Tag: powieść

  • Zespół Manna-Kocha

    Zespół Manna-Kocha

    Żeby się zamierzyć na klasykę, tłumacz musi mieć jakąś strategię – i to wcale nie wobec autora oryginału, ale wobec osoby tłumaczącej ów oryginał po raz pierwszy (albo też wobec wielu tłumaczy wcześniejszych wersji). Krystyna Rodowska, kiedy tłumaczyła Prousta, toczyła wojnę z czasem zaprzeszłym i skomplikowaną składnią francuskiego zdania, które w oryginale było konkretne, ale po polsku rozlewało się w słowiańskim braku precyzji. Jednak jej głównym przeciwnikiem był zaszyty w te zdania Boy-Żeleński – w większym stopniu walczyła z nim niż z Proustem. Inną zupełnie strategię przyjmuje w nowym przekładzie Manna jego drugi tłumacz, Jerzy Koch. Właśnie ukazał się jego przekład „Buddenbrooków. Upadek pewnej rodziny”, siłą rzeczy sięgający do przekładu z 1931 roku, autorstwa Ewy Librowiczowej. Otóż Koch, jak przyznaje we wstępie, przywołuje jej pamięć i przekład, bo nie chce jej pracy zaorać, ale upamiętnić. Inna jest oczywiście sytuacja Rodowskiej i Kocha, Librowiczowa nie miała statusu polskiego ojca literatury francuskiej, jakim cieszył się Boy-Żeleński, nie odcisnęła trwałego piętna (choć to jej tłumaczenie wznawiano wielokrotnie) i historia tego przekładu nie musi wcale zaczynać się od ojcobójstwa.

    O ile Krystyna Rodowska mierzyła się z francuską precyzją i porządkiem zdania, o tyle Jerzy Koch zmagał się z „niemiecką fałdą” – jak sam ją nazywa. Nad jego przekładem jednak nie unosi się wcale zapach naftaliny, bo cała robota stylistyczna (akcja tej powieści osadzona jest przecież w I połowie wieku XIX) odbywa się tu niejako mimochodem, wypychając na przód język współczesny, nowoczesny. Mann pisze powieść, która zapowiada krach pewnej klasy społecznej i epoki, nastrój schyłku jest tu wyczuwalny na każdym kroku, choć nigdy nie zostaje nazwany. Tymczasem Koch przychodzi z końca czasów zapowiedzianych przez powieść noblisty, mając pełną wiedzę o zdarzeniach, które Mann dopiero przeczuwa.

    Justyna Sobolewska w dużym tekście o Mannie i Kochu dla „Polityki” napisała o dwóch kościołach – wyznawcach „Czarodziejskiej góry” i „Buddenbrooków”. Cóż, z lektury „Czarodziejskiej góry” wyniosłam głównie przekonanie, że madame Chauchat trzaskała drzwiami, a panowie kłócili się na spacerach. Być może na moją lekturę wpływ miał fakt, że wzięłam tę powieść na wakacje, kiedy pracowałam bardzo ciężko fizycznie i wylegiwanie na tarasie wydawało mi się luksusową fantazją. Zdecydowanie jednak palę świeczkę w sekcie „Buddenbrooków”, okadzam współwyznawców i wysyłam im tajne znaki na spotkaniach. Ta konkretna, mieszczańska powieść, która ze środka środowiska, z perspektywy Manna, spadkobiercy owej klasy mieszczańskiej, próbuje opowiedzieć o jej stopniowym zaniku, o samolikwidacji, a także o próbach wybicia się na jakiś rodzaj nadświadomości i jednoczesnego utrzymania wysokiej stopy życiowej, przemawia do mnie sto razy bardziej niż kaszel w Davos.

     Kiedy czytam tę nową wersję, wersję, w której Manna napisał Koch nowoczesnym polskim, zdramatyzowanym zdaniem, zwracając uwagę na wszystkie kolory i tekstury,  na kłamstwa bohaterów i ich miny, to nagle otwierają mi się „Buddenbrookowie” w nowym miejscu – jako powieść o wychowaniu.

    Od pierwszej sceny, w której mała Tonia niby siedzi na kolanach dziadka, ale jednak zdaje egzamin ze znajomości Biblii na pamięć, przez przymuszanie kolejnych dzieci młodszych, starszych i ludzi całkiem dorosłych, strategie subtelne, ale też bardzo przemocowe, czytam zupełnie inną historię. Dorosła Tonia musi wyjść za mąż za zamożnego przedsiębiorcę, wybranego przez rodziców – właściwie nie ma tu specjalnego przymusu, bo po prostu buntu, niezgody, nikt nie bierze pod uwagę. Serce pęka, kiedy na zakończenie wesela Tonia pyta ojca, zanim odjedzie ze swoim mężem: „Jesteś ze mnie zadowolony, papo?”. Tak samo tresuje się synów, uczniów w szkole – łamanie charakterów odbywa się powoli, małymi krokami, aż w końcu w dorosłość wchodzą wszyscy jako ludzie wytresowani. Za pierwszym razem, jakieś 20 lat temu, nie czytałam takiej książki, nie widziałam tych wątków w „Buddenbrookach”, może ornament był za gruby, żebym zobaczyła tę historię psychologiczną, a może ja byłam zbyt młoda, żeby to zobaczyć. Who knows.

    Jakbym żyła życiem rentierskim (rozmarzyłam się w trakcie lektury Manna), to chętnie bym napisała tekst o tłumaczach i ich relacjach wobec wcześniejszych tłumaczy tych samych tytułów.  

     

    Współpraca: Wydawnictwo WAB

  • Wola mocy

    Wola mocy

    Czy już pisałam, że uwielbiam powieści autorek fińsko-estońskich? Zdaje się, że tak, nie raz 🙂 Teraz dołącza do nich jeszcze nowe nazwisko – Rosy Liksom, która w „Pułkownikowej” daje nieprawdopodobne studium kobiecej fascynacji faszyzmem, dojrzewania na obrzeżach świata i doświadczania przemocy domowej. To nie są u niej osobne wątki, bo ciasto na tę powieść jest wymieszane naprawdę dobrze: główna bohaterka i narratorka tej historii prowadzi nas przez meandry życia fińskiego w ciągu kilkudziesięciu lat. Liksom już tutaj podkręca swoją powieść, bo jej bohaterka jest nad wyraz świadoma i jednocześnie nieskończenie naiwna. Stoi z boku wydarzeń politycznych, bo taką rolę wyznaczają kobietom mężczyźni: może urządzań przyjęcia, może brać udział w wizytach i wizytacjach, występować w stroju ludowym w czasie oficjalnych powitań i umajać swoją urodą spotkania. Może pracować w administracji niemieckiej, liczyć trupy jeńców rosyjskich i ciała komunistów w obozach pracy. Nie ma dostępu do władzy inaczej niż przez męża – a tym jest słynny Pułkownik, jeden z najważniejszych dowódców fińskich, zagorzały germanofil, nazista, starszy o – drobnostka – 28 lat od niej. Bohaterka Liksom z większą uwagą opisuje stroje na przyjęciach i serwowane dania niż wprowadzane do protokołów ciała. Współczuje biednym, dopóki nie zobaczy ich mundurów, dopóki nie dowie się, że ciała mają metkę – wtedy jej zainteresowanie się kończy.

    Liksom w tej postaci pokazuje konsekwencje brutalnego wychowania i urządzanej od dzieciństwa musztry, oczekiwania od dzieci ślepego podporządkowania: to one prowadzą właśnie do ukształtowania dorosłych jako gotowych do wykonywania rozkazów, ludzi pozbawionych zmysłu krytycznego, niezdolnych do skonfrontowania tego, co widzą i tego, co wiedzą. I Pułkownik, i Pułkownikowa są w dzieciństwie bici do krwi, do omdlenia, choć należą do innych grup społecznych i innych pokoleń. Metoda wychowawcza jest jedna – pas. Nie oznacza to wcale, że Liksom usprawiedliwia ich sądy i czyny, raczej stara się pokazać, na jakim fundamencie to zło się kształtuje, co trzeba zasiać, żeby potem zebrać plon wojenny.

    Oboje bohaterowie uważają, że największą wartość ma siła, sprawczość, moc – zarówno władza polityczna, jak i fizyczna sprawność, zdolność do działania, udziału w walce, życia w dzikiej przyrodzie. Stąd właśnie płynie ich fascynacja germańskim duchem z jego kultem tężyzny i czystości. Pułkownik prowadzi ją jednak trochę dalej i tu rozciąga się nowy wątek – seksualnego podboju.  Ich relacja, zarówno przed małżeństwem, jak i w trakcie okazuje się chora i perwersyjna, Pułkownik na ciałach różnych kobiet odbija sobie porażki polityczne, zarówno poprzez brutalny seks, jak i zadawanie śmierci. W męskim towarzystwie podkreśla swój status, opowiadając o „najciaśniejszej cipie” młodej kochanki. Pułkownikowa, zanim nią się stanie, czeka na śmierć pierwszej żony przyszłego męża,  a tę małżeńska przemoc doprowadza do szpitala psychiatrycznego. Sama Pułkownikowa jest jednak przekonana, że jej wielka miłość oczyści i uzdrowi Pułkownika. Pułkownikowa, jak widać wyraźnie, jest idiotką pozbawioną zasad moralnych. To jest jednak świadomy montaż autorki, która tak ustawia fabułę, by w pewnym momencie ujawnić, skąd ta konstrukcja psychiczna wynika – ja tego nie zrobię, bo to zbyt ważne fabularnie i muszę jakoś pokracznie interpretować powieść dookoła.

    Po przegranych kolejnych wojnach oboje są całkowicie złamani, żadne z nich jednak niczego się nie uczy, nie wyciąga wniosków, nie zmienia też swojego światopoglądu. Z jednej strony wydają się zamrożeni, z drugiej – trawi ich frustracja. Pułkownik, stary grzyb, z jeszcze większym zapałem oddaje się seksowi i przemocy, markiz de Sade mógłby się od niego nauczyć całkiem sporo. Żona nie jest jedynym obiektem jego ataków, ale ona doświadcza ich najmocniej, najboleśniej – jej może przecież zrobić wszystko. Cierpienie fizyczne w jej przypadku nie przekłada się jednak wcale na osiągnięcie jakiejś wyższej świadomości, widoczne jest jednak w przejściu od przedstawiania Pułkownika jako mężczyzny o wielkim wigorze do opowiadania o jego zwiotczałym fiucie.

    Pułkownikowa okazuje się produktem swojej epoki – nie dostrzega pewnych zjawisk, procesów, zależności, bo nauczono ją jako kobietę, przymykania oczu, pokazano jej pewien zestaw zjawisk jako niezależnych od niej, obcych, osobnych (ten wątek jest genialny). I choć marzy o zaangażowaniu politycznym, to po nie nie sięga, zadowolona, że może urządzać wystawne przyjęcia dla nazistowskich sojuszników Finlandii.

    Jedyną przestrzenią, w której nie zagarnęła władza rodziny ani męża jest jej relacja z przyrodą – Liksom tak opisuje tę dziką naturę, że w mieszkaniu czułam zapach bagien, torfowisk i lasu przez cały czas czytania. W podobny sposób opisują świat dziki i nieucywilizowany autorzy australijscy i nowozelandzcy, być może wynika to z faktu, że w tych wszystkich miejscach przyroda nie jest jakimś okrojonym gaikiem, zasadzonym młodym laskiem, tylko osobnym potężnym żywiołem, który budzi w człowieku strach i szacunek. Pułkownikowa może odczuwać las i góry tak jak sama chce, bo nikt jej nie nauczył, jak ma to robić. Tutaj czuje się wolna, nie poddawana ocenie, odczuwa niezwykle zmysłowo, jakby porami skóry, stapia się z otoczeniem. Nie czuje lęku przed owadami, bagnem, ciemnością i samotnością, nie odstraszają jej dzikie zwierzęta, brak wygód w ogóle nie przychodzi jej do głowy – wtedy nagle odkrywamy, że Pułkownikowa w gruncie rzeczy sama czuje się częścią przyrody, odbiera swoje ciało jako jej element. Stąd danina krwi składana pijawkom, meszkom i komarom.

    Powieści Liksom były tłumaczone na 30 języków i z pewnością można ją zaliczyć do mainstreamu literackiego spoza obszaru anglojęzycznego. To, co ją jednak odróżnia i pozwala na podkreślenie odmienności, to fakt, że w „Pułkownikowej” znika podział na dzikie i cywilizowane. Wszyscy jej bohaterowie, choć fascynuje ich europejskość Niemców, choć marzą, by stać się państwem sojuszniczym III Rzeszy i nienawidzą dzikich Ruskich, w sumie sami okazują się dzicy, nieokrzesani, podporządkowani swoim popędom – nawet jeśli obudowują je kategoriami zapożyczonymi z oświeconego Zachodu.

     Fabuła Liksom wydaje się mocno obyczajowa, a jej historia opowiadana z perspektywy pozbawionej wykształcenia, pokręconej ideologicznie bohaterki – jest jednak bardzo ważnym i ciekawym głosem w dyskusji o źródłach zła, o niemożności wyjścia z roli ofiary, o społecznych narzędziach uprzedmiotowiania człowieka i pozbawiania go woli, nawet gdy jedyne o czym marzy, to wola mocy.

    Rosa Liksom, Pułkownikowa

    przeł. Artur Bobotek

    Marpress 2023

  • Łono się unosi

    Łono się unosi

    „Łono się unosi, wędruje. Okręca się wokół szyi, pęcznieje pod sercem i umiejscawia poniżej gardła. Dzieci je wypełniają i obciążają, tak że zawsze wraca na właściwe miejsce, lecz kiedy minie czas macierzyństwa podajemy musztardę wprost do przełyku, by odstraszyć łono” – mówi w tej powieści młody medyk do męża kobiety, która wpada w obłęd na początku XVI wieku.

    Hargrave opiera swoją fabułę na wydarzeniach z 1518 roku, gdy w Strasburgu wybuchła epidemia choreomanii, dotykająca przede wszystkim kobiet. W szczytowych momentach opętania umierało 15 osób dziennie, władze próbowały ten ruch jednocześnie wykorzystać i okiełznać, straszono diabłem, piekłem, sądem i stosem. Hargrave dokonuje archeologii wątków herstorycznych, opowiada o napięciach nękających zabobonne i spętane przez Kościół społeczeństwo europejskie późnego średniowiecza. Jej główna bohaterka, urodzona w dniu, gdy na pole jej ojca spadła kometa i spaliła plony, córka kobiety oszalałej, nie jest w stanie donosić ciąży – czuje, że kolejne poronienia to kara za grzechy matki i kobiet w ogóle. Zaprzyjaźnia się z podróżującym po Europie muzykantem, muzułmańskim wagabundą i dopiero rozmowy z nim uświadamiają jej, że może sobie swoje życie opowiedzieć inaczej, że nie ponosi winy za kometę, za chorobę matki, że poronienia nie są karą, tylko bezcelowym nieszczęściem. Nie jest to jednak budująca historia o odkrywaniu siebie w dekoracjach z XVI wieku, a  rozpisanie jednego z gorszych momentów w dziejach patriarchalnej Europy: bo każde zjawisko pogodowe, każda zmiana w naturze, każde zachowanie ludzkie jest tu interpretowane w porządku winy, zawsze oczywiście kobiecej oraz Obcych. Wyjątkowe upały, nadmierne mrozy, susze, głód, plagi, niezrozumiałe zachowania zwierząt – wszystko to ma źródło w jakimś kobiecym grzechu, w jej wędrującym łonie. W świecie, w którym diabeł chodzi między ludźmi, ciśnienie religijne, stopień podporządkowania władzy Kościoła wydaje się dzisiaj niezrozumiały. I w gruncie rzeczy o tym właśnie opowiada „Drzewo tańca”.

    Już w poprzedniej swojej książce, „Kobiety z Vardo”, Hargrave połączyła trzy wątki: pozycji kobiet, lęku przed Obcymi i jego religijnych źródeł, traktowania zjawisk natury jako wrogich i niezrozumiałych, wymagających poszukiwania magicznych uzasadnień. Ich połączenie pojawia się też w „Drzewie tańca” i nie jest wynikiem wyrachowania marketingowego autorki, bo wszystkie te tematy są tu głęboko związane i stanowią koło zamachowe opowieści, napędzają ją.

    Hargrave wymyśla historię, jaką już znamy: o mężczyznach rządzących miastem i buntujących się kobietach. Jest to rodzaj paraboli, w tym kostiumie historycznym autorka opowiada o najbardziej współczesnych konfliktach, a jednocześnie przeszłość ma ten kostium obfity, efektowny, widowiskowy, ale też łatwy – łatwa w tym sensie, że znamy tę fabułę, że już nam ją sto razy opowiadano. Tyle że Hargrave ma lekkie pióro i zmysł narracyjny, że wciąga nas w tę opowieść i wydaje nam się, że jeszcze nigdy jej nie czytałyśmy, dajemy się uwodzić. Na szczęście czytelniczki nie zapłacą za to uwodzenie stosem.

    Kiran Millwood Hargrave, Drzewo tańca

    przeł. Agnieszka Sobolewska

    Znak literanova 2023 (współpraca)

     

     

     

     

  • Przepisywanie własnego życia

    Przepisywanie własnego życia

    Maria Karpińska, Ucichło, WAB 2022

    Z raportu Sierakowskiego i Sadury, opublikowanego w „Krytyce Politycznej” kilka tygodni temu wynika, że po pandemii Polacy dość powszechnie doceniają wagę zdrowia psychicznego, chcieliby mieć dostęp do lekarzy i psychologów, mają też świadomość, że koszty psychologiczne pandemii są do tej pory jeszcze niepoliczone. Powieść Karpińskiej, wydana jesienią, opiera się na monologu bohatera, który jakby znał te badania wcześniej, który – więcej nawet – jest uzależniony od terapii. Zmienia ciągle terapeutów, szybko opanowuje żargon i konwencję odbywania wizyt, ocenia swoich rozmówców, ćwiczy na nich różne swoje sztuczki. Do gabinetów trafia zaś dlatego, że nie może zasnąć. Przyczyna nie jest jednak somatyczna, a psychologiczna właśnie, jednak nawet świadomość, że boi się snu, w żaden sposób mu nie pomaga.

    Nie jest to jednak dla mnie powieść o terapii, ale o tym, że w ramach terapii montujemy sobie życie na nowo, że w ramach opowieści na kozetce stajemy się wszyscy autorami naszych żyć. Karpińska buduje medytacyjną, powolną, bardzo precyzyjną historię trójkąta siostry, brata i Janka – który żeni się z dziewczyną, a przez całe życie przyjaźni z jej bratem, głównym bohaterem. Janek umiera w kwiecie wieku, osierociwszy dwóch małych chłopców, nie wiedząc, że żona jest w trzeciej ciąży i po jego śmierci na świat przyjdzie córka.

    Przy tak oczyszczonej konstrukcji paradoksalnie dużo łatwiej pisać, czego „Ucichło” nie dotyczy. Chaos życiowy odzywa się tu bowiem tylko dalekim echem, pogłosem, wprowadzony jakby zza szyby, z dystansu przez głównego bohatera, szalenie introwertycznego, skupionego człowieka. Karpińska zastawia też na swoich czytelników sieć pułapek: konwencja terapii, spowiedzi na kozetce, podejmowane wiele razy próby uporządkowania życia sugerują bowiem, że oto dostajemy opowieść całkowicie szczerą, autentyczną, prawdziwą do ostatnich wylanych na terapii łez. Otóż właśnie nie. Karpińska gra bowiem na strunie, która mnie tutaj szczególnie interesuje, to znaczy właśnie na potrzebie kreowania, zbliżającej monologującego bohatera do pisarza, wytwarzającego historię, wyznaczającego jeden jej moment jako początek i szukającego takiej chwili, którą uzna za właściwe zakończenie.

    Fabuła „Ucichło” rozpoczyna się w chwili, gdy bohater trafia na terapię narracyjną, i większa część powieści to jego spowiedź. Karpińska odtwarza więc jego doznania, jego przemyślenia i lęki, a nie prawdę obiektywną o jego świecie. Główny bohater, frustrujący różne osoby ze swojego otoczenia właśnie poprzez permanentne skupienie na sobie, ocenia rzeczywistość przy pomocy swoich filtrów i hierarchii: uważa swoją siostrę na aktorkę, najczęściej nie może jej znieść, bo uważa, że ma ona w sobie grama prawdy, że ciągle się stylizuje i każdą sytuację, każdy dialog odbywa jako rodzaj wchodzenia na scenę. On zaś właśnie dlatego tak wysoko ceni sobie znajomość z Jankiem, bo zazdrości mu umiejętności zaangażowania się w całości w każdą chwilę, w każde doświadczenie i zdarzenie. On sam ciągle jest gdzieś obok, nie w całości, lekko wycofany, gotów do ucieczki i raczej niezdolny do działania, gdy czyjeś życie jest zagrożone.

    Tematem głównym „Ucichło” jest radzenie sobie z myślą o własnej śmiertelności – zapowiada ją już motto, zaczerpnięte z powieści „Śmierć pszczelarza” Larsa Gustafssona. Janek, podobnie jak bohater Gustafssona, domyśla się, że jest śmiertelnie chory, ale nie podejmuje żadnych badań, terapii, ukrywa prawdę przed rodziną, bo boi się tej prawdy, woli żyć jakimiś okruchami nadziei. O swoim stanie zdrowia informuje tylko przyjaciela, nie mówi nic żonie. Główny bohater, obarczony tą wiedzą, przygotowany w jakiś sposób na śmierć Janka, nie potrafi jej przyjąć, w ramach terapii stara się zbudować taką opowieść o świecie i przeszłości, w której Janek nie umrze. Karpińska wykorzystuje to więc jeden z najstarszych toposów literackich: opowiadanie jako przedłużanie życia. Niestety to tylko terapia, a nie baśnie Szeherezady i śmierć następuje bez zbędnych fabularnych opóźnień, nie ma żadnego odroczenia.

    To, co mnie najbardziej interesuje w tej powieści, to właśnie rodzaj gry z inteligenckimi i elitarnymi lękami i próbami ich rozbrojenia (terapia, powieść z kluczem i powieść w powieści, odraczanie badań, prowadzenie notatek z własnego stanu zdrowia, rating lekarzy i terapeutów) oraz nieustanne budowanie i burzenie analogii między terapią i literaturą. Karpińska nie daje się jednak wciągnąć w motywy z Woody’ego Allena (bless her!) – jej bohater nie jest autoironicznym intelektualistą z mocną neurozą, a jego opowieść nie stanowi wyrazu kompulsji, obserwowanie jego prób odwrócenia śmierci w żaden sposób nie jest zaś zabawne. Poza horyzontem głównego wątku rysuje się tu jeszcze seria dramatów, które do głównego bohatera docierają jakby zza szyby: siostra, tuląc się do niego po pogrzebie, sugeruje, że pewnie chciałby, by to ona zmarła, a nie Janek, jej trzecia „pogrobowa” ciąża, dzieci rozpaczające po śmierci ojca, dyżury rodziny, by zająć się chłopcami i zrekompensować im brak, lęki matki, czy chłopcy nie zaczną wstawiać wuja w rolę ojca. Nad tym zaś unosi się absolutnie ponadczasowy problem lęku przed śmiercią, medykalizacja procesu chorowania i umierania, zaskakująca wszystkich odmowa wejścia na te tory. Karpińska nie gra na jednej dramatycznej strunie, nie woła nigdzie silnym głosem o nieuchronności śmierci, bo to zupełnie nie jest jej estetyka.

    Jeśli sobie chcecie popłakać w święta – to weźcie popłaczcie nad czymś dobrym, na przykład nad „Ucichło”, a nie nad romansami z choinką na okładce.

     

     

    Tekst powstał we współpracy z WAB. 

     

     

     

  • Klejnot męskości

    Klejnot męskości

    Filip Zawada, Weź z nią zatańcz

    Znak 2022

    Na ironię zakrawa fakt, że zajmując się ostatnio na okrągło problemem wstydu przy okazji feminizmu, natykam się po kolei na książki o kryzysie męskości. Ostatnio „Robak” Wiśniewskiego, teraz Zawada ze swoją wersją dance macabre rozgrywającą się we wrocławskim M3. Wiśniewski nie opowiada wcale o uzależnieniu od pornografii, jak by chcieli niektórzy, a Zawada nie opowiada o kryzysie rodziny – to znaczy można czytać tak obie te książki, ale to będzie wtedy ślizg po samym wierzchu.

    W „Weź z nią zatańcz” chodzi bowiem o kryzys permanentny, kryzys uwewnętrzniony, jałowość przeżywaną dzień po dniu, ale też o wygodę i tchórzostwo podejmowane jako strategie ułatwiające życie. Mamy więc mamcię (co za ohydne słowo), zmarłego, nigdy nieobecnego ojca, autora złej powieści o „Indianach” oraz 45-letniego Stanisława, który w dokumentach jest Filipem. Stanisław mieszka z mamcią, jedyną żywicielką ich małej, dysfunkcyjnej rodziny. Mamcia myje mu plecy, podaje posiłki, podziwia jego stroje z lumpeksu, a nade wszystko próbuje zorganizować mu życie – z jednej strony popycha go w ramiona innych kobiet, z drugiej – większość nazywa kurwami i straszy, że założenie rodziny pozbawi go czasu i środków.

    Ojciec znika jeszcze przed urodzeniem Stanisława, matka niejasno wypowiada się o przyczynach rozstania. Stanisław widzi ojca pierwszy raz w trumnie i wiele czasu spędza rozważając hipotetyczne spotkanie, próbując sobie wyobrazić ojcowskie zwyczaje i charakter. Ten brak popycha go do niezwykle intensywnej pracy wyobraźni, ale nie jest to sposób na przepracowanie dziwnej żałoby po śmierci nieznanego rodzica, ale tradycyjny sposób, w jaki Stanisław radzi sobie ze światem – czyli egocentryczny, narcystyczny przerost refleksji o sobie samym. Tak samo podchodzi bowiem do własnej matki, z którą spędza cały czas – po wyrzuceniu ze szkoły, nie szuka już pracy i daje się matce utrzymywać. Relację z nią także rozpatruje w ramach rozmaitych trybów hipotetycznych, chłodnej analizy i oddalenia oraz nadmiernego zbliżenia. To na matkę przerzuca odpowiedzialność za swoje niepowodzenia z kobietami, to jej duszącą miłość uznaje za przyczynę, dla której nie ma już miejsca na nową kobietę i nowy związek. Zawada panuje jednak nad monologami swego bohatera, więc zza słów wypowiedzianych pojawiają się jeszcze inne obrazy i widzimy jasno, że Stanisław, ten prawdziwy klejnot męskości, stosuje cały czas ten sam mechanizm obronny: przerzuca odpowiedzialność za własne życie na otoczenie, sumując cały czas rachunek strat rzeczywistych i domniemanych oraz wyolbrzymionych. Porzucony przez ojca, zdławiony przez matkę, prześladowany przez kolegów ze szkoły i wyśmiewany na podwórku, nie dostaje się ani na medycynę, ani na weterynarię, w końcu wyrzucony z pracy w szkole. Otorbia się, chowa, ukrywa w mieszkaniu, w którym przebywa od urodzenia. Nie wykonuje żadnych gwałtownych ruchów, nie podejmuje żadnych zmian, nie przejmuje żadnej odpowiedzialności. Gdyby był aktywny seksualnie, przypominałby postaci z powieści Houellebecqa – ale właśnie brak owej aktywności nie jest tu mało ważnym szczegółem. Stanisław to nie jest zakompleksiony incel, onieśmielony chłopaczek stłumiony przez sprzeczne sygnały matki. To jest rodzaj huby, która żadnej odpowiedzialności w życiu nie jest w stanie przez dłuższy czas utrzymywać: gdy trafia do mieszkania ojca po jego śmierci, znajduje tam półdzikiego, głodnego psa, później matka przynosi od swojej koleżanki dwa koty. Stanisław wymiksowuje się z opieki nad nimi.

    Zawada wpuszcza swoje czytelniczki i czytelników w maliny, proponując im bardzo atrakcyjny wątek toksycznej matki. Jeśli jednak trochę posiedzimy nad tą książką, jasne staje się, że nie chodzi w niej o zdławienie (syna przez matkę), ani też o wykorzystanie (matki przez syna), ale o przekazanie wiedzy, która zostaje w pełni nadana i w pełni przyjęta. Mamcia chowa bowiem Stanisława na swego przyszłego opiekuna, na kogoś, kto na starość poda jej szklankę wody i nie porzuci. Wszystkie jej zabiegi wokół niego, nadmierna opiekuńczość oraz niespodziewane żądania wyjątkowej samodzielności do tego mają właśnie prowadzić – Stanisław jest tresowany na opiekuna, bo matka o sobie myśli przede wszystkim, nawet gdy pracuje na dwóch etatach, by utrzymać rodzinę. I to właśnie tę wiedzę, tę troskliwość skierowaną w pierwszej kolejności na własne ja przejmuje on od matki i opanowuje bez kłopotu, choć przez większą część opowieści wyrzuca sobie właśnie to, że jest złym, niewdzięcznym synem, który mamcię zawodzi nieustannie.

    Zupełnie w drugim planie pojawia się problem – za przeproszeniem – ekskrementów, przy czym Zawada ani razy nie używa na nie tak ładnej nazwy. Zawsze jest to albo kupa albo sranie, ale nie są one tutaj ornamentem, bo odgrywają rolę dość istotną z dwóch powodów: po pierwsze uruchamiają problem brudu, zmazy, nieczystości. Po drugie zaś przywołują freudowską fazę analną, czyli moment dziecięcej fiksacji na funkcjach wydalniczych, której sposób przebiegu przekłada się na sposób funkcjonowania społecznego dorosłej osoby.

    Brud symbolizuje nie tylko grzech, rozpustę, niedoskonałość, ale też brak i śmierć, albo bunt. Tutaj zaś jest znakiem zabiegania o uwagę – bo Stanisław po jednej ze swoich klęsk załatwia się do wanny i jest to jeden z niewielu momentów buntu, na jaki go stać.

    Tak samo jest ze zwierzętami: Rambo obsikuje ścianę, kocica załatwia się na najbardziej puszysty dywan, a mamcia i S. domyślają sobie powody ich działania. Co zaś to fazy analnej – u Freuda był to proces dotyczący małych dzieci, u Zawady zaś okazuje się, że w fazie analnej jest 45-letni bohater. Chowa się w toalecie w czasie dyskotek, ucieka z łazienki na uniwersytecie. Wolne rozmyślania o świecie prowadzi na przykład, wyobrażając sobie drogę, jaką jego kupa przepływa rurami. Skupia na sobie, na niekończącej się analizie własnych pragnień (niespełnionych) i własnych klęsk (rozdętych).

    Podobną kryzysową książkę – studium męskiej słabości – dała w „Tkankach miękkich” Zyta Rudzka w 2020 roku. „Weź z nią zatańcz” opowiada o tym kryzysie w zupełnie inny sposób, ale równie dobry. Choć czytanie tej powieści Zawady jest równie przyjemne, co sprzątanie po kociej kupie.

     

    Współpraca: wydawnictwo Znak. 

     

     

     

  • Mieć kontrolę nad własną nędzą

    Mieć kontrolę nad własną nędzą

     
     
    Edouard Louis
    Kto zabił mojego ojca
    przeł. Joanna Polachowska
    Pauza 2021
     
    W trzeciej swojej książce Louis kontynuuje temat biedy i wykluczenia, poruszany już w dwóch poprzednich. Tym razem jednak zwraca oko na osobę, którą wcześniej w dużym stopniu oskarżał zarówno o spowodowanie jego własnego wykluczenia, jak i biedy całej rodziny – na ojca. Jest to jednak opowieść, którą można nazwać koncyliacyjną, próbą nawiązania zerwanej relacji. Już w „Końcu z Eddym” Louis patrzył na matkę jak na ofiarę systemu, nieświadomą pewnych procesów, które nie pozwoliły jej się wyrwać z zapadłej mieściny, zdobyć wykształcenia, prowadzić uporządkowanego, mieszczańskiego życia. Teraz te kategorie przykłada do postaci ojca. Taka perspektywa sprawia, że starszy Bellegueulle przestaje być domowym tyranem, a widzimy go raczej jako ofiarę. To pochodzenie, zamknięty kasowy system spowodowały, że nie tylko nie miał szans na awans społeczny, ale że nawet taka myśl o wyrwaniu się nie przyszła mu do głowy. Rzucił naukę gdy tylko było to możliwe, bo w opinii francuskich robotników z Północy szkoły są dla pedałów i dziewczyn. Trochę pracował w fabryce, potem wyjechał na Południe, pracował, szalał, w końcu wrócił na Północ i podjął pracę w tym samym miejscu, w którym była zatrudniona większa część jego rodziny.
    Tytuł tej ostatniej wydanej po polsku powieści jest zwodniczy – nikt nie zabił ojca Louisa, ciągle żyje, a właściwie wegetuje, wykonując, pomimo urazu kręgosłupa, najniżej opłacane prace fizyczne w oddalonym od domu mieście tylko po to, by utrzymać zasiłek socjalny. Louisa interesuje jednak właśnie ta różnica między życiem i wegetacją. I na tak przewrotnie zadane pytanie odpowiada on precyzyjnie – za „śmierć” ojca odpowiedzialność ponoszą politycy, którzy w ciągu ostatnich kilku lat reformowali kompletnie zgniły system społeczny, ci, którzy obniżali podatki dla najbogatszych, a jednocześnie obwarowywali wypłatę zasiłku kolejnymi przepisami.
    Bardzo jestem ciekawa recepcji tej książki w Polsce, z tego prostego powodu, że Louis staje tutaj w obronie „darmozjadów”, tyć wszystkich, którzy nie mają żadnych szans i którzy kontestują neoliberalne mity, zdając sobie sprawę, że żadna edukacja nie wyciągnie ich z biedy. Wydaje mi się, że potencjał polityczno-społeczny tej książki, wyrażony najwyraźniej w krótkiej wymianie zdań między mężczyznami (gdy ojciec pyta Louisa, czy zajmuje się jeszcze polityką, pisarz odpowiada „tak, coraz więcej”, a starszy mówi „przydałaby się tu jakaś mała rewolucja”), nie zostanie dostrzeżony. Krytyka będzie kładła raczej nacisk na inny wątek: pogodzenie się syna z ojcem, nawiązanie więzi, wybaczenie. Bo ojciec przez lata wstydził się dziewczyńskiego syna, małej cioty, choć jednocześnie trwał w ciągłym zdumieniu, jak to możliwe, że spłodził istotę tak szalenie inteligenta i bystrą. Więź między nimi jest możliwa teraz dopiero, po latach, gdy Louis jest dorosły, z dwóch powodów: bo ta dziecięca bystrość zyskała obiektywne potwierdzenie w jego książkach (kupowanych przez ojca i rozdawanych znajomych), wystąpieniach medialnych, głośno wyrażanej krytyce systemu. Louis może wybaczyć ojcu zawstydzanie i odtrącanie, bo ostatecznie udało mu się uciec, zbudować własną tożsamość, nie dał się wciągnąć jak kilka pokoleń jego przodków w zaklęty wir porażki życiowej, nędzy.
    Zastanawiam się jednak, na ile – to oczywiście wątek, który sobie sama wnoszę do lektury najnowszego Louisa – ile w tym wybaczeniu, wyciąganiu ręki do ojca jest z nabytego wraz z wykształceniem i wyższą pozycją społeczną kompleksu inteligenta o wyższej wrażliwości społecznej? Na ile Louis próbuje pogodzić robotnicze korzenie, ten świat zasiłków, taniego piwa, natrętnej konsumpcji, na którą nikogo nie stać ze swoją ciężko wypracowaną pozycją, rolą wojującego intelektualisty? Ile w nim jest autentycznej pamięci o korzeniach, a na ile wejście w nową rzeczywistość osób utrzymujących się z pisania, pracy umysłowej jest związane z bagażem kompleksów tej klasy? Da się osiągnąć awans bez obciążenia fantazmatami klasy, do której się wchodzi?