Tag: Znak Literanova

  • Cicha klęska. O „Historiach łajdackich” Jacka Dehnela

    Cicha klęska. O „Historiach łajdackich” Jacka Dehnela

    W najnowszym zbiorze opowiadań Jacka Dehnela nie przegrywa się życia nagle i publicznie. Przegrywa się je po cichu, w czasie, który nie ma świadków, w biografiach zapamiętanych przez cudze anegdoty, policyjne akta albo jeden źle zachowany przedmiot. Historie łajdackie” są książką o tym, co zostaje po ludziach, których los nikogo nie zainteresował — ani państwa, ani wspólnoty, a często też ich samych. To proza gęsta, materialna, jednocześnie bezlitosna w diagnozie: wina nie daje tu sensu, kara nie przynosi oczyszczenia, pamięć okazuje się bardziej trwała w rzeczach niż w ludzkich opowieściach.

    Przegrane życie nie ma formy katastrofy – dokonuje się w drobnych, nieefektownych przesunięciach. Dehnel konsekwentnie pokazuje przegrywanie nie jako moment spektakularnego upadku, lecz jako ciąg drobnych decyzji, zaniechań i kompromisów, które z zewnątrz pozostają niezauważalne. Bohaterowie funkcjonują „normalnie”: pracują, rozmawiają, szukają relacji. Tymczasem ich życie się rozpada, bez punktu kulminacyjnego, bez dramatycznego gestu, który mógłby zostać rozpoznany jako klęska. Przegrana nie ma świadków, bo nie ma jednego momentu, który dałoby się nazwać porażką – jest procesem powolnym i rozproszonym.

    Nie można postawić jasnej tezy, że w świecie „Historii łajdackich” upadają ci, którzy są bierni i nie potrafią się wyłamać z konwenansu, normy społecznej (choć ich Dehnel nie znosi najbardziej i oni muszą przyjąć ciężar ironicznej narracji). Żeby było sprawiedliwie: przegrywają też ci, którzy ze wszystkich sił walczą o zmianę i lekceważą normy. Para kochanków z „Ćwiartki papieru” nie tylko porzuca swoich partnerów, ale też w poszukiwaniu lepszego życia wyjeżdża z miasta, szuka pracy. Dehnel to jednak złośliwe bóstwo i nie wynagradza za podejmowanie starań, karze jednak za brak aktywności – ubodzy kochankowie uciekający do Nowego Sącza są w gruncie rzeczy równie nieszczęśliwi co aptekarz Stenzl, mieszczanin z XIX-wiecznego Kufsteinu, prowadzący na ryneczku swój zakład, zatrudniający subiektów. „Kochał, oczywiście, żonę i dzieci, swoich nieżyjących rodziców, Boga i kraj, ale każda z tych emocji miała swoje stałe miejsce, jak szufladkę w aptecznej komodzie, z pięknie wykaligrafowanym na emaliowanej tabliczce oznaczeniem; wystarczyło, by dbał o te szufladki jak o całą resztę swojej firmy, to jest pamiętał o zapełnianiu ich odpowiednimi rytuałami: żeby odezwać się do żony życzliwym słowem, a czasem nawet jakimś wyszukanym, nieco sztywnym komplementem, wziąć dzieci na kolana i kupić im pomarańczy czy pożytecznych książeczek na Święta, chodzić na msze i modlić się na grobach” – szaleństwo po prostu.

    W przypadku Stenzla samotność przegranej polega na niemożności jej nazwania – ani przed innymi, ani przed sobą. Najbardziej dotkliwa w Dehnelowskim obrazie przegrywania jest niemożność opowiedzenia własnej porażki. Bohaterowie nie tyle ukrywają swoje przegrane życie, ile nie dysponują językiem, który pozwoliłby im je rozpoznać. Otoczenie widzi ich w rolach społecznych – sąsiadów, pracowników, partnerów – i nie ma powodu podejrzewać katastrofy. Samotność polega więc na tym, że przegrywanie odbywa się bez narracji, w ciszy, która nie domaga się współczucia ani interwencji. To samotność egzystencjalna, a nie towarzyska.

    I ostatni wreszcie wątek tych ćwiczeń z porażki, które opowiada Dehnel w „Historiach łajdackich” – moralna ambiwalencja, bo przegrani nie są ani niewinni, ani winni – są uwikłani. Przegrywający bohaterowie nie są jednoznacznie skrzywdzeni przez los czy historię; często sami współtworzą własną klęskę, choć nie w sposób w pełni świadomy. Przegrywanie powstaje w bardzo konkretnych gestach: jak u bohaterki Nieznajomej z Sekwany”, która „odmawia życia, w którym go nie ma” i decyduje się na samobójczy skok, wiedząc, że jej dramat pozostanie nienazwany i wstydliwie przemilczany. Ta ambiwalencja wzmacnia samotność przegranej, nie można jej łatwo przypisać komuś innemu ani usprawiedliwić. Przegrywanie staje się stanem egzystencjalnym ludzi uwikłanych w czas, klasę, historię i własne słabości.

    Na tym tle wybijają się dwa opowiadania, takie, które w jakiś sposób nie dają mi spokoju: „Nieznajoma z Sekwany” i „Czterech, czwartek” – dlatego, że „porażka” jakoś nie pasuje do ciężaru obu tych opowieści. Dehnel lubi pisać tak, że wchodzi od razu w cudze buty, w inne życie. Wpadamy więc in medias res w obce jakieś dekoracje i musimy się połapać, kim i gdzie jesteśmy. „Nieznajoma…” pozwala się nam miękko osadzić – miękko, choć na katafalku. Oto nie ma bowiem żadnego zagrożenia etycznego dla nas, czytających, bo młoda służąca popełnia samobójstwo z miłości. Dehnel jednak zadaje tu pytania najważniejsze: odrzuca łatwe tezy o ciąży, o złamanym sercu, nie pozwala nam myśleć o niej jako o naiwnej panience. W jego wersji Nieznajoma skacze do Sekwany, bo nie chce żyć w świecie bez relacji, w samotności i zimnie i głodzie. I ta drobna zmiana jakoś zupełnie zmienia wydźwięk całego opowiadania, usuwa sentymentalne uniesienia, zdejmuje politurę, robi z tego trzeźwy głos w sprawie rozpadu więzi. Zaraz po tym opowiadaniu znajduje się w książce „Czterech, czwartek”, oparte na takim samym rozwiązaniu narracyjnym: wpadamy do stolika, przy którym po II wojnie siedzi i pije ostro czterech facetów. W książkach Dehnela trzeba jednak stąpać ostrożnie, bo lubi on wysyłać swoich czytelników nie tylko na dzikie poszukiwania ukrytej tajemnicy, ale też na manowce moralne. Współczujemy więc ubogim mężczyznom walczącym po wojnie o chleb, o rodzinę. Co więcej, trzymamy kciuki za tych z owej grupki, którzy rodziny jeszcze nie założyli, a o niej marzą. Wszystkie te nasze empatyczne odruchy autor „Historii łajdackich” potraktuje jednak właśnie po łajdacku. To jest chyba jeden z powodów, dla których czytamy – żeby dostać szoku i dyskomfortu?

    Większość recenzji z „Historii łajdackich” będzie się skupiać na roli przedmiotu, na tym, jak Dehnel pracuje z materią historyczną, jak przeżywa, wykorzystuje, wbudowuje w narrację elementy materialne – ale to tylko wierzch i pozłotka. To jednak, co mnie w tym zbiorze opowiadań najbardziej interesuje, to trwanie po katastrofie, życie po porażce. Dehnela opowiada nie tylko moment katastrofy, lecz i to, co dzieje się po niej: długie trwanie w milczeniu, izolacji i rutynie, kiedy przegrywanie życia dokonuje się bez świadków.

    No, w sam raz na koniec tej zimy, która trwała o 8 miesięcy za długo 🙂

    Współpraca: Znak Literanova