Blaise Cendrars, Odcięta ręka i inne wojenne opowieści

Noir sur Blanc 2014

Zbiornica gówna pełna drani
Blaise Cendrars, Odcięta ręka i inne wojenne opowieści
Noir sur Blanc 2014
Mundur, broń, papierosy, czekolada, skórzany plecak, maska gazowa – wszystkie te atrybuty żołnierskie wytwarza cywilizacja. Żołnierz to produkt różnych, często odległych fabryk, zlepek dzieł różnych rąk. W ten paradoksalny sposób Blaise Cendrars opisuje wojnę i żołnierzy tuż po pierwszej wojnie światowej! Wojna z jego perspektywy nie jest jakimś wybrykiem w historii, ale celem, do którego zmierza cały przemysł, cała produkcja tysięcy fabryk. Konflikt zbrojny to spełniony sen fabrykantów, handlarzy i dostawców. Podaję ten jego wniosek na początku, by pokazać, że wojenna opowieść Cendrarsa jest równie nowoczesna co historie Cercasa, Bineta czy Littella.

Cendrars na wojnie walczył tylko przez rok. Urodzony w Szwajcarii, zaciągnął się do Legii Cudzoziemskiej w 1914 roku. W 1915 w czasie ofensywy w Szampanii pocisk oderwał mu prawą dłoń. Trauma wojenna była jednak tak duża, że o doświadczeniach I wojny zaczął pisać 30 lat później, pod koniec II wojny światowej, w czasie dla autora dramatycznym, bo na odnawiający się koszmar wojenny nałożyła się jeszcze żałoba po śmierci jednego z synów (Remy był pilotem wojskowym i zginął w Maroku w 1945 roku).

Cendrars rozpoczynał swoją karierę jako poeta, przez wiele lat właśnie z poezją wiązał duże nadzieje. Dzisiaj jednak, ten pisarz zmarły w 1961 roku, pamiętany jest właśnie dzięki swoim opowieściom wojennym. Tyle faktografii.

Opowieść wojenna Cendrarsa to historia męskiego zaangażowania, honoru i poświęcenia, utrzymana jednak w całkowicie antyheroicznym tonie, szalenie nowoczesna w obrazowaniu. Autorowi udaje się tu łączyć zupełnie skrajne zjawiska: podniosłość i ironię, patos i wylewające się flaki. Poświęcenie dla ojczyzny i rozmowy o panienkach. Opowiada o wielu swoich kolejnych kolegach, każdemu z nich poświęca pewnego rodzaju epitafium (są to często epitafia prześmiewcze, skrajnie realistyczne i obraźliwe), opowiada o odwadze wojennej, z pogardliwą wyższością wymienia tych swoich kolegów-artystów, którzy nie odważyli się walczyć (m. in. Pabla Picassa, Marcela Duchampsa, Francisa Picabię), ale jednocześnie ukazuje wojnę jako całkowity absurd, dowód ludzkiej bezmyślności i okrucieństwa. Uważa, że udział w wojnie to obowiązek moralny wobec świadomie wybranej ojczyzny, ale jednocześnie konflikt ten realizuje się w sposób bezsensowny: pasmo bezcelowych marszów, drążenia okopów, szarżowania na kolczaste druty, ostrzeliwania zza fortyfikacji. Wojna to męska rzecz i męski świat, ale jednocześnie ulgę w tym rzemiośle śmierci niesie wyłącznie kobieta – obozowa kurwa albo matka, której imienia wzywają nadaremno:  

Aż pozostaje tylko jeden, który jęczy na polu bitwy do utraty tchu: „Mamo! Mamo!…”, bo śmiertelnie ranny nie chce jeszcze umrzeć, a zwłaszcza nie tam i nie tak, opuszczony przez wszystkich… i ten słaby instynktowny krzyk, co dobywa się z głębin umęczonego ciała, krzyk, w który się wsłuchujemy, żeby wiedzieć, czy nie ponowi się raz jeszcze, jest tak przerażający, że dajemy salwę w ten głos, aby zamilkł na zawsze… z litości… z wściekłości… z rozpaczy… z niemocy… z obrzydzenia… z miłości, o moja mamo!  

Walka nie ma w sobie nic z godności, nie jest czynnością umysłu, a ciała. Rozgrywa się w ułamkach sekund, gdy wskakuje się do okopu wroga i zadaje cios nożem. To nie jest walka o wolność, lecz o życie, o baryłki z wódką, o cygara. Wojna, w której na linii wroga w noc wigilijną banda rozbawionych legionistów umieszcza patefon, ale podpina do niego kilka wielkich ładunków wybuchowych, które mają rozwalić ciekawskich Prusaków.

Cendrars opisuje zwykłe, szare życie legionistów. Ich codzienną wojenną pracę: długie marsze, wydawanie posiłków, wielodniowe oczekiwanie na ofensywę. Aż wreszcie następuje atak: bieg na setkę, pęd do okopu i wymiana ciosów. Długie oczekiwanie, błyskawiczna kumulacja, która spycha człowieka do poziomu automatu, ciała wykonującego wyuczone czynności, działającego na oślep, instynktownie. Cendrars wydobywa zatem to, co ukrywa cała literatura patriotyczna. Na tym spięciu ciała-automatu i walki o ojczyznę buduje napięcie swojej relacji.

Nad tę opowieścią o męskiej walce nadbudowuje się opowieść o moralności, o tym, że najgorszy w okopach nie jest lęk przed śmiercią, a konieczność czekania. Adrenalina nie pozwala na czekanie, podnosi za to poziom agresji, ułatwia stosowanie przemocy. Młodzi legioniści uczą się tego od starej gwardii.

Zaczynaliśmy w okopach zdychać z nędzy i pohańbienia– pisze Cendrars.

Wojenną zmianę zasad nazywa „moralnością pałki”, a o okopach pisze: „zbiornica gówna pełna drani”.

Nie jest więc to lubiany przez chłopaków świat przygody, nie jest to jednak także wyrafinowany pacyfizm, bo ze stron Cendrarsa – niezwykle plastycznych, obrazowych i konkretnych – czuć smród, o którym opowiada:

Leje po pociskach wypełnione po brzegi jak kubły, brytfanny pełen nieokreślonych rzeczy, soku, mięsa, odzieży i łajna.

Cendrars pokazuje człowieka w formie nagiej, na czynniki pierwsze rozkłada zasadniczy instynkt – instynkt samounicestwienia.   
PS.  O ile Remarque opisywał kwik ginących koni, a o tyle w Odciętej ręce na plan pierwszy wysuwa się rozkładające się ludzkie ciało: brodzenie w błocie, wszy, oderwane kończyny, trupy z poprzednich walk, które wysuwają się z ziemi w czasie kopania nowych umocnień – dla każdego, kto czytał Cendrarsa źródło najlepszych scen z Dracha Twardocha będzie oczywiste.  

Comments

Komentarzy