Bramy (amerykańskiego) raju?

Siadam do pisania tego tekstu, a za moimi plecami dzieci bawią się w Mulan i Mańka podpowiada Jeżowi, żeby uderzył ją „w ramienie”, bo tak przebiega pierwsza scena konfrontacji między Chanem Yu i Mulan. I poza tym, że krzyczą i nie bardzo mogę się skupić, to ten zgrzyt między radosną beztroską moich dzieci i książką Luiselli wywołuje niepokój, bo u niej żadnemu dziecku nie jest dana beztroska. Luiselli bardzo subtelnie, ale jednak wali w najbardziej instynktowne, głębokie lęki większości rodziców: o rozdzieleniu z dziećmi, o ich zagubieniu, zagrożeniu ich życia, głodzie. Za pomocą krótkich, oszczędnych zdań, udających prozę sprawozdawczo-dziennikarską, szarpie te lęki, naciąga, przyciska. 

Metafora szarpania i naciągania jest tu o tyle jeszcze na miejscu, że Luiselli wybiera sobie na bohaterów małżeństwo zajmujące się zawodowo nagrywaniem, rejestrowaniem dźwięku i większość tej opowieści rozgrywa się właśnie na poziomie dźwiękowym. Ona chce jechać aż do granicy Meksyku, nagrywać historie dzieci, próbujących się przedrzeć przez południową granicę USA, on ma inny plan – nagrywać to, co dotyczy Pierwszych Narodów. Zabierają dzieci, ruszają autem na Południe. On puszcza czasem w samochodzie „inwentarium ech” i wydaje mi się, że to jest klucz do tej historii. „Inwentarium ech” to muzeum dźwięków, zapis tego, co zginęłoby kompletnie, gdyby ktoś ich nie nagrał, nie zarejestrował. Oboje dorośli wybierają sobie właśnie taką misję, ocalić od zapomnienia głosy najsłabszych, ofiar skazanych na zniknięcie, przesunięcie (w tym wypadku za granicę, do rezerwatu, na pustynię, do fortu-więzienia), w otchłań geografii i historii. 

Opowieść ojca o Apaczach, o ostatnich schwytanych razem z Geronimo, daje tej historii jeszcze drugie dno: bo amerykańskie służby mundurowe, surowo strzegące granicy i odsyłające wszystkich uciekinierów z powrotem do Meksyku, opierają swoje działania na przekonaniu, że ziemie te są odwiecznie amerykańskie. Tymczasem właśnie historia o walczących Apaczach, o ich walce, tułaczce i śmierci w rozproszeniu i zapomnieniu podważa „odwieczność” amerykańskich granic i równocześnie wskazuje na przemoc, która stoi za ich obecnym kształtem. 

W małżeństwie rodziców, patchworkowej rodzinie, narasta konflikt, który na sile przybiera jeszcze w czasie podróży. Życie ograniczające się do powierzchni samochodu, cały bagaż zapakowany w pudłach do bagażnika, ściśle przydzielane obowiązki (dziewczynka pomaga ojcu robić kanapki, syn pilnuje porządku w bagażniku, robi zdjęcia itp.), podnosi ciśnienie, wzmacnia naciski. Ale można ten kryzys małżeński interpretować też i tak, że człowiek nie jest w stanie przyjąć zbyt wiele cudzego cierpienia, że rola świadka jest rolą trudną, bo uświadamia wyjątkową bezradność. Oboje rodzice, zaangażowani w różne projekty, zapisy cudzego cierpienia, trochę się licytują na to, czyja misja jest ważniejsza, próbują swą bezradność, zaangażowanie, cierpienie kanalizować we wzajemnej relacji. Tutaj jednak rozciąga się niebezpieczny grunt, a Luiselli jedynie go sugeruje: bo z niego wynika, że nie jesteśmy nietykalni, że przemoc, która dokonuje się wokół nas, która dociera do nas z mediów, jednak nas naciska, zahacza, wpływa. I że wszyscy zapłacimy za to jakąś cenę. Przemoc może dzieje się gdzieś daleko, ale jej echo uderza w nas bezpośrednio i niszczy nasze relacje. 

Ta książka aż roi się od ciekawych wątków – pozornie drobne, popychają do namysłu: bo to pierwsza powieść Luiselli napisana po angielsku (to ważna zmiana, wielu pisarzy i wiele pisarek podejmuje tę decyzję, bo tylko wejście do tego pierwszego, najbardziej popularnego języka gwarantuje im dostęp do najszerszego kręgu odbiorców. A w przypadku tego tytułu jest to szczególnie ważne. Wielu autorów podejmuje jednak decyzję odwrotną, godząc się na funkcjonowanie w „gorszym” obiegu, licząc na uwagę tłumaczy, traktując swój język jako rodzaj zobowiązania, także etycznego – np. wobec wymierających języków rodzimych, lokalnych), to literatura zaangażowana (a więc jak zachować równowagę między wysokogatunkową prozą a impulsem publicystycznym, i czy w ogóle jest taka konieczność? Może zaangażowanie wcale nie jest gorsze od uniwersalizmu motywów literackich), muzyczność, foniczność tej opowieści, w której większość rozgrywa się „na ucho” przez radio, telefon, słowo, dźwięk, a nie obraz (no i znowu, jak opisać dźwięk w literaturze, która z reguły odwołuje się do innych zmysłów). 

Wyliczam te wszystkie zagadnienia nie po to, by wskazać mistrzostwo stylu Luiselli (no, może trochę;), ale bardziej po to, by uniemożliwić bagatelizowanie jej powieści jako publicystycznej i przez to mało ważnej, nie zasługującej na rozważenie. Bo wiele można o niej powiedzieć, ale akurat nie to.   

 

Valeria Luiselli, Archiwum zagubionych dzieci,

przekł. Jerzy Kozłowski

Pauza 2021

Comments

Komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *