Tag: Znak

  • Zwijanie waty

    Zwijanie waty

    Aleksandra Młynarczyk-Gemza, Zapiski wariatki

    Znak 2022


    „Moje życie to w dużej mierze praca opiekuńcza nad samą sobą. Muszę zawozić schizofreniczkę we mnie do lekarza orzecznika ZUS, umawiać ją do psychiatry i psychoterapeuty. Pilnować, żeby zawsze miała siłę tam iść, albo zadzwonić i odwołać wizytę. Muszę podawać jej leki, kontrolować dawki, uspokajać, ale też znajdować dla niej domy, dbać o to, by nie przestraszyła rodziny, miała przyjaciół i nie robiła głupot na Facebooku. Nie mówiąc już o tym, że muszę opłacać wynajem mieszkania i chodzić po zakupy do Biedronki. A ona wolałaby mieć wizje i żyć nimi, bez zbędnego zamieszania, bez bzdurnej codzienności” – pisze Aleksandra Młynarczyk-Gemza o swojej neuroróżnorodności.

    Jestem sprytna, bo mam plik – a zatem liczę szybko, że „schizofrenia” pojawia się tylko 4 razy nazwana wprost, bo w gruncie rzeczy nie jest to wcale spowiedź schizofreniczki, ani opowieść o życiu w chorobie. To jest raczej historia dziewczyny z chorobą – pozornie niewielkie przesunięcie akcentów sprawia, że w inne strony rozwijają się tu wątki. Bo zamiast powieści-manifestu, autobiografii podporządkowanej potrzebom walki o prawa osób neuroróżnorodnych, Młynarczyk-Gemza oddaje tekst dość intymny, niepoprawny, z którego odpowiednie tendencyjne partie trzeba sobie wyłuskać, jeśli się bardzo tego chce. 

    Nie będę pisać, że to jest opowieść o wrażliwej młodej dziewczynie i że ta historia ma wymiar uniwersalny, bo tak nie jest – bohaterka Młynarczyk-Gemzy nie jest żadnym damskim odpowiednikiem Wertera, raczej też nie przypomina Sylvii Plath. Co więcej, wskazywanie w neuroróżnorodności elementów uniwersalnych byłoby próbą jej umniejszania i lekceważenia. Bohaterka Młynarczyk-Gemzy próbuje tutaj negocjować życie na swoich zasadach: sama staje się przedmiotem własnej troski, musi o siebie zadbać – co potrafi zupełnie na chłodno ocenić, wylicza też koszty owej troski, długi czas, jaki pochłania, ale nie jest to w żaden sposób bilans strat – raczej logiczna i dość chłodno przeprowadzona operacja. I choć o samej schizofrenii pisze rzadko, rzadko ją nazywa, to jednocześnie większa część jej dylematów dotyczy życia z orzeczeniem F.20: jaką część tabletki należy spożyć, żeby ograniczyć ciężki sen z 10 godzin do 8, a jednocześnie ściszyć głosy rozlegające się w głowie? W jaki sposób poradzić sobie ze specyficznym wstydem matki, przekonanej, że jej córka to porażka życiowa? Jak poprosić koleżankę, by zgasiła światło w nocy we wspólnym pokoju.

    Ta autoanaliza, psychologia kogoś, kto nieustannie sam się diagnozuje, świetnie uzupełnia się z zupełnie przyziemnymi rozważaniami na temat pracy, utrzymania, zakupów, całej tej waty, która zajmuje wszystkim większą część dnia. Bohaterka Młynarczyk-Giemzy próbuje zwinąć ciasno tę watę, a ma z tym o tyle kłopot, że to właśnie owa wata wycisza, przytępia jej chorobę. I to ciasne zwijanie ujawnia się tu równie często, jeśli nie częściej niż sama schizofrenia i próby oporządzenia jej w życiu: poszukiwanie pracy, która umożliwiłaby użycie artystycznego wykształcenia, a nie była posadą świetliczanki szkolnej, ani nie wycinaniem z papieru znaczków na 11 listopada, wynajmu mieszkania, przemieszczania się, rozmów z ludźmi, którzy często nie widzą, jak bardzo sami w sobie są zatopieni (choć są zdecydowanie neurotypowi). Do tego dochodzi kupowanie psiej karmy, czyszczenie roweru, płacenie rachunków, zabiegi kosmetyczne, bo twarz wydaje się – obsesyjnie – coraz starsza. 

    Ważny jest tu i ton autorki, intymny, osobisty, bo nie rości sobie ona tu prawa do normalizowania czegokolwiek, a najmniej do definiowania, choć z pewnością zaliczyć można „Zapiski wariatki” do prozy tożsamościowej. Młynarczyk-Gemza nie opiera się na przekonaniu, że w ten sposób właśnie wygląda życie każdej osoby neuroróżnorodnej, że z jej doświadczeń można wyciągnąć jakieś uogólniające wnioski. To jest historia tylko o niej i na tym chyba właśnie polega największa siła jej opowieści. 




  • Tyle wiemy o sobie

    Tyle wiemy o sobie

    Gregor Ziemer, Jak wychować nazistę. Reportaż o fanatycznej edukacji

    Przekład: Anna Dorota Kamińska

    Znak 2021

    Nie chciałam pisać o tej książce, bo wydawało mi się, że nic nowego już nie da dodać się do tematu źródeł i mechanizmów faszystowskiego zła. Ale kiedy kilka tygodni temu jeden ze strażników pilnujących szczelności polskiej granicy na oczach spragnionych uchodźców wylewał wodę mineralną na ziemię, a w tym tygodniu zatrzymano w Krakowie kredę, której dzieci używały do rysowania przed siedzibą PiS, odkryłam jednak z rozpaczą, że ciągle nie przerobiliśmy tej lekcji jak należy.  

    No więc Ziemer pokazuje w swoich zapisach, jak hodowano młodzież w Niemczech pod koniec lat 30.: wszyscy muszą należeć do jakichś organizacji nazistowskich, bo czas wolny i niezależność nie sprzyjają wzmacnianiu zbiorowych wartości, młodzi nie zrzeszeni traktowani są zaś jak wrogowie i przestępcy. Odwróceniu uległy konserwatywne wartości: zachęca się młodzież do przed- i pozamałżeńskiego seksu, bo państwu najbardziej zależy na materiale genetycznym, trzeba się mnożyć na potęgę. Chłopcy będą żołnierzami, dziewczyny urodzą żołnierzy. Rodzina ma wartość na tyle, na ile jej członkowie angażują się w ruch państwowy. Ale uczy się w szkołach też rzeczy praktycznych, przygotowując młode pokolenie na trud wojenny: jak ugotować obiad za grosze, jak wykorzystać resztki, jak prowadzić dom w stylu spartańskim. 

    Ta przyziemna, ciężkawa strona życia nikogo jednak nie razi, bo młodzi wierzą w mit, śpiewają pieśni ku czci niedawno zamordowanych męczenników, ćwiczą ciało, odbywają nocne rytuały przy pochodniach, stają się jednocześnie Zygfrydem i Jezusem, każdy ma gen zbawiciela narodu niemieckiego. Jezus zresztą to zły przykład, bo wszystkie święte księgi się pali w czasie ceremonii umacniania nowego porządku. I choć kilka osób milknie, gdy agitator rzuca na stos Biblię, to jednak nikomu nie przychodzi do głowy go powstrzymać. 

    Autor tych wszystkich historii przebywał w Niemczech pod koniec lat 30. jak dyrektor Szkoły Amerykańskiej i to pozwalało mu na podróżowanie po kraju i obserwowanie sposobów nauczania. Nie jest to jednak opowieść do końca pełna, lecz pełniejszej nie dostaniemy: młodzi Niemcy, wychowani w absolutnym posłuszeństwie, obawiają się pokazywać obcemu, czym się zajmują, wyjaśniać mu znaczenie swoich rytuałów. Czują, że to ktoś spoza, kto ich nie zrozumie i może wykorzystać zdobytą wiedzę przeciwko nim. 

    Mnie jednak co innego zastanawia – opowiadałam już o tym trochę w live na Instagramie – skąd wzięli się wszyscy fanatyczni pedagodzy, wszystkie te przerażające nauczycielki eugeniki, wykładające w instytutach dla panien teorie rasowe, zachęcające do prokreacji na chwałę Hitlera, cytujące z pamięci obszerne fragmenty „Mein Kampf”? Hitler zdobył władzę w Bundestagu w 1933 roku, kilka lat wcześniej nazistowski pucz w Monachium nie powiódł się, NSDAP rozwiązano, a samego Hitlera skazano na 5 lat więzienia. Czyli wystarczyło jakieś 15 lat, by przeorać całkowicie społeczeństwo, by zindoktrynować pokolenie średnie do tego stopnia, że z przekonaniem podjęło ono obowiązek kształcenia młodzieży urodzonej w okolicach puczu. 

    I to jest dla mnie najbardziej przerażający wniosek, ta wiedza o krótkim okresie, który wystarczy, by całkowicie odmienić oblicze społeczeństwa, by je zradykalizować, nauczyć fanatyzmu, wdrukować poczucie słuszności. 

    Dawno nie czytałam książki tak starej i jednocześnie aktualnej, komentującej tak dokładnie rzeczywistość za oknem. 

     

  • 5 najlepszych książek na koniec lata

    5 najlepszych książek na koniec lata

    Zanim nas dopadnie melancholia końca lata i wszyscy będziemy czytać opowiadania Iwaszkiewicza. Albo też zanim dopadnie nas biegunka wydawnicza towarzysząca jesieni i targom książki, do lektury poleca się najlepsze książki, które ostatnio się ukazały:

     

    1. Krzysztof Kamil Baczyński, Ten czas. Wiersze zebrane, wyd. Prószyński i S-ka – zupełnie inaczej czyta się Baczyńskiego, gdy popatrzymy na nie przez pryzmat jego żydowskiego pochodzenia. Nagle okazuje się, że nie chodzi tylko o dylematy moralne, ale też o głębokie poczucie obcości. Na okładce pojawia się wyświechtana fraza o „tragedii pokolenia” – cóż, ta książka pokazuje inny wymiar tej tragedii. Bolesna lektura.
    2. Andrzej Bursa, Dzieła (prawie) wszystkie, wyd. Znak – nie wiem, jak to uzasadnić, bo za każdym razem, jak sięgam po tę książkę, żeby znaleźć jakiś konkretny powód, tekst mnie wciąga i nie pamiętam, dlaczego zaczynałam czytać.
    3. Louis Edouard, Historia przemocy, Pauza (przekł. Joanna Polachowska) – o gwałcie, poniżeniu, kompleksie ofiary. Nie ma znaczenia, że dotyczy środowiska homoseksualnego, ale w Polsce powinna ta powieść zadziałać jak pigułka przeczyszczająca.
    4. Katarzyna Wiśniewska, Tłuczki, wyd. Nisza – o przemocy w rodzinie, pedofilii, podporządkowaniu. Trudna powieść o reprodukowaniu schematu ofiary w ramach jednej rodziny.
    5. Ebba Witt-Brattstrom, Miłosna wojna stulecia, wyd. Lokator (przekł. Justyna Czechowska)  – o rozpadzie małżeństwa z długim stażem. Poemat/dramat o poniżeniu, samotności, nienawiści i pogardzie. Przygnębiająca historia o tym, jak rozchodzą się inteligenci.

    Zdjęcie:  Kinga Cichewicz on Unsplash

  • Francuskie perfumy w stalinowskim więzieniu

    Francuskie perfumy w stalinowskim więzieniu

    Strzec się trzeba książek wydawanych „na okazję”. Nad historią miłosną dwojga wojennych konspiratorów osadzonych w stalinowskim więzieniu powinniśmy przestać oddychać.  Tymczasem zabije nas ziewanie.

     

    Angelika Kuźniak, Ewelina Karpacz-Oboładze

    Krótka historia o długiej miłości

    Znak 2018

     

    Nauczona bolesnym doświadczeniem idiotycznych historii z kolejnych tomów „dziewczyn….”, nie powinnam była nawet po tę książkę sięgać. Skusiły mnie jednak nazwiska autorek, bo to dobry duet, świetna firma, która już się sprawdziła przy biografii Ewy Demarczyk. A Kuźniak (poza książkami o Papuszy i Stryjeńskiej) jest też współautorką jednego z najlepszych reportaży, jakie ukazały się w Polsce po 1989 – Mojego warszawskiego szału Włodzimierza Nowaka (relacja niemieckiego żołnierza z tłumienia powstania warszawskiego).

    No i klops. Znów wyszła jakaś laurka, pochwała i zachwyt dla cudzej biografii. Hagiografia świeckich. Od serii o „dziewczynach” odróżnia ją chyba tylko brak patriarchalnych pouczeń o pomocniej roli kobiet w dziejach.

    Krótka historia o długiej miłości to przede wszystkim nie jest reportaż, tylko wybór korespondencji miłosnej dwójki osadzonych przeplatany komentarzem reporterskim. Główni bohaterowie poznają się w 1947 roku w więzieniu, najpierw utrzymują kontakt dzięki stukaniu w ścianę, potem – dzięki listom. Wiesława Pajdak wychodzi na wolność wcześniej, ale szybko trafia do więzienia z powrotem, z nowym wyrokiem. Jerzy Śmiechowski, nazywany tu pieszczotliwie Ju, dość długo o tym nie wie: nie wolno przesyłać poczty między więzieniami, kontaktują się zatem dzięki jego ojcu, który pracowicie przepisuje ich listy, opuszczając te części, które mogłyby pognębić syna. Kilka razy ze sobą rozmawiają, ale zawsze przez kratę, siatkę, odgrodzeni kolejnymi restrykcjami władzy. Widzą się zatem dopiero na własnym ślubie, także zorganizowanym w więzieniu, ich świadkiem jest strażniczka. 

    Wewnętrzna dynamika tej opowieści opiera się na przetrwaniu: bohaterowie nie notują refleksji politycznych, starają się (i zawsze osiągają sukces) nie poddawać rozpaczy, zwątpieniu, lękowi. Nigdy nie idą na jakiekolwiek kompromisy ze sobą i z władzą. Osadzony w Rawiczu Ju. uczy się  intensywnie francuskiego, studiuje ekonomię i filozofię. Ona, nieświadomie, wydaje donosicielce w celi jedną ze swych przyjaciółek, która także trafia do więzienia. Nie dowiadujemy się, czy stało się to dla Wiesławy źródłem wyrzutów sumienia, jakiegoś załamania. Oboje wiedzą, że jeśli poddadzą się psychicznie, nie wyjdą z więzienia, korespondencja i ich miłość służy zatem temu, by znaleźć jakiś punkt oparcia, jakąś wartość niezależną od systemu komunistycznego.

    Autorki popełniają tu błąd, który wydaje się właściwy wszystkim popularnym opowieściom non fiction o historii. Otóż z uporem wartym lepszej sprawy wygładzają kanty, prostują różne splątane wątki. Chcą opisać dramatyczną historię miłosną, a jednocześnie uładzają to wszystko, co wychodzi poza schemat grzecznej, pocieszycielskiej bajki dla naiwnych dorosłych. Kuźniak zamienia się w nową Rodziewiczównę. A do wygładzenia to jest sporo, potencjał dramatycznych bardzo duży: bohaterowie wywodzą się z różnych środowisk politycznych, w czasie wojny obracali się w radykalnie innych kręgach – ona należał do NSZ, ona przewoziła pocztę Cyrankiewicza (a więc PPS). Ojciec Wiesławy zostaje aresztowany przed nią, sądzony w Moskwie, skazany potem na pobyt w łagrze, o czym córka nie wie, choć usilnie stara się zdobyć jakiekolwiek informacje. Wojenna przyjaźń z Cyrankiewiczem nie pomaga, wieczny premier odwraca się od rodziny Pajdaków. Matka Wiesławy, a żona Antoniego popełnia samobójstwo w areszcie, zamęczona psychicznie przez śledczych, przekonana, że nigdy nie zobaczy córki i męża. Ale nic to, autorki wtrącają tę historię w jednym akapicie. Ju., osadzony i zakochany, dla Wiesławy się rozwodzi. Ale to także nie jest temat godny bliższego roztrząsania. Wszystkie te głębiny przechodzimy suchą stopą, byle  dalej, ku happy endowi.

    Litościwym milczeniem trzeba pominąć kontekst historyczny, którego w tej książce brakuje, bo ktoś (autorki lub wydawnictwo) wyszedł z założenia, że romans ma być czysty, niezmącony jakimiś odniesieniami do rzeczywistości stalinowskiej, że nie przemówią one do czytelników tego rodzaju literatury. Autorki co jakiś czas przerywają swoimi komentarzami narrację epistolarną, nie robią tego jednak po to, by zwiększyć realizm, zarysować konflikt, pokazać tło, ale by streścić fragmenty historii, która nie została zapisana. Nie dowiadujemy się niczego na temat warunków więziennego życia kobiet, a te, jak pokazują różne studia historyków, były szczególnie trudne i to właśnie codzienne życie w brudzie, bez środków higienicznych stanowiło prawdziwą torturę, łatwiejszą do zniesienia dla mężczyzn. Z tej książki też nie poznamy licznych subtelności epoki, na przykład dlaczego Różański ze szczególną nienawiścią odnosi się do Śmiechowskiego jako członka NSZ – chodzi wszak o antysemityzm tej organizacji, a takiej brzydkie treści nie mogą trafić do budującej historii o wiecznej miłości.

    To paradoks zasługujący na dłuższy tekst: polska literatura, tak absolutnie rozkochana w historii, nie potrafi opowiedzieć o rzeczywistych postaciach, nie potrafi dać czytelnikowi dobrej opowieści o tzw. zwykłych ludziach. Z czego to wynika?

     

     

     

     

  • Książki, po które nie należy sięgać

    Książki, po które nie należy sięgać

    Poniżej lista skromna i subiektywna – dla tych, którzy omijając półki ze wszystkimi wyżej wymienionymi książkami, będą jednak z uporem próbowali szukać literatury.

    Lato to sezon dobry na czytanie – spokojnie można przejrzeć to, co wyszło na jesienne lub wiosenne targi książki, sięgnąć po klasykę (niedawno były urodziny Wiktora Hugo, może więc Nędznicy – 4 tomy świetnej przygodówki!). Trzeba tylko uzbroić się w cierpliwość i udawać, że nie widzi się dziesiątek książek tzw. wakacyjnych. Lekkich i przyjemnych, pełnych ciepła i humoru, wciągających lektur na lato: pod tymi frazesami kryje się z reguły literatura pisana szybko, bezmyślnie, tłumaczona na kolanie. Jeśli zobaczą więc Państwo którąś z tych rekomendacji – książkę należy odłożyć. Jeśli zobaczą Państwo na okładce pole lawendy, plażę ze słońcem, kobiecą misterną fryzurę (tył kobiecej głowy na okładce to klasyk i wskazówka nędzy w środku – wyjątek stanowi Alice Munro), tudzież kobiecą twarz z rozwianym włosem i nieprzytomnym spojrzeniem – należy przejść do innego regału w księgarni.

    Tu konkrety:

    1. Jaume Cabré, Agonia dźwięków, Marginesy 2017 – bo zawsze uważałam Cabré za pisarza dobrego, takiego rzemieślnika ze średniej półki, choć w Polsce przyznaje mu się status nowego geniusza. A ponieważ pompowanych geniuszy mamy aż nadto, tego sobie odpuszczam.
    2. Monika Piątkowska, Biograficzne śledztwo, Znak 2017. Pisałam już o tej książce, ale jej świetna sprzedaż uświadamia mi, jak mało wiemy o gatunkowych normach biografii. Tymczasem te fikcje, która wymyśla Piątkowska, żeby zamalować białe plamy w biografii Prusa, są po pierwsze rzewne, po drugie – kompletnie nieprawdziwe. Na jej szczęście za to nieweryfikowalne.
    3. Ece Temelkuran, Turcja: obłęd i melancholia, Książkowe Klimaty 2017 – kupiłam tę książkę przed Big Bookiem, bo Temelkuran była gościem festiwalu. Przeczytałam z rosnącą frustracją. To ważny tekst, wyjątkowo ważny problem, czemu jednak taki słaby esej? Dlaczego autorka zniża się do poziomu mediów, streszcza, prezentuje, opowiada jak o baśniowej krainie? Będę jeszcze o tym pisać, to ważne dla mnie pytanie, bo mam wrażenie, że jako czytelnicy pozwoliliśmy pisarzom spocząć na laurach, że oczekujemy tekstów o istotnych problemach, a nie istotnych tekstów. Przestała nas obchodzić dobra literatura.
    4. Mariusz Urbanek, Makuszyński. O jednym takim, któremu ukradziono słońce, Czarne 2017. Bo zarzucać swemu bohaterowi, że pisał efektownie, samemu robiąc to samo, to jakaś wyższa forma hipokryzji. Urbanek zaostrza konflikty, wyjaskrawia sytuacje. Za dużo fajerwerków, żeby dało się w tę historię uwierzyć.
    5. Krzysztof Varga, Egzorcyzmy księdza Wojciecha, Wielka Litera 2017. W nocie wydawniczej przeczytać można: Dziesięć opowieści, których bohaterowie wystawieni są na ciężkie próby. Tymczasem dla mnie lektura Vargi – od czasu Masakry – to właśnie jest ciężka próba.

     

    A teraz kategorie zbiorowe:

    Żadnych Dziewczyn… – ani z Solidarności, ani z konspiry, ani od Andersa, ani z Syberii – bo to lektury żałosne, snobistyczne, bezmyślne. Pseudofeministyczne.

    Nie przeczytam niczego o zdrowym żywieniu, nic z serii ekologicznych, nic o skandynawskim szczęściu – bo nie temu służy literatura. Nie sięgnę po żaden polski reportaż zaangażowany w bieżącą sytuację społeczno-polityczną, bo teksty z reguły są słabe, pisane w gorączkowym pośpiechu, żeby zdążyć zanim wygaśnie dany trend. Często nie różnią się poziomem analizy od prasowych artykułów, a gazetę na urlopie kupić mogę w każdym kiosku.

    Następny wpis – o książkach, które polecam do lektury. Nie tylko letniej.

  • Od dzieciństwa bałem się niedziel

    Od dzieciństwa bałem się niedziel

    Michał Olszewski, #upał

    Powieść o mediach – tak, ale najbardziej mnie w niej zainteresował portret rodziny: pozornie nowoczesnej, z dwojgiem realizujących się zawodowo rodziców, wyemancypowaną matką i przebojowym ojcem. Oględnie mówiąc, nie jest to obraz ani optymistyczny, ani godny naśladowania.

    Przez pewien czas bałam się otworzyć lodówkę, bo prawdopodobnie nawet w niej znalazłabym #upał. Nie była to jednak wina autora, a dziennikarzy poświęcających tej powieści nadzwyczaj wiele miejsca. Czy to źle? Nie. Mój kłopot z tą książką i jej nadobecnością w mediach wynikał z faktu, że pojawiające się często noty, wywiady, rozmowy itp. ograniczały jej zakres wyłącznie do krytyki mediów i satyry na współczesne dziennikarstwo. Rozumiem, że każda grupa zawodowa przeżywa sytuację, gdy staje się tematem literatury. Dziennikarze nie widzieli jednak tego, że – rozmawiając z Olszewskim, albo pisząc o jego powieści – robili dokładnie to, z czego Olszewski szydzi w #upale. Wywiad na temat pośpiechu mediów trwał 3 minuty (TVP Kultura), rozmowa o tym, jak media szufladkują i sprowadzają wszystko do frazesu puentowana była wpisami na żółtym pasku na dole ekranu (TVN24). Rozmowa o powieści sprowadziła się do sporu na temat tego, czy Olszewski w realistyczny sposób opisał warunki pracy w newsroomie (TOK FM).

    To faktycznie jest powieść o mediach, o warunkach i tempie pracy, o sposobie, w jaki tworzy się newsa z niczego i o tym, że każdy komunikat medialny służy do wzbudzenia reakcji emocjonalnej (nie spełnia już funkcji informacyjnej). Poza krytyką mediów w tej powieści znajdziemy jeszcze kilka innych ciekawych tematów. Na przykładzie głównego bohatera – 40-letniego Feja, dziennikarza portalu o charakterze popularnym – Olszewski pokazuje, jak bardzo boimy się nudy, jak dobrze czujemy się w chmurze informacji, które skutecznie uniemożliwiają nam autorefleksję, sprawiają, że samoświadomość przestaje istnieć. Po drugie, świat Olszewskiego to świat, w której nie ma już prawdy. Nie chodzi tylko o to, że dążenie do niej nie jest dla mediów ciekawe, ale o to, że dotarcie do niej nie jest możliwe. Media nie informują, a wywołują reakcje, mają przywiązywać do siebie i uwodzić, szokować i chwalić, odkrywać skandale – jak widać, prawda nie ma tu w ogóle racji bytu. Po trzecie zaś i to może w gruncie rzeczy najciekawsze, choć w ogóle nieobecne w interpretacjach #upału – portret polskiej rodziny należącej do klasy średniej. U Olszewskiego to jest rodzina zdecydowanie tradycyjna, choć oboje małżonkowie mają poczucie, że są nowocześni, a dla Feja nowoczesność, „nadążanie”, wpisywanie się w trendy, stanowi najważniejszą część jego tożsamości. Tymczasem Fej, typ inteligentny, ale nieskory do autorefleksji, traktuje swoją rodzinę jako element konieczny do osiągnięcia sukcesu, jako pewnego rodzaju przedmiot, który trzeba posiadać, żeby uznać się za człowieka spełnionego. Żona i dwoje dzieci to także przedmioty, wielokrotnie wspomina o tym, że ich ma, że ma dwoje dzieci i żonę. Dzieci pojawiają się w jego monologu wyłącznie jako zobowiązania, którymi należy się zająć. Fej nie buduje relacji ze swoimi bliskimi, on nimi zarządza, ustala ich przyszłość. Synowi poświęca zaś więcej miejsca niż córce, bo chłopiec jest starszy i niedługo pójdzie do szkoły, trzeba zatem wymyślić mu cały system zajęć i obowiązków, które zdaniem ojca wzbogacą życie (a w gruncie rzeczy służą wychowaniu kolejnego pokolenia w niezdolności do myślenia o sobie i świecie, uratują je za to od nudy, która jak już wiemy, stanowi największe zagrożenie). Córka nie jest jeszcze człowiekiem, bo to malutkie dziecko. Należy o nią dbać, kupić jej solidny fotelik, żeby to dobro wspólne i własne nie zostało w żaden sposób uszkodzone. Żona irytuje Feja, nie budzi już jakiejś specjalnej fascynacji, bo już ją zdobył i „ma”. Ponieważ jednak człowieka nowoczesnego (jak się wydaje Fejowi) cechuje intensywne życie emocjonalne – znajduje kochankę. Choć żona osiągnęła sukces zawodowy, służy do dbania o rodzinne ognisko, stara się nakłonić męża do tego, by częściej bywał w domu, by więcej uwagi i czasu poświęcał rodzinie. Edit na różne sposoby próbuje też odciągnąć go od sieci, to ona wymyśla wakacje w miejscu bez zasięgu, nakazuje mu w końcu iść na odwyk, by uwolnić męża od uzależnienia od mediów. Cóż się zatem okazuje? Że ten nowoczesny i nadążający bohater buduje sobie rodzinę wedle nienowoczesnych, mieszczańskich wzorów, działającą dobrze w ramach struktury patriarchalnej.

    Pomimo starań żony Fej nie chce przejść w stan offline, bo tylko online się liczy. Rodzina nie zapewnia mu bodźców, nie stawia takich wyzwań, do jakich jest przyzwyczajony, w rodzinie nie dzieje się też nic na tyle ciekawego, by odciągnąć go od kreowanej w mediach rzeczywistości.

    Nie interesuje mnie to, czy praca w newsroomie wygląda tak, jak przedstawia ją Olszewski. Nawet jeśli tak jest, to zmieni się to w ciągu kilku-kilkunastu lat i ta warstwa powieści, która teraz tak kręci dziennikarzy, przestanie być aktualna. Interesuje mnie za to diagnoza społeczna Olszewskiego: relacja rodzinna, którą przedstawia on właściwie w drugim planie #upału. Rodzina staje się tematem naszej intymnej refleksji wtedy tylko, gdzie jest w kryzysie, gdy się rozpada. W ciągu dnia traktujemy ją jako byt posiadany, własny, coś co się „ma” i będzie miało na wieki wieków. Rodzina i sukces zawodowy wspólnie dopiero stanowią o sukcesie życiowym – pokazuje Olszewski nasz współczesny system wartości. A gładko funkcjonująca rodzina w połączniu z wysoką pozycją zawodową to już absolutne spełnienie marzeń. Każdy chce ją mieć, ale cichą, gdzieś na marginesie pracy i myśli. Rodzina też – jak pokazuje wyraźnie przykład Feja – nie daje dzisiejszemu samcowi alfa impulsu do działania, w gruncie rzeczy go nudzi, choć jako świadomy, nowoczesny zaangażowany mężczyzna czuje, że powinien się nią zająć (Fej jest ojcem na tyle świadomym nowych trendów, że pisze felietony do pisma parentingowego), że zamknięta jest dla niego droga klasycznego domowego patriarchy. I to jest w jakiś sposób dramat naszych czasów, zupełnie inny niż kryzys mediów. Dorośli jako rodzice okazują się dysfunkcyjni, znudzeni, poszukujący bodźców poza rodziną, a jednocześnie spętani w swoich nowoczesnych rolach.

    W ten sposób także można odczytywać #upał.

     

    Michał Olszewski, #upał

    Znak 2016