Tag: Jerzy Kozłowski

  • Melancholia globalizacji

    Melancholia globalizacji

    Niby romans, ale zimny i intelektualny, niby powieść o wolności, ale zanurzonej w samotności, niby zderzenie kultury Zachodu i Wschodu, ale w gruncie rzeczy głuche łomoty pustych znaków – taka jest nowa, super gruba powieść Kiran Desai, skrupulatnej niczym XIX-wieczni francuscy realiści.

    Kiedy sięgałam po tę powieść, liczyłam bardzo na romans, bo mam cały czas poczucie, że ta formuła gatunkowa nie zużyła się jeszcze wcale, że może wiele nam powiedzieć. Jest też na tyle skonwencjonalizowana, że jej pogryzanie albo rozdzieranie daje ciekawe rozwiązania. Tymczasem jednak Kiran Desai bardziej pisze o niemożności porywów niż o namiętności, albo o cenie, jaką się za utratę głowy w tych porywach płaci. Jej bohaterka, dobijająca do trzydziestki Sonia musi uporać się z bagażem, jaki pozostał jej po związku z dużo starszym kochankiem-artystą, z rolą przedmiotu, niskim poczuciem wartości, własna nieważnością, odruchem przyglądania się i odpowiadania na uczucia partnera. Związek, jaki jej rodzina próbuje zaaranżować z potomkiem migrantów, Sunny’m, dziennikarzem poruszającym się swobodnie po świecie, właściwie dopiero się rysuje na horyzoncie, głębokie zaangażowanie może dopiero się między nimi wykształcić.

    Kiran Desai używa swoich bohaterów, żeby opowiedzieć o tożsamości postkolonialnej, zadaje pytanie, jak pisać o Indiach dla Zachodu, żeby nie kupczyć egzotyką, a jednocześnie wyjść z ram kolonializmu i postkolonializmu. I w tym wątku najciekawszy temat, który porusza, dotyczy melancholii globalizacji. Ten wątek przypomina trochę oglądanie drugiej strony księżyca – w kraju, który nie akceptuje zamieszkujących go migrantów i ekscytuje się biletami na tanie loty.

    Tymczasem melancholia globalizacji w Samotności Sonii i Sunny’ego” polega przede wszystkim na doświadczeniu życia „pomiędzy”: między Indiami a Zachodem, rodziną a indywidualizmem, lokalnością a globalnym przepływem ludzi. Bohaterowie Desai należą do pierwszego pokolenia naprawdę mobilnych Hindusów klasy średniej — studiują w Ameryce, podróżują po Europie, zakochują się ponad granicami, ale nigdzie nie potrafią poczuć się całkowicie u siebie. Jednocześnie jednak nie blokuje ich wcale kultura, bo Desai nie pozwala, byśmy oglądali tu skansen znany z zachodnich opowieści o kulturze Indii.

    Globalizacja w tej powieści nie oznacza wolności, lecz permanentne wykorzenienie. Sonia mieszka w Vermont, lecz jej wyobraźnia pozostaje zanurzona w Allahabadzie, w domu dziadków. Ameryka daje jej edukację i niezależność, ale równocześnie produkuje samotność, której jej rodzina wręcz nie rozumie. To także koszt kobiecej emancypacji, na jaką bohaterka nie bardzo mogłaby się zdobyć, gdyby pozostała blisko rodziny. Z kolei Sunny, podróżując między Indiami, USA i Europą, obsesyjnie analizuje własną pozycję emigranta i sposób, w jaki Hindusi są postrzegani przez Zachód. To oczywiście dylematy klasy średniej – zamożnej, wykształconej, zdolnej do podjęcia pracy w ciekawych miejscach. Całkowicie wolnej i pozbawionej przymusów ekonomicznych, ale z tego też powodu niezdolnej do zakorzenienia.

    Desai pokazuje też melancholię świata, w którym wszystko zostało już zamienione w estetyczne doświadczenie: Wenecja, w której tytułowi bohaterowie zbliżają się do siebie, jest jednocześnie realnym miastem i turystyczną dekoracją, Ilan, dojrzały wcześniejszy kochanek Sonii, zamienia ludzi w materiał dla sztuki, a relacje miłosne przypominają cytaty z książek i filmów. Bohaterowie nieustannie oglądają samych siebie z zewnątrz, jakby żyli w globalnym muzeum obrazów i narracji. Nie potrafią się zbliżyć do własnego doświadczenia, oddzieleni od własnych uczuć i jednocześnie ciągle je analizujący.

    Dlatego centralnym doświadczeniem powieści Kiran Desai jest samotność. Globalizacja obiecuje bliskość świata, ale tutaj prowadzi raczej do rozpadu trwałych więzi.

     

    Kiran Desai, Samotność Sonii i Sunny’ego

    Tłumaczył Jerzy Kozłowski

    Wydawnictwo Literackie 2026

     

  • Bramy (amerykańskiego) raju?

    Bramy (amerykańskiego) raju?

    Siadam do pisania tego tekstu, a za moimi plecami dzieci bawią się w Mulan i Mańka podpowiada Jeżowi, żeby uderzył ją „w ramienie”, bo tak przebiega pierwsza scena konfrontacji między Chanem Yu i Mulan. I poza tym, że krzyczą i nie bardzo mogę się skupić, to ten zgrzyt między radosną beztroską moich dzieci i książką Luiselli wywołuje niepokój, bo u niej żadnemu dziecku nie jest dana beztroska. Luiselli bardzo subtelnie, ale jednak wali w najbardziej instynktowne, głębokie lęki większości rodziców: o rozdzieleniu z dziećmi, o ich zagubieniu, zagrożeniu ich życia, głodzie. Za pomocą krótkich, oszczędnych zdań, udających prozę sprawozdawczo-dziennikarską, szarpie te lęki, naciąga, przyciska. 

    Metafora szarpania i naciągania jest tu o tyle jeszcze na miejscu, że Luiselli wybiera sobie na bohaterów małżeństwo zajmujące się zawodowo nagrywaniem, rejestrowaniem dźwięku i większość tej opowieści rozgrywa się właśnie na poziomie dźwiękowym. Ona chce jechać aż do granicy Meksyku, nagrywać historie dzieci, próbujących się przedrzeć przez południową granicę USA, on ma inny plan – nagrywać to, co dotyczy Pierwszych Narodów. Zabierają dzieci, ruszają autem na Południe. On puszcza czasem w samochodzie „inwentarium ech” i wydaje mi się, że to jest klucz do tej historii. „Inwentarium ech” to muzeum dźwięków, zapis tego, co zginęłoby kompletnie, gdyby ktoś ich nie nagrał, nie zarejestrował. Oboje dorośli wybierają sobie właśnie taką misję, ocalić od zapomnienia głosy najsłabszych, ofiar skazanych na zniknięcie, przesunięcie (w tym wypadku za granicę, do rezerwatu, na pustynię, do fortu-więzienia), w otchłań geografii i historii. 

    Opowieść ojca o Apaczach, o ostatnich schwytanych razem z Geronimo, daje tej historii jeszcze drugie dno: bo amerykańskie służby mundurowe, surowo strzegące granicy i odsyłające wszystkich uciekinierów z powrotem do Meksyku, opierają swoje działania na przekonaniu, że ziemie te są odwiecznie amerykańskie. Tymczasem właśnie historia o walczących Apaczach, o ich walce, tułaczce i śmierci w rozproszeniu i zapomnieniu podważa „odwieczność” amerykańskich granic i równocześnie wskazuje na przemoc, która stoi za ich obecnym kształtem. 

    W małżeństwie rodziców, patchworkowej rodzinie, narasta konflikt, który na sile przybiera jeszcze w czasie podróży. Życie ograniczające się do powierzchni samochodu, cały bagaż zapakowany w pudłach do bagażnika, ściśle przydzielane obowiązki (dziewczynka pomaga ojcu robić kanapki, syn pilnuje porządku w bagażniku, robi zdjęcia itp.), podnosi ciśnienie, wzmacnia naciski. Ale można ten kryzys małżeński interpretować też i tak, że człowiek nie jest w stanie przyjąć zbyt wiele cudzego cierpienia, że rola świadka jest rolą trudną, bo uświadamia wyjątkową bezradność. Oboje rodzice, zaangażowani w różne projekty, zapisy cudzego cierpienia, trochę się licytują na to, czyja misja jest ważniejsza, próbują swą bezradność, zaangażowanie, cierpienie kanalizować we wzajemnej relacji. Tutaj jednak rozciąga się niebezpieczny grunt, a Luiselli jedynie go sugeruje: bo z niego wynika, że nie jesteśmy nietykalni, że przemoc, która dokonuje się wokół nas, która dociera do nas z mediów, jednak nas naciska, zahacza, wpływa. I że wszyscy zapłacimy za to jakąś cenę. Przemoc może dzieje się gdzieś daleko, ale jej echo uderza w nas bezpośrednio i niszczy nasze relacje. 

    Ta książka aż roi się od ciekawych wątków – pozornie drobne, popychają do namysłu: bo to pierwsza powieść Luiselli napisana po angielsku (to ważna zmiana, wielu pisarzy i wiele pisarek podejmuje tę decyzję, bo tylko wejście do tego pierwszego, najbardziej popularnego języka gwarantuje im dostęp do najszerszego kręgu odbiorców. A w przypadku tego tytułu jest to szczególnie ważne. Wielu autorów podejmuje jednak decyzję odwrotną, godząc się na funkcjonowanie w „gorszym” obiegu, licząc na uwagę tłumaczy, traktując swój język jako rodzaj zobowiązania, także etycznego – np. wobec wymierających języków rodzimych, lokalnych), to literatura zaangażowana (a więc jak zachować równowagę między wysokogatunkową prozą a impulsem publicystycznym, i czy w ogóle jest taka konieczność? Może zaangażowanie wcale nie jest gorsze od uniwersalizmu motywów literackich), muzyczność, foniczność tej opowieści, w której większość rozgrywa się „na ucho” przez radio, telefon, słowo, dźwięk, a nie obraz (no i znowu, jak opisać dźwięk w literaturze, która z reguły odwołuje się do innych zmysłów). 

    Wyliczam te wszystkie zagadnienia nie po to, by wskazać mistrzostwo stylu Luiselli (no, może trochę;), ale bardziej po to, by uniemożliwić bagatelizowanie jej powieści jako publicystycznej i przez to mało ważnej, nie zasługującej na rozważenie. Bo wiele można o niej powiedzieć, ale akurat nie to.   

     

    Valeria Luiselli, Archiwum zagubionych dzieci,

    przekł. Jerzy Kozłowski

    Pauza 2021