosów, najbardziej symptomatyczne teksty i sprzeczne teksty wyszły chyba spod pióra Przemysława Czaplińskiego (dwutygodnik.com) i Michała Sowińskiego (Ha-art).

    O co więc toczy się spór? Jak zwykle − o prawdę. O to, czy Witkowski kłamie, gra, ironizuje. Krytyka nie potrafi rozpoznać, czy autor Zbrodniarza i dziewczyny flirtuje jedynie z kulturą masową, czy też jej się sprzedał? Czy zdradził kulturę wysoką, czy tylko broni jej w sprytny sposób, pogrywając z popkulturą, obnażając jej prymitywne elementy. Spotykamy się z dwoma sprzecznymi postawami – część krytyki uważa, że Witkowski rozmienia się na drobne, pisze coraz prostsze powieści, by dotrzeć do niewyrobionego czytelnika, który miałby kłopot ze zrozumieniem Lubiewa. Dla innych Witkowski to wirtuoz, używający popkultury jako narzędzia, rysujący w karykaturze niskie instynkty konsumpcyjne (pragnienie „nakupowania lujowi”, obecne i w Drwalui w Zbrodniarzu i dziewczynie). Pytają więc dalej: czy Witkowski gra o jakąś wyższą stawkę? Chce stworzyć jakiś nowy model pisarza? Chce być autorem, który pogodzi wysokie i niskie? Będzie Gombrowiczem nowej epoki?

    Ja jestem Witkowskiemu przychylna, uważam, że jego zdjęcia modowe są świetne i wcale nie tworzą przykrego dysonansu (wysoka proza vs zdjęcia uliczne). Wydaje mi się za to, że można popatrzeć na powieść Witkowskiego w taki sposób, który pogodzi tekst literacki i tekst modowo-kulturowy. To, co łączy bowiem obie dziedziny to obsesja ciała – ciała, które zdradza autora, wymyka się jego pragnieniom, jest słabe.

    W Zbrodniarzu i dziewczynie właśnie ciało powraca jako obsesja – morderca poluje na młodych chłopców w starych pikietach, zabija ich i przebiera, obmywa ciała, ale też je rozcina, patroszy. Upiększa i rujnuje. Odbiera życie, uważnie studiuje fizyczną maszynerię, ale też poprawia wygląd ciał, zanim umieści je w publicznym miejscu. Cała powieść skonstruowana jest tak, by Przedwojenny Morderca stał się alter ego bohatera − pisarza Michała Witkowskiego, a więc łączy ich nie tylko orientacja, ale i zainteresowania. Pisarz zbiera ogłoszenia o zaginionych chłopcach, kolekcjonuje wyjątkowe ubrania, interesuje go moda retro i vintage. Ta symetria rozwija się do tego stopnia, że początkowo to Witkowskiego właśnie śledczy podejrzewają o morderstwa. Widać zatem wyraźnie, że strój i ciało odgrywają kluczową rolę, przy czym nie tylko pisarz-Michaśka się przebiera, ale także policjant, który ma go rozpracować i sam morderca, śledzący prace operacyjne oraz wszystkie osoby uwikłane w dochodzenie. Każdy bohater stylizuje się na kogoś innego, ciało trzeba okrywać, zmieniać, przerysowywać i poprawiać. Policjant stylizuje się na studenta-hipstera, Sonia na gocką księżniczkę, a Iwo to emo i fashionista.

    Ciało dla Witkowskiego jest interesujące o tyle tylko, o ile jest sztuczne, o ile prowadzi walkę z naturą (i ją wygrywa) – musi być wydepilowane, pachnące, wyperfumowane, ustrojone, a nie zwyczajnie ubrane. Witkowski próbuje oderwać człowieka od ciała, bo ono samo jest bez sensu, choruje, poddaje się infekcjom i depresjom, a przede wszystkim brzydocie. Szwankują zatoki, ciało kicha, kaszle, ale też starzeje się, tyje, brudzi. W końcu zaś otwiera się pod nożem koronera i rozpada:

    (…) dlaczego to wszystko jest takie banalne. Nawet nie obrzydliwe, tylko banalne i na dłuższą metę nudne. Wciąż czeka się na coś więcej, jakąś duszę czy coś, a ty tylko rzygi i gówno w środku, cała tajemnica.

    Ważną figurą staje się w tej interpretacji Enen – 16-letni chłopak, który zginął w czasie ulicznej bójki. Ani jego nazwiska, ani winnych śmierci policji nie udało się wskazać, zostałby kolejnym NN w statystykach, gdyby nie zainteresowanie jednego ze śledczych: Bartosz dba o Enena, ciągle trzyma ciało chłopca w lodówce. Nie tylko nie pozwala go pochować, ale też maluje, kupuje ubranie i perukę. Cały ten wątek ma znaczenie symboliczne – pokazuje bowiem walkę z czasem, zmaganie się z ciałem, dążenie do przezwyciężenia słabości, fizyczności, śmierci.

    To nieprawda, że ciało trzymane w lodówce się nie zmienia. Cała krew spada na dół i chłopak, który miał długie włosy, wyglądał jak woskowa księżniczka w szklanej trumnie, był prawie przeźroczysty, ulepiony z jakiejś nieziemsko-perłowej masy. Koniuszek nosa z diamentowego pyłu. Piękna powłoka młodego życia, które wcale nie zamierzało się kończyć. Wszystko, co złe, cała ta śmierć, zgromadziło się na spodzie.

    Cały wysiłek, kluczowy dla zrozumienia ostatnich tekstów Witkowskiego, polega więc na tym, by kultura opanowała ciało, by przedłużyła jego atrakcyjność, trwałość na seksualnym rynku, by dała zdrowie, które w domyśle równoznaczne jest ze szczęściem. Kultura jest tu rozumiana jako przestrzeń mody, stylu, stroju, który zawsze coś mówi o człowieku. Dlatego właśnie bohater Witkowskiego zawsze jest na diecie (bo ciału nie można folgować, dieta to sposób na okiełznanie słabego ciała),  jada tylko w restauracji, bo jedzenie w domu kojarzy się z czynnością biologiczną, uleganiem prymitywnej, pozawerbalnej potrzebie. Posiłek w restauracji to już wejście w przestrzeń kultury, trzeba przecież wybrać trendy knajpę, modne danie, skomentować wystrój i muzykę. Domowa kuchnia, w której się gotuje, to natura, restauracja – kultura. Bohaterowie nie piją niczego poza kawą i alkoholem, bo ona napoje nie bardzo służą ciału, stanowią ważne elementy kultury, mają własną historię. Postacie Witkowskiego nie mogą pić mleka!  

    Witkowski gra więc na klasycznej modernistycznej opozycji kultura – natura, duch – ciało, genitalia – mózg. Inaczej jednak niż moderniści opracowuje to zagadnienie, ponieważ w jego prozie ciało najbardziej fascynujące, najbardziej atrakcyjne to twarde ciało luja, ciało, którego z pozoru nie dotykają żadne gnilne procesy bo to zawsze ciało młodego mężczyzny.
    I to ciało właśnie – pachnące potem, twarde, spracowane, niezbyt zadbane, wyrzuca Witkowskiego poza ustalone tradycje i podziały, stawia go poza pytaniami o stylizację i autentyczność.

  • Poszła do kuchni zmyć krew z podłogi

    Sofi Oksanen, Oczyszczenie
    Świat Książki 2010
    Jeśli komuś podoba się Sońka Karpowicza, powinien sięgnąć po OczyszczenieOksanen – książkę, którą słabo polska publiczność zarejestrowała, a która według mnie stanowi jedno z najwybitniejszych dzieł literatury współczesnej.

    Akcja rozgrywa się w Estonii, pokazuje bohaterów w czasie II wojny światowej oraz – równolegle – na początku lat 90. Aliide Tru, staruszka żyjąca samotnie w gospodarstwie przygarnia młodą dziewczynę, która z pewnością jest ofiarą przemocy seksualnej, kłamie ze strachu, ale też desperacko walczy o ocalenie własnego życia. Szybko jednak okazuje się, że to nie będzie kameralna opowieść o dwóch kobietach i ich bagażu, o krzywdzie, jakiej obie zaznały z rąk mężczyzn. Bo Aliide na przerażenie Zary reaguje na dwa skrajne sposoby: raz furią, raz troską i czułością. Słabość dziewczyny, jej siniaki budzą w Aliide niechęć i to jest właśnie pierwsze z serii pęknięć, którymi Oksanen rozsadza swoją opowieść (a robi to wyjątkowo misternie). Bo historia ciągle ma dwie bohaterki – w wątku wojennym to Aliide i jej siostra Ingel, przy czym znów Aliide żywi emocje skrajne: kocha siostrę, a jednocześnie chce się jej pozbyć, bo obsesyjne zakochana jest w Hansie – mężu Ingel. Tu ujawnia się drugie pęknięcie, ponieważ Oskanen nie pozwala tej historii rozwinąć się w dramat trójkąta miłosnego. Szybko wprowadza tu wielki porządek zdarzeń i jego ofiarami padają wszyscy bohaterowie. Hans w czasie okupacji niemieckiej popierał nazistów, trafia więc na czarną listę, gdy tylko władzę przejmują Sowieci. Obie kobiety z największym oddaniem ukrywają go w domu i robią wszystko, by tylko udało się jego obecność utrzymać w tajemnicy, zupełnie bezbronne stają wobec służb bezpieczeństwa. I to właśnie walka o przetrwanie, o własne szczęście i normalne życie, o uratowanie życia ukochanego człowieka staje się głównym tematem Oczyszczenia

    Cały kłopot polega jednak na tym, że w walce o Hansa Aliide nie cofnie się przed niczym – a tym samym można ją uznać za jedną z najciekawszych, najbardziej niejednoznacznych postaci literackich. Jest ofiarą zbiorowego gwałtu estońskich komunistów, ale jednocześnie donosi na własną siostrę, żeby się jej pozbyć. Staje się równocześnie katem i ofiarą, w tych samych chwilach jest godna najwyższego współczucia i budzi wyjątkową odrazę. Bo Aliide nie daje się pokonać losowi, i choć często jest słaba, to jednak nigdy się nie poddaje. Zawsze czujna, manipuluje, by przetrwać. Szybko zaś okazuje się, że jej wrogami są nie tylko siostra czy komuniści, ale całe otoczenie en général, bo Aliide boi się cudzego spojrzenia, ciągle żyje tym gwałtem, ciągle z jego powodu czuje wstyd:

    Na ulicy po zapachu wyczuwała kobiety, którym musiało się przydarzyć coś podobnego. Każda drążąca dłoń mówiła jej, że ta też. Każde wzdrygnięcie od krzyku rosyjskiego żołnierza i dudnienia wojskowych butów. Ta też? Każda, która nie mogła się opanować i na widok milicjanta czy żołnierza przechodziła na drugą stronę ulicy (…) Kiedy tylko mogła, nie szczędziła tym kobietom złego słowa, krytykowała je i oczerniała, aby tym samym wyraźniej się od nich odróżnić.
    Oczyszczenie to historia kobiet, które żyją długo, to one stanowią ostoję społeczeństwa, to one tworzą tożsamość, one budują i trwają, doglądają gospodarstwa. Mężczyźni prowadzą wojny, gwałcą, niszczą i burzą, ale też umierają młodo, szybko znikają z horyzontu. Równocześnie jednak tylko oni mogą zapewnić bezpieczeństwo i to dlatego właśnie po gwałcie Aliide wychodzi za mąż za najważniejszego komunistę we wsi – szuka jakieś ostoi i chce też odeprzeć jakiekolwiek podejrzenia o to, co wydarzyło się w piwnicy rajkomu. Oksanen pokazuje tu, jaka jest cena przetrwania, co kobieta musi zrobić, by przeżyć w świecie męskim, ale też, jaką cenę płaci za ocalenie najbliższych. Bo Aliide, walcząc o życie, ciągle sieje krzywdę i śmierć.  

    Tytułowe oczyszczenie ma tu znaczenie absolutnie ironiczne, w żadnym znaczeniu i na żadnej płaszczyźnie nie udaje się go bowiem zrealizować. Oczyszczenie przeprowadzają bowiem kobiety-ofiary przemocy: Aliide po gwałcie pali ubrania, kąpie się długo, próbuje maskować ślady na ciele. Tę samą ceremonię ( dokładnie z tego samego powodu) przygotowuje dla Zary 50 lat później. Dla żadnej z nich kąpiel jednak nie oczyszczeniem, nie przynosi ulgi, bo usunięcie śladów fizycznych nie otwiera pola do przepracowania psychicznego. Dla obu kobiet gwałt to wstyd, a jego nie da się zmyć. Drugie znaczenie oczyszczenia odnosi się do polityki prowadzonej najpierw przez Niemców, którzy w 1941 roku wyłapywali komunistów, później do Sowietów, którzy w 1944 wprowadzali swój porządek, do estońskich komunistów, którzy na przełomie lat 40. i 50 walczyli z prawicowym podziemiem i wreszcie do odzyskania niepodległości w 1991 roku i prób rozliczenia komunistów. Żadne oczyszczenie nie zostaje tu dopełnione, zamiast niego przeprowadza się wyłącznie czystki, które pociągają za sobą kolejne ofiary: Niemcy szukają komunistów, komuniści prześladują domniemanych nazistów, estońscy komuniści szykanują wrogów ludu, demokracja chce rozliczyć współtwórców poprzedniego systemu. Rok 1991 wprowadza kolejne znaczenie – oczyszczenie jako proces odnawiania pamięci, odkłamywania historii. Czy i ono zakończy się fiaskiem, czas pokaże, bo proces dekomunizacji, przywracania pamięci w Estonii się przecież nie skończył. Celem Oskanen jest bowiem także pokazanie, że ci, którzy krzywdzili, byli często również krzywdzonymi, że przemoc wobec społeczeństwa estońskiego nie przyszła całkowicie z zewnątrz, ale że za zło odpowiedzialni są też i sami Estończycy, że nie da się całej winy zepchnąć na Niemców i Rosjan. 

    Oksanen napisała powieść genialną, doskonale skomponowaną, z fantastycznymi portretami psychologicznymi, z wątkiem obyczajowym tak poprowadzonym, że przypomina najlepszy kryminał. Jednocześnie jest to szalenie ważny tekst rozliczeniowy, bo pokazuje uwikłanie estońskiego społeczeństwa w historię, niemożność przywołania pamięci, amnezję, którą wybiera się często po to, by móc normalnie funkcjonować. A jej główna bohaterka – Aliide Truu to postać skonstruowana na miarę pani Bovary, wojennej pani Bovary, która ciągle musi zmywać jakąś krew.

    PS. Wiem, że tu nie miejsce na zwierzenia – ale po Oksanen spędziłam bezsenną noc, bo rozwiązania wątków, jakie autorka wprowadza w tej powieści, szokują i naprawdę zmuszają do desperackiego patrzenia w głąb natury ludzkiej. Przywaliła mi ta książka dziesięć razy mocniej niż Littell.