Autor: Paulina Małochleb

  • Wyrok, którego nie wykonano

     
     
    Jarosław Marek Rymkiewicz, Wielki książę
    Sic! 2011
    Esej historyczny Rymkiewicza poświęcony wielkiemu księciu Konstantemu został wznowiony po 28 latach. Jego pierwsze wydanie miało miejsce w 1981 roku i wtedy większość czytelników postrzegała Konstantego – namiestnika i tyrana – jako symbol rosyjskiej okupacji, carewicz stanowił figurę alegoryczną, pod którą krył się Jaruzelski.
    Zapominamy dziś o kontekście literacko-społecznym (pomińmy na razie kwestię polityczną) tego tekstu. Tymczasem umieścić go należy w nurcie eseju historycznego, który w PRL-u spełniał funkcję paraboli, stanowił pewnego rodzaju synekdochę: w opisach XIX wieku nie chodziło tylko o poznawanie przeszłości, ale też o wprowadzenie filtra, który pozwoliłby lepiej rozpoznać współczesność. Przed Rymkiewiczem po ten sposób mówienia sięgali ważni autorzy: Jasienica, Zawieyski w Między plewą a manną, Jastrun w Wolności wyboru, Kijowski w Listopadowym wieczorze, Łubieński w Bić się czy nie bić.  
    Wszyscy oni czytali przeszłość przez pryzmat czasów im współczesnych, poszukiwali analogii między zaborami a zależnością od Związku Radzieckiego. W tym też świetle patrzono na rozważania Rymkiewicza w latach 80. Czy dziś lektura Wielkiego Księcia jest równie upolityczniona? Tak, ale w zupełnie inny sposób. To już nie esej o rosyjskiej opresji, ale opowieść o słabości polskiego ducha, o naszym chrześcijańskim charakterze narodowym, który Rymkiewiczowi kojarzy się przede wszystkim z wahaniem. Wielki Książę opowiada o powstaniu listopadowym, relacjach polsko-rosyjskich, warunkach życia pod zaborami. Na tle tych rozważań autor rozpina charakterystykę głównego bohatera – księcia Konstantego.
    Rymkiewicz powraca wielokrotnie do sceny konfrontacji między spiskowcami i księciem, rozważa przyczyny ich ataku na Belweder i jednocześnie szuka ukrytego mechanizmu, który sprawił, że do zabójstwa koniecznego z politycznego punktu widzenia jednak nie doszło. Ten nurt rozważań wiąże się z trendem, którego narastanie obserwujemy w ostatnich książkach autora Wieszania – narastanie pewnego rodzaju drapieżności, coraz ostrzejsze rozliczanie historii Polski i Polaków, którzy wyżej stawiali swoje etyczne wahania niż polityczne dobro (wskazywane oczywiście przez samego Rymkiewicza).
    Z perspektywy rosyjskiej, zdaniem Rymkiewicza, Konstanty był „gorszym” bratem carskim, dla wszystkich jego niższość wydawała się oczywista – stąd też może wyrastało jego przywiązanie do Polaków, ale też podstawa analogii: Konstanty to „wybrakowany” Rosjanin, nie zasługiwał więc na objęcie władzy nad Rosją, mógł tylko pilnować porządku w jednej z prowincji. Miał stać się lojalnym zarządcą, pozbawionym skłonności do zdrady. Takich też, zdawał się mówić autor, namiestników poszukiwali politycy radzieccy w dobie PRL-u – niezbyt samodzielnych w myśleniu, gotowych do podporządkowania i posłusznych, ale zarazem na tyle sprytnych, by potrafili utrzymać ład na podbitych terenach. Słuszność charakterystyki, skonstruowanej przez Rymkiewicza, potwierdzały słowa Jakuba Bermana wskazującego (w rozmowie z Teresą Torańską), jaki zestaw cech decydował o możliwości zrobienia kariery politycznej w ramach ustroju socjalistycznego: ślepe podporządkowanie Rosjanom, ale też bezwzględność wobec przeciwników politycznych, brak samodzielności w myśleniu i podążanie za czyimiś tezami przy równoczesnej podejrzliwości wobec otoczenia, gotowość do budowania nowego ładu. W postaci Konstantego, u którego autor eseju za kluczową cechę uznawał skontaminowaną tożsamość polsko-rosyjską, widać odwołanie do politycznego nadania władzy, która łączyła ideologię komunistyczną i narodową, splatała więc pierwiastki tak sprzeczne, jak podwojona tożsamość wielkiego księcia.
    Esej ten zbudowany jest na zasadzie ukrytej analogii, jednakże interpretacja treści ukrytych pod kostiumem budzi spory. W nocie od wydawcy czytamy, że Rymkiewicz, posługując się figurą księcia Konstantego, pisał tak naprawdę o Jaruzelskim, na postaci wielkiego księcia dokonywał wiwisekcji osobowości wszystkich namiestników, jacy w XIX i XX wieku desygnowani byli przez Imperium do władania polską prowincją. W równym stopniu esej Rymkiewicza stanowi więc odwołanie do historii powstania listopadowego, co do stanu wojennego.
    Szereg wskazań nie pozwala jednak na takie odczytanie analogii zawartej w tekście: Rymkiewicz wydał swój esej w 1983 roku, jeszcze w czasie stanu wojennego, ale napisał go w 1981 roku, a więc zanim Jaruzelski zajął najważniejsze stanowisko państwowe. Owszem, Konstanty opisywany jest aluzyjnie, ma stać się w czytelniczym odbiorze symbolem władzy komunistycznej, jednakże wydaje się, że Rymkiewicz przedstawił go jako Rosjanina spolonizowanego, oswojonego niejako, a więc mniej groźnego niż „polakożercy” z Petersburga i Moskwy. Tym samym należałoby czytać ukrytą tu parabolę jako diatrybę przeciwko dążeniom do kolejnej insurekcji (w jakiejkolwiek formie), wszakże dawałaby ona Rosjanom pretekst do ostatecznego uderzenia, likwidacji resztek samodzielności[1]. Rymkiewicz, który w swoich późniejszych esejach domagał się krwawej rozprawy z przeciwnikiem wewnętrznym i zewnętrznym, w Wielkim Księciu był jeszcze piewcą rozwagi i politycznego przewidywania. Wstęp od wydawcy jest więc w tym wypadku niezbędny, bo tylko dzięki niemu dokonuje się przekierowanie interpretacji – zamiast pochwały rozsądku i ostrożności politycznej, wydobywa się tu elementy typowe dla współczesnego światopoglądu autora.
    Choć widać tu stopniowo rodzący się radykalizm autora, wzmacnianie zarzutów pod adresem polskiej łagodności, które apogeum osiągną w Wieszaniu, to jednak fascynujące wydają się hipotezy historyczne i psychologiczne. Carewicz jest bowiem zarazem romantycznym zbrodniarzem, jak i wcieleniem niemieckiego mieszczanina, pragnącym za wszelką cenę zlikwidować polski nieporządek.
    Jedna zaś perspektywa wydaje się uniwersalna: Rymkiewicz widzi Konstantego jako człowieka w nieustannym konflikcie ze sobą i światem, wahającego się między tożsamością prywatną a publiczną, pragnącego cichego szczęścia i osaczonego przez groźną historię. Choćby z powodu tej niejasności, komplikacji dziejów warto sięgnąć po Wielkiego księcia. Ale czytać go należy ostrożnie.
                                                                                                                         


    [1] J. Engelgard, Jak Rymkiewicz cenzurę PRL „przechytrzył”…, portal: Konserwatyzm.pl. Artykuł z 16 maja 2011. Jak wskazuje autor – wyrazistość tej tezy pozwoliła właśnie prześlizgnąć się Rymkiewiczowi przez zapisy cenzury. 

  • Tereny pierwotne

     

     
    Mariusz Wilk, Tropami rena
    Noir sur Blanc 2007
     
    Tropami rena to dziennik-esej, odwrotność Barbarzyńcy w ogrodzie. Wilk świadomie nawiązuje do tekstu Herberta, a podstawą porównania są jego bohaterowie – Saamowie, koczownicze plemię zamieszkujące obszary za kołem podbiegunowym. Wilk, rekonstruując historię tej nacji, przytacza jedną z hipotez, według której Saamowie wywodzili się z jaskiń Altamiry, Lascaux i Cro-Magnon. Lapończycy (inna, szerzej znana nazwa Saamów) przybyli na Północ za renami, poszukującymi chłodniejszego klimatu po przesuwaniu się lodowca. Twórcy malowideł naskalnych, tak fascynujący Herberta w Barbarzyńcy w ogrodzie – stają się także obiektem zainteresowania Wilka. Odwrotnie jednak niż Herbert, Wilk szuka w historii Saamów siły, dzikości, wolności, nie interesują go podwaliny cywilizacji europejskiej. Autor Barbarzyńcy w ogrodzie, badając Lascaux, szuka śladów uczuć złożonych, pierwszych przejawów kultury, tymczasem Wilk w swoim widzeniu rytów naskalnych Kujwy podkreśla to, co w człowieku zwierzęce, nieujarzmione, a przede wszystkim nieprzekładalne na język, niewypowiadalne.
    Bezpośrednim źródłem takiego przyglądania się rzeczywistości staje sią dla autora Wołokiniewyjaśniona przyczyna zupełnie innego kształtowania rysowanych w jaskiniach figur. Europejczycy Zachodni przyczyn schematyczności w rytach na skałach Biesow Nosa upatrywali w prymitywizmie wykonawców. Tymczasem zdaje się, że uproszczenia były wynikiem przekształcania obrazu w symbol, znak – naskalne płaskorzeźby stanowiły więc początki pisma. Ta zaś teoria radykalnie kłóci się z posądzeniami o prymitywizm i barbarzyńskość Saamów.
    Podobnie jak Herbert, Wilk dokonuje przesunięć w obrębie kategorii Swój–Obcy. O ile jednak autor Barbarzyńcy… wciągał Polaka w obszar wysokiej kultury Zachodu, o tyle Wilk zwraca się zdecydowanie ku Wschodowi. Nie należy rozumieć tej operacji jako postulatu ożywienia idei słowianofilskiej, lecz rozpatrywać ją na poziomie bardziej uniwersalnym – jako odejście człowieka od cywilizacji, wyzwolenie z ograniczeń nowoczesnego świata poprzez sięgnięcie do tradycji plemion koczowniczych. Tym, co swojskie dla Wilka, będzie więc dziki Wschód, tym zaś, co obce – idea kultury łacińskiej.
    Autor obala również inne warianty wyrastające z tego zderzenia Wschodu i Zachodu: kategoryzację narodowo-etniczną i ontologiczną. Saamowie to maleńkie plemię, zasiedlające zarówno tereny północnej Rosji, jak i Norwegii, Szwecji i Finlandii. Według współczesnych definicji trudno nazwać ich narodem – nie mają bowiem swojego języka pisanego, tak więc kultura saamska powoli zanika. Jako plemię koczownicze, obojętni byli od zawsze na kwestie materialne, dlatego też nie zostały po nich ślady fizyczne, żadne pamiątki. Wilk podkreśla ich nieprzystawalność do norm określających europejską świadomość. Saamowie walczyli zarówno z systemem komunistycznych sowchozów i kołchozów, jak i z kapitalistyczną turystyką czy hodowlanym wypasem reniferów. Za czasów carskich prawosławie wbijało krzyże w pobliżu świętych miejsc Saamów, by obronić się przed złymi duchami, współcześnie urządza się w muzeach równie świętokradcze pokazy szamańskich obrządków. Wilk – wychowany w obszarze cywilizacji zachodniej, bardziej jednak utożsamia się z koczowniczymi regułami życia, to one budzą jego zachwyt, poczucie obcowania z czymś świeżym, nieskażonym, z wyższą formą kultury.
    Duchowa wspólnota z tym, co dzikie, nieujarzmione i pierwotne, wynika u Wilka z permanentnej negacji kultury Zachodu. Konstruuje on tu jej wizerunek tak, jak robił to już Joseph Conrad w Jądrze ciemności. Europejczycy jawią się na kartach Tropami rena jako ci, którzy nie krzewią cywilizacji, lecz niosą zniszczenie i śmierć. Za ich poczuciem wyższości Wilk widzi jedynie prymitywizm innego rodzaju, postęp zaś to narzędzie śmierci. Dla autora symbolem kultury europejskiej na Półwyspie Kolskim są nowobogaccy Rosjanie – rozjeżdżający góry dżipami i strzelający do renów z dalekonośnych karabinów. Między Wilkiem a Conradem rozciąga się jednak estetyczna przepaść, bo Wilk uprawia dyskurs pseudodemaskacji, ucieka w publicystykę i mówi nam o nas samych to, co już od dawna wiemy.
    Wilk swoją postawą sprzeciwia się mechanizmowi instynktywizacji wartości. Nie chce przyjmować tego systemu priorytetów, który obowiązuje w nowoczesnej Europie, wyrywa się z niej na tereny pierwotne. Proces opisany przez Stanisława Ossowskiego jako nieświadomy, w utworach Wilka jest w pełni uświadomiony i eksterioryzowany. Autor odrzuca te mechanizmy, które działają na jednostkę jako element całego społeczeństwa. Wilk zwraca się przeciwko praktykom z własnego kręgu kulturowego, ale inspiracji do buntu szuka – paradoksalnie – u Saamów, którzy wybierają właśnie swoją kulturę i zamykają się na wpływy z zewnątrz.
    Wilk, buntujący się przeciwko europejskiemu habitusowi, wybiera świat Północy – dziki, naturalny, broniący się ciągle jeszcze przed wartościami zachodnimi. O ile jednak jego analiza rzeczywistości Saamów, ich warunków życia oraz mentalności jest znakomita i czyta się ją z olbrzymim zaciekawieniem, o tyle obszerne passusy, które autor poświęca krytyce Europy, stanowią przykry w swej prostocie kontrast. Wilk nic nowego bowiem o Europie nam nie mówi, powtarza te same, znane skądinąd słowa, stawia stare i wytarte już zarzuty. Słuszność tej krytyki nie może tu jednak stanowić podstawy do jej obrony, bo jest ona całkowicie pozbawiona odkrywczości i jakiejkolwiek wartości artystycznej. Pęknięcie to psuje książkę, bowiem o ile w narracji poświęconej Saamom widać niezwykłą spostrzegawczość, bogactwo hipotez, przemyśleń, o tyle w krytyce Zachodu pobrzmiewają wyświechtane stereotypy, bezrefleksyjnie powielane wnioski oparte na kompulsywnej niechęci. Na wyższy poziom nie podniesie ich nawet fakt, że Wilk swoją niechęć wyraża poprzez streszczanie przemyśleń Sándora Máraia.
  • Cały Haupt

     

     
    Zygmunt Haupt, Baskijski diabeł

    Czytelnik 2007
    Baskijski diabeł przysparza krytykowi nie lada problemów – nie wiadomo bowiem, co najpierw chwalić: czy samego Haupta i jego teksty, czy też badacza (Aleksandra Madydę), który wykonał benedyktyńską pracę, poszukując różnych wersji opowiadań i edytując utwory nigdy wcześniej niepublikowane. Ogrom pracy włożony w przygotowanie liczącego sobie siedemset stron tomu można zrozumieć dopiero, biorąc pod uwagę fakt, że Haupt za życia wydał tylko jeden zbiór – Pierścień z papieru, ogłoszony w Paryżu w 1963 roku. W posłowiu Madyda relacjonuje przebieg swoich edytorskich peregrynacji, ale, co ważniejsze dla czytelnika, daje obraz chaosu, w jakim znajdują się pozostałe po autorze teksty porozrzucane po wielu archiwach, pozbawione pierwotnych wersji, często spisywane bez polskich znaków, nieczytelne.
    Urodzonego w roku 1907 na Podolu Haupta zalicza się do grona pisarzy „małych ojczyzn”. Podobnie jak Vincent czy Stempowski, również należący do tego nurtu, Haupt tworzył na emigracji. Debiutował przed wojną, w 1937 roku, i dość szybko został przyjęty do ZZLP. Dobrą passę przerwała wojna, a Haupt jako żołnierz trafił przez Węgry i Francję do Wielkiej Brytanii. Lata spędzone w Europie Zachodniej były dla niego okresem bardzo płodnym – po raz pierwszy właściwie, jak pisze Madyda, dzięki żołdowi wypłacanemu przez armię, pisarz mógł poświęcić się całkowicie literaturze i malarstwu. Najważniejsze opowiadania z tego okresu ukazywały się w „Wiadomościach Literackich” i „Kulturze”.
    Po wojnie wyjechał z żoną do USA, gdzie zamieszkał na stałe. Pracował w „Głosie Ameryki”, mieszkał w Nowym Orleanie i Nowym Jorku, ale doświadczenia te nie stały się dla niego źródłem twórczości. Pamięć literacka Haupta zatrzymała się na latach wojny i powojennego, europejskiego zamieszania. Jego narracja powracała nieustannie do tych samych miejsc i osób, kierowała się wielokrotnie do tych samych „figur egzystencji” – polowań, przyjęć, spotkań z sąsiadami w ziemiańskich dworach, leniwych dni wakacji spędzanych nad brzegiem Stryja. To właśnie z powodu osadzenia świata przedstawionego w minionej epoce kultury szlacheckiej, odtwarzania jego szczegółów, Maria Danielewiczowa mówiła o obecności u Haupta „motywów panatadeuszowych”. Podobnie jak u Mickiewicza, także u Haupta świat szlacheckiego dworku ma jednocześnie wymiar lokalny i uniwersalny. Porządek rządzący tym światem wydaje się wieczny, ta samo uczucia bohaterów i opowiadane przez nich historie. Narracje snute przy kominku realizują się na poziomie archetypów – rozczarowanej narzeczonej, cierpiącego kochanka (Meine Liebe Mutter…), a sam dom zdaje się być centrum świata, z którego widać wszystkie okoliczne dobra, pola i lasy. Również ludzkie obowiązki wpisują się w przestrzeń czasu cyklicznego, kolejne spotkania i święta przebiegają według rytualnego, od wieków niezmienionego porządku. Nie jest to jednak powtórzenie Mickiewicza, Haupt jest bardziej ironiczny, nowoczesny, mniej zaś sentymentalny. Komunikacja między postaciami dokonuje się za pomocą monosylab i półsłówek, umówionych, znanych wszystkim sygnałów, jak gdyby porozumiewali się ze sobą od wieków (Polowanie z Maupassantem) – u Haupta zdolność do przekraczania wymiaru czasowego „tu i teraz” zdaje się dotyczyć wielu postaci (Baskijski diabeł).
    Mityczność świata przedstawionego uwypuklona jest przez świadomość jego schyłku. Tym, co zakończy życie dworu, nie jest jednak wojna – katastrofa dla Haupta ma szerszy wymiar, niezdefiniowane jest też dokładnie jej źródło. To raczej czas linearny zaczyna pożerać czas cykliczny – nieubłagane zmiany w procesie industrializacji, w rozwoju społecznym wdzierają się w świat szlachecki. Przy dworze wyrasta nowy bohater – chłop. Sarmackie postacie Haupta walczą z tym procesem, starając się go nie dostrzegać. Ignorują służbę, walczą z mieszkańcami wsi, pomijają milczeniem kradzieże w domu i majątku (PIM [II]).
    Dekonstrukcja tych mechanizmów w Baskijskim diable dokonywana jest dzięki spojrzeniu Innego/Obcego wkraczającego w ten uporządkowany świat. W opowiadaniach rozwijających temat kultury ziemiańskiej Haupt operuje trzema typami narratora-bohatera, z których każdy stoi z boku, już to ze względu na wiek, już to na pozycją społeczną. W Stypie podróż na pogrzeb i spotkanie żałobników relacjonowane są przez małego chłopca, dla którego noc, droga, sanie łączą się w jedno. Malec, zmęczony z powodu późnej pory, przestaje odróżniać realne od nierealnego, łączy te dwie sfery, otoczony przez nadmiar wrażeń i nowych miejsc. Nocna podróż przypomina też po części Króla Olch Goethego – o ile jednak w balladzie pojawił się trzecioosobowy narrator, o tyle u Haupta mówi syn próbujący rozpoznać kształty otaczającego go nocnego świata. Drugim narratorem będzie uczeń przybywający na prowincję na wakacje (np. Poker w Gorganach) – dla niego spotkanie z dworem będzie równocześnie zderzeniem z dziką naturą, z przyrodą personifikowaną ze względu na jej siłę. Perspektywa gimnazjalisty wnosi świeżość, Haupt uwypukla dzięki niemu odrębność szlacheckiego domu, jego niezależność i odmienność od innych form kultury. Prawa życia i sposoby zachowania wydają się z jednej strony niezwykle sformalizowane i skomplikowane, z drugiej zaś – okrutne. Trzecią postacią mówiącą będzie nauczyciel dworski – pochodzący z innej grupy społecznej, patrzący na zachowania „państwa” (a przede wszystkim „panienek”!) z niechęcią, pogardą, za którymi jednak znajdujemy starannie maskowany zachwyt, rodzaj podziwu rodzącego się z pewnością na podłożu seksualnym (Biały mazur).
    Sfera id wydaje się zresztą najbardziej interesująca w tym tomie – głównie dlatego, że Baskijski diabeł obala tezę, że Haupt był autorem dalekim od erotyki, bardzo powściągliwym. Ten zbiór, a przede wszystkim opowiadania związane z postacią Elektry udowadniają coś dokładnie przeciwnego: Haupt ujawnia się jako jeden z najbardziej „miłosno-cielesnych” pisarzy. Madyda pisze, że Haupt nie miał odwagi opublikować pewnych swych tekstów ze względu na ich skandalizujący charakter. Otóż bohaterką najbardziej nasyconego erotyzmem opowiadania jest właśnie siostra narratora, cały zaś utwór obraca się wokół tematu miłości kazirodczej, opisanej w niezwykle piękny sposób. Wątki sensualne powracają również w innych opowiadaniach; bohater często daje wyraz swojemu zachwytowi na widok ciał dziewcząt opalających się nad rzeką, podziwia urodę nowo poznanej Amerykanki, analizuje ruchy znudzonych mieszkanek dworu czy wysportowane ciała mieszczek grających w tenisa (co przypomina trochę zachwyty cielesne Kuśniewicza ze Sfer).
    W latach 60. Józef Czapski pisał, że brak popularności Haupta wynika z jego nowoczesnego stylu, za którym nie nadążają czytelnicy. Teraz, czterdzieści lat później, z pewnością problem ten znikł. Może więc wreszcie Haupt – autor źle lub słabo obecny w literaturze polskiej, dzięki temu tomowi zajmie właściwe mu miejsce.
  • Znacie, to posłuchajcie…

     

     
     
    Stefan Chwin, Panna Ferbelin
    Tytuł 2012
    Ta powieść Chwina uświadamia, że nawet najlepsze chwyty, wykorzystywane zbyt często, zgrają się do cna.  
    Panna Ferbelin, podobnie jak wcześniejsze powieści Chwina, poświęcona jest Gdańskowi. W przeciwieństwie do nich jednak w większym stopniu wydaje się ona pastiszem, rodzajem gry, którą autor prowadzi z czytelnikiem na każdej stronie swojego tekstu, a także w podpisie (Chwin zakończenie powieści opatruje datą 1918-1919) oraz na okładce (gdzie znajdziemy blurby z nieistniejących pism oraz pochwały z ust nieistniejących osób – Manfreda Hanemanna i Esther Simmel). Ta gra niestety zbyt często jednak stanowi efekt narcystycznego zapatrzenia we własną kreację i siebie jako autora.
    Powieść Chwina wspiera się na trzech bardzo wyraźnych filarach: Biblii (z rozpisaną tu na nowo historią męki Jezusa), tradycji literatury oraz najnowszej historii Polski – autor Panny Ferbelin w równym stopniu odwołuje się do zdarzeń z XX-wiecznej historii, jak i do wielkich powieści modernistycznych. Za wzory, których elementy stanowią tło powieści, uznać wypada Mistrza i Małgorzatę Bułhakowa oraz Proces Kafki.
    Fabuła powieści dotyczy dramatycznych zdarzeń, jakie autor umieszcza u progu XX wieku: w Gdańsku dochodzi do zamachu terrorystycznego, w powietrze wysadzony zostaje dworzec, ginie ponad sto osób. Władza szuka winnych, do ataku przyznaje się szereg różnych organizacji, ale prokurator decyduje się oskarżyć człowieka nazywanego „Nauczycielem z Neustandt”. Aresztowany, przesłuchiwany i bity staje się obiektem sensacyjno-awanturniczej intrygi, która stanowi tutaj główną oś fabularną. O uwolnienie Mistrza stara się bowiem Maria, tytułowa bohaterka, córka prostego stolarza, ale wykształcona i wyemancypowana. Dziewczyna zakochuje się w Mistrzu, gdy ten przychodzi pomóc jej ojcu po wylewie. Złożony niemocą Ferbelin nie rokuje żadnych szans, rodzina liczy więc na cud, bo lekarze odmawiają podjęcia jakiejkolwiek kuracji. Wtedy też do domu Marii przychodzi Mistrz, którego przemówień dziewczyna słuchała na łąkach pod miastem, siedząc wśród tłumu. Maria żyje jednak w dwóch światach biedoty i władzy – romans z Mistrzem angażuje tylko jedną stronę jej życia. Pozostały czas zajmują jej kontakty z asystentem Werdenem, praca w domu prokuratora Hammelsa i nauczanie jego syna.
    Chwin tworzy w swojej powieści portret kobiety silnej, przydaje jej wiele męskich cech i zdolności: Maria jest wykształcona, stanowcza, aktywna, skłonna do działania, nie ma w sobie typowej dla epoki kobiecej nieśmiałości. Jednocześnie okazuje się silniejsza od otaczających ją mężczyzn, potrafi wykorzystywać słabość, jaką wobec niej odczuwają. Dzięki jej drobnym manipulacjom stary Ferbelin dostaje rządowe zlecenie, które ratuje dom od biedy; to ona rozkręca akcję uwolnienia Mistrza, gdy jego uczniowie w strachu rozmyślają nad ucieczką z miasta. Chwin przewrotnie tworzy tu postać nad-kobiety, to ona bowiem stanowi oś świata:
    Miała pewność, że za wszystkimi oznakami męskiego triumfu kryje się słabość i lęk, że wszyscy mężczyźni są od niej słabsi, lgną do niej, by napić się z jej ciała wody życia, bo wyczuwają, gdzie jest prawdziwe źródło. Poczuła, że tak naprawdę to ona jest stroną silniejszą, to ona ma więcej mocy, z której on tylko korzysta.
    Chwin konstruuje swoją fabułę jako efekt przepisywania – postaci i obrazy zapożycza z innych powieści: Mistrz przypomina nie tylko Jezusa, ale też Jeszuę, Maria przemierzająca korytarze kamienic, tajemnicze zaułki i strychy przywołuje postać Józefa K. z Procesu, ale jest też reinterpretacją biblijnej Marii Magdaleny. Postaci urzędników kojarzą się zarówno z Dostojewskim, jak i z Kafką. Hammels i arcybiskup Gertz przedstawieni są tutaj jako dwa wcielenia Poncjusza Piłata. Prokuratoria, dla której pracuje Hammels, a która rządzi Gdańskiem, to jednocześnie aluzja do Mistrza i Małgorzaty i do totalitarnych policji politycznych. Chwin mocno także opiera się na przepisywaniu zdarzeń historycznych, w przeciwieństwie jednak do aluzji literackich, te historyczne często przywoływane są na zasadzie żartu – jak ośmiornica Helga, która na hipodromie w Zoppot przepowiada, który koń wygra gonitwę. Zupełnie serio jednak wprowadzona zostaje tu historia Polski: strajkujący robotnicy stoczniowi drukują ulotki z czerwonym napisem „Braterstwo”, komendant każe do strajkujących strzelać, zabitego robotnika reszta manifestantów niesie na drzwiach – widać tu wyraźnie odwołania do zdarzeń z 1970 i 1980 roku, do „Solidarności” i robotniczych strajków doby komunizmu.     
    Słabość powieści polega jednak na sposobie przedstawienia wątków, uwyraźniają ją też dyskusje toczone przez bohaterów. Otóż w tekście, który ma ambicje metafizyczne, chce mówić o wartościach i moralności, zło wydaje się zdecydowanie bardziej atrakcyjne niż dobro. Postacie negatywne są znacznie barwniejsze, bardziej interesujące dla czytelnika niż uduchowiony, ale też odrealniony i mało konkretny Mistrz, toczący dyskusje o braku miłości, odejściu od wartości wspólnotowych, upadku Kościoła (wszystkie te wątki znamy z publicystyki, Chwin nie mówi tu ani nic nowego, ani nie nadaje im artystycznego kształtu). Chwin, konstruując swojego bohatera, stara się go ukształtować na podobieństwo Jeszui z Mistrza i Małgorzaty. O ile jednak postać Bułhakowa przemawia poprzez swoją słabość, człowieczeństwo czyni go ciekawszym, bardziej uchwytnym, o tyle Mistrz u Chwina jest jedynie jego kopią, nie absorbuje emocji czytelnika, a tym samym nie pozwala na wykształcenie się grozy, którą powinniśmy odczuwać w czasie lektury (jak na przykład w scenie balu w podziemiach Prokuratorii, gdy rodziny ofiar zamachu otrzymują prawo pobicia aresztowanego Mistrza). Jednocześnie zaś Hammels, mały Helmut, radca Haberstadt – to postacie złe i w tym stanie fascynujące. Prokurator cierpi po śmierci żony, wydaje się jednak, że jej odejście wyzwala w nim nowe pokłady okrucieństwa, znikają tamy, które wcześniej go ograniczały. Przypomina on trochę postacie surowych racjonalistów z powieści Dostojewskiego – w Pannie Ferbelin, powieści opowiadającej o zmaganiu się wiary i uczuć z demonicznym rozumem, całkowite zaufanie umysłowi, intelektualny chłód to grzech. Radca Hebrstadt reprezentuje państwo – moralność służy mu o tyle, o ile wspiera ona organizm państwowy. Radca to człowiek całkowicie odcięty od sfery metafizycznej, zatopiony za to w kwestiach administracyjnych, oziębły technokrata prowadzący rozgrywki polityczne. To on doradza prokuratorowi Hammelsowi, by w sprawie zamachu aresztował właśnie Mistrza, choć obaj wiedzą, że ten nie ma ze sprawą dworca nic wspólnego. Chodzi jedynie o to, by jednocześnie dać tłumowi winnego oraz wygrać w rozgrywce z komendantem Gdańska. W ten sposób właśnie Mistrz i Maria wplątani zostają w polityczną grę, w której bierze też udział Kościół. Najbardziej demoniczna wydaje się jednak postać Helmuta – ucznia Marii, syna prokuratora, który po ojcu ma odziedziczyć stanowisko. Mały cierpi na chorobę nerwową, wykazuje nadmierne zainteresowanie życiem dorosłych, ale też przeraża swoją zdolnością do czytania w myślach, wydobywania ukrytych motywów działań. Łączy on chłodny racjonalizm ojca z dziecięcym i histerycznym rozchwianiem, co czyni jego zachowanie porażającym. Gdy trwa strajk robotników Stoczni, Helmut obmyśla rozwiązanie konfliktu:
     
    Należało prowadzić rozmowy z komitetem strajkowym, a równocześnie aresztować całe rodziny jego członków (…).
     
    I mieliby je przetrzymywać
    długo, bardzo długo, tak żeby ci ludzie z komitetu strajkowego boleśnie odczuliby ich brak.
    Panna Ferbelin to powieść o triumfie wiary nad ratio, opowieść o manichejskich siłach rządzących światem, ale też historia przemocy – rozpoczyna ją zlecenie na skonstruowanie wielkich szubienic, które w zakończeniu bohaterowie podpalają. Oni sami jednak, jak można przekonać się w czasie lektury, nie są wcale pacyfistami i uczą się odpowiadać siłą.  Szkoda tylko, że to zła powieść…
  • Rozsypany obraz

    Jan Pieszczachowicz, Ku wielkiej opowieści. O życiu i twórczości Kornela Filipowicza
    Wydawnictwo Literackie 2011
    Biografia stworzona przez Jana Pieszczachowicza to pierwsza próba zmierzenia się z życiem i twórczością Kornela Filipowicza, jednego z wybitnych, a dziś chyba trochę zapomnianych pisarzy polskich. Biografia ta jednak obciążona jest wszystkimi wadami, jakie niesie ze sobą pionierstwo: pragnienie napisania wszystkiego, uruchomienia wszelkich kontekstów, ujawnienia wszystkich kluczy, prowadzą zawsze do rezultatów przeciwnych niż zamierzone. Zamiast bogactwa interpretacji, mamy informacyjny chaos, a dążenie do prezentacji szerokiego tła epoki wymusza płytkość refleksji i uruchamia tryb streszczający, szybkie przemieszczanie się pomiędzy epokami, przeskakiwanie z problemu na problem. Pieszczachowicz chce bowiem przedstawić Filipowicza jako bohatera burzliwej historii, uczestnika życia literackiego trzech epok: Polski międzywojennej, czasu II wojny i wreszcie PRL-u. Jednocześnie stara się konstruować biografię prywatną pisarza, jego biografię intelektualną powiązaną z przemianami politycznymi, portretuje więc Filipowicza jako świadka historii, w końcu zaś pragnie zawrzeć tu także monografię jego twórczości i odwołania do recepcji krytycznej. Celów tych jest więc za dużo, by udało się stworzyć spójną i koherentną narrację, wszystkie te zamiary zrealizować w ramach jednego tomu. Dążenie Pieszczachowicza do stworzenia książki doskonałej, oferującej czytelnikowi wiedzę pełną na temat Kornela Filipowicza, realizuje się tu w swojej karykaturze, daje nam obraz częściowy, niepełny, rozsypany. Zamiast trzech przeplatających się studiów, otrzymujemy zaledwie trzy szkicowo zarysowane wątki. Paradoksalnie, dużo lepszym tekstem poświęconym Filipowiczowi okazuje się więc książka Byliśmy u Kornela – przez Pieszczachowicza zredagowana, a składająca się ze wspomnień osób z pisarzem zaprzyjaźnionych.
    Pieszczachowicz konstruuje swą biografię wedle klasycznych prawideł gatunku: najwięcej miejsca poświęca okresowi dziecięcemu i wczesnej młodości Filipowicza, szukając w tej pierwszej fazie życia, w przeżyciach wojennych rodziców pisarza, w niespodziewanych przenosinach z Kresów na Śląsk determinant kształtujących późniejsze życie i decyzje jego bohatera. Rozdział poświęcony dzieciństwu, przyjaźniom szkolnym, osadzaniu w nowej kulturze, pierwszym pasjom i zajęciom jest równie rozbudowany, co ostatnia część – poświęcona PRL-owi i zupełnie już dorosłemu życiu pisarza. To ona jednak, a nie dzieciństwo, wydaje się czytelnikowi najciekawsza – tutaj przecież działa i pisze Filipowicz-twórca kultury. Dla zrozumienia jego postaci ważniejsze wydają się konsekwencje przeżycia wojny, pobytu w obozie i konieczność zajęcia jakiegoś miejsca wobec nowego systemu, niż relacja z ojcem (przedstawiona tu w porządku patriarchalnym, matka bowiem stanowi jedynie tło dla rozwoju syna, jej obecność jest, według autora, naturalna i niepoddawana refleksji – co wydaje się dziwne, skoro matką Filipowicz opiekował się do 1977 roku) i stosunki panujące w liceum. Pieszczachowicz uruchamia więc tutaj klasyczny mit genezy, wierząc, że to w początkach życia kształtują się zalążki wszystkich kolejnych wyborów. Próbuje oświetlić dzieciństwo Filipowicza, przekonany, że to w nim zawiera się klucz do wyjaśnienia jego biografii.
    Drugi zaś problem, poza ambicjami biografa, wytwarza tu sam przedmiot refleksji – Filipowicz. Mało w literaturze polskiej osób tak skrytych, żyjących w dużym kręgu przyjaciół, ale zarazem tak zamkniętych w sobie, niechętnych osobistym zwierzeniom,  snuciu opowieści o sobie samym. Zapis tych trudności znajdziemy w Ku wielkiej opowieści – Pieszczachowicz notuje, jak mało listów udało mu się zdobyć, jak niewiele w ogóle tekstów prywatnych Filipowicza można odnaleźć. Ten stan sprawia właśnie, że autor biografii sięga po rozwiązanie tyleż mało satysfakcjonujące, co niebezpieczne metodologicznie – przedstawia Filipowicza poprzez pryzmat jego bohaterów:
    Powieściowy Jan, ktoś rodzaju sobowtóra Kornela, lubił pracować w drukarni, dbając o różnorodność czcionki i doskonaląc korekty tekstów.
    W ten sposób Kornel Filipowicz staje się nagle tworem równie „literackim” co Jan Borecki i Gustaw Michajtis – postacie z jego prozy. Zabieg ten pozwala na dopowiedzenia, na uspójnienie narracji, gdy przed badaczem rozciągają się białe plamy w biografii, gdy nie ma źródeł mówiących o przeżyciach i przemyśleniach jego bohatera. Jednakże to „maskowanie” nie przynosi czytelnikowi poczucia autentycznego kontaktu z pisarzem, nie stanowi relacji o jego życiu. Pieszczachowicz rozwija wszakże tę strategię plątania kreacji tekstowych z żywym człowiekiem, ponieważ jest przekonany, że cała twórczość Filipowicza jest z gruntu autobiograficzna (jednym z dowodów na ten układ jest tutaj fakt, że wiele tekstów Filipowicza to utwory z kluczem – z którym to przełożeniem można śmiało polemizować). Nie ma jednak chyba już dziś tak naiwnych czytelników biografii, którzy w takie uproszczenie byliby skłonni uwierzyć. Nawet przecież u autorów, którzy znani są z autobiograficznych inspiracji w swej twórczości, ważniejszy staje się pierwiastek fikcyjny, literackie przetworzenie, które zupełnie odrywa narracyjne konstrukt od ich życiowego podłoża.  Zabieg ten okazuje się więc podwójnie jałowy – nie tylko nie rozwija naszej wiedzy o Filipowiczu, ale i zubaża interpretację jego twórczości, każąc w niej widzieć rodzaj literackiego pamiętnika.
  • Rycerz i kucharka. Gender dla nastolatków

     

    Ten, kto śledzi publikowane w ciągu ostatnich kilku lat listy bestsellerów, wie, że nastolatki czytają i to mnóstwo. Przekonanie zaś o ich analfabetyzmie i ignorancji wynika z faktu, że miłość do książek nie jest w tym pokoleniu ukierunkowana na lektury, lecz na literaturę zgoła innego typu. To nastolatki stanowią główną grupę docelową dla większości publikowanych obecnie książek związanych z szeroko pojętą fantastyką i romansem, to gusta tej grupy ustalają też trendy i nurty w modzie – nie tylko wśród wydawców literatury, ale i producentów filmów, scenarzystów seriali czy wreszcie firm produkujących odzież. Popularność wampirów i wilkołaków we współczesnej kulturze wyrasta przecież przede wszystkim ze Zmierzchu Stephanie Meyers i True blood Charlene Harris, nie zaś z Draculi Brama Stockera, choć i ta pozycja znajduje się na liście wiernych wielbicieli nieumartych.
    Młodzieży jako odbiorców kultury, czytelników nie można ignorować i na Zachodzie nikt już tego nie robi, zwłaszcza że moc nabywcza tej grupy jest ogromna – nastolatki w USA wydają rocznie ponad 200 miliardów dolarów, a polskie ˗ 200 milionów złotych. Kwoty te sprawiają, że coraz prężniej rozwija się branża wydawnicza, która za główny target wybiera właśnie młodych, w jej tropy zaś podąża wiele innych sektorów przemysłu rozrywkowego. Najnowsza literatura młodzieżowa od poprzednich epok różni się przede wszystkim brakiem lub też silnym wycofaniem ładunku dydaktycznego, ponadto postawić można inną tezę: literatura młodzieżowa pozornie tylko jest nowoczesna, w gruncie rzeczy bowiem okazuje się zachowawcza, konserwatywna i umacniająca istniejące stereotypy oraz podziały. To emancypacyjne wycofanie widoczne jest w literaturze przygodowej skierowanej do nastolatków obu płci (którą odróżniam tu od romansu adresowanego praktycznie wyłącznie do dziewcząt). W literaturze tej, choć przeznaczonej do odbiorców nowoczesnych i wykształconych – nastolatków zamieszkujących przede wszystkim duże miasta, mających dostęp do Internetu, znających podstawy mitologii greckiej, historii europejskiej i amerykańskiej, orientujących się w świecie tolkienowskim, ale też w problemach współczesnej cywilizacji (ekologia, konflikty religijne, wielokulturowość zglobalizowanego społeczeństwa), powraca tradycyjny podział ról społecznych i płciowych, powielany jest silnie obecny patriarchalny schemat, powracają opresyjne wyobrażenia seksualności, dominuje heteronormatywność. I nie mam tu na myśli jedynie polskich powieści fantastycznych, powstających w szalenie konserwatywnym środowisku (wystarczy przypomnieć silnie prawicowego poglądy głoszone przez Jacka Komudę czy Andrzeja Pilipiuka), ale i światowe bestsellery: cykl o Eragonie Christophera Paoliniego, seria Zwiadowcy Johna Flanagana, Malowany człowiek Petera V. Bretta, a także seria Percy Jackson i bogowie olimpijscy Ricka Riordana – wszystkie te książki sprzedały się w milionach egzemplarzy i były tłumaczone na wiele języków.  
    Świat tych powieści to świat męskich wartości: liczy się tu przede wszystkim siła fizyczna, odwaga, lojalność, skłonność do brawury. Siła fizyczna decyduje zaś o przywództwie, ustala hierarchie, rywalizacja przybiera zaś zupełnie pierwotne, archaiczne formy  – Roran z Eragona musi udowodnić swoja siłę w zapasach z bykiem Urgalem, a ten, który wygra pojedynek, będzie mógł dowodzić oddziałem. To zasadnicze ukształtowanie, oparcie się na tężyźnie fizycznej sprawia, ze żadna postać kobieca nie ma szans wybić się na niepodległość w świecie przedstawionym, zawsze będzie zależna od męskiej siły. Nawet jeśli kobieta walczy, to okazuje się słabsza, ponosi klęskę i mężczyzna musi ją uratować z opresji, uwolnić z więzienia czy sprowadzić ze stosu.
    Wyraźny podział, związany z waloryzowanymi przestrzeniami zarysowuje się w scenie próby – jest to zazwyczaj początkowa konfrontacja, która ma określić umiejętności postaci. Już ona pokazuje dysproporcje możliwości, różnice w statusie kobiet i mężczyzn. W Ruinach Gorlanu Flanagana dziewczęta proszą o przyjęcie do dwóch z czterech gildii organizujących społeczeństwo dorosłych: Jenny chce być kucharka, Alyss – pracować w dyplomacji. Największym autorytetem cieszą się jednak gildia rycerzy i zwiadowców – obie zastrzeżone dla mężczyzn, wybór dziewcząt, choć swobodny, jest ograniczony, one same zaś już na starcie skazane na drugorzędność. 
    Wszyscy męscy bohaterowie określają się poprzez pochodzenie, przy czym to postać ojca za każdym razem jest kluczowa – Eragon, Ruiny Gorlanu, Złodziej Pioruna (to tytuły pierwszych tomów wyżej wymienionych serii) rozpoczynają się, gdy bohaterowie są  jeszcze sierotami o nieznanym pochodzeniu. Dopiero odkrycie imienia ojca dopełnia ich osobowość, potwierdza wybór drogi życiowej. Imię matki nie jest za to ważne, nie ma mocy determinującej, nie wpływa też na miejsce w hierarchii – w obozie herosów Percy musi czekać, aż to jego ojciec się ujawni, by zyskać przydział do właściwego domku, do odpowiedniego klanu. Dopiero gdy Posejdon uznaje go jako syna, Percy trafia na właściwe miejsce w strukturach organizujących życie młodych bohaterów. Podobnie u Paoliniego ˗ Eragon cierpi, sądząc, że jego ojcem jest największy w krainie zdrajca i okrutnik, pomocnik tyrana. Dopiero wiedza o tym, że pochodzi od Broma – jednego z najważniejszych buntowników, pozwala chłopcu na zdobycie spokoju duchowego, dopełnienie własnej tożsamości. To postać ojca dominuje w życiu postaci, określa ich działania, podczas gdy nawet największe poświęcenie matki wspominane jest jedynie jako ofiara bolesna, lecz spodziewana i oczywista.  
    Kobiety w świecie powieści młodzieżowej pozbawione są ambicji, nie dążą do równouprawnienia, akceptują swoje – zawsze gorsze – miejsce. Nie tworzą swojego osobnego świata, ani nie próbują świadomie kreować i zmieniać reguł rządzących ich otoczeniem, zgadzają się na los, który został im dany, podporządkowują się istniejącemu układowi. Nawet jeśli na poziomie eksplicytnym ujawnia się walka o wyzwolenie spod męskiej zależności, to zdarzenia fabularne jej przeczą. W Malowanym człowieku Bretta główna postać kobieca wyzwala się z przyjętego odwiecznie podporządkowania: Leesha nie wychodzi za mąż, odrzuca przeznaczonego dla niej kandydata, zyskuje niezależność i szacunek dzięki temu, że zostaje wiejską znachorką, która później staje też na czele wspólnoty, gdy rozpoczyna się walka z demonami. Jej emancypacja jest jednak pozorna – dziewczyna odrzuca przecież tylko jeden model kobiecej egzystencji, wybiera zaś inny, także uświęcony przez tradycję: przejmuje obowiązki uzdrowicielki po poprzedniczce, dysponuje wiedzą, którą zdobyła w prowadzonym wyłącznie przez kobiety szpitalu. Jej droga życiowa nie wybiega więc poza horyzont danych kobiecie możliwości.
    Choć kobiety pojawiają się na drugim planie, to każda z tych powieści operuje postaciami kobiecymi, główny bohater – zawsze chłopiec – musi mieć pomocnicę, przyjaciółkę, powiernicę, która wspiera go w działaniach, jednakże za każdym razem postać ta zajmuje pozycję niższą. Choć bohaterki są przedstawiane jako dziewczęta inteligentne, zdolne, obdarzone specjalnymi, niezwykłymi mocami, piękne i odważne, to jednak – najwyraźniej z racji płci, bo autor nigdy nie podaje uzasadnienia – podporządkowują się dominacji bohatera męskiego. Arya, przyjaciółka Eragona, choć należy do „lepszej” rasy elfów, jest od niego o sto lat starsza, lepiej też włada magią, to jednak uznaje jego przywództwo i staje się jego pomocnicą, podwładną. Tak samo czyni Annabeth w powieści Riordana ˗ dziewczyna przez lata czeka na misję, która pozwoli jej na wyrwanie się z obozu dla nastoletnich herosów. W końcu wyrusza na wyprawę jako pomocnica Percy’ego Jacksona, by zrealizować jego misję, dochodzi bowiem do wniosku, że przeznaczone jej być tylko osobą drugiego planu, że sama nie otrzyma od bogów daru, jaki byłaby próba sił.
    Bohaterka kobieca konstruowana jest jako niezwykle spokojna i zrównoważona – stanowi więc zawsze przeciwieństwo bohatera męskiego, który nie akceptuje zaistniałego porządku, buntuje się, jest pełen niepokoju popychającego go do działania. W takim ukształtowaniu widać wyraźnie odzwierciedlenie stereotypowych oczekiwań: dziewczęta powinny był poukładane i dobrze wychowane, chłopcy zaś mogą pozwolić sobie na poszukiwanie przygód. U dziewcząt premiuje się odpowiedzialność, porządek i opanowanie, bo te cechy konieczne są przecież do prowadzenia domu, podczas gdy chłopców nie krępują takie przyziemne cechy, ich domeną staje się przestrzeń poza domem – zdecydowanie bardziej rozległa, niebezpieczna, wymagająca sił, odwagi i skłonności do ryzyka. Do takiego właśnie podziału odwołuje się Paolini w Brisingrze (trzecim tomie Eragona): Roran służy w oddziałach buntowników walczących przeciwko tyranowi, zostaje dowódcą jednego z nich, co napawa go ogromną dumą, lecz wystawia też na niebezpieczeństwo. Tymczasem jego brzemienna żona chce odejść z obozu wojennego, gdy tylko dziecko przyjdzie na świat – to na niej spoczywa odpowiedzialność za ocalenie i  wychowanie potomstwa, on nie staje przed dramatycznym wyborem, jakiego musi dokonać Katrina: własne bezpieczeństwo, życie wśród bliskich w znanym świecie i u boku ukochanego kontra samotna (i z dzieckiem u piersi) tułaczka w nieznane, poszukiwanie jakiejś oazy daleko od pola walki. Jej działanie jest tutaj zaś rozpoznawane w kategorii poświęcenia, nie zaś odwagi – bo ta zastrzeżona jest tylko dla bohaterów męskich.
    Kobieta jako przewodniczka spełnia też w powieściach dla młodzieży funkcję reprezentantki zastanego świata, to ona właśnie staje się symbolem stałości, normy, reguł, ona też wprowadza bohatera w zasady rządzące daną rzeczywistością, powraca więc tu archetyp Beatrycze. Kobieta jest jednak tylko przewodniczką, nie awansuje nigdy na pozycję mentora, bo ta zastrzeżona jest dla innego bohatera męskiego:  w Percym Jacksonie to Annabeth opowiada chłopcu o organizacji obozu dla herosów, wydaje się do tego zadania specjalnie przeznaczona jako córka Ateny, stała mieszkanka obozu. Ona też opowiada chłopcu o stworach mitologicznych żyjących w fantastycznej przestrzeni, przedstawia podział władzy między Zeusem, Posejdonem i Hadesem, wprowadza go w świat, którego chłopak zupełnie nie zna. Podobnie czyni Arya – to ona eskortuje Eragona do świata elfów, umożliwiając mu tym samym zdobycie niezwykłych umiejętności magicznych. Obecność dziewcząt wiąże się jednak za każdym razem z tym, co stałe i trwałe ˗ także wtedy, gdy jest to trwałość niepożądana, jakieś nieszczęście, którego bohaterki nie potrafią przezwyciężyć. Arya przez wiele lat wozi jajo smoka między osadą ludzi i elfów, i choć pełni tę wyjątkową i ważną rolę, nie potrafi doprowadzić sama do wyklucia się smoka, a tym samym do rozpoczęcia wojny z tyranem Galbatoriksem. Ten czyn udaje się dopiero Eragonowi. Takie samo ukształtowanie zdarzeń powraca w Malowanym człowieku – Leesha mimo swej olbrzymiej wiedzy nie potrafi pokonać demonów, dopiero znajomość z Arlenem popycha ją do niezwykłych odkryć i podjęcia walki z otchłańcami. Tak więc to zawsze bohater męski staje się katalizatorem, zwiastuje zmianę, wprowadza ruch, przygodę, pozwala pokonać nieszczęście. Cała wiedza postaci kobiecej dopiero oddana do dyspozycji mężczyzny sprawia, że dokonuje się przemiana, rozpoczyna się walka ze złem. W konstrukcji powieściowej to kobieta właśnie jest zawsze obarczona jakimś ograniczeniem, którego nie potrafi przezwyciężyć sama, lub też takim, na które skazana jest z racji swojego pochodzenia: Leesha jako kobieta nie może stać się przywódczynią narodów w walce z demonami, o tę rolę rywalizują Arlen i Jardir, Leesha może zająć wysoką pozycję tylko jako żona lub kochanka któregoś z nich. Arya nie staje się przywódczynią, bo ta pozycja zastrzeżona jest dla Smoczego Jeźdźca – mężczyzny posiadającego władzę nad smokiem. Annabeth jest tylko pomocnicą, bo dzieje będą zależeć od potomków trzech najwyższych bogów (Percy to potomek Posejdona), ona zaś jest córką jedynie Ateny. Kobieta więc skazana jest na przeciętność, życie w cieniu, w drugim szeregu, podczas gdy bohater męski – nawet jeśli początkowo okazuje się słaby – stopniowo rośnie w siłę, ujawnia cechy wybrańca, przywódcy, nowego zbawcy.
    Sukces mężczyzny w powieści przygodowej wiąże się ze zdobyciem niezwykłych umiejętności i wiedzy, przedmiotów czy zwierząt magicznych – Arlen w Malowanym człowieku zna runy, które umożliwiają walkę z demonami, Percy Jackson posiada nadludzką moc dzięki kontaktowi z wodą – żywiołem jego ojca. Will ze Zwiadowców w niedościgniony sposób włada łukiem, Eragon zna magię i posiada własnego smoka. W ich przypadku cechy heroiczne pojawiają się poprzez doskonalenie własnych talentów i umiejętności, zdobywanie nowych kompetencji, słowem poprzez rozwój. Tymczasem w przypadku bohaterek kobiecych ta reguła nie obowiązuje: Leesha, choć zdobywa ogromną wiedzę, staje się jedynie znaną uzdrawiaczką, Annabeth nie ma szansy wykorzystać swojej wiedzy i inteligencji poza zawodami organizowanymi w obozie, Alyss ze Zwiadowców po latach nauki w szkole dyplomatycznej zostaje wysłana z misją, ale jako wsparcie dla Willa, Arya jest kurierką i przewodniczką, bierze udział w wojnie jako łącznik między ludźmi a elfami. Sukces kobiety jest możliwy tylko dzięki rezygnacji, odrzuceniu własnej kobiecości, zaprzeczeniu jej w działaniach i sposobie myślenia. Kobieta, by zwyciężyć, musi przezwyciężyć własne ciało, które w świecie powieści przygodowych przedstawiane jest jako przyczyna słabości, musi też ograniczyć swoją psychikę, przyjąć męski sposób myślenia, bo tylko tak zdobędzie niezbędną siłę. Kobiecość równoznaczna jest tu ze słabością: Nasuada jako przywódczyni zbuntowanych Vardenów w Najstarszym i Brisingrze musi brać udział w walce zbrojnej, by udowodnić swą odwagę, staje też do pojedynku ze współplemieńcem, który przekonany jest, że jako kobietę łatwo będzie ją pokonać. Pojedynek polega na nacinaniu własnych ramion – kto zrobi więcej ran, ten zwycięża ˗ dziewczyna musi więc pokonać niechęć do krwi i wątłość ciała, bo tylko tak pokona wielkiego, umięśnionego wojownika. Podobny los staje się udziałem Renny z Malowanego człowieka  – dziewczyna, wykorzystywana seksualnie przez ojca, wyzwala się z traumy tylko dzięki przemocy, jaką stosuje wobec demonów. Ze słabej, przerażonej dziewczyny staje się silną kobietą pod wpływem Arlena – to on uczy ją walki z demonami, zachęca do działania. Renna przemienia się w wojowniczkę i zapomina o krzywdach z dzieciństwa.   
    Nie miejsce tu, by obnażać artystyczną słabość tych utworów, by rozważać ich fabularną powtarzalność i prymitywizm rozwiązań psychologicznych. Martwi raczej co innego – popularność tych tekstów, w których w sposób groźny i zarazem bezmyślny powtarzane są płciowe stereotypy. Zastanawia też dysproporcja: w powieściach tych, tak nowoczesnych w formie, przedstawiających w alegorycznej formie problemy współczesnego świata, powraca tradycyjny podział płciowy, nie ma też mowy o jakichkolwiek teoriach genderowych. Każdy spełnia te obowiązki, jakie narzuca mu wspólnota i tradycja, nie ma mowy o jakimkolwiek samodzielnym i świadomym wyborze. I tutaj przede wszystkim – nie zaś w niskim poziomie artystycznym, masowym przepracowywaniu wartości kultury wysokiej – kryje się zagrożenie. Bo większe ryzyko wiąże się z wykształceniem kolejnego pokolenia niewrażliwych młodych ludzi, nie dostrzegających potrzeby równouprawnienia, aprobujących męską dominację niż z faktem, że część z nich będzie sobie wyobrażała Aresa jako motocyklistę ubranego w skóry (takie wyobrażenie pojawia się w Percym Jacksonie).
    Za podsumowanie tych rozważań niech posłuży cytat z Brisingra – fragment przysięgi małżeńskiej:
    – Ja, Roran Młotoręki, syn Garrowa, przysięgam na moje imię i mój ród, że będę chronił i utrzymywał Katrinę Ismirasdotter do końca naszych dni. Przysięgam, że będę strzec jej honoru, pozostawać jej wiernym w nadchodzących latach i traktować z właściwym szacunkiem, godnością i łagodnością. I przysięgam, że do jutrzejszego zachodu słońca dam jej klucze swego domostwa i obejścia, a także szkatuły, w której trzymam swą monetę, by mogła zająć się mymi sprawami, jak przystoi żonie(…). – Ja, Katrina, córka Ismiry, przysięgam na moje imię i mój ród, że będę służyć i utrzymywać Rorana Garrowssona do końca naszych dni (…). Przysięgam strzec jego honoru, pozostać mu wierną w nadchodzących latach, rodzić mu dzieci i być dla nich czułą matką. I przysięgam zająć się jego majątkiem i obejściem, zarządzać nimi rozumnie, by mógł skupić się na swych obowiązkach.