Tag: wydawnictwo Pauza
-

Mieć kontrolę nad własną nędzą
Edouard LouisKto zabił mojego ojcaprzeł. Joanna PolachowskaPauza 2021W trzeciej swojej książce Louis kontynuuje temat biedy i wykluczenia, poruszany już w dwóch poprzednich. Tym razem jednak zwraca oko na osobę, którą wcześniej w dużym stopniu oskarżał zarówno o spowodowanie jego własnego wykluczenia, jak i biedy całej rodziny – na ojca. Jest to jednak opowieść, którą można nazwać koncyliacyjną, próbą nawiązania zerwanej relacji. Już w „Końcu z Eddym” Louis patrzył na matkę jak na ofiarę systemu, nieświadomą pewnych procesów, które nie pozwoliły jej się wyrwać z zapadłej mieściny, zdobyć wykształcenia, prowadzić uporządkowanego, mieszczańskiego życia. Teraz te kategorie przykłada do postaci ojca. Taka perspektywa sprawia, że starszy Bellegueulle przestaje być domowym tyranem, a widzimy go raczej jako ofiarę. To pochodzenie, zamknięty kasowy system spowodowały, że nie tylko nie miał szans na awans społeczny, ale że nawet taka myśl o wyrwaniu się nie przyszła mu do głowy. Rzucił naukę gdy tylko było to możliwe, bo w opinii francuskich robotników z Północy szkoły są dla pedałów i dziewczyn. Trochę pracował w fabryce, potem wyjechał na Południe, pracował, szalał, w końcu wrócił na Północ i podjął pracę w tym samym miejscu, w którym była zatrudniona większa część jego rodziny.Tytuł tej ostatniej wydanej po polsku powieści jest zwodniczy – nikt nie zabił ojca Louisa, ciągle żyje, a właściwie wegetuje, wykonując, pomimo urazu kręgosłupa, najniżej opłacane prace fizyczne w oddalonym od domu mieście tylko po to, by utrzymać zasiłek socjalny. Louisa interesuje jednak właśnie ta różnica między życiem i wegetacją. I na tak przewrotnie zadane pytanie odpowiada on precyzyjnie – za „śmierć” ojca odpowiedzialność ponoszą politycy, którzy w ciągu ostatnich kilku lat reformowali kompletnie zgniły system społeczny, ci, którzy obniżali podatki dla najbogatszych, a jednocześnie obwarowywali wypłatę zasiłku kolejnymi przepisami.Bardzo jestem ciekawa recepcji tej książki w Polsce, z tego prostego powodu, że Louis staje tutaj w obronie „darmozjadów”, tyć wszystkich, którzy nie mają żadnych szans i którzy kontestują neoliberalne mity, zdając sobie sprawę, że żadna edukacja nie wyciągnie ich z biedy. Wydaje mi się, że potencjał polityczno-społeczny tej książki, wyrażony najwyraźniej w krótkiej wymianie zdań między mężczyznami (gdy ojciec pyta Louisa, czy zajmuje się jeszcze polityką, pisarz odpowiada „tak, coraz więcej”, a starszy mówi „przydałaby się tu jakaś mała rewolucja”), nie zostanie dostrzeżony. Krytyka będzie kładła raczej nacisk na inny wątek: pogodzenie się syna z ojcem, nawiązanie więzi, wybaczenie. Bo ojciec przez lata wstydził się dziewczyńskiego syna, małej cioty, choć jednocześnie trwał w ciągłym zdumieniu, jak to możliwe, że spłodził istotę tak szalenie inteligenta i bystrą. Więź między nimi jest możliwa teraz dopiero, po latach, gdy Louis jest dorosły, z dwóch powodów: bo ta dziecięca bystrość zyskała obiektywne potwierdzenie w jego książkach (kupowanych przez ojca i rozdawanych znajomych), wystąpieniach medialnych, głośno wyrażanej krytyce systemu. Louis może wybaczyć ojcu zawstydzanie i odtrącanie, bo ostatecznie udało mu się uciec, zbudować własną tożsamość, nie dał się wciągnąć jak kilka pokoleń jego przodków w zaklęty wir porażki życiowej, nędzy.Zastanawiam się jednak, na ile – to oczywiście wątek, który sobie sama wnoszę do lektury najnowszego Louisa – ile w tym wybaczeniu, wyciąganiu ręki do ojca jest z nabytego wraz z wykształceniem i wyższą pozycją społeczną kompleksu inteligenta o wyższej wrażliwości społecznej? Na ile Louis próbuje pogodzić robotnicze korzenie, ten świat zasiłków, taniego piwa, natrętnej konsumpcji, na którą nikogo nie stać ze swoją ciężko wypracowaną pozycją, rolą wojującego intelektualisty? Ile w nim jest autentycznej pamięci o korzeniach, a na ile wejście w nową rzeczywistość osób utrzymujących się z pisania, pracy umysłowej jest związane z bagażem kompleksów tej klasy? Da się osiągnąć awans bez obciążenia fantazmatami klasy, do której się wchodzi? -

Bramy (amerykańskiego) raju?
Siadam do pisania tego tekstu, a za moimi plecami dzieci bawią się w Mulan i Mańka podpowiada Jeżowi, żeby uderzył ją „w ramienie”, bo tak przebiega pierwsza scena konfrontacji między Chanem Yu i Mulan. I poza tym, że krzyczą i nie bardzo mogę się skupić, to ten zgrzyt między radosną beztroską moich dzieci i książką Luiselli wywołuje niepokój, bo u niej żadnemu dziecku nie jest dana beztroska. Luiselli bardzo subtelnie, ale jednak wali w najbardziej instynktowne, głębokie lęki większości rodziców: o rozdzieleniu z dziećmi, o ich zagubieniu, zagrożeniu ich życia, głodzie. Za pomocą krótkich, oszczędnych zdań, udających prozę sprawozdawczo-dziennikarską, szarpie te lęki, naciąga, przyciska.
Metafora szarpania i naciągania jest tu o tyle jeszcze na miejscu, że Luiselli wybiera sobie na bohaterów małżeństwo zajmujące się zawodowo nagrywaniem, rejestrowaniem dźwięku i większość tej opowieści rozgrywa się właśnie na poziomie dźwiękowym. Ona chce jechać aż do granicy Meksyku, nagrywać historie dzieci, próbujących się przedrzeć przez południową granicę USA, on ma inny plan – nagrywać to, co dotyczy Pierwszych Narodów. Zabierają dzieci, ruszają autem na Południe. On puszcza czasem w samochodzie „inwentarium ech” i wydaje mi się, że to jest klucz do tej historii. „Inwentarium ech” to muzeum dźwięków, zapis tego, co zginęłoby kompletnie, gdyby ktoś ich nie nagrał, nie zarejestrował. Oboje dorośli wybierają sobie właśnie taką misję, ocalić od zapomnienia głosy najsłabszych, ofiar skazanych na zniknięcie, przesunięcie (w tym wypadku za granicę, do rezerwatu, na pustynię, do fortu-więzienia), w otchłań geografii i historii.
Opowieść ojca o Apaczach, o ostatnich schwytanych razem z Geronimo, daje tej historii jeszcze drugie dno: bo amerykańskie służby mundurowe, surowo strzegące granicy i odsyłające wszystkich uciekinierów z powrotem do Meksyku, opierają swoje działania na przekonaniu, że ziemie te są odwiecznie amerykańskie. Tymczasem właśnie historia o walczących Apaczach, o ich walce, tułaczce i śmierci w rozproszeniu i zapomnieniu podważa „odwieczność” amerykańskich granic i równocześnie wskazuje na przemoc, która stoi za ich obecnym kształtem.
W małżeństwie rodziców, patchworkowej rodzinie, narasta konflikt, który na sile przybiera jeszcze w czasie podróży. Życie ograniczające się do powierzchni samochodu, cały bagaż zapakowany w pudłach do bagażnika, ściśle przydzielane obowiązki (dziewczynka pomaga ojcu robić kanapki, syn pilnuje porządku w bagażniku, robi zdjęcia itp.), podnosi ciśnienie, wzmacnia naciski. Ale można ten kryzys małżeński interpretować też i tak, że człowiek nie jest w stanie przyjąć zbyt wiele cudzego cierpienia, że rola świadka jest rolą trudną, bo uświadamia wyjątkową bezradność. Oboje rodzice, zaangażowani w różne projekty, zapisy cudzego cierpienia, trochę się licytują na to, czyja misja jest ważniejsza, próbują swą bezradność, zaangażowanie, cierpienie kanalizować we wzajemnej relacji. Tutaj jednak rozciąga się niebezpieczny grunt, a Luiselli jedynie go sugeruje: bo z niego wynika, że nie jesteśmy nietykalni, że przemoc, która dokonuje się wokół nas, która dociera do nas z mediów, jednak nas naciska, zahacza, wpływa. I że wszyscy zapłacimy za to jakąś cenę. Przemoc może dzieje się gdzieś daleko, ale jej echo uderza w nas bezpośrednio i niszczy nasze relacje.
Ta książka aż roi się od ciekawych wątków – pozornie drobne, popychają do namysłu: bo to pierwsza powieść Luiselli napisana po angielsku (to ważna zmiana, wielu pisarzy i wiele pisarek podejmuje tę decyzję, bo tylko wejście do tego pierwszego, najbardziej popularnego języka gwarantuje im dostęp do najszerszego kręgu odbiorców. A w przypadku tego tytułu jest to szczególnie ważne. Wielu autorów podejmuje jednak decyzję odwrotną, godząc się na funkcjonowanie w „gorszym” obiegu, licząc na uwagę tłumaczy, traktując swój język jako rodzaj zobowiązania, także etycznego – np. wobec wymierających języków rodzimych, lokalnych), to literatura zaangażowana (a więc jak zachować równowagę między wysokogatunkową prozą a impulsem publicystycznym, i czy w ogóle jest taka konieczność? Może zaangażowanie wcale nie jest gorsze od uniwersalizmu motywów literackich), muzyczność, foniczność tej opowieści, w której większość rozgrywa się „na ucho” przez radio, telefon, słowo, dźwięk, a nie obraz (no i znowu, jak opisać dźwięk w literaturze, która z reguły odwołuje się do innych zmysłów).
Wyliczam te wszystkie zagadnienia nie po to, by wskazać mistrzostwo stylu Luiselli (no, może trochę;), ale bardziej po to, by uniemożliwić bagatelizowanie jej powieści jako publicystycznej i przez to mało ważnej, nie zasługującej na rozważenie. Bo wiele można o niej powiedzieć, ale akurat nie to.
Valeria Luiselli, Archiwum zagubionych dzieci,
przekł. Jerzy Kozłowski
Pauza 2021
-

Prawdziwy facet
Powieść Louisa pozornie jest oczywista, ze wszystkimi mocnymi znaczeniami wywalonymi na wierzch, opowiedzianymi otwartym tekstem. Ale tylko pozornie. To, co splata wszystkie wątki i czyni z niej jeden z najlepszych tytułów 2019 roku, to transfer pogardy, przedstawiany tu subtelnie i przerażająco jednocześnie.
Édouard Louis, Koniec z Eddym
Pauza 2019
Przeł. Joanna Polachowska
Swój debiut Édouard Louis dedykował Didierowi Eribonowi i przez pierwsze kilkanaście stron Końca z Eddym miała wrażenie, że faktycznie czytam fabularną wersję strony 148 z Powrotu do Reims (na tym etapie krytycznym pozostała Kinga Dunin – vide jej nota dla Krytyki Politycznej”). To zresztą ciekawe nawiązanie – Eribon w zakończeniu swojego eseju umieszcza szkic o tym, jak próbował być pisarzem, bo taka droga kariery zawodowej wydawała mu się oczywista. Wyszedł z biednej rodziny robotniczej, wszedł do wyższej warstwy społecznej, próbował rodzić doktorat, pisał dla prasy teksty socjologiczne i recenzje. Z tego się utrzymywał (haha – powiedzą polscy publicyści i krytycy). Naturalnym ruchem w górę wydawało się zatem wydanie powieści, jakiegoś dużego tekstu, który pozwoliłby mu wyprowadzić spośród grona gazetowych wyrobników. Okazało się jednak, że pisanie nie idzie, że fikcja to nie jest w ogóle żywioł Eribona. Louis opiera się na jego myśli filozoficzno-socjologicznej, nie jest to jednak wcale fabularyzowanie tego, co pisze Eribon.
Koniec z Eddym opowiada o dzieciństwie w ubogim pikardyjskim miasteczku na północy Francji, mężczyźni pracują w fabryce, kobiety albo podejmują jakieś słabo płatne prace przy opiece nad innymi, albo siedzą w domach. Nikt specjalnie nie opiekuje się dziećmi, wszyscy piją, palą i oglądają telewizję. W połowie miesiąca kończą się pieniądze z zasiłku, rodzina Belleguelle’ów przerzuca się na ryby złowione przez ojca albo na same frytki, zastępujące cały posiłek. Ojciec zniszczył sobie kręgosłup w fabryce, przez lata tkwi na bezrobociu, matka opiekuje się chorymi, siostra pracuje w sklepie, rodzina zrywa z nią kontakt, gdy okazuje się, że jej konkubent ją bije. Starszy brat jest alkoholikiem ze skłonnością do przemocy – na tle wyróżnia się tylko tym, że w ślepą furię wpada wcześniej niż inni, bije mocniej. Louis opisuje tutaj świat biedy i pogardy: ludność miasteczka ustawia się w hierarchii biedy, choć wszyscy są w gruncie rzeczy ubodzy. Ważne jest jednak to, kto zajmuje absolutnie ostatnie miejsce, a kto może się cieszyć z pozycji trochę wyżej. Kto nie ma żadnych własnych pieniędzy i żyje całkowicie z zasiłku, a kto tylko od czasu do czasu robi zakupy na kreskę. Kto ma stary samochód, a kto go nie ma wcale. Komu liszaje pełzają po całym domu, a komu tylko po narożnikach ścian. Takie są – dla nas właściwie nieistotne – ale dla bohaterów Louisa zasadnicze wyznaczniki pozycji społecznej. Walka klas dokonuje się tu w obrębie jednej warstwy, która wzajemnie się wyrzyna.
To, co mnie jednak dużo bardziej interesuje, to problem pogardy niezwiązanej ze statusem majątkowym, takiej nienawiści stojącej na straży normy społecznej, karzącej natychmiast i boleśnie tych, którzy owej normy nie spełniają. Bo Koniec z Eddym to nie tylko opowieść o chłopcu niedopasowanym, dziecku i nastolatku homoseksualnym. Liczy się tutaj i rewers tej postaci, czyli cała rodzina i mieszkańcy Pikardii, którzy sekują go za odstawanie od normy. Mały Eddy nienawidzi siebie z nieprawdopodobną wprost siłą, wstydzi się wszystkiego, co robi i mówi: porusza się jakimś dziwnym niemęskim krokiem, mówi podniesionym głosem, nadmiernie gestykuluje. Moczy się w nocy i boi ciemności. Jako dziecko wciąż chodzi za matką, nie otrzymuje od niej jednak ani odrobiny czułości, nie ma też prawa do jej lojalności i dyskrecji – matka na światło dzienne, na agorę wywleka jego różne przeżycia, komentuje w okrutny i bezmyślny sposób.
Fabuła oparta jest na wielkim ironicznym zwrocie: rodzina tępi Eddy’ego za jego inność, rodzice, starszy brat – wszyscy chcą, by mówił inaczej, inaczej chodził, nie płakał itp. Nie rozumieją jego uporu – jakby to było coś, o czym decyduje same Eddy, jakby miał wpływ na to, kim i jaki jest. I tutaj właśnie pojawia się tej ironiczny zwrot: bo chłopiec robi wszystko, by zachowywać się inaczej, jest dzieckiem nienawidzącym siebie i absolutnie, ciągle świadomym własnej inności, niedopasowania. System przemocy, w którym tkwi, zostaje przez niego przyjęty, jest akceptowany: Eddy nie tylko wyróżnia się nadświadomością siebie, wielką dawką samokontroli i wiedzy o normach. Kiedy koledzy chcą się masturbować przy filmie pornograficznym, to Eddy oponuje. Społeczna presja sprawia, że rozwija się on zupełnie inaczej niż jego rówieśnicy: dla nich przygodą jest wykroczenie przeciwko normie, on cały czas znajduje się po tej stronie i marzy o tym, by choć raz znaleźć się w obrębie normy. Samokontrola, wiedza o tym, co dopuszczalne, a co nie sprawia, że Eddy-homoseksualista staje się strażnikiem kultury patriarchalnej: ze wszystkich sił próbuje zdobyć dziewczynę, cieszy się, gdy uda mu się jakąś pocałować (i nie porzygać się). To on uczy swojego młodszego brata, by nie był „pedałem”, to on pokazuje, które zachowania zostaną za „pedalskie” uznane.
To jest opowieść o ciśnieniu, jakie wywiera nawet tak prymitywne otoczenie, sprawiające, że dziecko wrażliwe i inteligentne czuje się złe i brudne, próbuje ratować swojego brata przed podobnym losem, daje się okładać dwóm szkolnym osiłkom. Eddy w starciu z heteroseksualną normą nie ma szans – i satyryczny rysunek owej normy to drugi ważny wątek. W tym świecie niewiele zmieniło się od czasów Zoli, liczy się fizyczna siła i odporność na ciosy (dosłowne i metaforyczne). Zbitka „prawdziwy facet” odmieniana jest przez wszystkie przypadki, to największy komplement. Przez chwilę rodzice dumni są z Eddy’ego, gdy ten bawi się z dziewczynkami, matka nazywa go pieszczotliwie Don Juanem. Szybko okazuje się jednak, że za dużo czasu z nimi spędza, co uderza w kruchy fundament prawdziwej męskości. Uznanie za „dziewczynę”, dostrzeżenie cech „dziewczyńskich’ to z kolei największa ujma. Tutaj nawet matka przechwala się tym, że ma wielkie, żelazne jaja, nie daje się światu, nie boi się mężczyzn. Ten kult hiper-męskości reguluje także sposoby znoszenia niepowodzeń: można pić i spędzać całe dnie przed telewizorem (jak zwalony chorobą ojciec niezdolny już do pracy w fabryce – jedynym miejscu, gdzie pracują prawdziwi faceci), nie wypada się za to płakać, spać przy świetle, chodzić w nocy do rodziców, wołać matkę. Eddy to – jeśli chodzi o dzieciństwo – tzw. dziecko wysokich potrzeb (high need baby), które w takim otoczeniu nie ma żadnych szans. Krytyka zupełnie przeoczyła ten wątek, a mnie on się wydaje ważny, ponieważ pokazuje, że Eddy zostaje złamany po raz pierwszy na długo przed odkryciem swojego homoseksualizmu.
Zalecałabym tę lekturę polskiej prawicy i wszystkim konserwatywnym zwolennikom edukacji seksualnej prowadzonej przy Kościele, bo Louis świetnie pokazuje tutaj, że homoseksualizm jest wrodzony, a nie nabywany (gdyby ktoś jeszcze ciągle miał wątpliwości). I pokazuje też koszty, jakie ponosi dziecko, które próbuje dopasować się do wymaganych zachowań, wielką nienawiść, jaką odczuwa do siebie, rozczarowanie, desperackie pragnienie śmierci. W tej warstwie w żaden sposób nie jest to historia ograniczona do społeczeństwa francuskiego. To jest historia uniwersalna, zmienia się w niej tylko tło.
Nie jest to jednak powieść z tezą, a świetna, wielowątkowa, mocna narracja z biedą na pierwszym planie, rozkładająca na czynniki elementarne mechanizmy samoregulacji społeczeństwa. W tym świecie żaden bunt z Germinala Zoli się nie dokona, bo wszyscy za bardzo zajęci są zagryzaniem się nawzajem. Nie przyjdzie tu żaden Stefan-rewolucjonista.
Zdjęcie: Claude Peladeau on Unsplash
-

Kłamstwo jako terapia
Édouard Louis, Historia przemocy
Przeł. Joanna Polachowska, Pauza 2018
Choć powieść Louisa ma formę etiudy, precyzyjnego, intymnego studium, w którym słyszymy głos bohatera-narratora, to liczy się tutaj równie mocno cała przestrzeń życia społecznego, jego norm i tak zwanych oczywistości. Napięcia w tej historii przebiegają bowiem między heteronormatywnością i homoseksualizmem, między białą Francją i kolorowymi imigrantami, między Paryżem i prowincją, mieszczaństwem i proletariatem. Główny bohater zostaje zgwałcony przez nieznanego chłopaka, którego zaprasza do domu w noc wigilijną na przygodny seks. Przyjemność ustępuje miejsca przemocy, gdy Louis łapie Redę na kradzieży. Następnego dnia, po namowach przyjaciół, zgłasza sprawę na policję, a później opowiada o całej sytuacji swojej siostrze. Tak wygląda szkielet fabularny, kościec obudowany przez autora sprzecznymi znaczeniami, psychologicznymi monologami, w których ofiara zmaga się z własną sytuacją na dwóch poziomach: intymnym i społecznym.
Autor posługuje się tutaj serią napięć, by w każdym zdarzeniu składającym się na wigilijną noc pokazać lęki i obsesje swego bohatera skonfrontowane z poglądami jego otoczenia. Siostra dziwi się, że wpuścił do domu kogoś obcego, policja skupia się na algierskim pochodzeniu sprawcy, lekarka na pogotowiu z odrazą zauważa, że już raz korzystał z zestawu anty-AIDS, co sugeruje, że prowadzi nieodpowiedzialne życie seksualne. Tutaj właśnie wyraźnie widać, jak – niejako z automatu – narzuca się porządek heteronormatywny, jak nietolerancja i brak zrozumienia ujawniają się w najtrudniejszych momentach. Przyjaciele-intelektualiści domagają się, by zgłosił sprawę, tak tylko może przerwać łańcuch przemocy, uratować następną potencjalną ofiarę porywczego Kabyla. Tymczasem dla bohatera żadna z tych uwag, pretensji nie jest ważna. Kieruje się kompulsjami – szaleńczo sprząta i myje całe ciało, kaszle, by wyrzucić z płuc powietrze, które skaził Reda. Natrętnie opowiada o tym, co go spotkało, jednocześnie próbuje zmusić się do płaczu, by swój stan uwiarygodnić, by wywołać współczucie i zrozumienie.
Te obsesje, kompulsje, autoanalizy zostają w Historii przemocy przedstawione w rygorystycznej, uporządkowanej formie. Autor ukrywa się za cudzym słowem, cudzą relacją – ale to tylko pozór: o większości zdarzeń opowiada jego siostra, Clara swemu milczącemu mężowi – kierowcy ciężarówki, a główny bohater podsłuchuje ich z korytarza. Do serii napięć dołącza tutaj kolejne, bo Louis dopowiada do jej słów swoje komentarze, podważając niejako jej narrację, rozszerzając jej znaczenia. Clara mówi o wielu sytuacjach z jego dzieciństwa, przedstawia go jako chłopaka przewrażliwionego, neurotycznego, często strachliwego i poddającego się woli innych. Odmalowuje też sielski obraz życia rodzinnego i akceptacji dla jego homoseksualizmu, co bohater natychmiast neguje. Nagle zaczyna rysować się przed oczami czytelników obraz piekła rodzinnego na prowincji: rodzina „akceptuje” (ważny jest ten cudzysłów) inność syna, ale warunkowo, nie wolno mu się „obnosić” z homoseksualizmem w czasie wizyt w domu, bo ludność miasteczka nie wybacza takich skandali. Nie może przyznać się dziadkowi, bo starszemu człowiekowi niepotrzebne są tak mocne wzruszenia. Gwałt – z perspektywy Clary – staje się zatem czymś, czego można się było spodziewać, co Louis sam na siebie ściągnął niemoralnym prowadzeniem i na co w jakiś sposób zasłużył, wyłamując się z norm obyczajowych.
Inność bohatera ujawnia się tu na różnych poziomach, za każdym razem rodzina reaguje na nią bierną agresją: nie tylko orientacja seksualna różni go od bliskich, ale i ambicje, horyzonty, zainteresowania (to był główny temat w jego debiutanckiej powieści). W rozmowie z siostrą nie może powołać się na filozofię, bo Clara go wyśmieje. Stąd też kolejna obsesja dorosłego Louisa: pielęgnowanie intelektualnego stylu życia, paryskie zajęcia. W prezencie świątecznym dostaje od przyjaciół książki Hegla i Claude’a Simona, to im planuje poświęcić czas, a nie chłopakowi z Algierii. Dużo pisze, publikuje, bywa w kawiarniach, ma lewicowe poglądy. Ten styl życia, do tej pory bardzo ważny dla jego tożsamości, załamuje się po doświadczeniu przemocy, bo Louis nie jest w stanie wstać z łóżka, nic nie pisze, przesypia całe dnie. Dzieli czas na minuty i sekundy, by szybciej płynął. Staje się rasistą i boi się kolorowych mężczyzn, każdego podejrzewa o sadystyczne skłonności, co budzi jego wstyd i poczucie winy, ale nie daje się przezwyciężyć.
W tej pozornie statycznej, jednowątkowej opowieści, autorowi udaje się zbudować niezwykły dynamizm dzięki zderzaniu sytuacji gruntownie analizowanych z takimi, które zasugerowane są czytelnikowi jednym zdaniem. Często, co to całkowicie racjonalne i przewidywalne, zderza się tu z emocjami zaskakującymi, trudnymi do wyeksplikowania. Opowieść o najgłębszych i najbardziej osobistych emocjach łączy się z opisem „ścieżki administracyjnej” i serią procedur, które należy podjąć, by zgłosić gwałt. To, co intymne i zarazem niewyobrażalne, zostaje skonfrontowane z narracją policyjnego zeznania, naturalistycznie przedstawioną obdukcją przeprowadzaną przez lekarza. Upokorzenie i uprzedmiotowienie w czasie badania medycznego i składania zeznań odnawiają się, bo ofiara musi przeżyć i przedstawić swoje doświadczenie przed ludźmi całkowicie obcymi, domagającymi się wglądu we wnętrze człowieka – rozumiane tu metaforycznie i dosłownie.
Kim jest ofiara? Kto jest ofiarą? – pyta Louis i wciąż na nowo próbuje zdefiniować obie te kwestie. Siłę napędową stanowią tu paradoksy – dwieście stron gadania w tej powieści służy temu, by pokazać triumf milczenia. Wygrzebywanie najmroczniejszych lęków, przedłużająca się autoanaliza prowadzą bohatera do przekonania, że przetrwać można tylko dzięki kłamstwu, dzięki wyłączeniu prawdy, przetransformowaniu rzeczywistości. Tutaj zatem kryją się dwie jego rewolucyjne prawdy dotyczące statusu ofiary: powinno przysługiwać jej prawo do milczenia, a nie mówienia. Mówienie, dawanie świadectwa to przedłużanie męki, odtwarzanie przemocy. Zbawienne może być tylko milczenie. Po drugie zaś ofiara powinna mieć prawo do kłamstwa, bo prawda jej nie wyzwoli. Przezwyciężenie statusu ofiary polega dla Louisa na jego odrzuceniu: „Wolno nam świat zmieniać i wprowadzać w nim innowacje” – cytuje Hannah Arendt. Nad rzeczywistością można zapanować za pomocą wyobraźni, uwolnić się poprzez kłamstwo, które udowadnia, że człowiek nie jest nierozłącznie związany ze światem i swoją sytuacją egzystencjalną.
To dość zaskakujący wniosek w powieści autora, który trzy swoje książki zbudował wyłącznie na podstawie zdarzeń autobiograficznych, przetwarzający historię rodziny i własną w uniwersalne opowieści o przemocy, biedzie i odpowiedzialności społecznej.

