Obrazki

  • Francuskie perfumy w stalinowskim więzieniu

    Francuskie perfumy w stalinowskim więzieniu

    Strzec się trzeba książek wydawanych „na okazję”. Nad historią miłosną dwojga wojennych konspiratorów osadzonych w stalinowskim więzieniu powinniśmy przestać oddychać.  Tymczasem zabije nas ziewanie.

     

    Angelika Kuźniak, Ewelina Karpacz-Oboładze

    Krótka historia o długiej miłości

    Znak 2018

     

    Nauczona bolesnym doświadczeniem idiotycznych historii z kolejnych tomów „dziewczyn….”, nie powinnam była nawet po tę książkę sięgać. Skusiły mnie jednak nazwiska autorek, bo to dobry duet, świetna firma, która już się sprawdziła przy biografii Ewy Demarczyk. A Kuźniak (poza książkami o Papuszy i Stryjeńskiej) jest też współautorką jednego z najlepszych reportaży, jakie ukazały się w Polsce po 1989 – Mojego warszawskiego szału Włodzimierza Nowaka (relacja niemieckiego żołnierza z tłumienia powstania warszawskiego).

    No i klops. Znów wyszła jakaś laurka, pochwała i zachwyt dla cudzej biografii. Hagiografia świeckich. Od serii o „dziewczynach” odróżnia ją chyba tylko brak patriarchalnych pouczeń o pomocniej roli kobiet w dziejach.

    Krótka historia o długiej miłości to przede wszystkim nie jest reportaż, tylko wybór korespondencji miłosnej dwójki osadzonych przeplatany komentarzem reporterskim. Główni bohaterowie poznają się w 1947 roku w więzieniu, najpierw utrzymują kontakt dzięki stukaniu w ścianę, potem – dzięki listom. Wiesława Pajdak wychodzi na wolność wcześniej, ale szybko trafia do więzienia z powrotem, z nowym wyrokiem. Jerzy Śmiechowski, nazywany tu pieszczotliwie Ju, dość długo o tym nie wie: nie wolno przesyłać poczty między więzieniami, kontaktują się zatem dzięki jego ojcu, który pracowicie przepisuje ich listy, opuszczając te części, które mogłyby pognębić syna. Kilka razy ze sobą rozmawiają, ale zawsze przez kratę, siatkę, odgrodzeni kolejnymi restrykcjami władzy. Widzą się zatem dopiero na własnym ślubie, także zorganizowanym w więzieniu, ich świadkiem jest strażniczka. 

    Wewnętrzna dynamika tej opowieści opiera się na przetrwaniu: bohaterowie nie notują refleksji politycznych, starają się (i zawsze osiągają sukces) nie poddawać rozpaczy, zwątpieniu, lękowi. Nigdy nie idą na jakiekolwiek kompromisy ze sobą i z władzą. Osadzony w Rawiczu Ju. uczy się  intensywnie francuskiego, studiuje ekonomię i filozofię. Ona, nieświadomie, wydaje donosicielce w celi jedną ze swych przyjaciółek, która także trafia do więzienia. Nie dowiadujemy się, czy stało się to dla Wiesławy źródłem wyrzutów sumienia, jakiegoś załamania. Oboje wiedzą, że jeśli poddadzą się psychicznie, nie wyjdą z więzienia, korespondencja i ich miłość służy zatem temu, by znaleźć jakiś punkt oparcia, jakąś wartość niezależną od systemu komunistycznego.

    Autorki popełniają tu błąd, który wydaje się właściwy wszystkim popularnym opowieściom non fiction o historii. Otóż z uporem wartym lepszej sprawy wygładzają kanty, prostują różne splątane wątki. Chcą opisać dramatyczną historię miłosną, a jednocześnie uładzają to wszystko, co wychodzi poza schemat grzecznej, pocieszycielskiej bajki dla naiwnych dorosłych. Kuźniak zamienia się w nową Rodziewiczównę. A do wygładzenia to jest sporo, potencjał dramatycznych bardzo duży: bohaterowie wywodzą się z różnych środowisk politycznych, w czasie wojny obracali się w radykalnie innych kręgach – ona należał do NSZ, ona przewoziła pocztę Cyrankiewicza (a więc PPS). Ojciec Wiesławy zostaje aresztowany przed nią, sądzony w Moskwie, skazany potem na pobyt w łagrze, o czym córka nie wie, choć usilnie stara się zdobyć jakiekolwiek informacje. Wojenna przyjaźń z Cyrankiewiczem nie pomaga, wieczny premier odwraca się od rodziny Pajdaków. Matka Wiesławy, a żona Antoniego popełnia samobójstwo w areszcie, zamęczona psychicznie przez śledczych, przekonana, że nigdy nie zobaczy córki i męża. Ale nic to, autorki wtrącają tę historię w jednym akapicie. Ju., osadzony i zakochany, dla Wiesławy się rozwodzi. Ale to także nie jest temat godny bliższego roztrząsania. Wszystkie te głębiny przechodzimy suchą stopą, byle  dalej, ku happy endowi.

    Litościwym milczeniem trzeba pominąć kontekst historyczny, którego w tej książce brakuje, bo ktoś (autorki lub wydawnictwo) wyszedł z założenia, że romans ma być czysty, niezmącony jakimiś odniesieniami do rzeczywistości stalinowskiej, że nie przemówią one do czytelników tego rodzaju literatury. Autorki co jakiś czas przerywają swoimi komentarzami narrację epistolarną, nie robią tego jednak po to, by zwiększyć realizm, zarysować konflikt, pokazać tło, ale by streścić fragmenty historii, która nie została zapisana. Nie dowiadujemy się niczego na temat warunków więziennego życia kobiet, a te, jak pokazują różne studia historyków, były szczególnie trudne i to właśnie codzienne życie w brudzie, bez środków higienicznych stanowiło prawdziwą torturę, łatwiejszą do zniesienia dla mężczyzn. Z tej książki też nie poznamy licznych subtelności epoki, na przykład dlaczego Różański ze szczególną nienawiścią odnosi się do Śmiechowskiego jako członka NSZ – chodzi wszak o antysemityzm tej organizacji, a takiej brzydkie treści nie mogą trafić do budującej historii o wiecznej miłości.

    To paradoks zasługujący na dłuższy tekst: polska literatura, tak absolutnie rozkochana w historii, nie potrafi opowiedzieć o rzeczywistych postaciach, nie potrafi dać czytelnikowi dobrej opowieści o tzw. zwykłych ludziach. Z czego to wynika?

     

     

     

     

  • Drugi rok stworzenia

    Drugi rok stworzenia

    Dlaczego Åsbrink jest lepsza od Grzebałkowskiej? Bo nie jest taka ckliwa, więcej w niej moralnego oburzenia, wytyka grzechy Europie. Nie tyle współczuje człowiekowi, ile pokazuje, jaki jest głupi.  Dlatego.

    Elisabeth Åsbrink, 1947. Świat zaczyna się teraz

    Wydawnictwo Poznańskie 2017

    Dwa lata temu wyszła w Polsce książka 1945 Magdaleny Grzebałkowskiej – otóż Åsbrink ze swoim 1947 jest dużo lepsza. Grzebałkowska pozostawia dużo więcej niedosytu niż satysfakcji, jest ilustracyjna, jakby rok końca wojny można było przedstawić w kilku prostych obrazkach. Można polecić znajomym z Indiany albo Borneo – gdyby bardzo chcieli się czegoś dowiedzieć o tym, co się działo w Polsce i jednocześnie nie znali w ogóle nic nie wiedzieli o Europie połowy wieku.

    W najnowszej reporterskiej książce Åsbrink chodzi o to, żeby opisać świat i jego wstrząsy z 1947 roku. Przecina ona historię w poprzek, zbiera wydarzenia z różnych krajów, pokazuje je w układzie miesięcznym.  Mamy zatem 3 wpisy o Polsce, wiele o Palestynie i sporze o nowe państwo, Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Węgrzech, Francji, Niemczech. Pojawiają się fragmenty liryczne: poświęcone romansowi Simone de Beauvoir z Nelsonem Algrenem z okresu, gdy przymierzała się do napisania Drugiej płci, widzimy Nelly Sachs piszącą po ciemku, przy stole kuchennym swe kompletnie inne wiersze, pogrążoną w samotności, osobną. Jest tu też mnóstwo wojny, konfliktów politycznych – czytelnik wcale nie ma wrażenia, że obcuje z opisem jakiegoś spokojnego, powojennego okresu. Wielka Brytania w ciągu jednego tygodnia porzuca swe kolonie w Palestynie i Indiach, odmawia pomocy Grecji i Turcji. W Indiach narasta wojna domowa na podłożu religijnym, której ofiarami w olbrzymim stopniu stają się kobiety (mordowane przez wszystkie zwaśnione strony, bo chodzi przecież o całkowitą eksterminację wrogiej grupy etnicznej). Stany Zjednoczone nie otwierają granic przed Żydami uciekającymi z Europy, uznając, że taka fala emigracji zachwieje gospodarką. Świetnie trzyma się segregacja rasowa, nawet w Hollywood, powoli zaczyna się nagonka na amerykańskich komunistów. W Rumunii i na Węgrzech narasta fala aresztowań politycznych, morduje się przywódców opozycji, w Polsce tylko jej szeregowych członków, a przywódcę nakłania do ucieczki za granicę. Przez Europę przetaczają się kolejne fale uchodźców – żydowscy uciekinierzy maszerują wzdłuż tych samych torów, którymi kilka lat wcześniej ich krewni jechali do obozów koncentracyjnych. Rozpoczynają się kolejne procesy nazistów, Rafał Lemkin próbuje przekonać prawników, by zaczęli używać pojęcia ludobójstwa, bo nie ma kategorii, która opisywałaby to, co się wydarzyło w czasie wojny. Amerykanie nie mają ochoty na nowe procesy, ale okazuje się, że trzeba przeprowadzić jeszcze jeden – przeciwko Einsatzgruppen, bo w ruinach kwatery głównej Gestapo znaleziono właśnie dokumenty potwierdzające zbrodniczą działalność tych jednostek. Alianci mówią tylko o tych obozach, które sami wyzwalali: dla Brytyjczyków symbolem jest Bergen-Belsen, dla Amerykanów – Dachau, nikt nie wspomina o Auschwitz, nie zna nazwy Bełżec. Romowie nie są jeszcze uznani za ofiary Zagłady, nikt o tym nie mówi – widać wyraźnie zatem, że autorka buduje swą opowieść jako rodzaj wspomnienia, którego brakuje cywilizacji, przywołuje początki pewnych ruchów, koniec innych, pokazuje, jak kształtowała się pamięć, jak budowano świadomość takich zjawisk, które dzisiaj są dla nas oczywiste.

    Nie oszukujmy się, książka Åsbrink też nie jest bez wad, a główną stanowi chyba brak czytelnych przypisów, łatwe i płynne przejścia między kolejnymi rozdziałami, kiedy nie wiemy do końca, co jest prawdą, a co fantazją. Znajdziemy tu wiele takich momentów, portretów psychologicznych, przemyśleń postaci historycznych i ich wątpliwości – i nie dowiemy się, czy powstały one na podstawie konkretnych źródeł czy wczucia się autorki. Nie udało mi się połączyć ostatniego rozdziału zwierającego bibliografię i listę odniesień z poszczególnymi partiami książki. Sprawę ułatwiłyby przypisy w tekście, ale wiemy, że nie lubią ich polscy wydawcy, którym wydaje się, że nie lubią ich polscy czytelnicy…

    Åsbrink udaje się uniknąć jednego z poważniejszych błędów 1945: potrafi z małych fragmentów zbudować szeroką panoramę, nie tnie swej opowieści na osobne historie. Dlatego też w sumie bardzo ciekawi mnie, co napisze Aleksandra Boćkowska, składająca książkę o jednym tylko dniu 4 czerwca 1989 roku. Czy takie ograniczenie, zawężenie pola wyjdzie na dobre? Zobaczymy.

    W tej opowieści o drugim roku powojennym widać szkic, potężnych rozmiarów rysunek dowodzący, że w 1947 słabo potrafiono jeszcze rozpoznać konsekwencje wojny, spierano się nad jej przyczynami i skutkami. Upłynęło zbyt mało czasu, by można było ogarnąć to, co się stało, a równocześnie w Europie władzę w różnych instytucjach wciąż sprawowali ludzie, którzy wywołali zdarzenia wojenne. Po drugie, to także wielkie oskarżenie moralne – pod adresem tych państw, których z reguły nie obciąża się jakąkolwiek odpowiedzialnością, tymczasem Åsbrink pokazuje tu amerykańską paranoję, naiwność młodego ONZ-u, dzielącego Palestynę, okrucieństwo Wielkiej Brytanii zarówno wobec mieszkańców kolonii, jak i Żydów próbujących uciec do Palestyny. Obojętność Szwecji, która pozwala na działanie białego szlaku, sieci kontaktów przerzutowych służących byłym pracownikom III Rzeszy do ucieczki do Ameryki Południowej.

    Tego oskarżenia moralnego brakowało mi właśnie u Grzebałkowskiej, która wolała iść w autentyzm życia w 1945 i współczucie dla ofiar wojny. Tymczasem Åsbrink pokazuje, że ofiary wojny wcale nie przestały nimi być, gdy skończyła się zawierucha, świat nie odniósł się do nich ze współczuciem, a szlaki uchodźcze zaroiły się nowymi wędrowcami. Tutaj mamy emocje, zderzanie pozornego chłodu autorki z obrazami wielkich niesprawiedliwości społecznych i etnicznych, partie opisowe i śledcze, liryczne i ironiczne. Ważny jest właśnie ten mechanizm polityczny zahaczający o cały świat – to wniosek w sumie banalny, ale u Grzebałkowskiej poszczególne rozdziały, wątki i zdarzenia i nie łączyły się w jeden fresk, wszystko działo się równolegle, poszatkowane na osobne rozdziały. Åsbrink próbuje pokazać, jak wojna poruszyła całym światem, wysadziła go z orbity, wywołała jeszcze większe wstrząsy. Wolę 1947 od 1945.

     

  • Podsumowanie 2017

    Podsumowanie 2017

    Co było ważne i dobre, ale też, czego nie warto czytać. Lista subiektywna, długa i jak się zaraz okaże – niesprawiedliwa.

    Dawnej starałam się trzymać ograniczać do jednej książki danego wydawcy, ale taka praktyka nie zdaje rezultatu, więc w tym roku sięgam tylko po tytuły. Robię tę listę także ze świadomością, że takie topki są bez sensu, a z książkami można zrobić dużo więcej rzeczy niż szeregować. Ten wpis jest bardziej dla bibliotekarzy, nauczycieli i wszystkich tych, którzy chcą zobaczyć, czy przeoczyli coś ważnego.

     

    Książki najlepsze, najciekawsze, warte, by do nich wracać, ważne będą nie tylko w roku wydania:

    1. Sacha Batthyany, A co ja mam z tym wspólnego, Czytelnik, przekł. Emilia Bielicka
    2. Anna Bikont, Sendlerowa, Wydawnictwo Czarne
    3. Aleksandra Boćkowska, Księżyc z peweksu, Wydawnictwo Czarne
    4. Stanisław Grochowiak, Wiersze zebrane, Wydawnictwo Warstwy
    5. Mikołaj Grynberg, Rejwach, Nisza
    6. Roman Honet, ciche psy, Biuro Literackie
    7. Jarosław Kamiński, Tylko Lola, WAB
    8. Alexander Kluge, Nalot na Halberstadt 8 kwietnia 1945, Ossolineum, przekł. Arkadiusz Żychliński
    9. Antije Krog, Ciało ograbione, Wydawnictwo Literackie, przekł. Jerzy Koch
    10. Renata Lis, Lesbos, Sic!
    11. Piotr Rypson, Czerwony monter, Karakter

     

    Czego nie czytać, nie kupować, nie dawać w prezencie? Czyli książki najgorsze

    1. Antologii eseju, pod red. Jana Tomkowskiego, Ossolineum
    2. Joanna Bator, Purezento, Znak
    3. Chomątowska, D. Gruszka, D. Lis, U. Pieczek, Jakoś to będzie. Szczęście po polsku, SIW Znak
    4. Ignacy Karpowicz, Miłość, Wydawnictwo Literackie
    5. Monika Piątkowska, Śledztwo biograficzne, SIW Znak
    6. Zygmunt Miłoszewski, Jak zawsze, WAB
    7. Paweł Smoleński, Akcja Wisła, Wydawnictwo Czarne

     

    A oprócz tego ukazało się wiele książek dobrych, po które sięgniemy, jeśli uda nam się wyciągnąć głowę spomiędzy kolejnych zapowiedzi i nowości. I bardzo wiele słabych, przeciętnych, źle napisanych, robiących z czytelnika idiotę, wyciśniętych pod przymusem umowy wydawniczej.

     

  • Mistrzowie ciętej riposty (wypisy)

    Mistrzowie ciętej riposty (wypisy)

    Korespondencja pisarzy nigdy nie staje się hitem sezonu, ale powinni po nią sięgnąć wszyscy ci, którzy chcą pisać. Zwłaszcza jeśli jest to korespondencja dwóch takich autorów. Neuroza, kariera, rozpacz.

    Sławomir Mrożek, Leopold Tyrmand, W emigracyjnym labiryncie. Listy 1965-1982

    Wydawnictwo Literackie 2017

    Mrożek mówi coraz rzadziej, pozostają nam stare jego teksty, a warto do niego wracać ze względu na umiejętność zdystansowania się do świata, surowość oceniania siebie i otoczenia, jakąś przerażającą trzeźwość spojrzenia.

    W tej korespondencji widać, że Tyrmand jest jego równym partnerem, w niczym nie ustępuje Mrożkowi, także jeśli chodzi o sposób pisania – precyzyjnego, chłodnego, często okrutnego, bardzo złośliwego.

    Ich wymiana jest cyniczna, melancholijna i depresyjna, ale nie można się od niej oderwać, zwłaszcza gdy zdejmują rękawice i charakteryzują środowiska polonijne na emigracji, ostro oceniają artystów, pisarzy, aktorów. Kłócą się z wydawcami i dyplomatami. Wyjaśniają swoje koncepcje artystyczne, wadzą się ze swoją tożsamością – polską i żydowską, a przecież każdy próbował zabić w sobie przynależność narodową, bo obaj uznawali ją za wąską, duszącą kategorię.

    Jest to także wymiana niezwykle czuła i przyjacielska, Tyrmand zaczyna swoje listy „Mrożku-Kochanie”, a podpisuje je często „tfuj L”. Udzielają sobie wsparcia, bo obaj trafiają na Zachód właściwie bez pieniędzy i z małą ilością znajomości, muszą sobie zbudować życie na nowo, muszą wyrabiać kontakty, walczyć o publikacje i inscenizacje.

    Konkrety:

    Tyrmand do Mrożka:

    Aktorzy są dobrzy, ale nieco mierni – pisze Tyrmand do Mrożka po przedstawieniu Axera w 1969 roku. Samo przedstawienie jest nienajgorsze, ale trochę żadne.

    Z literaturą chyba skończę zupełnie, nie przyniosła mi niczego oprócz polskich złotych, czyli waluty nikczemnej, i mnóstwa rozczarowań. W związku z tym nie martwi mnie brak cugu pisania. (1965)

    Recenzując sztukę Vatzalv Mrożka, pisze: Ale wiesz, takie rady to na chuj – pisałeś, tak Ci się skomponowało i nie ma co w tym grzebać (1969).

    Twoje wrażliwości zawsze wydawały mi się pokrewne moim, z tym zastrzeżeniem, żeś Ty nie tylko wyrażał i bronił ich inaczej, lecz także, że przynajmniej w polskim zakresie potrafiłeś wywalczyć dla nich szacunek – co mnie zostało raczej brutalnie odmówione (1977)

    Mrożek do Tyrmanda:

    Gdybyś, rezygnując z literatury (…), założył jakieś ciekawe przedsiębiorstwo, jakiś handelek żywym towarem, jakieś wydobycie „srebrnej floty” czy nawet pojedynczego galeonu, jakaś mała broni dostawa, pamiętaj o mnie. Mogę być portierem, oskrobywać monety z wodorostów i adresować paczki. (1965)

    Dotychczas kapo był zagadnieniem z psychologii jednostki, teraz pojawiły się narody: kapo (1968) – to chyba najostrzejsze i najbardziej lapidarne określenie klimatu w Polsce po Marcu 1968 roku, z jakim się spotkałam.

    Jak wiesz, jestem człowiekiem emocjonalnym i raczej gwałtownym, dzięki czemu wiele rozmyślam o rozwadze i trzeźwości (1968).

    Co wieczora na Dworcu Gdańskim odbywają się wyjazdy. Publiczność podzielona na dwie grupy: ci, którzy żegnają; ci, którzy obserwują, kto żegna. Smutni panowie konwojują od niechcenia aż do granicy. Dom, z którego następuje „wyprowadzenie” na Dworzec Gdański, jest pod obserwacją już od rana. Od „strzemiennych” ludzie stają się nieostrożni i znana jest anegdota (…), gdy ktoś napity, kto przyszedł odprowadzać, krzyczał na dworcu: „Gdzie jest ten pociąg do Treblinki”. Interweniowano (1969).

     

     

  • Zrób sobie lewackie święta

    Zrób sobie lewackie święta

    W tym sezonie ukazało się kilka ciekawych książek – wszystkie o tzw. lewicowej orientacji. To dobry pomysł na świąteczną lekturę, z kolędami i choinką w tle. A Jaś Kapela, którego książkę czytałam jeszcze kilka dni temu jak ostrą satyrę, przestaje być satyryczny i po zwrotach politycznych z ostatnich kilku dni staje się lekturą super-realistyczną.

    Niedługo wszyscy będziemy krzyczeć na ulicach:

    Wolność to nie jest bukietów kwiatów,
    który dostaniesz od rodaków
    za lat wysługę i postępy
    we wprowadzaniu w kraju nędzy.  

    (Jaś Kapela, Modlitwy dla opornych, Ha!art 2017)

     

    To nie jest podsumowanie.

    Podsumowanie będzie po świętach, gdy wyjdę z otępienia cukrem.

  • Wielka sztuka, małe życie

    Wielka sztuka, małe życie

     

    Eseje Yeatsa trzeba przeczytać z trzech powodów: po pierwsze – wielkim poetą był; po drugie – w Polsce jest słabo znany, a to trochę wstyd; po trzecie – dobrze odtruć się za pomocą tekstu z innej epoki. Wejść w inny kontekst, inny słownik.

     

    William Butler Yeats, Eseje

    Przeł. Leszek Engelking

    Officyna 2017

     

    Leszek Engelking zebrał tutaj 17 esejów Yeatsa, które powstały na przełomie XIX i XX wieku. Wielką zaletą jego przekładu jest użycie współczesnego języka, usunięcie właściwej epoce stylizacji młodopolskiej. Czytam więc Yeatsa uwspółcześnionego, tłumaczonego poza kontekstem epoki – nie ma strachu jednak, rzeczowniki przypominają, kiedy powstały oryginały. Yeats pisze dużo o magii, czarodziejskich wyspach literatury, duchowej tęsknocie, niewidzialnym życiu, objawieniu, szczerości wyobraźni itp. – zjawiskach, przy których tylko twardzi zwolennicy modernizmu nie zamykają książki.

    Wskazuję jednak rolę przekładu dlatego właśnie, że język, jakiego Engelking użycza tu Yeatsowi, bardzo łatwo pozwala wyjść czytelnikowi poza ten słownik rodem z Przybyszewskiego i znaleźć w esejach irlandzkiego poety świetne rozważania na temat sztuki, jej miejsca w życiu społecznym i narodowym, relacji między różnymi rodzajami sztuk, a także – co dzisiaj wydaje się szczególnie ważne z perspektywy rynków wydawniczych – ironiczne przemyślenia na temat języków mniejszości i większości (odbiorców). Yeats, pisząc o poezji ludowej twórców romantycznych i sobie współczesnych, formułuje nagle dwa całkowicie nowoczesne wnioski: pyta o społeczne pochodzenie tych poetów i konstatuje, niczym urodzony marksista, że żadne z nich nie wywodził się z ludu, rozważa zatem sprawę wykształcenia, ale też autentyczności poezji, możliwości przedstawiania pewnych problemów i tradycji w literaturze. Interesuje go właśnie to, jak poeci, sięgając po mity, legendy ludowe, tradycyjne pieśni, fingują szczerość, stylizują się na prostaczków, choć pochodzą z wyższych, wykształconych warstw.

    Złym smokiem w tej pięknej baśni o literaturze Yeatsa jest postęp, rozwój cywilizacyjny i nauka. To one odpowiadają za „obumieranie ludzkich serc”, powodują też, że pogrzebaliśmy wyobraźnię. Yeats marzy o powrocie magii, „wczucia”, metafizyki, religii.

    Odrzucenie opisów przyrody w imię samej przyrody – to jeden z jego postulatów.

    Oczywiście kompletnie się z nim nie zgadzam, ale nie wiem, czy on sam byłby zadowolony, gdyby zobaczył, że w dzisiejszej kulturze właśnie „magia” i „wczucie” odpowiadają za większość tekstów nieautentycznych, nieudolnych, pisanych w pocie czoła przez  nieuków.

    Drugą sprawą, którą Yeats w swych esejach uważa za oczywistą, a dzisiaj stanowi ona temat istotnych dyskusji, jest przekonanie o autentyczności i wewnętrznym, naturalnym ładzie sztuki:

    Gwałtowna energia, która wszystko uporządkuje, jeśli tylko to wszystko pochodzi ze szczerego serca.

    Jakby to powiedzieć delikatnie: no, hell no. Dawno już nie widziałam w literaturze „szczerego serca”, a nawet jeśli się ono pojawia, to gwarantuje nam nieuporządkowany strumień emocji, które dopiero ręka redaktora musi uregulować.

    I trzeci wątek ważny dla Yeatsa, który dzisiaj można wydobyć: rozważania warsztatowe dotyczące takiego konstruowania tekstu, by opowiadał on o zjawiskach wielkich i trudno uchwytnych:

    Nie może być wielkiej sztuki bez małego, ograniczonego życia fabuły, która jest tym lepsza im prostsza oraz bogatego, idącego daleko, wieloobrazowego życia tylko na wpół widzianego świata poza nią.

    Yeats chce zatem takiego montażu w obrębie tekstu, by maksymalnie prosta historia odsyłała w sposób ukryty i nieoczywisty do jakiś treści głębszych. Powołuje się na Balzaka, Flauberta i Maeterlincka. Od razu przychodzi też na myśl przykra kontra, bo współczesna literatura polska robi na odwrót: kaszaloty szybują po niebie, autorka romansów wyjeżdża do hotelu-spa w Ząbkowicach Śląskich, stare małżeństwo młodnieje i przenosi się do skolonizowanej przez Francuzów Polski lat 60. itp., itd. Nie da się streścić rozbudowanych fabuł, natomiast spokojnie można w jednym zdaniu opowiedzieć o zawartości światopoglądowych tych powieści. Co potwierdza tylko moje przekonanie o ich miałkości i pustosłowiu.

    Te eseje Yeatsa, z którymi można się kłócić albo zgadzać, opierają się na jednym zasadniczym i ważnym dzisiaj założeniu: nie ma nic bardziej serio od literatury, nie ma niczego ważniejszego, co mocniej wiązałoby się z życiem. Amen.

     

    Przyznam, że do Yeatsa mam słabość od liceum, ze względu na jego poezję. Wracam do niego jak do starego, ale zapomnianego, dawno go nie czytałam. Odkrywam jednak nowe powody do sympatii: Yeats nienawidzi poezji śpiewanej!

    Po cóż pisać piosenkę miłosną, jeśli śpiewak zamiast „miłość” wymawia „miło-o-o-o-o-ść”.

    He he.