Tag: literatura wojenna

  • Skandal jako narzędzie

    Skandal jako narzędzie

    Skandal – tylko wybuch
    We współczesnym świecie literackim skandal powinniśmy rozumieć przede wszystkim jako zakłócenie porozumienia, jako rodzaj zgrzytu w procesie komunikacyjnym. Ktoś, kto mówi lub pisze, zwraca się zawsze do określonej grupy odbiorców, pragnie przekazać im wiedzę o zdarzeniach. Piotr Michałowski charakteryzuje skandal jako przeciwieństwo stereotypu, bo stereotypowe przedstawienie nie zmienia w żaden sposób naszej wiedzy (Michałowski nazywa takie zjawisko „przekazywaniem wiedzy zerowej”), tymczasem skandal dąży do maksymalnej zmiany naszej wiedzy, przekazania wiedzy całkowicie nowej, innowacyjnej, rewelacyjnej. Ważne jest jednak i to, że o ile stereotyp trwa, o tyle skandal żyje wyłącznie w krótkotrwałym wybuchu, traci swą siłę wraz z czasem. Moc skandalu szybko ulega osłabieniu i po kilku latach od jego wybuchu, nie pamiętamy już dokładnie jego okoliczności ani konsekwencji. Skandal może więc wyłącznie istnieć jako zaskoczenie, które ze swej natury jest krótkotrwałe.

    To skandal!
    To publiczność czytająca wytarza skandal, nigdy sam autor, twórca komunikatu. Nieważne, jakie intencje ma autor, czy chce zaszokować czytelnika, czy też uznaje sam swój utwór za tradycyjny. Skandal rodzi się, gdy odbiorca bierze do ręki książkę i woła: „To skandal!”. Czasem więc mamy do czynienia ze skandalem z przypadku, częściej raczej ze skandalem wykreowanym, z tekstem, którego autor z premedytacją łamie normy estetyczne i artystyczne, występuje przeciwko naszym wyobrażeniom, miesza sacrum z profanum. W dzisiejszym świecie nie sposób właściwie wywołać skandalu o charakterze wyłączenie artystycznym.  Łatwo za to obrazić uczucia religijne publiczności i to chyba najczęstszy przypadek skandalizowania. Przewrócona figura papieża, posąg Chrystusa z szalikiem klubu sportowego – oto proste przykłady, skandale łatwo wybuchające i stosunkowo szybko odchodzące w niepamięć. Znów powołam się na Piotra Michałowskiego, który pisze, że w świecie, w którym wszystkie normy zostały przekroczone, czeka nas tylko nuda powtórek.
    Cel: podtrzymanie skandalu
    Skandal, który tylko obraża, skandal, z którego nie wyciągamy żadnych wniosków, jest wydarzeniem bez sensu, zaskoczenie znika, zakłócony proces komunikacyjny wraca do normy, zgorszeni czytelnicy chowają transparenty i wracają na kanapy. Ważny jest taki skandal, który nie tylko obraża, ale przede wszystkim szarpie wnętrznościami, stawia pytania i z nimi nas pozostawia, wskazuje wyraźnie puste pola w obszarze naszej świadomości. Taki skandal najczęściej ma charakter światopoglądowo-aksjologiczny, uderza w jakieś nasze świętości, ale nie tylko te religijne. Autor, który w swojej powieści wytwarza ten rodzaj skandalu, musi mieć świetnie opanowaną wiedzę dotyczącą stereotypów, musi znać najbardziej bolesne miejsca naszej kultury, rozpoznawać nastroje, by wiedzieć dokładnie, w który punkt uderzyć. Jakie elementy spiąć ze sobą, by powstawał dysonans, który doprowadzi czytelnika do furii, wytrąci go z poznawczych kolein.
    Jeśli chcemy wykreować skandal, to naszym celem nie jest wyłącznie jego wywołanie, ale przede wszystkim podtrzymanie, przedłużenie bitwy na polu literackim, gra z czytelnikami w oburzenie i aprobatę. To zaś udaje się szalenie rzadko.

    Praworządność jako skandal
    Czasem pojawia się skandal smakowity, skandal porządny, który trwa długo i wywołuje szereg debat. W 2006 roku taką książkę, która wywołała lawinę sprzecznych komentarzy, zgorszenie i uwielbienie czytelników były we Francji Les Bienveillantes Jonathana Littella. W 2008 roku ukazały się one po polsku jako Łaskawe – gdy wychodziło jednak polskie tłumaczenie, była to już książka znana, szokująca, sprzedająca się w ogromnym nakładzie (za granicą), nagrodzona Goncourtami, czyli najważniejszą francuską nagrodą literacką, a jednocześnie potwornie mocno skrytykowana w Niemczech.
    Littell napisał ponad tysiąc-stronnicową powieść o Maksie Aue – finezyjnym intelektualiście i mordercy, gorliwym urzędniku III Rzeszy. Aue przechodzi całą kampanię wschodnią aż do Stalingradu, ale nie w strukturach Wehrmachtu, lecz SD. Bierze zatem udział w masakrach i egzekucjach, dobija niedostrzelonych rannych w wąwozie Babi Jar, wizytuje obozy koncentracyjne, uczestniczy w zdobywaniu Stalingradu. Littell wychodzi od stereotypu, który znamy: jego bohaterem staje się doktor prawa, człowiek inteligentny, światowy, doskonale znający się na sztuce, nie wierzący Hitlerowi, ale oddany państwu i prawu. Jest to więc taki rodzaj nazistowskiego urzędnika, jaki kultura reprodukuje już od dawna, nie ma on w sobie nic z bestii, socjopaty. Doskonale zna normy moralne. Gardzi zezwierzęceniem szeregowych esesmanów, a jednocześnie dobrowolnie wybiera pozycję kata, oprawcy, uczestnika i świadka najstraszniejszych zbrodni nazistowskich. Jego idée fixe jest całkowita profesjonalizacja procesu mordowania – z oburzeniem wyrzuca z Babiego Jaru szeregowych żołnierzy, którzy pod wpływem szaleństwa strzelają na chybił trafił do ofiar, pisze donos na oficera, który pobił Żyda na ulicy. Pragnie bowiem, by zabijanie było pracą spełnianą na chłodno, bez emocji, porządnie i wydajnie. Nie ma w niej miejsca na napady obłędu, alkohol, furię, bo te nie przystoją państwowym urzędnikom realizującym politykę Rzeszy.  Nie kradnie dla siebie, nie gwałci, nie upija się, ani nie nagina prawa. Bierze udział w grabieży, ale tej organizowanej przez państwo. Pomaga więźniom obozów koncentracyjnych, ale dlatego, że ich wysoka śmiertelność przekłada się na niski ekonomiczny postęp państwa. Stara się ukrócić działania rozbestwionych towarzyszy, robi to jednak z tych samych powodów – nie przystoi to mundurowi nazistowskiemu, utrudnia pracę precyzyjnej maszyny niszczenia. Na wszechobecną śmierć reaguje fizycznie – wymiotami, biegunką, słabością. Ranny w głowę pod Stalingradem, wraca do Rzeszy.
    Czy perwersja kogoś jeszcze szokuje?
    Wszystkie swoje perwersyjne gusta Aue realizuje w sferze seksualnej, złapany przed wojną na stosunku homoseksualnym, decyduje się wstąpić do SD, bo tylko mundur może go ocalić od uwięzienia. Ma kazirodczy romans z siostrą bliźniaczką, prawdopodobnie też morduje własną matkę, w końcu sam staje się przedmiotem własnych fantazji seksualnych, w których dokonuje się androgyniczne zlanie się ciała Maksa z ciałem Uny – siostry. Maks marzy wszak, by stać się nią – w tym sensie zatem jego homoseksualizm ma charakter zastępczy.
    Na czym polega zatem skandaliczność tej powieści? Krytycy zarzucali jej epatowanie fizycznością i perwersją seksualną, rozbudowanymi opisami stosunków i defekacji, wątkami womitalnymi. Każdemu czytelnikowi wrażliwemu na takie sceny trudno doprawdy przedzierać się przez długie i precyzyjne, bardzo realistyczne sceny masakr, gwałtów, masturbacji. Tu ujawnia się pierwszy poziom skandaliczności „Łaskawych”: pornograficzne sceny szokują właśnie dlatego, że wmontowane są w historię o Zagładzie, w której kat, po zakończeniu pracy w potwornej maszynerii śmierci, oddaje się skomplikowanym fantazjom seksualnym. Z perspektywy czytelnika pojawia się tu zgrzyt – zderzenie tematyki, która zasługuje na szacunek i zadumę z rozpasaniem i brakiem wyrzutów sumienia. Poczucie dysonansu odbiorcy wzmacnia jeszcze absolutny racjonalizm Maksa, jego poświęcenie w pracy, chłodna umiejętność autorefleksji i brak zaślepienia. To jednak tylko pierwszy poziom krytyki, związany ze streszczeniem tej historii. Powieść Littella brali na warsztat najwybitniejsi krytycy i choć ukazała się dopiero dziesięć lat temu, poświęcono jej już trzy opracowania monograficzne, a także nieskończoną ilość artykułów.

    Kat w miejsce ofiary
    Łaskawe to zdecydowanie skandal wykreowany przez autora, umiejętnie później podtrzymywany jego milczeniem: na wszystkich spotkania autorskich i w wywiadach konsekwentnie odmawiał on odpowiedzi na pytanie o powód nadania bohaterowi rozbuchanej, perwersyjnej seksualności. Jej prawdziwą skandaliczność trzeba sobie jednak dopiero uświadomić, wyprowadzić ją niejako z tekstu. W 1947 roku skandal wywołał Tadeusz Borowski, gdy w potężnym artykule Alicja w krainie czarówrozbił w pył model przedstawienia obozowego świata stworzony przez Zofię Kossak-Szczucką w Z otchłani. Skandal ten wzmocniony został przez publikację Pożegnania z Marią, ponieważ sposób konstrukcji bohatera zacierał fundamentalną różnicę między katem i ofiarą, przerzucał na więźniów odpowiedzialność za zło obozu. Borowski pracował jednak na styku tych dwóch przeciwstawnych pozycji, adresował zaś swój tekst do ludzi, którzy – tak jak on – mieli osobiste doświadczenia wojenne. Tymczasem tutaj, kompletnie wbrew tradycji literackiej, socjologicznej i filozoficznej, bohaterem stają się kaci. U Littella ofiary nie mają głosu, pojawiają się właściwie tylko jako ciała, cała uwaga autora skupiona jest na oprawcy, na jego psychicznej konstrukcji, wartościach, potrzebach i przemianach. I to zagadnienie właśnie sprawia, że Łaskawe wyrastają na największy chyba skandal literacki nowego wieku.

    Dlaczego mielibyśmy czytać książkę napisaną przez wykształconego idiotę, który źle pisze, prześladują go seksualne perwersje i zatracił się w ideologii rasistowskiej i archaicznej wierze w los? Niestety, jeszcze nie znalazłam na to odpowiedzi

    – napisała Iris Radisch na łamach „Die  Zeit”. Otóż odpowiedź na to pytanie jest dość prosta, choć oczywiście podkreśla fakt, że Littell balansuje na granicy etyki. W Łaskawychbuduje studium zbrodni po to, by pokazać czytelnikowi, jak rodzi się zło i jak rodzi się zbrodniarz, a właściwie zbrodniarze, bo wszyscy żołnierze, z którym styka się Aue, dopuszczają się mniejszych czy większych przestępstw.

    Perwersyjny moralitet
     Do czego potrzebne są Littellowi rozbudowane, naturalistyczne obrazy kaźni i masakr? Dlaczego mordowane ofiary pojawiają się tylko jako anonimowy tłum, spychany do rowów w Babim Jarze?

    Żeby dotrzeć do niektórych rannych, trzeba było chodzić po zwłokach, były ohydnie śliskie; białe i miękkie ciała usuwały mi się spod butów, kości łamały się zdradliwie, traciłem równowagę, grzęzłem po kostki w krwi i błocie.

    Nagromadzenie tych opisów, nadużywanie scen śmierci sprawia, że czytelnik najpierw dusi się, przygnieciony tymi potwornymi obrazami, po czym na nie obojętnieje, albo też zaczyna odczuwać niezdrową fascynację. Takie zaś czerpanie perwersyjnej przyjemności z czytania o Zagładzie wielu autorom zarzucał już dawno Teodor Adorno. Mamy więc tu do czynienia (po raz drugi) ze skandalem, tym razem nie tylko skandalem literackim, ale też skandalem etycznym – Littell wystawia swego czytelnika na grzech, grzech braku współczucia, uprzedmiatawiania ofiar, przewrotnego zagłębiania się w świat zbrodni. Znów jednak te skandaliczne strategie uznać należy za zaplanowane świadomie przez autora, a wystawianie czytelnika na pokuszenie za strategię główną, prowadzoną z rozmysłem. Ta pornografia Zagłady ma wybić nas poza bezpieczną strefę czytelniczego dystansu, Littell tak montuje swój tekst, żeby wywołać u czytelnika maksymalny dyskomfort. Celem w grze, w procesie komunikacyjnym nie jest bowiem tylko polemika z kulturowymi obrazami, które sprawiają, że zamknęliśmy Zagładę w bezpiecznej przestrzeni literatury wojennej, ale przede wszystkim cel najtrudniejszy: „przebicie się do naszych sumień”. Joanna Tokarska-Bakir czytając Łaskawe, podkreśla właśnie ten ambitny, ale też pozornie skandaliczny i niemoralny cel Littella, autor po to wszak opisuje swego odrażającego bohatera, by zmusić nas do naprawdę bliskiego przyjrzenia się mu. Aue swój monumentalny monolog rozpoczyna od słów:

    Bracia śmiertelnicy, pozwólcie, że opowiem wam, jak było.

    Littell zaś kreuje gigantyczny fresk historyczny na fundamencie jednego przekonania: że Zagłada nie była wydarzeniem odosobnionym w historii, że każdy z nas prawdopodobnie stałby się katem, gdyby wymagały tego okoliczności historyczne. Łaskawe mają uświadomić łatwość, z jaką człowiek ulega takiej przemianie. W scenie masakry w Babim Jarze, którą oglądamy oczami Maksa Aue, nie ma żadnego przymusu zabijania: ci, którzy nie chcą mordować, odsyłani są do innych zadań, które bardziej odpowiadają ich predyspozycjom. Po zakończeniu masakry, gdy władza wydaje oficjalny rozkaz w sprawie konieczności zgłaszania kłopotów psychicznych żołnierzy odpowiedzialnych za realizację ostatecznego rozwiązania, w koszarach trwają dyskusje, bo wszyscy zastanawiają się, czy takie zgłoszenie nie powstrzyma ich kariery, nie zagrodzi w przyszłości drogi do awansu. Masowo i milcząco żołnierze podejmują więc decyzję o pozostaniu w oddziałach odpowiedzialnych za eksterminację – i tu skandalista-Littell objawia skandal historii.
    Skandal etycznej arogancji
    Krytycy, którzy atakowali Łaskawe, zarzucając książce epatowanie przemocą i perwersją, jak Phillip Sollers, uważali, że tezy Littella są oczywiste, stanowią powtórzenie wytartych już haseł Hannah Arendt o „banalności zła”. Sollers szydził z Littella, twierdząc, że jego epopeja to tak naprawdę „analité du mal”, czyli analność zła i czynił w ten sposób przytyk także do dużej ilości scen defekalno-womitalnych. Łaskawe to nie jest jednak skandaliczna epopeja pornograficzna pisana ku rozrywce tłumu. Joanna Tokarska-Bakir i Małgorzata Szpakowska w swoich tekstach analitycznych poświęconych tej powieści pokazują, że Littell zmaga się właśnie z powszechną akceptacją tezy Arendt, jej koncepcja banalności zła, stanowiąca rewelatorskie objawienie w latach 60., powtarzana wielokrotnie, z czasem straciła swoją moc. Tak więc Łaskawez całym swoim skandalizującym ładunkiem, stanowią nowe opakowanie i pogłębienie pracy Arendt. Walczą one z „konfekcją” – takiego określenia używa Małgorzata Szpakowska, by opisać zestereotypizowane sposoby przedstawiania nazistowskich zbrodniarzy. Określenia w rodzaju „kaci Hitlera”, „mordercy zza biurka” sprawiają bowiem, że dystansujemy się wobec zła wojennego i zapominamy o niebezpieczeństwie powtórzenia. Joanna Tokarska-Bakir podkreśla, że skandalizujące strategie stają się u pisarza sposobem na pokazanie skandalicznych cech naszej kultury, skandalicznej akceptacji zła, do jakiego doszło w historii. Kolejne analizy badawcze, prace historyczne i studia na temat II wojny doprowadziły bowiem do tego, że Zagładę wpisano w logikę rozwoju społeczeństwa, włączono zło w obręb wiedzy o naturze ludzkiej, a to sprawiło, że straciło ono swój ciężar, że stało się zjawiskiem intelektualnie oswojonym. Jak wskazuje antropolożka, Littell stara się właśnie przełamać naszą etyczną arogancję, która podpowiada nam, że wiemy o wojnie wszystko.

    Littell, autor książek reporterskich o Syrii i Czeczenii, wieloletni pracownik organizacji humanitarnych i obserwator konfliktów zbrojnych, nade wszystko zaś stara się pokazać właśnie ów skandal powtórzenia, zagrożenie, jakie płynie z lekceważenia wojennych doświadczeń i brak naszej skłonności do wyciągania z nich nauki. Opisy masakr i masowych grobów, które znajdujemy tak często w Łaskawych wzorowane zaś są, jak pokazują wywiady i prace badaczy, nie na zdarzeniach II wojny światowej, ale na konfliktach lat 90. w Bośni i Rwandzie, które odwiedzał Littell w czasie swoich podróżny z konwojami. Tutaj zaś ujawnia się kolejny skandal: autor Łaskawych odmawia Zagładzie wyjątkowości. Czyni to jednak nie po to, by podważyć znaczenie Holocaustu, ale po to, by podkreślić właśnie ryzyko powtórzenia, by pokazać, że ludobójstwo raz uruchomione, ujawnia się w kolejnych dekadach i na różnych kontynentach, że wykorzystywane jest jako narzędzie w politycznej walce.

    Taka praca

    Moje zapiski, być może, też będą bezładne i słabe, ale postaram się, by pozostały zrozumiałe, a niezależnie od wszystkiego, mogę was zapewnić, że do samego końca będą wolne od wszelkiej skruchy. Nie żałuję niczego: taką miałem pracę i już

    – wyznaje wiele lat po wojnie stary już Max Aue, dyrektor francuskiej fabryki koronek, który z dystansem i spokojem opowiada o swoich wojennych doświadczeniach. Nie martwi się o przyszłość, nie boi się upiorów przeszłości. Jego opowieść nie ma charakteru religijnej konfesji. To jest zupełnie inna historia: o tym, jak poświęcenie dla państwa, wierność, doprowadzone do granic osuwają się w zło, jak miejsce sprawiedliwości zajmuje nieprawość.
    I to jest ostatni chyba wielki skandal, jaki Littell wpisuje w swoją powieść. Którą należy czytać bez okrzyków, za to z wielkim skupieniem, bo mówi nam bardzo brzydkie rzeczy o nas samych. Dzisiaj.
    Korzystałam z:
    Piotr Michałowski, Strategie skandalu i stereotypy odbioru, „Przestrzenie teorii” 2003, nr 2.
    Małgorzata Szpakowska, 1939: Zrozumieć kata, dwutygodnik.com
    Joanna Tokarska-Bakir, 1939: Littell, dwutygodnik.com
    Do lektury:
    Jean Améry, Poza winą i karą. Próby przełamania podjęte przez złamanego, Kraków 2007.
    Hannah Arendt, Eichmann w Jerozolimie. Rzecz o banalności zła, Kraków 2010.
    Imre Kertész, Los utracony, Warszawa 2002.
    Jonathan Littell, Łaskawe, Kraków 2008.

     

     Tekst ukazał się w „Polonistyce” (nr 5/2016).
  • Pękają granice świata

    Pękają granice świata

    Katja Kettu, Akuszerka
    Świat Książki 2016
    przekł. Bożena Kojro
    Trudno napisać powieść wojenną, która byłaby melodramatem i jednocześnie w sposób serio stawiała pytania moralne. Kettu – młodej fińskiej autorce – w pełni się to udało. Akcja jej Akuszerki rozgrywa się w 1944 roku na północnym krańcu Finlandii, niedaleko granicy z ZSRR, pod okupacją nazistowską. Dzikie Oko, tytułowa akuszerka, to kobieta dysponująca tajemniczym darem leczenia i uśmiercania, reprezentująca nieujarzmioną siłę natury, budząca lęki zabobonnej ludności. Ucieka od mężczyzn, nie chce domu, w którym byłaby uwięziona i zmuszona do leczenia dzieci skazanych na śmierć z niedożywienia. Zakochuje się jednak w esesmanie, odchodzi za nim do obozu przejściowego, w którym zatrudnia się jako pomoc medyczna. Widzi w nim człowieka pięknego i czystego, choć ten ma na koncie udział w masakrze w Babim Jarze. Kobieta chce pomagać więźniom, nie wie, czemu w rzeczywistości służy obóz, ratuje przed rozstrzelaniem nastolatkę z lokalnego plemienia Skoltów.  Wszystko zmienia się jednak, gdy Dzikie Oko zachodzi w ciążę, a Finlandia podpisuje sojusz z ZSRR. Dotychczasowi więźniowie przejmują w obozie władzę i dziewczyna musi porzucić te wartości, których starała się strzec.
     
    Kettu pyta o to, czy można oskarżyć kobietę, która za wszelką cenę chcę ratować swoje jeszcze nienarodzone dziecko. Równocześnie opowiada o dramatycznych zmaganiach wojennych na granicy fińsko-radzieckiej,  o splątanych losach uczestników wojny, o konflikcie między oświeconymi oficerami armii nazistowskiej i ciemnym ludem rdzennych mieszkańców Północy, których trudno przypisać do jakiejkolwiek znanej rasy. O kryzysie umysłu racjonalnego wydanego na pastwę przyrody północy. W tym wszystkim miejsce muszą znaleźć sobie jej bohaterki, bo to wysuwają się na plan pierwszy w stosunku do słabych mężczyzn. Podstępne, zaborcze, zaślepione, naiwne i chutliwe – Kettu rysuje portrety wielu postaci kobiecych, z których tworzy panoramę, wokół nich skupia swą opowieść. 
     
     
    Ten tekst ukazał się pierwotnie w 41 nr „Polityki” (2016). 
  • Wszyscy Niemcy przeklęci

    Wszyscy Niemcy przeklęci

    Ralf Rothmann, Umrzeć na wiosnę,
    Przeł. Aldona Zaniewska
    WAB 2016
    Sięgnęłam po tę książkę zachęcona dużym tekstem Krzysztofa Cieślika z „Rzeczpospolitej” na temat powojennej literatury niemieckiej. Cieślik przedstawiał Umrzeć na wiosnę jako powieść dekady, najważniejszy rozliczeniowy tekst niemiecki ostatnich lat. Na okładce taka sama zachęta, same wykrzykniki. Aha, to powinno dać mi do myślenia. Rothmann jest kiepski, tym gorszy właściwie, że psuje świetny temat, nie radzi sobie z realizacją opowieści, która w zamyśle faktycznie jest niezwykła.
     
    Akcje Umrzeć na wiosnę rozpoczyna się pod koniec wojny, w małym niemieckim miasteczku, gdy dwóch 17-latków dostaje powołanie na front. Młodzież z okolicznych majątków zostaje zwabiona do domu ludowego pod pretekstem potańcówki, i gdy zabawa ma się zacząć, na scenę wstępuje wojskowy propagandzista. Ta scena przymusowego zaciągu to fantastyczne, mocne otwarcie przeciętnej powieści. Nikt z obecnych na sali nie wierzy w zwycięstwo, wszyscy czekają na nadejście „Iwanów”, kobiety zaczynają się bać. W gospodarstwach i fabrykach pracują już tylko niedorostki i kobiety, wszystkich mężczyzn żelazna ręka führera wymiotła na front. Krajobraz wiejski pełny jest kalek – tego, co front odsyła na tyły, mężczyzn pozbawionych kończyn, oczu, uszu, dziwnych pokrak, przypominających o porażce. Nie ma jednak przyzwolenia na uznanie klęski, wszyscy pilnują się nawzajem, w atmosferze donosu nawet wśród najbliższych przyjaciół nie wolno komentować sytuacji politycznej.
     
    Walter i Fiete z majątku wiejskiego ruszają zatem na front. Nawet gdy mijają drzewa obwieszone dezerterami, gdy kończy się paliwo, gdy zażywają narkotyki na pobudzenie i na uspokojenie, byle tylko jakoś znieść ciężar tej egzystencji, to ciągle  oficjalnie „nie można mówić o cofaniu się”. Waler po wojnie wraca do swej narzeczonej, nie udaje mu się jednak odzyskać pracy w majątku, gdzie był dojarzem, idzie zatem do kopalni. Tuż po powrocie z wojny, po przejściu głodowego obozu, w którym przebywał wraz z innymi wojskowymi, zaznacza jeden fragment z Biblii, słowa, w których się odnajduje – wszyscy jesteśmy przeklęci: „Gdy rolę tę będziesz uprawiał, nie da ci już ona więcej plonu (…). Tułaczem i zbiegiem będziesz na ziemi”.  
     
    Umrzeć na wiosnę opowiada o fascynującym, burzliwym okresie historycznym, pokazuje dwóch młodych, niewinnych bohaterów wrzuconych w piekło wojny, „wojny cyników”, w której ludzie wolą zginąć, niż uznać, że nie ma ona sensu. Zawiera też mocne, uderzające sceny: powołania do wojska sterroryzowanych chłopaków, egzekucji dezerterów, marszu śmierci obserwowanego oczami niemieckiego żołnierza (a nie jak zwykle oczami samych więźniów). Rothmann chce pokazać całą komplikację i niejednoznaczność moralną końca wojny w Niemczech. Choć wojenna klęska to kara za pychę i niemieckie okrucieństwo, to jednak śmierć, głód, gwałty, zniszczone domy, nędza widziane z bliska i doświadczane przez poszczególnych bohaterów nie mieszczą się w takim porządku moralnym. Rodzina Waltera i on sam okazują się w takim samym stopniu ofiarami tej wojny, jak nie-Niemcy. Wyraźna jest także ich świadomość winy, uwięzienia we własnym losie: gdy dziewczyna Waltera mówi o ich przyszłym dziecku, chłopak wyraża nadzieję, że będzie to dziewczynka: „Może być kimkolwiek, byle nie żołnierzem”.
     
    Dlaczego w takim razie to jest zła powieść? Właśnie dlatego, że Rothmann próbuje dać nam pełen obraz, skupić w jednym tekście wiele zdarzeń, opowiedzieć jak najwięcej. Wychodzi z tego ciąg scenek, przeskakujemy od jednego strasznego wydarzenia do drugiego, wszystkie zaś kolejne sytuacje przypominają fragmenty wycięte z podręcznika, wydają się montowane pod z góry założoną tezę. Powód drugi: nadmiar okrucieństwa i bezsensu wojennego sprawia, że czytelnik dość szybko na nie obojętnieje. Powalających scen jest za dużo, zamiast dać świadectwo prawdzie, Rothmann daje świadectwo swojej powieściopisarskiej wizji, sieka historię, żeby pasowała mu do melodramatycznej opowieści: przyszywany ojciec dobiera się do 12-letniej podopiecznej i do więźniarek pracujących w jego majątku, rozstrzelać dezertera musi jego najbliższy przyjaciel, w hotelu blisko linii frontu oficerowie oddają się najgorszej (bo homoseksualnej – sic!) rozpuście. Czytelnikowi pozostaje irytacja, że dowiedział się tak niewiele, że zaserwowano mu pozlepianą z pocztówek opowieść z frontu.
     
    Gombrowicz, który przyjechał do Berlina na początku lat 60., pisał, że to „punkt najbardziej zbroczony historią”, a Niemcy wciąż nie przepracowali wojennej traumy. Otóż nie mam wrażenia, żeby ten wojenny kotlet siekany zbliżył ich do rozliczenia. 
  • Nekropolis i kondukt żałobny

    Nekropolis i kondukt żałobny

    Marcin Napiórkowski, Powstanie umarłych. Historia pamięci 1944-2014

    Krytyka Polityczna 2016
    Podejrzewam, że mają już  Państwo dość tekstów analitycznych dotyczących powstania warszawskiego, jego pamięci i młodzieży w koszulkach 1944. Chcę napisać jednak o jednej książce, która wchodząc bezpośrednio w ten temat, nie tylko daje nam narzędzia, żeby zdystansować się wobec obchodów ostatniej rocznicy, ale też pozwala zrozumieć korzenie tego zjawiska. Internet obiega zdjęcie z 1 sierpnia 2016 przedstawiające milczącego powstańca z tłumem młodych wrzeszczących, odpalających race chłopaków. To zdjęcie staje się pewnego rodzaju przykrą metaforą obrazującą kształt pamięci. Lektura Powstania umarłych sprawia jednak, że możemy na nie spojrzeć trochę inaczej – dlaczego młodzi, choć głównie nierozgarnięci, tak garną się do powstania? Dlaczego wielu z nich uznaje je za najważniejsze wydarzenie w polskiej historii? Dlaczego wybierają akurat to zdarzenie? Autor Powstania umarłych, choć uzbrojony w teorię pamięci i książki socjologiczne, także przecież jest młody (rocznik 1986). Ustawia się zatem w podwójnej pozycji – badacza kultury, ale i uczestnika rocznic, młodego człowieka zainteresowanego powstaniem na tyle, żeby przeorać polską kulturę ostatnich 70 lat w poszukiwaniu śladów pamięci (a umówmy się, to jest zajęcie dla całego zespołu badawczego, ilość materiałów jest ogromna).
     
    Napiórkowski rzetelnie i obszernie analizuje całą historię pamięci powstania: od ekshumacji, przez przełom 1948 i 1949 roku, gdy władza podjęła twarde strategie walki z kultem powstania, odwilż 1956, apogeum propagandowego ataku z 1984 roku (tak!), przełom 1989 roku i powtarzany po 2004 roku zarzut „niedopełnienia żałoby”. Buduje socjologiczną analizę zmieniającej się świadomości powstańców, pokazuje, jak kształtował się antysystemowy charakter pamięci powstania i to, że nie zmienił się on po 1989 roku. Pamięć 1944 w dalszym ciągu ma te dwie cechy, które zostały jej nadane w 1945: antysystemowość i zdolność do jednoczenia młodych. Race wystrzeliwane 1 sierpnia i odzież tożsamościowa ze znakami Polski walczącej stanowią chyba najlepsze potwierdzenie tych spostrzeżeń. Autor nie ogranicza się jednak do badań socjologicznych, ale analizuje różne materiały: piosenki hip-hopowe (niektóre o naprawdę przerażającej treści), teksty publicystyczne i literackie – od Baczyńskiego po Vargę.  
     
    Dwie tezy wydają się dla tej książki najistotniejsze: przekonanie, że to nieprzepracowana żałoba rządzi naszym postrzeganiem powstania oraz zderzenie dwóch toposów kulturowych, czyli toposu Konduktu (perspektywa powstańcza) i toposu Pochodu (perspektywa władzy komunistycznej). Napiórkowski pisze, że „zmarli pozostają politycznie żywi” – tam, gdzie nie ma sposobu na przeżycie żałoby, społeczeństwo popada w szaleństwo, skazane jest na ciągłe przeżywanie swojej winy wobec zmarłych. W tym porządku okazuje się, to fabuła Antygony jest pewnego wzorcem narracji pamięciowej, źródłem opowieści o polskich doświadczeniach powojennych. Ciało Polinika porzucone na miejskim placu to czytelne odwołanie do sposobu, w jaki władza (w tym porządku Kreon) traktowała AK. Polskie społeczeństwo zaś podzielone jest tak jak Antygona i Ismena, dwie siostry, z których jedna wybiera dalsze życie, a druga zgadza się na śmierć, bo taka będzie cena za przeprowadzenie pochówku i wypełnienie obowiązku wobec zmarłych.
     
    Nieprzepracowana żałoba powoduje też, że upływ czasu ulega zawieszeniu: wciąż żywe są lęki,  i mity, które wyprodukowaliśmy w latach 40. Już w 1945 roku, gdy prowadzono ekshumacje, zrodziła się legenda miejska o porywaczach ciał – po Warszawie krążyły plotki na temat wojska, które otwiera prowizoryczne groby i grzebie AK-owców w zbiorowych mogiłach z AL-owicami, by zmienić proporcje, pokazać, że to AL walczyła przede wszystkim w powstaniu. Ten lęk w zmienionej trochę formie wciąż się odzywa, czego najlepiej dowodzi list, jaki wysłano w czasie budowy II linii metra, zarzucając władzom miasta, że wyrzucają potajemnie ciała powstańców, na jakie natrafiły ekipy budowlane drążące tunele. Trwałe są nie tylko lęki, ale też propagandowe slogany, używane w drugiej połowie lat 40.,  gdy propaganda komunistyczna próbowała nie dopuścić do stworzenia kultu bohaterów i zarzucano AK antysemityzm. Dzisiaj, gdy pod oknami maszerują bojówki ONR-u chyba bardziej niż kiedykolwiek wcześniej jest potrzebna dyskusja o antysemickich postawach Polaków, ale okazuje się ona absolutnie niemożliwa, ponieważ ten, kto próbuje ją rozpocząć, odsądzany jest od czci i wiary. I tak próby rozliczeń dokonywane 70 lat po wojnie zrównuje się z atakami propagandy komunistycznej sprzed 70 lat.
     
    Ostatni rozdział książki Napiórkowskiego nosi tytuł Relikwie i towary, i wydaje mi się on niezwykle słuszny. Autor pokazuje bowiem, jak powstanie warszawskie zmienia się w logo – że relikwie powstańcze zaczynamy traktować jak towary, że muzeum Powstania Warszawskiego w swoim pragnieniu popularyzowania wiedzy o 1944 roku uczyniła z niego atrakcyjną markę, z którą wiążą się kolejne gadżety: gry, aplikacje, wlepki, ubrania. Że pragnąc przywrócić powstaniu wartość, jakiej odmawiano mu przez 50 lat, uczyniliśmy z niego jarmark – w kolejnych rekonstrukcjach historycznych, wystawach fotograficznych, akcjach animacyjno-kulturowych. 
     
    Napiórkowskiemu udaje się to, na co niewielu piszących o powstaniu jest w stanie się zdobyć – zachowanie wyważonego tonu, merytoryczna analiza to mocne strony tej książki. Najważniejsze jest jednak to, że autor potrafi wyjść poza zastane schematy interpretacyjne i choć pisze o wszystkich konfliktach i wątłych rozejmach politycznych i społecznych, to jednak za każdym razem proponuje ciekawe narzędzie interpretacyjne, taką perspektywę, która pozwala mu rzucić jakieś nowe światło, wyjść poza ciąg znoszących się opozycji.
  • I poszli dalej

    I poszli dalej

    Magdalena Grzebałkowska, 1945. Wojna i pokój
    Agora 2015 
    1945. Wojna i pokój to opowieść reporterska o końcu wojny w Polsce. Autorka umieszcza tu 12 reportaży poświęconych różnym problemom związanym z zakończeniem działań zbrojnych: przesiedleniom, ekshumacjom, odbudowie, przejmowaniu władzy przez komunistów, ustalaniu granic, opiece nad sierotami wojennymi. Jednocześnie jednak jest to opowieść o ludziach, którzy walczą o przetrwanie, o lepszy byt, ocalenie życia i rodziny – ruszają zatem na szaber, na handel, sięgają po broń, wstępują do milicji, oddają dzieci pod opiekę obcym, zmieniają nazwiska. Jej bohaterami są osadnicy przepędzeni spod Lwowa pod Wrocław i Szczecin, ludzie powracający z robót przymusowych w Rzeszy, Ślązacy wypędzani do Niemiec, małorolni chłopi, mężczyźni siłą osadzani na urzędach, matki, poszukujące ciał chłopców zaginionych w powstaniu warszawskim, bezdomne dzieci, których rodzice wracają do Warszawy po końcu wojny.
     
    Autorka ratuje się przed chaosem, jaki niesienie ze sobą tak rozległy temat, narzucając sobie żelazną dyscyplinę kompozycyjną: 12 rozdziałów układa według miesięcy, dzięki czemu opowiada o różnych zdarzeniach z całego roku 1945. Do każdego z rozdziałów dodaje wprowadzenie ułożone z fragmentów ogłoszeń drobnych z prasy, co pokazuje, jak zmienia się życie społeczne, jakie kłopoty nękają ludność cywilną i jak próbują się odbudowywać różne instytucje. Jednocześnie te rozdziały sprawiają, że powstaje 12 zupełnie osobnych historii, funkcjonujących koło siebie, osobno. 
     
    Grzebałkowska planowała swój reportaż jako rodzaj optymistycznej historii o końcu pewnego cierpienia, jako happy end straszliwej wojny. Okazuje się jednak, że jej bohaterowie zupełnie inaczej pamiętają 1945 rok – jako rozciągnięte w czasie pasmo nowych klęsk, okres obrachunków, nowej walki:
     
    A pani pyta, czy jakieś szczęście mnie w 1945 roku spotkało. Więc odpowiadam: szczęściem było, że nikt z mojej rodziny w tamten rok nie umarł.
     
    Wojna kończy się stopniowo, i choć znika nazistowska armia, to pustka po niej natychmiast zostaje zastąpiona nowym konfliktem: Rosjanie ustanawiają nową władzę, Polacy organizują obozy dla Niemców, nasila się wojna z Ukraińcami, nie ma opału, natomiast wszędzie wala się broń, mnożą się epidemie.  
     
    W 1945 najcenniejsza wydaje się wielowymiarowość obrazu – nie ma bowiem historii oczywistych, choć po 70 latach pisania o wojnie trudno powiedzieć o niej coś nowego. Grzebałkowskiej się to jednak udaje – zdarzenia z 1945 roku ukazują się u niej bowiem jako obrazy już znane i zarazem zupełnie nowe, jako historie polskie i jednocześnie uniwersalne. Rozdział zatytułowany „Nie jesteśmy przecież Niemcami” poświęcony jest obozowi dla przesiedleńców. Grupowano w nim ludność niemiecką przed wysłaniem pociągami repatrianckimi za granicę na Odrze. Łambinowice przeszły jednak do historii jako miejsce, w którym na rozkaz polskiego dowódcy torturowano, głodzono i mordowano ludność cywilną, męczono i znęcano się na całymi rodzinami tylko z powodu ich pochodzenia. Można czytać ten rozdział jako historię o polskiej winie, o nienawiści narodowej, pragnieniu zemsty na dawnym okupancie, ale można widzieć w nim też uniwersalną opowieść o tym, jak zaraźliwe jest zło, jakie spustoszenia psychiczne pozostawia wojna, w jaki sposób dokonuje się całkowita destrukcja moralności nawet u tych, którzy nie brali bezpośredniego udziału w wojnie. Takie same dwa poziomy odnajdziemy w „Sanoku”, poświęconym konfliktowi polsko-ukraińskiemu. Grzebałkowska opowiada, jak zwalczały się dwie partyzantki, jak grabiono i podpalano wsie podejrzane o sprzyjanie przeciwnikowi. A przecież widać tu i poziom uniwersalny – opowieść o dwóch zwalczających się narodach, które przez wieki żyły blisko obok siebie, a teraz porywają do oddziałów młodych chłopców, nadużywają władzy, sieją terror. 
     
    To przejście z poziomu narracji o jednym narodzie na poziom opowieści o uniwersalnej wojnie udaje się osiągnąć Grzebałkowskiej dzięki prostemu chwytowi, w którym specjalizuje się polski reportaż – za każdym razem sięga ona po relację żywego człowieka, po doświadczenie jednostki, konkretnego uczestnika zdarzeń. Niezbyt często pojawiają się tu wielkie liczby i instytucje, wiele za to wspomnień: o ucieczce przez lód Zalewu Wiślanego, o matce, która pakowała chleb przed ucieczką, o lęku młodego dezertera przed kontrolą w pociągu, o wielu dniach czekania na dworcu, w pyle i między klatkami ze zwierzętami. Autorka posiada jeszcze jedną niezwykłą umiejętność, która czyni jej opowieść tak interesującą – niezwykły pazur, umiejętność zderzania faktów, rysowania plastycznego obrazu. W jej reportażu znajdziemy wiele takich zderzeń: młody niemiecki dezerter, który ucieka w styczniu 1945 roku przed wcieleniem do Wehrmachtu i żydowska dziewczynka zamurowana w kryjówce w getcie; wspomnienia niemieckich sierot, które w polskich gospodarstwach pracowały jak niewolnicy oraz wspomnienia wojennych sierot zgromadzonych w sierocińcu w Otwocku, które nie są już wcale dziećmi;  3 tysiące ofiar, jakie pochłonęła budowa lotniska w Festung Breslau oraz fakt, że z tego lotniska wystartował tylko jeden samolot – uciekającego przed kapitulacją gauleitera Hancke; niemieckie rodziny uciekające z Prus Wschodnich przed frontem wschodnim i Polacy wysiedlani z Ukrainy przez Armię Czerwoną.  
     
    Wielowymiarowość, plastyczność, szczegółowość i intymność tej opowieści sprawiają, że wyróżnia się ona na tle wielu wydanych w Polsce w ostatnim czasie opowieści o wojnie. Czuć tu jednak pewien niedosyt – wynikający z pośpiechu (to na pewno), ale też z koncyliacyjnego tonu, jaki Grzebałkowska zdaje się tu faworyzować. Mało oskarżenia moralnego, bo pochylamy się ze współczuciem nad losem jednostki – ofiary historii. Powstaje z tego książka, którą można przetłumaczyć i pokazać za granicą. Tymczasem ja bym wolała, żeby jednak ktoś z takim talentem jak Grzebałkowska,  sięgnął do narodowych trzewi i trochę nimi zatargał. Użył ostrego pazura. 

     

  • Czym na wojnie zajmowali się dziadkowie

    Czym na wojnie zajmowali się dziadkowie

    Włodzimierz Nowak, Obwód głowy, Dowody na Istnienie 2015
    To już drugie wydanie książki Nowaka, pierwsze ukazało się w 2006 roku w wydawnictwie Czarne. Teraz Nowak dopisał do niej obszerne posłowie, które jednak zmienia w dużym stopniu sens tej książki, przesuwa akcenty, pokazuje też, jak żyje reportaż (teoretycznie przecież gatunek doraźny i prasowy). Otóż w 2006 roku czytałam Obwód głowy jak opis pogranicza polsko-niemieckiego, historię wstrząsów gospodarczych, zderzenie Europ dwóch prędkości. Jednym z najważniejszych zjawisk, jak ukazywały te opowieści, była żelazna kurtyna, blizna po niej, resentymenty bliskich sąsiadów. Tak czytałam teksty: Adam z Ewką żyli w raju czy Brzegi coraz bliżej, rybka daleko.
     
    Inna jest zupełnie lektura po kolejnych kilku latach, w dużym stopniu dzięki dodanemu przez Nowaka tekstowi Co ja mogę zrobić dla Niemców. Zapiski z podróży z Obwodem głowy, bo ten każe dostrzec inne zjawiska. Na plan pierwszy wysuwa się pamięć o wojnie, doświadczenia polskie i niemieckie, trwałe urazy i próby pojednania. Nowak opowiada o tym, jak przyjmowano go w Niemczech w czasie spotkań autorskich. Gospodarczo-społeczne rozważania usuwają się w cień, a na plan pierwszy wychodzą historie Kobiety z Wildehaged (o samobójstwach Niemek w 1945 roku) i Mój warszawski szał (o Niemcu, który tłumił powstanie warszawskie).  Nowak pokazuje, jak słuchano fragmentów tekstów (w skupieniu, z półprzymkniętymi oczami), jak wylewano żale, przerywano milczenie. Oto bowiem nowym bohaterem Obwodu głowy, którego nie widziałam wcześniej, staje się milczenie − milczenie które ciąży na trzecim pokoleniu Niemców i sprawia, że wnuki nie potrafią poradzić sobie z tym, czym na wojnie zajmowali się ich dziadkowie. Dziadkowie, wymierający powoli, czekający kresu swoich dni w domach opieki, opowiadają swoje życie pielęgniarkom. Ich opowieści są zaś tak drastyczne, że pracownice te kieruje się na zajęcia psychologiczne:
     
    Słyszałem, że te pielęgniarki przechodzą specjalne szko­lenie, żeby nie zabiły ich okrucieństwa i potworności, jakie opowiadają umierający staruszkowie z pokolenia sprawców. – Niech pani myśli wtedy o czymś innym – uczył pielęg­niarkę psycholog – na przykład jakie syn ma dziś lekcje, czy wziął śniadanie do szkoły, co kupić, co było w telewizji…
    Tak umierający nazista spotyka pielęgniarkę przeszko­loną w niesłuchaniu. Spowiedź trafia w pustkę.
     
    W polskim myśleniu o doświadczeniu wojny w centralnym miejscu ustawia się powstanie 1944 i  obozy koncentracyjne, w Obwodzie głowy istotniejsze jest jednak cierpienie jednostkowe i prywatne, mało znane problemy: odbieranie dzieci o aryjskim wyglądzie i przekazywanie ich nowym, niemieckim matkom, gwałty zadawane przez żołnierzy. Nowak nie zapomina o banalnej z pozoru prawdzie, że wojna dotyka nie tylko mężczyzn:
     
    Mężczyźni byli słabi i kobiety musiały same sobie radzić, odbudowywać kraj. Nie tylko ulice i domy, ale także tych złamanych mężczyzn, swoich mężów. Żeby mężczyzna znowu mógł usiąść przy stole jako głowa rodziny. Za to wszystko płaciły milczeniem.  
     

    Widać wiec wyraźnie, że problem pamięci, ułożenia sobie życia po traumie, przekazania

    doświadczenia kolejnym pokoleniom wysuwa się na plan pierwszy. To nie jest zadanie, które można odłożyć i zająć się wzrostem gospodarczym. O tym, że tutaj właśnie czeka nas prawdziwa praca, niech świadczą słowa czytelnika, które z Internetu przepisuje Nowak w posłowiu:

     

     

    „ŻADEN NIEMIEC NIE BĘDZIE MOIM BRATEM ZERO POJEDANIA ZERO WYBACZENIA MOGĘ ICH TYLKO TOLEROWAĆ BO TEN NARÓD NIC SIĘ NIE ZMIENIA DALEJ MASZERUJE TYLKO W DOMU!!!”.