Tag: esej historyczny

  • Antysemityzm jako doświadczenie formacyjne

    Antysemityzm jako doświadczenie formacyjne

    W „Stygmacie…” antysemityzm nie jest historycznym tłem ani publicystycznym komentarzem. Jest doświadczeniem egzystencjalnym, które współtworzy biografię Heleny Wolińskiej Włodzimierza Brusa, kształtuje ich wybory życiowe i polityczne. Autorka, Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz prowadzi czytelnika przez kolejne dekady XX wieku, pokazując, że przemoc wobec Żydów nie była ani incydentalna, ani lokalna. To jest cień, który unosi się nad całym XX wiekiem – niby zmienia formy, ale powraca w momentach kryzysu i zawsze śmierdzi tak samo.

    Trudno pisze się o książce, której każda z 792 stron zostanie przez polską prawicę prześwietlona – wiadomo, że atak nastąpi, znamy jego kierunek i przewidzieć możemy treść – pojawią się oskarżenia o to, że Kwiatkowska-Moskalewicz relatywizuje zło, jakie wyrządzili jej bohaterowie. No więc właśnie wcale go nie relatywizuje, ale pokazuje ich decyzje na bardzo szeroki tle epoki. Zastanawiałam się w ogóle, na jakiej zasadzie sięgnęła ona po ten temat, w jaki sposób uczyniła go własnym – odpowiedź jest tu zaskakująco prosta, bo autorka opisuje XX wiek w Polsce przez pryzmat mniejszości, ich dziejów, kolejnych represji, tumultów. Nie tylko „mniejszości” żydowskiej w międzywojniu, ale też ukraińskiej, białoruskiej i innych. I Polska nie wygląda tu ładnie, nie chciałoby się w niej mieszkać.

    Dwudziestolecie międzywojenne nie jawi się w tej książce jako czas spokojnej asymilacji i wiele jest tu przykładów przemocy – od pogromu w Płocku w czasie wojny polsko-bolszewickiej (Rabin Chaim Szpiro został rozstrzelany po pospiesznym sądzie polowym, choć – jak później ustalono – był niewinny), przez przymusowe modlitwy, niemożliwość odrzucenia religii, getta ławkowe, niedopuszczanie do studiów. W Warszawie ONR-Falanga nawoływała wprost do zabójstw: „Nie ma innej rozmowy z Żydem oprócz uderzenia sztyletem i kuli”. 1939 i wybuch wojny nic to nie zmieniają, bo Lwów, do którego trafiają młodzi uciekinierzy opisany jest jako miasto barwne i wielokulturowe, ale zarazem „miasto przemocy, gdzie polska armia zaczęła swe porządki od pogromowych mordów”. Uniwersytet Jana Kazimierza – miejsce, które miało być przestrzenią formacji intelektualnej – staje się areną nagonki. Lwów był pierwszym miastem, które wprowadziło getto ławkowe. Autorka przypomina konkretne nazwiska i okoliczności: na dziedzińcu politechniki zasztyletowano Samuela Prowellera, w laboratorium chemicznym zmiażdżono łomem czaszkę Markusowi Landesbergowi, na sali uniwersytetu medycznego znaleziono pocięte skalpelem ciało Karola Zellmeyera. „Stygmat…” jest tak potężnie gruby także dlatego – bo autorka potrzebuje miejsca, by wyliczyć mordy, miejsca tarć, zagrożenia życia. Wojna wcale nie osłabia walki – AK ma cały pion oddelegowany do walki z komunistami, a głównym zarzutem wobec nich jest żydowskie pochodzenie.

    Wojna przynosi radykalne zerwanie tylko jeśli chodzi o skalę przyzwolenia na przemoc wobec Żydów i współpracy w jej ramach. Przykłady padają dziesiątkami, trudno je wszystkie tu wymienić. Wolińska i Brus tracą rodziców i młodsze rodzeństwo, przyjaciół, własne dziecko, gubią się. Odnajdą się dopiero po wojnie i w sposobie opracowania tego wątku najlepiej widać, że Kwiatkowska-Moskalewicz nie sentymentalizuje swoich postaci, nie usprawiedliwia ich. Mogłaby zrobić z ich związku wielkie love story, ale nie robi tego, podkreślając odpowiedzialność Brusa za całkowite porzucenie córek i ich okłamywanie, gdy odchodził do Wolińskiej („tatuś jedzie w daleką podróż”).

    Brus w czasie Zagłady przebywa w ZSRR, gdzie nie chcą go przyjąć do armii, bo jest Żydem. Wolińska spędza ją w Polsce – wiele razy w absolutnym zagrożeniu życia.  Zagłada nie jest w tej narracji abstrakcją ani symbolem – jest doświadczeniem biologicznego zagrożenia, w którym przynależność etniczna decyduje o życiu i śmierci. Po wojnie Wolińska nazywa partię „rodziną” i te słowa, jeśli zderzymy je z historią wojenną nabierają innego znaczenia: nie są deklaracją tępej, zaślepionej partyjniaczki, ale kogoś, kto tylko dzięki pracy w konspiracji PPR miał jakiekolwiek prawo do decydowania o sobie. Po utracie bliskich struktura polityczna stała się dla niej jedyną trwałą wspólnotą.

    Po wojnie przemoc nie znika, a Kwiatkowska-Moskalewicz nie powtarza przekonania prawicowych historyków o demonicznych wpływach Wolińskiej na całą strukturę policji politycznej. Autorka przypomina rozmowę w gabinecie premiera w dniu, gdy dotarła wiadomość o pogromie kieleckim. „Stało się wielkie nieszczęście, pogrom w Kielcach” – padają słowa. Choć Wolińska próbuje postawić sprawców przed sądem, ponosi porażkę. Tymczasem w reakcji części hierarchii kościelnej pojawiają się interpretacje, które powielają przedwojenne klisze o „żydokomunie” i rzekomych mordach rytualnych.

    W 1968 roku powraca język wykluczenia. W przemówieniu Gomułki obywatele żydowskiego pochodzenia zostają podzieleni na kategorie, a niektórym oferuje się „paszport w jedną stronę”. Atmosfera w Warszawie jest tak napięta, że część ludzi obawia się wybuchu pogromu. Choć do fizycznej masakry nie dochodzi, stygmat pozostaje.

    W „Stygmacie” antysemityzm jawi się więc jako ciągłość doświadczenia. Od pogromów pierwszych lat niepodległości, przez brutalność uniwersyteckich bojówkarzy, po Zagładę, Kielce i Marzec ’68 – kolejne odsłony przemocy i wykluczenia nakładają się na siebie. Biografia Wolińskiej i Brusa zostaje wpisana w ten długi cień. Autorka nie twierdzi, że doświadczenie antysemityzmu usprawiedliwia ich późniejsze decyzje. Pokazuje jednak, że bez uwzględnienia tej historii nie sposób zrozumieć ich lojalności wobec systemu.

    Antysemityzm w tej książce nie jest argumentem retorycznym. Jest jednym z kluczowych mechanizmów XX wieku – mechanizmem, który współtworzy zarówno prywatny los bohaterów, jak i zbiorową historię Polski.

    Lubię tę książkę dlatego, że gdy moje dzieci pokąpią się jeszcze trochę w sosie patriotycznym warzonym ciągle w szkołach (a słyszałam ostatnio uniesienia J., o geniuszu Piłsudskiego), to ja myk i dam im „Stygmat” do przeczytania na odtrutkę.

  • Mięso historii

     


    Martin Pollack, Cesarz Ameryki. Wielka ucieczka z Galicji
    Czarne 2011
    Po raz kolejny Pollack pokazuje mięso historii – masy, których los jest okrutny, anonimowy, zupełnie też nieznany historiografii, obojętny dla badaczy spraw politycznych. Próbuje więc opisać pewnego rodzaju brak, lukę w naszych dotychczasowych narracjach, wprowadzić do opowieści o przeszłości takich ludzi, którzy w żaden sposób się w niej nie zapisali, którzy przeminęli błyskawicznie i bez śladu. Jego bohaterem zbiorowym staje się  galicyjska biedota, uciskana, zacofana, głodująca i uciekająca z cesarstwa austro-węgierskiego ku biedzie amerykańskiej i innym odmianom ucisku.
    Autor sięga w swojej książce po tylko jeden temat – problem emigracji do Ameryki od drugiej połowy XIX wieku do wybuchu I wojny światowej. Nie jest to jednak opowieść o spełnionych marzeniach i budowaniu nowego silnego państwa, ale potworna historia o głodzie i głupocie, demoralizacji i okrucieństwie, prymitywizmie i naiwności. Mnóstwo tu obrazów dzieci głodzonych na śmierć, zarzynanych koni, dziewcząt wywożonych do burdeli w Buenos Aires i Stambule.
    W mniejszym stopniu interesuje Pollacka sama podróż do Nowego Jorku, a bardziej skupia się on na powodach opuszczania Europy. Zarysowuje z rozmachem społeczne tło – nędzę „Golicji i Głodomerii”, jej zacofanie gospodarcze i rozdrobnienie ziemi, rozwarstwienie i egoizm spoęłczny, luki prawne pozwalające na handel ludźmi. Odwołuje się też do obyczajów – to fale pogromów w głębi Rosji powodują, że o ile polscy czy słowaccy chłopi wracają po kilku latach z emigracji, o tyle żydowscy uciekinierzy – nigdy.  Tak więc historyczne rekonstrukcje Pollacka stanowią rodzaj uzupełnienia do tez Dostojewskiego o tym, że to bieda wpędza w zepsucie, prawdziwa nędza powoduje całkowitą degenerację.
    Uciekinierzy ze Wschodu – Rusini, Ukraińcy, Polacy, Słowacy – padają tu bowiem ofiarą pazerności agentów handlowych, którzy namawiają ich do wyjazdu. Europa w tej opowieści stanowi pewnego rodzaju sień, której centrum znajduje się w Hamburgu. Z tego miasta właśnie wyruszają kolejne okręty z gigantycznym ludzkim ładunkiem, do niego też trzeba ściągać chłopów z całej europejskiej prowincji. Do każdej wioseczki wyruszają agenci-naganiacze, każda stacja kolejowa jest przez nich kontrolowana. Gdy austriacki i pruski rząd uszczelniają granice, agenci prowadzą chłopów przez pola, bocznymi drogami. Wszystkie drogi prowadzą tu do Hamburga, do przedsiębiorstwa HAPAG.
    Pollack pokazuje, że do rozpracowania każdej grupy narodowej agenci mieli inne techniki: Rusinom opowiadali, że cesarz Rudolf wcale nie zginął, lecz wyemigrował i w Brazylii tworzy właśnie nowe państwo, Polaków przekonywali, że wyjazdu wymaga papież, który nakazuje szerzyć katolicyzm wśród dzikich. W Brazylii też małpy miały wykonywać wszystkie obowiązki, między domami rosły drzewa chlebowe, a z innych płynęło mleko. Te opowieści – dziś budzące tylko śmiech – brzmią strasznie w tej historii, stanowią bowiem rewers chłopskiej głupoty i prymitywizmu:
    Mykołaj Malyniak, ten sam, który zegarek pierwszy raz w życiu zobaczył w agencji Herza, bełkocze coś w trudnym do zrozumienia ukraińskim dialekcie, sąd i słuchacze mogą z tego potoku słów wyłowić tylko dziandar, co ma chyba oznaczać żandarma, oraz stale powtarzające się głośne hej, hej!, którymi Malyniak kończy każde zdanie.
    Z drugiej strony jest to też historia o okrucieństwie sprawującej władzę arystokracji, która w obawie przed brakiem rąk do pracy nie chce polepszyć losu chłopów, ale domaga się wprowadzenia coraz bardziej restrykcyjnych praw i kolejnych form ograniczenia wolności – co też administracja cesarska czyni:
    Żniwa za pasem, a pracowite „mrówki”, parobkowie, służące, wyrobnicy i bezrolni chłopi, choć nie do zastąpienia i bardzo pomocni, zawsze żałośnie opłacani, przepadli jak kamień w wodę. Kto teraz będzie żął zboże, wykopywał kartofle, kosił trawę, zwoził plony, młócił, karmił i poił bydło? Wielcy panowie podnoszą wrzask, wzywają władze, żandarmów, żołnierzy, by siłą i pod bagnetami zatrzymywali ludzi w wioskach, pilnowali granic, a czcigodny gubernator we Lwowie niechby zakazał emigracji, najlepiej rozporządzeniem. 
     Pollack skupia się na drogach, którymi kandydaci na emigrantów próbują wydostać się z Galicji, sposobach, na jakie próbują oszukać administracją austriacką i pruską. Wyjazd za ocean nie jest tu wyborem wolnym – rząd austriacki obawia się ubytku materii ludzkiej, z kolei Prusacy lękają się, by niepiśmienni chłopi nie chcieli u nich zostać, zamiast okrętować się na transoceaniczne statki. W Stanach także nikt nie wita imigrantów z otwartymi ramionami – o niesławnej Ellis Island pisała u nas już wcześniej Małgorzata Szejnert w Wyspie klucz.
    Cesarza Ameryki czyta się świetnie, i to właśnie budzi moje największe podejrzenie. Pollack w swoim eseju stawia sobie taki sam cel, jaki przyświecał mu w poprzednich książkach – zarysowanie tła epoki, przedstawienie świadomości pewnej grupy, uchwycenie perspektyw życiowych w danym momencie historycznym. Jego praca okazuje się tu jednak trudniejsza niż w Śmierci w bunkrze czy Ojcobójcy – zabiera on tutaj głos w imieniu tysięcy bezimiennych analfabetów, ludzi, po których pozostało niewiele śladów, żaden materialny dowód ich nędzy. Za każdym razem Pollack skazany jest na rekonstrukcję, na budowanie obrazu z elementów obcych, zewnętrznych wobec swoich bohaterów: strzępków pamiętnikarskich, artykułów prasowych, policyjnych i sądowych protokołów, raportów organizacji charytatywnych. W poprzednich esejach miał Pollack więcej materiału, więcej tekstów źródłowych, czy też pracował na podstawie wiedzy o losach własnej rodziny, nie oburzała zatem spójność i logika. Tutaj jednak wchodzi on właściwie w dziurę historii – a nie widać tego w jego narracji, która okazuje się pełna, płynna, porządkująca wszystkie wątki. Nie ma tu miejsc pustych, niejasności, mało urwanych historii o pojedynczych osobach. I dlatego właśnie nie wierzę w tę opowieść – bo jest zbyt gładka, bo daje odpowiedzi na wszystkie pytania, a to po prostu niemożliwe. Zatem za wadę tego eseju uważam to, co wychwala Krzysztof Cieślik w „Polityce” – dynamikę, dramatyzm, poczucie naoczności. Cieślik unosi się nad stylem Pollacka: „nie tylko pisze znakomite książki, znalazł też wyjątkowy sposób opowiadania. Nikt nie tworzy reportaży tak, jak Austriak (…)”.
    No, na szczęście, bo coraz wyraźniej widać, że te reportaże są anachroniczne, pisane na przekór zmianom w historiografii. Że Pollack jest pewnego rodzaju hochsztaplerem, który ukrywa ściegi swojej historii.   


  • Wyrok, którego nie wykonano

     
     
    Jarosław Marek Rymkiewicz, Wielki książę
    Sic! 2011
    Esej historyczny Rymkiewicza poświęcony wielkiemu księciu Konstantemu został wznowiony po 28 latach. Jego pierwsze wydanie miało miejsce w 1981 roku i wtedy większość czytelników postrzegała Konstantego – namiestnika i tyrana – jako symbol rosyjskiej okupacji, carewicz stanowił figurę alegoryczną, pod którą krył się Jaruzelski.
    Zapominamy dziś o kontekście literacko-społecznym (pomińmy na razie kwestię polityczną) tego tekstu. Tymczasem umieścić go należy w nurcie eseju historycznego, który w PRL-u spełniał funkcję paraboli, stanowił pewnego rodzaju synekdochę: w opisach XIX wieku nie chodziło tylko o poznawanie przeszłości, ale też o wprowadzenie filtra, który pozwoliłby lepiej rozpoznać współczesność. Przed Rymkiewiczem po ten sposób mówienia sięgali ważni autorzy: Jasienica, Zawieyski w Między plewą a manną, Jastrun w Wolności wyboru, Kijowski w Listopadowym wieczorze, Łubieński w Bić się czy nie bić.  
    Wszyscy oni czytali przeszłość przez pryzmat czasów im współczesnych, poszukiwali analogii między zaborami a zależnością od Związku Radzieckiego. W tym też świetle patrzono na rozważania Rymkiewicza w latach 80. Czy dziś lektura Wielkiego Księcia jest równie upolityczniona? Tak, ale w zupełnie inny sposób. To już nie esej o rosyjskiej opresji, ale opowieść o słabości polskiego ducha, o naszym chrześcijańskim charakterze narodowym, który Rymkiewiczowi kojarzy się przede wszystkim z wahaniem. Wielki Książę opowiada o powstaniu listopadowym, relacjach polsko-rosyjskich, warunkach życia pod zaborami. Na tle tych rozważań autor rozpina charakterystykę głównego bohatera – księcia Konstantego.
    Rymkiewicz powraca wielokrotnie do sceny konfrontacji między spiskowcami i księciem, rozważa przyczyny ich ataku na Belweder i jednocześnie szuka ukrytego mechanizmu, który sprawił, że do zabójstwa koniecznego z politycznego punktu widzenia jednak nie doszło. Ten nurt rozważań wiąże się z trendem, którego narastanie obserwujemy w ostatnich książkach autora Wieszania – narastanie pewnego rodzaju drapieżności, coraz ostrzejsze rozliczanie historii Polski i Polaków, którzy wyżej stawiali swoje etyczne wahania niż polityczne dobro (wskazywane oczywiście przez samego Rymkiewicza).
    Z perspektywy rosyjskiej, zdaniem Rymkiewicza, Konstanty był „gorszym” bratem carskim, dla wszystkich jego niższość wydawała się oczywista – stąd też może wyrastało jego przywiązanie do Polaków, ale też podstawa analogii: Konstanty to „wybrakowany” Rosjanin, nie zasługiwał więc na objęcie władzy nad Rosją, mógł tylko pilnować porządku w jednej z prowincji. Miał stać się lojalnym zarządcą, pozbawionym skłonności do zdrady. Takich też, zdawał się mówić autor, namiestników poszukiwali politycy radzieccy w dobie PRL-u – niezbyt samodzielnych w myśleniu, gotowych do podporządkowania i posłusznych, ale zarazem na tyle sprytnych, by potrafili utrzymać ład na podbitych terenach. Słuszność charakterystyki, skonstruowanej przez Rymkiewicza, potwierdzały słowa Jakuba Bermana wskazującego (w rozmowie z Teresą Torańską), jaki zestaw cech decydował o możliwości zrobienia kariery politycznej w ramach ustroju socjalistycznego: ślepe podporządkowanie Rosjanom, ale też bezwzględność wobec przeciwników politycznych, brak samodzielności w myśleniu i podążanie za czyimiś tezami przy równoczesnej podejrzliwości wobec otoczenia, gotowość do budowania nowego ładu. W postaci Konstantego, u którego autor eseju za kluczową cechę uznawał skontaminowaną tożsamość polsko-rosyjską, widać odwołanie do politycznego nadania władzy, która łączyła ideologię komunistyczną i narodową, splatała więc pierwiastki tak sprzeczne, jak podwojona tożsamość wielkiego księcia.
    Esej ten zbudowany jest na zasadzie ukrytej analogii, jednakże interpretacja treści ukrytych pod kostiumem budzi spory. W nocie od wydawcy czytamy, że Rymkiewicz, posługując się figurą księcia Konstantego, pisał tak naprawdę o Jaruzelskim, na postaci wielkiego księcia dokonywał wiwisekcji osobowości wszystkich namiestników, jacy w XIX i XX wieku desygnowani byli przez Imperium do władania polską prowincją. W równym stopniu esej Rymkiewicza stanowi więc odwołanie do historii powstania listopadowego, co do stanu wojennego.
    Szereg wskazań nie pozwala jednak na takie odczytanie analogii zawartej w tekście: Rymkiewicz wydał swój esej w 1983 roku, jeszcze w czasie stanu wojennego, ale napisał go w 1981 roku, a więc zanim Jaruzelski zajął najważniejsze stanowisko państwowe. Owszem, Konstanty opisywany jest aluzyjnie, ma stać się w czytelniczym odbiorze symbolem władzy komunistycznej, jednakże wydaje się, że Rymkiewicz przedstawił go jako Rosjanina spolonizowanego, oswojonego niejako, a więc mniej groźnego niż „polakożercy” z Petersburga i Moskwy. Tym samym należałoby czytać ukrytą tu parabolę jako diatrybę przeciwko dążeniom do kolejnej insurekcji (w jakiejkolwiek formie), wszakże dawałaby ona Rosjanom pretekst do ostatecznego uderzenia, likwidacji resztek samodzielności[1]. Rymkiewicz, który w swoich późniejszych esejach domagał się krwawej rozprawy z przeciwnikiem wewnętrznym i zewnętrznym, w Wielkim Księciu był jeszcze piewcą rozwagi i politycznego przewidywania. Wstęp od wydawcy jest więc w tym wypadku niezbędny, bo tylko dzięki niemu dokonuje się przekierowanie interpretacji – zamiast pochwały rozsądku i ostrożności politycznej, wydobywa się tu elementy typowe dla współczesnego światopoglądu autora.
    Choć widać tu stopniowo rodzący się radykalizm autora, wzmacnianie zarzutów pod adresem polskiej łagodności, które apogeum osiągną w Wieszaniu, to jednak fascynujące wydają się hipotezy historyczne i psychologiczne. Carewicz jest bowiem zarazem romantycznym zbrodniarzem, jak i wcieleniem niemieckiego mieszczanina, pragnącym za wszelką cenę zlikwidować polski nieporządek.
    Jedna zaś perspektywa wydaje się uniwersalna: Rymkiewicz widzi Konstantego jako człowieka w nieustannym konflikcie ze sobą i światem, wahającego się między tożsamością prywatną a publiczną, pragnącego cichego szczęścia i osaczonego przez groźną historię. Choćby z powodu tej niejasności, komplikacji dziejów warto sięgnąć po Wielkiego księcia. Ale czytać go należy ostrożnie.
                                                                                                                         


    [1] J. Engelgard, Jak Rymkiewicz cenzurę PRL „przechytrzył”…, portal: Konserwatyzm.pl. Artykuł z 16 maja 2011. Jak wskazuje autor – wyrazistość tej tezy pozwoliła właśnie prześlizgnąć się Rymkiewiczowi przez zapisy cenzury.