Tag: Krytyka Polityczna

  • Pro eco – dwie książki

    Pro eco – dwie książki

    Te dwie książki są od siebie szalenie różne, ale w jakiś sposób podobne, bo skupione na świecie, otoczeniu, ekologii.
    „Betonozę” przeczytałam kilka tygodni temu, ale jakoś ta książka ciągle siedzi mi w głowie. Mencwel – jak na to patrzę z perspektywy – robi w niej jedną szalenie ważną rzecz: udowadnia, że myśl i świadomość ekologiczna wcale nie jest większa w większych miastach, choć chcielibyśmy tak myśleć. Z takim marzeniem, fajnym auto-stereotypem rozprawił się już dość złośliwie w „Książce o śmieciach” Stanisław Łubieński, ale Mencwel dobił chyba tę teorię młotkiem. Pisze w jednym miejscu o tym, że w Krakowie co roku wycina się i zagospodarowuje teren trzykrotnie większy niż Błonie. I myślę o tym często, gdy jeżdżę do pracy z Nowej Huty na Rynek. Bo droga wiodąca przez środek miasta zmienia się ciągle, pas zajmowany przez tramwaj, coraz bardziej przypomina dno betonowego tunelu, jakieś strasznej postapokaliptycznej doliny. I choć nam się wydaje, że pilnujemy władzy, że głosujemy w budżetach, potrafimy czytać ogłoszenia różnych oficjalnych BIP-ów, to jednak dajemy się cały czas robić w kolor – tak samo jak mieszkańcy ośrodków średniej wielkości, gdzie głosowi burmistrza nie ma się właściwie kto przeciwstawić.
    I z ulgą wracam wtedy do starej części Nowej Huty, w który mieszkam od prawie dwudziestu lat, ciesząc się myślą, że tu już nie da się dostawić żadnej plomby, niziutkiego apartamentowca, że tu jest wszystko piękne, zielone i stare i nie muszę się bać, że rano obudzi mnie huk walców i koparek. Z tego naiwnego snu wybija mnie nagła myśl, że fuck, teraz tu jest spokojnie, ale tylko dlatego, że 70 lat temu planiści i inżynierowie zrównali z ziemią wsie, sady i pola uprawne. I że mieszkam w jakiś sposób na cmentarzu kultury wiejskiej, znośnym teraz, bo starym.
    A „Betonoza” daje do myślenia, także dlatego, że pokazuje grzechy klasy średniej: zamykającej się na strzeżonych osiedlach, spragnionej przyrody – ale tylko takiej, która nie hałasuje i nie śmierdzi, a więc w jakiś sposób przypomina rokokowe marzenie o życiu na łonie natury. Brakuje tylko pachnących owiec. No i niczego nie udaje, kataloguje wprost, tworzy podręcznik świadomości ekologicznej z jej różnymi pułapkami.
    Natomiast Macfarlane to mój wielki wyrzut sumienia (mam – jak sądzę – 2 wyrzuty z ubiegłego roku: właśnie jego „Podziemia” i „Lajla znaczy noc” Aleksandry Lipczak) – niby tak pilnuję, tak się nie daję nabrać na czytanie dętej literatury, a nie znalazłam w 2020 czasu na przeczytanie tych naprawdę świetnych książek.
    No więc Macfarlane jest wybitnie odległy od Mencwela, bo nie o interwencję tutaj chodzi, ani żaden aktywizm społeczny. Dziwnie się w ogóle czyta tę książkę w tej potwornej pustyni kolejnego lockdownu, bo „Podziemia” opowiadają o jaskiniach, kanałach, studniach – miejscach, gdzie ludzi dzisiaj już nie ma, oddalonych, tajemniczych, pustych, często trudno dostępnych. Ale to jest dobra dziwność, jakiś rodzaj oddechu (przy użyciu chłodnego powietrza) w klaustrofobii wspólnego, rodzinnego mieszkania, odgłosów z blokowego podwórka, klasyki schodowej i mieszkań sąsiadów.
    Ten klucz podziemi pozwala mu przejść od wielkich historycznych miast, przez krainy zaludnionej części Europy do jej kompletnych kresów, przekopać się przez to, co ludzkość robiła w podziemiach Paryża i Londynu, po to, co malowała w jaskiniach na Lofotach 3 tysiące lat temu. W jakiś sposób jest to książka użytkowa, bo opowiada o pięknie ginącego świata (suchar, wiem), o obrazach, które giną na ścianach jaskiń i o rozpływających się lodowcach, o niszczejących formach krasowych.
    To, co go wyróżnia w zalewie źle napisanego podróżniczego non-fiction, to fakt, że potrafi pisać dobrze, a po drugie, że spoza perspektywy plecaka i polaru, wyziera horyzont człowieka nieprawdopodobnie obznajomionego w historii sztuki, architektury i kultury tout court. A do tego jeszcze z naprawdę świetnym piórem, umiejętnością budowania literackiego naddatku, metafory. Więc czyta się to jak złoto.
    przeł. Jacek Konieczny
     
  • Kłamstwo rewitalizacji, czyli jak napisać ekologiczny reportaż z sąsiedztwa

    Kłamstwo rewitalizacji, czyli jak napisać ekologiczny reportaż z sąsiedztwa

    Jan Mencwel, Betonoza. Jak się niszczy polskie miasta

    Krytyka Polityczna 2020

    To jest książka dziennikarska, użytkowa, zaangażowana – bo Mencwel opisuje stan polskich miast, nie tylko tych największych i pozornie najbardziej świadomych ekologicznie, ale też mniejszych, jak Lublin, Włocławek, Rzepin, Świdnica i wiele innych. Daje obraz „betonozy” zalewającej ośrodki miejskie, ilustruje sposób myślenia urzędników i deweloperów, walkę, jaką podejmuję mieszkańcy, ale też ich obawy. Próbuje pokazać różne zjawiska składające się na postęp katastrofy klimatycznej w Polsce: wycinkę drzew, osuszanie stawów, obudowywanie rzek, budowę dróg, osuszanie bagien. Te wszystkie przykłady składają się zaś na obraz lęków polskich, bo autor szuka przyczyn, dla których w gruncie rzeczy nie lubimy przyrody i przeszkadza nam ona (bo jest głośno, brudno, niebezpiecznie).

    Interesuje go to, co kryje się pod terminem „rewitalizacja”, a po zliczeniu podanych przez niego przykładów wyraźnie widać, że nie jest to nic dobrego. Mencwel cytuje wypowiedzi wielu osób – występujących pod nazwiskiem badaczy i działaczy (nie tylko tych z ogólnopolskich czy międzynarodowych organizacji), ale też aktywnych lokalnie, nieidentyfikujących się z ruchem ekologicznym, pracujących na małą skalę. Właśnie za to wejście w Polskę, poza jej elitarne, uświadomione dzielnice i enklawy zielonej świadomości, należy cenić tę książkę. Bo tutaj głos zabierają architekci, mikroprzedsiębiorcy, urzędnicy, nauczyciele, kierowcy itp. Mencwel podkopuje tu cały katalog stereotypów i upraszczających przekonań nie tylko na temat zabudowny, ekologii, ale też historii świadomości ekologicznej w Polsce. Udowadnia, że świadomość ekologiczna poprzednich pokoleń nie była jednorodna, tzn. w jednych miejscach osuszano oczka wodne, by powiększyć pola uprawne, ale w tym samym czasie w innych zajmowano się tworzeniem Kampinoskiego Parku Narodowego albo próbowano realizować „wetscape”, krajobraz wodny – nasi dziadkowie nie byli zatem en gros ani niszczycielami, ani zbawcami przyrody. Sam Mencwel w ostatnim rozdziale Betonozy omawia piramidę podejmowania decyzji o „rewitalizacji” – sprzyjają jej z reguły władza, pieniądze i cisza. Pokazuje zatem, jakimi drogami należy podążać, aby rozbić sojusz tych trzeb czynników, wskazuje obowiązki zarówno obywatelskie, samorządowe, jak i te na szczeblu centralnym. W tym sensie jego książka jest szalenie pragmatyczna: bo nie ustawia sobie jednego przeciwnika (no może poza deweloperami, na których Mencwel szuka grubego bata), nie snuje marzeń na temat obywatelskiego zrywu. Mówi trzeźwo: potrzebna jest większa kontrola nad władzą, ale to władza musi umożliwić obywatelom podejmowanie działań służących kontroli.

     

    To nie jest książka dziennikarska, zaangażowana i użytkowa, to coś więcej – bo Mencwel nie tylko podaje dane i wyciąga z nich wnioski, ale też bardzo zgrabnie splata swoją historię tak, żeby wyglądała na szybką i łatwo przyswajalną lekturę. Sam tytuł już kryje paradoks: Betonoza. Jak się niszczy polskie miasta – to porządek ironiczny, bo Mencwel traktuje przyrodę jako trwały i ważny element miejski, który zostaje zniszczony w procesie budowania… miasta.  Odwraca zatem tutaj znaczenia: przyroda ma mieć swoją przestrzeń, wycinka drzew jest rodzajem destrukcji tkanki miejskiej, zaś wybetonowanie placu miejskiego, zabudowanie cieku wodnego na terenie miasta wcale nie jest budowaniem, tworzeniem. Dużo tu u niego takich chwytów, przesuwania znaczeń, którego nie problematyzuje: słusznie zresztą, bo z przyjęcia perspektywy ekologicznej nie ma się co tłumaczyć. Po drugie zaś, szwy w tej historii są starannie poukrywane, Mencwel udaje, że nie wciąga wielu różnych problemów do pojedynczych rozdziałów, że nie łączy, nie ubija wątków, nie splata ich w jedną, gęstą tkaninę. Weźmy na przykład obiecujący rozdział pt. Jakiej przyrody Polacy potrzebują. Zaczyna się od przetrzebionego parku Centralnego w Świdnicy, potem rozmowa z profesorem Maciejem Luniakiem, specjalistą od bioróżnorodności w miejskich parkach, następnie antropologiczno-historyczny szkicyk na temat zmian roli parku, teza o urbanizacji dwóch pokoleń Polaków, która sprawiła, że oddaliliśmy się od przyrody i nagle przestaliśmy być społeczeństwem wiejskim. Po nich przykład sytuacyjny z Mariny Mokotów, strzeżonego osiedla, którego mieszkańcom przeszkadzał zbyt głośny rechot żab w stawie, po tym szybki wypad poza Warszawę do mniejszych ośrodków i cztery przykłady na to, że Polacy lubią tylko przyrodę uporządkowaną i wybrukowaną (ważne, bo rozbija pozorną opozycję wielkie miasto – małe miasto). A następnie szkicyk o przyspieszającej urbanizacji w Polsce i antyekologicznej rewolucji, rozkręcającej się na naszych oczach. Po czy wypad do Yellowstown oraz polskich parków narodowych zakładanych przed wojną i niszczonych dzisiaj. Płynnie przechodzi do przemówienia Obamy z parku Yosemite i wizyty Dudy nad Biebrzą. I tutaj następuje klamra, spięcie wszystkich tych nitek opowieści, które łączy przekonanie o tym, że przyroda napędza akumulatory ludzkie i coraz więcej osób walczy o jej obecność na strzeżonych osiedlach. Klamrę tę uzupełnia o – równoległy wobec wątku historycznego – opis prognozy zachowań i potrzeb dorastających powoli pokoleń: wszystkie one odczuwać będą „zespół deficytu natury”.

    Podoba mi się gęsty splot tej książki, mnożenie przykładów (tytaniczna praca, której efekty są tutaj prezentowane pokrótce, bez przechwałek, że autor szukał i jeździł, jeździł, szukał, nagle odkrył), ukrywanie się autora za cudzym słowem, przykładem, konkretną sytuacją. Podoba mi się wielokrotne nawracanie do tych samych miast, obserwowanie różnych ich punktów, pokazywanie żab, które nie mogą wyskoczyć na zbyt stromy wybetonowany brzeg, kaczek, które odlatują, hałasu „od ulicy”, od którego nie chronią nas drzewa. To jest jeden ze sposób na wyprowadzenie katastrofy ekologicznej z kryzysu wyobraźni – przywalić czytelnika przykładami, gęstą opowieścią, cudzymi głosami. Nie wyzbiera się spod nich.

     

     

     

     

     

  • 11 października – światowy dzień coming outu

    11 października – światowy dzień coming outu

    Światowy dzień coming outu trudno obchodzić w czasie, gdy w Polsce zakazuje się marszów równości. Ale tym bardziej trzeba. W Polsce cały czas nie ma zdeklarowanej poetki-lesbijki, jakby wbrew temu, że związki kobiece są mniej stygmatyzowane niż związki męskie.

     

    Jestem w stosunku do Ciebie piekielnie niesprawiedliwy. Przykładam do Ciebie inną miarę niż do siebie. Miewałem znowu stosunki z innymi, nawet wprost wychodząc od Ciebie. Nawet dziś, kiedy jestem na dnie smutku, starałem się o to. (…) Ale nie mogę opanować moich dzikich odruchów. Świnia.

    (pisze Jarosław Iwaszkiewicz do Jerzego Błeszyńskiego w 1958 roku, trzeci list tego dnia. Z tomu Wszystko jak chcesz red. Anna Król, Wilk i Król 2017)

     

    W kabinie, gdzie pary w podróży poślubnej

    kuliły się sobie w ramionach,

    położyłam rękę na twoim udzie,

    aby pocieszyć nas obie, twoja dłoń trafiła na moją,

    i tak pozostałyśmy, cierpiąc razem

    cieleśnie, jakby całe cierpienie

    było fizyczne

     

    (Adrienne Rich, 21 wierszy, przekład Jakub Głuszak, Biuro Literackie 2016)

     

    O recepcji swoich „Homobiografii” pisze Krzysztof Tomasik:

    Wszyscy oni uznali książkę za szkodliwą, naruszającą granice życia prywatnego (Nowacki zobaczył w niej podobieństwo do plotkarskiego portalu Pudelek). Przebił ich jednak Kazimierz Bolesław Malinowski, recenzent „Lampy”, która była pismem bardzo otwartym na alternatywę, ale, jak się okazało, w ściśle wyznaczonych ramach. To, co poprzednicy ubierali w okrągłe słowa, Malinowski nazywa wprost „niesmak”. Na tym nie koniec, samą tematykę homoseksualną ocenił jako „obyczajową ropę”, a zajmowanie się nią tej ropy „ssaniem”.

     

    (Krzysztof Tomasik, Bilans. Wstęp do drugiego wydania (w:) Homobiografie, Wydawnictwo Krytyki Politycznej 2014)

     

    Parnok  poznała  Marinę  Cwietajewą  w  październiku 1914 roku – w moskiewskim salonie swojej literackiej mentorki Adelajdy Giercyk. Sofia miała wtedy dwadzieścia dziewięć lat i była związana z Iraidą Albrecht – mieszkały razem na Miasnickiej, niedaleko placu Łubiańskiego (Łubianka nie była wtedy jeszcze Łubianką, tylko własnością towarzystwa ubezpieczeniowego „Rossija”) – Marina zaś, dwudziestodwuletnia i z wyglądu podobna do pacholęcia, była żoną Siergieja Efrona i matką Ariadny. Pełen burz romans dwóch poetek potrwa zaledwie do lutego 1916 roku (Sofia zwiąże się wtedy z kolejną kobietą, będącą przeciwieństwem Mariny pod każdym względem), czyli niecałe półtora roku, jednak, jak się okazuje, tyle wystarczyło, by niewidzialna Parnok na długo stała się jedynie przypisem w biografii wielkiej Cwietajewej – o jej życiu przed i po Marinie przez lata nie pamiętano, przerysowany portret z Przyjaciółki, momentami skrajnie nieżyczliwy, brano za dobrą monetę, nie konfrontując go z innymi źródłami, a fotografie Parnok do dzisiaj przechowywane są w Muzeum Cwietajewej w Moskwie.

    (…) Kobiety – a tym bardziej „lesbijki” – nie mają i nie będą miały historii, o ile same jej sobie nie zrobią.

    (Renata Lis, Lesbos, Sic! 2017)

  • Zrób sobie lewackie święta

    Zrób sobie lewackie święta

    W tym sezonie ukazało się kilka ciekawych książek – wszystkie o tzw. lewicowej orientacji. To dobry pomysł na świąteczną lekturę, z kolędami i choinką w tle. A Jaś Kapela, którego książkę czytałam jeszcze kilka dni temu jak ostrą satyrę, przestaje być satyryczny i po zwrotach politycznych z ostatnich kilku dni staje się lekturą super-realistyczną.

    Niedługo wszyscy będziemy krzyczeć na ulicach:

    Wolność to nie jest bukietów kwiatów,
    który dostaniesz od rodaków
    za lat wysługę i postępy
    we wprowadzaniu w kraju nędzy.  

    (Jaś Kapela, Modlitwy dla opornych, Ha!art 2017)

     

    To nie jest podsumowanie.

    Podsumowanie będzie po świętach, gdy wyjdę z otępienia cukrem.

  • Nekropolis i kondukt żałobny

    Nekropolis i kondukt żałobny

    Marcin Napiórkowski, Powstanie umarłych. Historia pamięci 1944-2014

    Krytyka Polityczna 2016
    Podejrzewam, że mają już  Państwo dość tekstów analitycznych dotyczących powstania warszawskiego, jego pamięci i młodzieży w koszulkach 1944. Chcę napisać jednak o jednej książce, która wchodząc bezpośrednio w ten temat, nie tylko daje nam narzędzia, żeby zdystansować się wobec obchodów ostatniej rocznicy, ale też pozwala zrozumieć korzenie tego zjawiska. Internet obiega zdjęcie z 1 sierpnia 2016 przedstawiające milczącego powstańca z tłumem młodych wrzeszczących, odpalających race chłopaków. To zdjęcie staje się pewnego rodzaju przykrą metaforą obrazującą kształt pamięci. Lektura Powstania umarłych sprawia jednak, że możemy na nie spojrzeć trochę inaczej – dlaczego młodzi, choć głównie nierozgarnięci, tak garną się do powstania? Dlaczego wielu z nich uznaje je za najważniejsze wydarzenie w polskiej historii? Dlaczego wybierają akurat to zdarzenie? Autor Powstania umarłych, choć uzbrojony w teorię pamięci i książki socjologiczne, także przecież jest młody (rocznik 1986). Ustawia się zatem w podwójnej pozycji – badacza kultury, ale i uczestnika rocznic, młodego człowieka zainteresowanego powstaniem na tyle, żeby przeorać polską kulturę ostatnich 70 lat w poszukiwaniu śladów pamięci (a umówmy się, to jest zajęcie dla całego zespołu badawczego, ilość materiałów jest ogromna).
     
    Napiórkowski rzetelnie i obszernie analizuje całą historię pamięci powstania: od ekshumacji, przez przełom 1948 i 1949 roku, gdy władza podjęła twarde strategie walki z kultem powstania, odwilż 1956, apogeum propagandowego ataku z 1984 roku (tak!), przełom 1989 roku i powtarzany po 2004 roku zarzut „niedopełnienia żałoby”. Buduje socjologiczną analizę zmieniającej się świadomości powstańców, pokazuje, jak kształtował się antysystemowy charakter pamięci powstania i to, że nie zmienił się on po 1989 roku. Pamięć 1944 w dalszym ciągu ma te dwie cechy, które zostały jej nadane w 1945: antysystemowość i zdolność do jednoczenia młodych. Race wystrzeliwane 1 sierpnia i odzież tożsamościowa ze znakami Polski walczącej stanowią chyba najlepsze potwierdzenie tych spostrzeżeń. Autor nie ogranicza się jednak do badań socjologicznych, ale analizuje różne materiały: piosenki hip-hopowe (niektóre o naprawdę przerażającej treści), teksty publicystyczne i literackie – od Baczyńskiego po Vargę.  
     
    Dwie tezy wydają się dla tej książki najistotniejsze: przekonanie, że to nieprzepracowana żałoba rządzi naszym postrzeganiem powstania oraz zderzenie dwóch toposów kulturowych, czyli toposu Konduktu (perspektywa powstańcza) i toposu Pochodu (perspektywa władzy komunistycznej). Napiórkowski pisze, że „zmarli pozostają politycznie żywi” – tam, gdzie nie ma sposobu na przeżycie żałoby, społeczeństwo popada w szaleństwo, skazane jest na ciągłe przeżywanie swojej winy wobec zmarłych. W tym porządku okazuje się, to fabuła Antygony jest pewnego wzorcem narracji pamięciowej, źródłem opowieści o polskich doświadczeniach powojennych. Ciało Polinika porzucone na miejskim placu to czytelne odwołanie do sposobu, w jaki władza (w tym porządku Kreon) traktowała AK. Polskie społeczeństwo zaś podzielone jest tak jak Antygona i Ismena, dwie siostry, z których jedna wybiera dalsze życie, a druga zgadza się na śmierć, bo taka będzie cena za przeprowadzenie pochówku i wypełnienie obowiązku wobec zmarłych.
     
    Nieprzepracowana żałoba powoduje też, że upływ czasu ulega zawieszeniu: wciąż żywe są lęki,  i mity, które wyprodukowaliśmy w latach 40. Już w 1945 roku, gdy prowadzono ekshumacje, zrodziła się legenda miejska o porywaczach ciał – po Warszawie krążyły plotki na temat wojska, które otwiera prowizoryczne groby i grzebie AK-owców w zbiorowych mogiłach z AL-owicami, by zmienić proporcje, pokazać, że to AL walczyła przede wszystkim w powstaniu. Ten lęk w zmienionej trochę formie wciąż się odzywa, czego najlepiej dowodzi list, jaki wysłano w czasie budowy II linii metra, zarzucając władzom miasta, że wyrzucają potajemnie ciała powstańców, na jakie natrafiły ekipy budowlane drążące tunele. Trwałe są nie tylko lęki, ale też propagandowe slogany, używane w drugiej połowie lat 40.,  gdy propaganda komunistyczna próbowała nie dopuścić do stworzenia kultu bohaterów i zarzucano AK antysemityzm. Dzisiaj, gdy pod oknami maszerują bojówki ONR-u chyba bardziej niż kiedykolwiek wcześniej jest potrzebna dyskusja o antysemickich postawach Polaków, ale okazuje się ona absolutnie niemożliwa, ponieważ ten, kto próbuje ją rozpocząć, odsądzany jest od czci i wiary. I tak próby rozliczeń dokonywane 70 lat po wojnie zrównuje się z atakami propagandy komunistycznej sprzed 70 lat.
     
    Ostatni rozdział książki Napiórkowskiego nosi tytuł Relikwie i towary, i wydaje mi się on niezwykle słuszny. Autor pokazuje bowiem, jak powstanie warszawskie zmienia się w logo – że relikwie powstańcze zaczynamy traktować jak towary, że muzeum Powstania Warszawskiego w swoim pragnieniu popularyzowania wiedzy o 1944 roku uczyniła z niego atrakcyjną markę, z którą wiążą się kolejne gadżety: gry, aplikacje, wlepki, ubrania. Że pragnąc przywrócić powstaniu wartość, jakiej odmawiano mu przez 50 lat, uczyniliśmy z niego jarmark – w kolejnych rekonstrukcjach historycznych, wystawach fotograficznych, akcjach animacyjno-kulturowych. 
     
    Napiórkowskiemu udaje się to, na co niewielu piszących o powstaniu jest w stanie się zdobyć – zachowanie wyważonego tonu, merytoryczna analiza to mocne strony tej książki. Najważniejsze jest jednak to, że autor potrafi wyjść poza zastane schematy interpretacyjne i choć pisze o wszystkich konfliktach i wątłych rozejmach politycznych i społecznych, to jednak za każdym razem proponuje ciekawe narzędzie interpretacyjne, taką perspektywę, która pozwala mu rzucić jakieś nowe światło, wyjść poza ciąg znoszących się opozycji.
  • Godzina W, która dzieli 70 lat później

    Godzina W, która dzieli 70 lat później

    Zanim kompletnie zgłupiejemy od słów, które wypowiada nowa władza na temat 1944 roku, fragment z książki Marcina Napiórkowskiego Powstanie umarłych, które właśnie wydała Krytyka Polityczna. 
     
     
    Można więc powiedzieć, że obecność powstania warszawskiego w niektórych obiegach kultury przypomina dziś bardziej mechanizmy rządzące kulturową recepcją wielkich marek czy franczyz niż wydarzeń historycznych. I nie chodzi tu wcale o podważanie jego historycznej prawdziwości albo tylko o komiksową stylistykę, lecz o praktyki kulturowe, za których pośrednictwem do powstania odwołują się ci, którzy uczestniczą w jego zbiorowej pamięci. Tak rozumiany język „boomu pamięciowego” okazuje się więc zaskakująco kompatybilny z językiem współczesnego globalnego kapitalizmu, który dla coraz liczniejszych grup społecznych staje się oczywistym środowiskiem komunikacji. Zjawisko to nie jest w żadnym razie specyficzne dla Polski. Wręcz odwrotnie  – do pamięciowych analogii przetłumaczonych na język gadżetów, logotypów czy seriali coraz chętniej odwołują się politycy, uliczni manifestanci i szerokie publiczności na całym świecie. 
     
    Świetna, mocna książka o pamięci powstania, o tym, dlaczego wciąż skierowana jest ona przeciwko władzy, że zmaga się w niej topos Konduktu i topos Pochodu. 
    Napiórkowski ma jedną ważną tezę: powstanie warszawskie to wciąż rozpacz i nieprzepracowana żałoba.