Tag: Świat Książki

  • Polska bieda de luxe

    Michał Witkowski, Drwal
    Świat Książki 2011
    Z perspektywy czasu zmienia się trochę ocena wcześniej przeczytanych książek, widać wyraźniej różne – zwarte w nich – zjawiska i wartości. Czytając Zbrodniarza i dziewczynę Witkowskiego, wróciłam do Drwala i odkryłam, że jest to fantastyczna, prześmiewcza i w jakiś przedziwny sposób równocześnie współczująca powieść o polskiej biedzie i pragnieniu bogactwa. Autor, który chwali się w wywiadach swoimi dochodami i coraz częściej pojawia się na warszawskich rautach, potrafi uchwycić brzydotę polskiej biedy, nasze ambicje, uprzedzenia, wstyd i pragnienie luksusu. Bo Polacy lubią styl na bogato, i każda tandeta musi  świecić. Witkowski to nie jest współczesny Zola, a Drwal to nie jest Germinal, bo nie o studium nędzy społecznej tu chodzi, ale o wykpienie pewnych naszych psychologicznych potrzeb, o nędzę mentalną. Polacy chcą mało pracować, szybko zarobić, mieć firmowe ubranie z logo na wierzchu, dużo biżuterii i lakierowane włosy. Francuzi na taki styl mają świetną nazwę: „blink blink”.

    Drwal to powieść kryminalna, opowieść sensacyjna o przygodach pisarza, który w Międzyzdrojach po sezonie szuka spokoju i materiału do następnej książki. Równocześnie zaś realizuje swoją małą słabość, to znaczy poszukuje mężczyzn z domkami, mężczyzn-samotników, odsuwających się od cywilizacji, którzy zimą „borsuczeją” sobie w swoich pozbawionych telewizji i Internetu opuszczonych domkach letniskowych. Stopniowe rozwiązywanie zagadki kryminalnej stanowi główny temat Drwala, ale o nim pisano już wiele. Mnie zaś teraz zdecydowanie bardziej uderzył obraz biedy, do której Michał Witkowski − uznany pisarz − żywi prawdziwy wstręt. Drwal wyśmiewa polskie wyobrażenie luksusu, jakie ma sklepowa i chłopcy spędzający dnie na przystanku autobusowym, ich pragnienie, żeby takim luksusem się otoczyć i wszelkie pretensje, jakimi próbujemy maskować niskie i średnie dochody. Witkowski nie szydzi z tych, którzy potrzebują pomocy społecznej, ale na cel bierze tych, którzy zapijają chipsy tanim piwem, którzy tuningują stare BWM, żeby wyglądało na „wypasione”.  

    Polska bieda nie ma bowiem w sobie godności, jest nieatrakcyjna, kapitalistyczna, śmieciowa. Wszyscy są nią zagrożeni, stąd powszechne pragnienie bycia kim innym, życia gdzie indziej, posiadania więcej. Bohaterom Drwala marzy się rzeczywistość de luxe, kurorty, samochody wyścigowe, spa i Lazurowe Wybrzeże, ale jednocześnie częstują gości (jak Kreweta) cienką herbatką i kawą bez cukru. Wszyscy się popisują – od celebrytów począwszy na odźwiernym w hotelu skończywszy. Sezon w Międzyzdrojach polega na obnoszenia się z majątkiem, na popisywaniu gadżetami. Każdy pragnie wzbudzać zazdrość, więc najmniejszy gest, każdy wybór – restauracji, zegarka, stroju, adres hotelu – wszystko ma znaczenie. Nie ma telefonu, który nie niósłby informacji o stanie konta właściciela, o jego nastawieniu do majątku. Hipster Olaf robi zdjęcia starym aparatem vintage, pisarz Michał podkreśla swoją świadomość majątkowych gier, wybierając „zwykły” telefon, starą Nokię. Dochodzi więc do paradoksalnego przekształcenia – uświadomiona społecznie elita wybiera to, co stare, lekko zużyte, wyglądające na przeciętne. Ubogie doły szukają tego, co wyglądać będzie na drogie. Do nich przemawiają hasła exclusiv, VIP i selekcja. Wybierają pozór, blink-blink. Chłopaki z przystanku żyją śmieciowym jedzeniem, mają też śmieciowe marzenia.  Witkowski wyśmiewa tanie piwo z dyskontu, plastikowe reklamówki na zakupy, miłość do chipsów i kotletów. Polska bieda jest prymitywna, błyszcząca, ale też pretensjonalna i snobistyczna, zawsze zakłamana i zakompleksiona. W tym świecie darwinowska walka polega na zarabianiu i kupowaniu. Tak robi doktorowa, która tuż po transformacji zakłada fundację, by przepuszczać przez nią dochody z handlu nieruchomościami, tak robią goście dużych hoteli, zajeżdżający przed nie sportowymi samochodami. Tak robią właściciele tanich kwater, którzy wynajmują je jako apartamenty. Doktorowa – piękna i zadbana – osiąga satysfakcję tylko wtedy, gdy na jej ciele przelicza się pieniądze, biedna gospodyni z kwater zalicza kolejnych mężów i powiększa majątek. Odźwierny przelicza, ile każe zapłacić nielegalnemu gościowi hotelowemu – kochankowi starej Niemki. Wszyscy zaś pogardzają cudzoziemcami, kierującymi się protestancką oszczędnością.

    Witkowski portretuje tu wszystkie grupy społeczne, od byłych oficjeli partyjnych, przez współczesne gwiazdy, na robotnikach sezonowych skończywszy. Wszyscy chcą zarobić, mieć, posiadać, robić interesy. W takiej rzeczywistości prawdziwe uczucie objawia się w pragnieniu „nakupowania” komuś – Michaśka w ten sposób właśnie wyraża sympatię do młodego luja, bezrobotnego Mariusza. Gdy intryga kryminalna osiąga punkt kulminacyjny, a biedy luj z ranami kłutymi, zamroczony tabletkami, ląduje w szpitalu, Michaśka ciągle powtarza:

    Jakby był moim synem, to bym mu kupił w empiku całe Z archiwum X, piętnaście kompaktów zapakowanych elegancko w box. I miałby w swoim pokoju plazmę i konsolę do gier Sony, wszystko najlepsze (…). Kupię mu! Jak tylko ta cała afera się skończy, to pojadę specjalnie do empiku w Świnoujściu i mu nakupuję! I konsolę Sony PlayStation, i filmy takie bardziej młodzieżowe, z akcją, Archiwum nie Archiwum, Wallandery i chipsy do tego pranglersy.

    Całą tę rzeczywistość opartą na możliwości kupowania, posiadania, popisywania kontestują wyłącznie „borsuki” z domków, ale oni wszyscy są w Drwalu życiowymi nieudacznikami, ludźmi, którzy nie udźwignęli tempa życia, nie mieli fantazji i siły, by nadążyć za transformacją. Teraz mieszkają na obrzeżach turystycznych miejscowości, zimą pilnują zamkniętych ośrodków wypoczynkowych. Piją, nie odbierają telefonów. Wyłączają się z głównego nurtu, uciekają z życia.

    I choć Drwal to powieść świetnie napisana, dowcipna, ironiczna, autotematyczna, pełna aluzji i wyrafinowanych kryptocytatów, to jednocześnie jest to bardzo gorzka opowieść o polskiej biedzie, o okrucieństwie, z jakim traktujemy (niezależnie od posiadanego majątku) tych, którzy nie chcą lub nie potrafią się obłowić. 
  • Pieprzony los scenarzysty

    Pieprzony los scenarzysty
    Janusz Głowacki, Przyszłem, czyli jak pisałem scenariusz o Lechu Wałęsie dla Andrzeja Wajdy
    Świat Książki 2013
    Plotka głosi, że Głowacki za ten tekst dostał najwyższą zaliczkę w dziejach polskiego rynku wydawniczego – podobno było to 700 tysięcy złotych.
    Nie ma to jednak znaczenia dla samego utworu, o którym Głowacki pisze, że powstał ze skąpstwa – żal mu było scen, które napisał, a które nie weszły do filmu Wajdy. Paradoks całej sytuacji polega tutaj na fakcie, że jeden z najbardziej cynicznych autorów, noszący sarkazm i skłonność do parodii jak zbroję, napisał scenariusz dla Andrzeja Wajdy, w którego filmach z ostatnich 20 lat próżno szukać tych kategorii. I właśnie Przyszłem… stanowi w całości zapis zderzania się tych dwóch sprzecznych perspektyw. Najlepiej świadczy o tym wymiana zdań:

    I jedno wiem [mówi Wajda] na pewno: będzie się nazywał „My, naród polski”. Tylko nie to, pomyślałem [Głowacki].

    Głowacki nie ma jednak w sobie poczucia wyższości wobec reżysera. Jak sam zauważa – ludzie pragną patosu, a nie groteski. Wajda o Solidarności i Stoczni nakręcił Człowieka z żelaza, a on sam napisał mikropowieść Moc truchleje, która nie odniosła sukcesu nawet w połowie porównywalnego do  filmu. W Przyszłem…, obok Wajdy i Wałęsy, pojawia się trzeci bohater – alter ego Głowackiego, wykreowany przez niego pisarz-scenarzysta, noszący to samo imię. Ustawia się on jednak po stronie cyników właśnie – cieszy się z podejrzeń wobec Wałęsy (o współpracę z SB), bo to czyni postać bogatszą, pełniejszą, utrudnia za to heroizację.
    Pisanie scenariusza przerywa mu wiadomość o upadku samolotu pod Smoleńskiem – i od razu sam ustawia się w pozycji zdrajcy. Wyznaje także:

    Otóż chciałem oświadczyć, że wprawdzie nie jestem moralistą, ale mam pewne twarde zasady i nikt nigdy, nawet grożąc moim najbliższym, nie zmusi mnie do fałszowania historii za darmo.

    Zgadza się, by społeczna opinia uznała go sprzedawczyka:

    Drogą obok hotelu Bristol z nisko opuszczonymi głowami przemykaliśmy się my – ludzie, którzy przyjęli zaproszenie prezydenta Komorowskiego. Galeria hańby. Kiedy wchodziłem, ktoś spod bramy zaanonsował mnie z pogardą: „Idzie Janusz Głowacki – przyjaciel Wajdy i Michnika”. Zabrzmiało to, jakbym kolegował się z Hitlerem i Stalinem.

      Głowacki w scenariuszu próbuje uciec w życie, w jakiś konkret, taki obraz, który uczyni z Wałęsę prawdziwego człowieka. Wajda szybko jednak rezygnuje z tego pomysłu i wybiera wariant drugi – film historyczny o zdarzeniach z życia narodu: o stanie wojennym, okrągłym stole, wolnych wyborach. Głowacki boi się, że obraz zamieni się wtedy w publicystykę, że stanie się nudnym historycznym wykładem. Większość wymyślanych przez niego scen dąży zatem do przełamania takiej wizji, chce on stworzyć opowieść, w której drobne zdarzenia, naturalne, ludzkie odruchy i przywary odgrywają najważniejszą rolę: dyskusja Wałęsów na temat jego udziału w strajku zamienia się w kłótnię, bo on pali papierosa i strzepuje popiół do doniczki z kwiatami, czego ona – jako kwiaciarka − nie może znieść.
    Głowacki chciał narzucić temu filmowi spójną kompozycję Drogi – ramę stanowić miało przejście Wałęsy z domu do stoczni, gdzie miał stanąć na czele strajku. W czasie podróży retrospekcje i kolejne spotkania ukazywałyby to, co najważniejsze z przeszłości. Autor Good night, Dżerzi oparł tę kompozycję na pomyśle zapożyczonym w gruncie rzeczy z Kordiana– w Słowackiego bohater podąża przez komnaty Zamku Królewskiego, by dotrzeć do sypialni cara i zabić go, przeszkadzają mu jednak Strach i Imaginacja. W filmie Wałęsa spotkałby swój Strach i Imaginację, które budziłyby zwątpienie  w sens strajku, pobudzałyby lęk przed wojskiem i ZOMO, które mogły użyć ostrej amunicji. Droga kończyłaby się nagłym zatrzymaniem: gdy Wałęsa skacze przez mur i zawisa w powietrzu. Tutaj stop-klatka. Jak wiedzą jednak ci, którzy oglądali film, Wajda z pomysłu nie skorzystał.
    Inny wątek literacki ujawnia się w najmniej spodziewanym momencie – gdy esbecy rozmawiają o tym, czy Wałęsę zatrzymać, czy nie:

    − To zdejmować, albo nie zdejmować, bo idzie?
    − Ja bym na waszym miejscu zdjął, albo nie zdjął. Bo pamiętacie, co się porobiło w grudniu, jak żeśmy zdjęli przywódców? (…)
    − Czyli nie zdejmować?
    − W żadnym wypadku.
    − Ale jak dojdzie?
    − To będziecie odpowiadać osobiście.
    − To ja go zdejmuję.
    − Zabraniam.

    U Głowackiego nawet SB może mówić Gombrowiczem.

    Choć może się wydawać, że książka zawierająca zapis wyciętych ze scenariusza scen jest jakąś błahostką, to na Zachodzie gatunek ten ma mocną pozycję. Jednym z najbardziej znanych scenarzystów publikujących swoje osobiste zwierzenia z pracy nad filmem jest William Goldman, autor scenariusza do O jeden most za daleko, Maratończyka czy Wszystkich ludzi prezydenta.
    Dobrze czyta się Przyszłem… po obejrzeniu filmu – widać wyraźnie, jak spójna z założenia kompozycja pierwotnej wersji scenariusza rozsypywała się stopniowo, by złożyć się w jakiś ciąg scen powiązanych tylko dziejami narodu. Widać też wyraźnie, jak wizja osobista Głowackiego ulegała wizji narodowej Wajdy. Moim zdaniem – ze stratą dla filmu. Ale może należę do tego wąskiego grona, któremu się podobała Moc truchleje i wolę ironię od patosu. 
  • Noże, kastety, siekiery i kije

    Sylwia Chutnik, Cwaniary
    Świat Książki 2012
    Walki uliczne kobiet – ciężarna, sprzedawczyni i prawniczka same zaczepiają i biją facetów. Sylwia Chutnik w swojej ostatniej powieści znów bawi się mitami popkultury, przepisuje je na nowo, dodając zamiast bohaterów męskich postacie kobiece. Tytułowe cwaniary to w gruncie rzeczy kobiety, które mają już dość bycia ofiarami, pozostawania ciągle w pozycji biernej, gorszej i niższej. Halina i Celina to dziewczyny silne, które wciągają w swoje akcje Stefę – bitą przez męża ( i kryjącą się na co dzień pod wstydem, który jest pudrem ze słów) i Bronkę – wielbicielkę porządku. Każda z nich z innych powodów przystępuje do akcji, ale prowadzą one swoją działalność w bardzo męski, blokerski sposób: tępe przedmioty, noże – wszystko się nada. Warszawa znowu jest w stanie wojny, po walce nie ma miejsca na sentymenty:

    I dziewczęta wyjęły z torebuni chusteczunię z wyhaftowanym HWDP – krzyżykiem! – i otarły sobie spracowane rączki.

     Obrywają mężowie z ciężką ręką, pijani chłopcy napastujący na ulicy, robiący zadymy w autobusach miejskich, w końcu ofiarą pada też deweloper, który przemocą wysiedla mieszkańców starych, rozsypujących się kamienic. Jak pisze Chutnik, jest to realizacja projektu „Rewitalizacja ludzi zagrożonych debilizmem”. Tę akcję mogą przeprowadzić tylko kobiety – ofiary, męczennice, sprzątaczki, na których barkach spoczywa cały ciężar tworzenia rodziny i utrzymania domu. Kobieta u Chutnik ma czas dla siebie tylko wtedy, gdy wychodzi na balkon na ostatniego wieczornego papierosa:

    A tu cię mamy, tu cię złapaliśmy – na nielegalnym odpoczywaniu, na ucieczce w krainę nikotyny (…). Od tych drzwi wieje tysiącami westchnień kobiet papierosowych.

    Chutnik rozwija skrzydła, po świetnym Kieszonkowym atlasie kobiet i niezłej Dzidzi, napisała kolejną kobiecą powieść. Tutaj – podobnie jak w Atlasie – pojawia się świat warszawski, zakorzeniony w historii, ale jednocześnie należący do drugiej kategorii. Gorszy świat biedy, blokowiska i braku perspektyw. Konflikt rozgrywa się nie tylko pomiędzy przestrzenią kobiecą i męską, ale też pomiędzy starymi kamienicami i nowymi strzeżonymi osiedlami, starą i nową Warszawą, starą i nową gangsterką.

    Ważne też są kobiety Chutnik – zawsze sprzątające i jednocześnie zbuntowane, w przeciwny sposób podporządkowujące się patriarchatowi i zwalczające go. Halina, choć w ciąży i z kastetem, ciągle odwiedza grób narzeczonego Antka, sprząta i poleruje lastryko, zapala znicze. Włącza się w kondukt wdów. Jej najbliższymi przyjaciółkami są Celina – wdowa niewdowa, bo chłopak zginął zanim doszło do ślubu i Bronka – prawniczka chora na raka, która ucieka w samobójstwo, gdy nie ma już prawa do normalnego życia, a lekarze odmawiają jej dalszej terapii.

    To, co w Chutnik wydawało mi się zawsze najbardziej interesujące, to sposób, w jaki ustawia ona sobie postać kobiecą w historii, to rodzi to szereg przekształceń: zmienia się perspektywa oglądu historii, ocena przeszłości. Dlatego też ważniejsza jest dla mnie jej Dzidzia, która jako powieść spośród tych trzech jest najsłabsza. Chutnik w swoich książkach pokazuje, że gdy zamienia się podmiot opowieści z mężczyznę na kobietę, znana historia zmienia się,  staje się nową opowieścią. Niespodziewanie okazuje się, że trzeba odrzucić całą tradycję patriotyczną, którą nagle widzimy nie jako narodową i wspólną, ale jako do głębi męską i szowinistyczną. I wtedy trzeba zacząć pisać ją na nowo, tym razem z kobiecego punktu widzenia.

    W Cwaniarach Chutnik wprowadza postać babci Haliny, która w czasie powstania warszawskiego chodziła kanałami i której wiedza okazuje się niezbędna do przeprowadzenia akcji przeciwko deweloperowi-krwiopijcy.  Z perspektywy historycznej ważniejsza jest jednak wojna starej Warszawy z nową, piosenki reprezentujące folklor miejski, stopniowo już zapominane. Halina i Celina mieszkają w starych kamienicach, są groźne i prymitywne, często pijane. Jednocześnie jednak to one reprezentują z punktu widzenia autorki prawdziwy świat, zachowują też pamięć o przeszłości miasta. Ich przeciwieństwem są mieszkańcy strzeżonych osiedli, deweloperskich bloków – zakłamani, snobistyczni. Nurzają się w lukrze, ale nie znają prawdziwego życia.   

    Cwaniary nie dostają jednak do Kieszonkowego atlasu kobiet, który był zarazem świetną powieścią i wyrazistą deklaracją ideową. Tutaj jest więcej zabawy, więcej prowokowania i gier z kulturą masową. Trochę jak baśń, trochę jak pulp Tarantino, trochę jak opowieści Marvella o silnych kobietach, trochę jak gra komputerowa.  

  • Pochwała żarliwości

    Pochwała żarliwości

     

                               
    Marek Bieńczyk, Książka twarzy
    Świat Książki 2011
    Najnowsza książka Marka Bieńczyka skrojona została z jego drobnych tekstów prasowych, felietonów i esejów, należy więc do tego typu pozycji, które powstają raczej z inicjatywy wydawnictwa niż samego autora. Zazwyczaj to specjaliści od literackiego marketingu zabiegają o przygotowywanie publikacji tego typu, by umocnić status autora na rynku, zrobić szum wokół jego nazwiska. Jednakże Książka twarzy wydaje się doskonałym wyborem: gruba, wielotematyczna, zróżnicowana, a zarazem przepojona duchem autora, jego stylem, estetyką, wrażliwością. Choć teksty zebrane w tomie powstawały przez wiele lat i dotyczą rozmaitych dziedzin (od sportu, podróży i kulinariów aż do sztuki translatorskiej, powieściowej i refleksji teoretycznoliterackiej), wszystkie połączone są właśnie autorskim sposobem patrzenia na świat, żarliwością, pędem do zanurzenia się w życiu, który równocześnie podszyty lękiem i pragnieniem przyjęcia postawy kontemplacyjnej.
    Książka Bieńczyka wydaje mi się szalenie francuska z ducha, choć to spostrzeżenie brzmi paradoksalne w odniesieniu do tekstu tak mocno zanurzonego w kontekście polskim. Autor wspomina swoje dzieciństwo – spędzone nad cyklem poświęconym Winnetou, na stadionie Legii i Gwardii Warszawa, na kortach Legii, meczach młodziutkiego Fibaka. Bieńczyk opisuje pokolenie, dla którego największym bohaterem był Kazimierz Górski, a najważniejszym doznaniem – zwycięstwo polskich piłkarzy w 1974 roku. Jednocześnie pewna „francuskość” przejawia się w sposobie percypowania rzeczywistości, jej namiętnym, żarliwym pochłanianiu, zgłębianiu wszelkich jej przejawów: Bieńczyk równie silnie odbiera przecież spotkanie z Borgiem, ostatni mecz Agassiego, zdanie z powieści Chandlera, podróż do Brazylii. Sytuacje egzystencjalne, doświadczenia zmysłowe i kontakt z dziełami kultury mają tu tę samą moc, odbierane są dwutorowo – zmysłowo i intelektualnie (nigdy nie ma tu ograniczenia do tylko jednej sfery, jednego poziomu: lektura Winnetou daje przyjemność, ale też uczy moralności, stosunek do wina przekłada się na wizję świata i kultury, kajakarstwo odsyła do kolejnych cywilizacyjnych prób zapanowania ciała nad naturą), a ten sposób przyjmowania bodźców z zewnątrz, ich literackiego opracowywania wydaje mi się właśnie charakterystyczny dla kultury francuskiej.
    Najwłaściwszym określeniem charakteryzującym cały zbiór Bieńczyka byłby chyba właśnie zachwyt – nad lekturami, podróżami, winem, sportem. To w zachwycie właśnie, w pewnego rodzaju zapamiętaniu, realizuje się sposób Bieńczyka na opowiadanie o życiu. Nie ma tutaj bowiem intelektualnego rozgraniczenia na to, co wysokie i niskie, godne i niegodne, na zajęcia duchowe i przyjemności fizyczne, a tym samym znika podział na rzeczy warte zainteresowania i refleksji oraz te służące wyłącznie rozrywce. W Książce twarzy wszystko warte jest przemyślenia, a zarazem stanowi źródło przyjemności. Intelektualizm zaś przejawia się na innej płaszczyźnie – w gotowości do wyprowadzania uniwersalnych wniosków, myślowego przepracowywania każdej sytuacji, w jakiej Bieńczyk się znajdzie. Zdjęcie Beenhakkera w prasie popycha go na tory refleksji teoretycznej, czytając twarz selekcjonera reprezentacji, widzi w niej Barthesowski porządek pojęć i porządek substancji, dostrzega Różnicę, która oddziela holenderskiego trenera od polskich działaczy (tutaj też uruchamia się typowa dla Bieńczyka ironia, lekkość pióra felietonisty:
    Choć z tak odległych niekiedy miotów, są sobie jakoś bliscy [polscy trenerzy], i etnicznie, i mimicznie; na ich twarzach jest wypisana podobna, całkiem inna niż u Beenhakkera, egzystencjalna kalkulacja, negocjacja z życiem; wśród trenerów może jeden Gmoch (…) mógłby swą wydłużoną szczęką wybić dziurę w murze podobieństwa.  
    Nawet zdarzenia, które stają się z reguły powodem do frustracji, tutaj stanowią rodzaj pożywki, punkt wyjścia do zastanowienia: to właśnie uwięziony w motelu przy lotnisku we Frankfurcie Bieńczyk wymyśla nowy sposób podróżowania i nowy typ turysty absurde traveller, którym sam staje się w czasie wycieczki do Brazylii, gdy obwożony po górskich kurortach, nie ma kontaktu z plażami, lokalną kuchnią, a architektura przypomina francuskie i niemieckie górskie miasteczka. Spacer po paryskiej ulicy des Ecoles budzi w nim wspomnienie Barthesa, bo właśnie w tym miejscu sławny badacz doznał wypadku, który spowodował jego śmierć.
    Bieńczyk objawia się w tym tomie jako podróżnik, sportowiec, kibic, smakosz, ale najważniejsze doznania, teksty najdłuższe przynoszą rozważania nad literaturą – te poświęcone Chandlerowi, Słowackiemu, Barthesowi, Laclosowi, Flaubertowi. Bieńczyk-pisarz czyta literaturę inaczej niż przeciętny czytelnik, szuka rytmu zdań, melodii języka, przechodzi od poziomów najniższych – zdań i akapitów – do poziomu sensu. Porównuje różne przekłady (świetne studia na temat Laclosa i Flauberta), ale nie tylko po to, by rozkoszować się urodą języka, lecz po to, by wskazać różne znaczenia, kolejne interpretacje, jakie towarzyszyły poszczególnym translatorom. W tekstach poświęconych powieściom wprowadza rozróżnienie na powieść epileptyczną i eliptyczną – ta jego zupełnie prywatna, zabawna klasyfikacja stanowi punkt wyjścia do rozróżnienia powieści ujawniającej wszystkie elementy świata (Balzak) oraz takiej, która zataja, pozostawia miejsca puste (Flaubert).
    Książka Bieńczyka, choć u swej genezy niespójna, staje się całością koherentną, ukształtowaną przez perspektywę autora – opartą na żarliwości, na pochwale zaangażowania w życie, na kontemplatywnym podejściu do życia aktywnego.