Tag: żałoba

  • Przepisywanie własnego życia

    Przepisywanie własnego życia

    Maria Karpińska, Ucichło, WAB 2022

    Z raportu Sierakowskiego i Sadury, opublikowanego w „Krytyce Politycznej” kilka tygodni temu wynika, że po pandemii Polacy dość powszechnie doceniają wagę zdrowia psychicznego, chcieliby mieć dostęp do lekarzy i psychologów, mają też świadomość, że koszty psychologiczne pandemii są do tej pory jeszcze niepoliczone. Powieść Karpińskiej, wydana jesienią, opiera się na monologu bohatera, który jakby znał te badania wcześniej, który – więcej nawet – jest uzależniony od terapii. Zmienia ciągle terapeutów, szybko opanowuje żargon i konwencję odbywania wizyt, ocenia swoich rozmówców, ćwiczy na nich różne swoje sztuczki. Do gabinetów trafia zaś dlatego, że nie może zasnąć. Przyczyna nie jest jednak somatyczna, a psychologiczna właśnie, jednak nawet świadomość, że boi się snu, w żaden sposób mu nie pomaga.

    Nie jest to jednak dla mnie powieść o terapii, ale o tym, że w ramach terapii montujemy sobie życie na nowo, że w ramach opowieści na kozetce stajemy się wszyscy autorami naszych żyć. Karpińska buduje medytacyjną, powolną, bardzo precyzyjną historię trójkąta siostry, brata i Janka – który żeni się z dziewczyną, a przez całe życie przyjaźni z jej bratem, głównym bohaterem. Janek umiera w kwiecie wieku, osierociwszy dwóch małych chłopców, nie wiedząc, że żona jest w trzeciej ciąży i po jego śmierci na świat przyjdzie córka.

    Przy tak oczyszczonej konstrukcji paradoksalnie dużo łatwiej pisać, czego „Ucichło” nie dotyczy. Chaos życiowy odzywa się tu bowiem tylko dalekim echem, pogłosem, wprowadzony jakby zza szyby, z dystansu przez głównego bohatera, szalenie introwertycznego, skupionego człowieka. Karpińska zastawia też na swoich czytelników sieć pułapek: konwencja terapii, spowiedzi na kozetce, podejmowane wiele razy próby uporządkowania życia sugerują bowiem, że oto dostajemy opowieść całkowicie szczerą, autentyczną, prawdziwą do ostatnich wylanych na terapii łez. Otóż właśnie nie. Karpińska gra bowiem na strunie, która mnie tutaj szczególnie interesuje, to znaczy właśnie na potrzebie kreowania, zbliżającej monologującego bohatera do pisarza, wytwarzającego historię, wyznaczającego jeden jej moment jako początek i szukającego takiej chwili, którą uzna za właściwe zakończenie.

    Fabuła „Ucichło” rozpoczyna się w chwili, gdy bohater trafia na terapię narracyjną, i większa część powieści to jego spowiedź. Karpińska odtwarza więc jego doznania, jego przemyślenia i lęki, a nie prawdę obiektywną o jego świecie. Główny bohater, frustrujący różne osoby ze swojego otoczenia właśnie poprzez permanentne skupienie na sobie, ocenia rzeczywistość przy pomocy swoich filtrów i hierarchii: uważa swoją siostrę na aktorkę, najczęściej nie może jej znieść, bo uważa, że ma ona w sobie grama prawdy, że ciągle się stylizuje i każdą sytuację, każdy dialog odbywa jako rodzaj wchodzenia na scenę. On zaś właśnie dlatego tak wysoko ceni sobie znajomość z Jankiem, bo zazdrości mu umiejętności zaangażowania się w całości w każdą chwilę, w każde doświadczenie i zdarzenie. On sam ciągle jest gdzieś obok, nie w całości, lekko wycofany, gotów do ucieczki i raczej niezdolny do działania, gdy czyjeś życie jest zagrożone.

    Tematem głównym „Ucichło” jest radzenie sobie z myślą o własnej śmiertelności – zapowiada ją już motto, zaczerpnięte z powieści „Śmierć pszczelarza” Larsa Gustafssona. Janek, podobnie jak bohater Gustafssona, domyśla się, że jest śmiertelnie chory, ale nie podejmuje żadnych badań, terapii, ukrywa prawdę przed rodziną, bo boi się tej prawdy, woli żyć jakimiś okruchami nadziei. O swoim stanie zdrowia informuje tylko przyjaciela, nie mówi nic żonie. Główny bohater, obarczony tą wiedzą, przygotowany w jakiś sposób na śmierć Janka, nie potrafi jej przyjąć, w ramach terapii stara się zbudować taką opowieść o świecie i przeszłości, w której Janek nie umrze. Karpińska wykorzystuje to więc jeden z najstarszych toposów literackich: opowiadanie jako przedłużanie życia. Niestety to tylko terapia, a nie baśnie Szeherezady i śmierć następuje bez zbędnych fabularnych opóźnień, nie ma żadnego odroczenia.

    To, co mnie najbardziej interesuje w tej powieści, to właśnie rodzaj gry z inteligenckimi i elitarnymi lękami i próbami ich rozbrojenia (terapia, powieść z kluczem i powieść w powieści, odraczanie badań, prowadzenie notatek z własnego stanu zdrowia, rating lekarzy i terapeutów) oraz nieustanne budowanie i burzenie analogii między terapią i literaturą. Karpińska nie daje się jednak wciągnąć w motywy z Woody’ego Allena (bless her!) – jej bohater nie jest autoironicznym intelektualistą z mocną neurozą, a jego opowieść nie stanowi wyrazu kompulsji, obserwowanie jego prób odwrócenia śmierci w żaden sposób nie jest zaś zabawne. Poza horyzontem głównego wątku rysuje się tu jeszcze seria dramatów, które do głównego bohatera docierają jakby zza szyby: siostra, tuląc się do niego po pogrzebie, sugeruje, że pewnie chciałby, by to ona zmarła, a nie Janek, jej trzecia „pogrobowa” ciąża, dzieci rozpaczające po śmierci ojca, dyżury rodziny, by zająć się chłopcami i zrekompensować im brak, lęki matki, czy chłopcy nie zaczną wstawiać wuja w rolę ojca. Nad tym zaś unosi się absolutnie ponadczasowy problem lęku przed śmiercią, medykalizacja procesu chorowania i umierania, zaskakująca wszystkich odmowa wejścia na te tory. Karpińska nie gra na jednej dramatycznej strunie, nie woła nigdzie silnym głosem o nieuchronności śmierci, bo to zupełnie nie jest jej estetyka.

    Jeśli sobie chcecie popłakać w święta – to weźcie popłaczcie nad czymś dobrym, na przykład nad „Ucichło”, a nie nad romansami z choinką na okładce.

     

     

    Tekst powstał we współpracy z WAB. 

     

     

     

  • Stan licznika

     Inga Iwasiów, Umarł mi. Notatnik żałoby
    Czarne 2013
    Iwasiów coraz bardziej zaskakuje – obok osobistych Blogotonównapisała jeszcze bardziej intymną książkę − o śmierci ojca.

    Mój ojciec właśnie stał się ciałem. Do wyniesienia.

    Trzeba przyznać, że taki projekt jest szalenie ryzykowny: pisać tuż po śmierci człowieka bliskiego, w chwili, gdy jest się całkowicie pogrążonym w emocjach i nie ma miejsca na żaden dystans. Tymczasem Iwasiów wychodzi tutaj z tarczą: czytelnik nie ma poczucia pogwałcania czyjejś żałoby, choć patrzy wprost, z bardzo bliskiej odległości na cierpienie osieroconego dziecka. Autorce udaje się opisać ojca z wielkim oddaniem i czułością, dokładnie przedstawić poczucie straty, bez taniego sentymentalizmu i wymuszania współczucia. Iwasiów zdobywa się na realizację literacką dość skandaliczną (w sensie egzystencjalnym) – opisuje własny ból, proces wchodzenia w żałobę, wyciąga na wierzch bardzo osobiste potrzeby i kłopoty. Za pomocą jednej książki łamie kilka tabu: nie tylko ujawnia swój ból (co już jest szokujące, bo wiem, żeby to doświadczenie rzeczywiste, a nie fikcja literacka), ale też po prostu opisuje śmierć w jej potoczonym, przyziemnym wymiarze, od której stroni współczesna kultura. Tutaj właśnie ten dziennik rozpada się na dwa osobno biegnące tematy krzątania się wokół spraw praktycznych oraz psychologicznego przeżywania żałoby. 

    Śmierć ojca staje się najważniejsza, choć nie jest przecież pierwszym zgonem w rodzinie: Iwasiów pokazuje tu buchalterię zgonów, ale jednocześnie zaznacza:

    Nie będę nikogo pytać, spisuję stan własnego licznika, więc nie mogę korzystać z podpowiedzi.

    Nowa sytuacja staje się więc okazją do konfrontacji ze śmiercią, zliczenia bliskich zmarłych, uporządkowania własnych lęków, także tych o przyszłość – lęku przed śmierć własną, który dla autorki realizuje się na razie przede wszystkim w formie pragnienia oszczędzenia bólu synom.

    Własną żałobę przeżywa się boleśnie, na tabletkach nasennych, na innych drogach – lęk nie pozwala bowiem jeździć koło warsztatu, w którym ojciec pracował przed śmiercią. 

    Iwasiów ze zwykłą sobie precyzją wyłapuje nonsensy życia współczesnego, różne jego absurdy, nawet jeśli towarzyszą one śmierci. Pożegnanie zmarłego, którego ciało przeznaczone jest do kremacji, trwa krócej niż pożegnanie przez zwykłym pochówkiem. Trudno znaleźć urnę bez krzyża, która nie przypomina puszki na mielonkę. Z ciała przygotowanego do spalenia należy usunąć wszystkie ciała obce:

    Wiem, jasne, chodzi o proces spalania, wytrzymałość pieca (…). Jednak kusi mnie zamiana tej pragmatyki w metafizykę: w chwili sądu z popiołu trzeba powstać jako tkanka, nie jako tytanowa kulka. 
    Trudniej jest znieść myśl o śmierci niewierzącym – nie ma ucieczki w modlitwę, nadzieję na zbawienie, powtórne spotkanie itp. Tutaj pozostaje tylko wymiar fizyczny – myśl, że zmarły w ziemi podlega procesom gnilnym. Nie ma zjednoczenia w modlitwie i wspólnym czuwaniu przy krzyżu. Trzeba znaleźć jakąś własną osobistą formę:

    Mówiłyśmy długo, nie udając, że chodzi o poczęstunek. Modliłyśmy się, wymieniając uwagi o gościach i ciastach.

    Najwięcej miejsca autorka poświęca wspomnieniu ojca – w paradoksalny sposób pisząc o jego śmierci, na nowo przeżywa jego życie. To wspomnienie odpowiada antycznemu wymogowi ukazania wielości straty. Iwasiów wspomina warsztat zegarmistrzowski ojca, jego drobne dłonie, podróż życia czyli wyjazd do Szwajcarii. Mówi z czułością o jego zwyczajach, małych natręctwach i trybie życia.
    Zawiedzie się ten, kto będzie szukał w relacji Ingi Iwasiów i jej ojca jakiegoś konfliktu założycielskiego dla jej feministycznych poglądów. Jak sama zaznacza, ojciec był wiernym pomocnikiem, wsparciem przez całe życie. Gdy stała się pisarką, sam zaczął czytać i nigdy nie krytykował jej powieści. Nowy zawód córki, któremu wiernie kibicował, zamienił go w zagorzałego czytelnika i komentatora literatury polskiej, dał im jeszcze jedną płaszczyznę zbliżenia:

    Ojciec został moim konsultantem, moją grupą fokusową w sprawach czytelności i pożytku.

    Umarł mi nie ma kompozycji Trenów. Nie przechodzimy przez wszystkie etapy żałoby, nie ma tu uspokojenia (Tren XIX albo sen). Iwasiów pisze na gorąco, szybko, z bliska i intymnie. Ujawnia siebie w tekście – swoje tabletki, swoje lęki, swoje wspomnienia. Walczy w niej pragnienie usunięcia wszystkich autotematycznych wstawek, bo z tym właśnie kojarzy jej się dobra literatura oraz konieczność mówienia o tym, co się z nią dzieje w trakcie pisania:

    Teraz, pisząc te słowa, płaczę, aż bolą mnie uszy. Okazuje się, że od płaczu mogą boleć uszy.

      
  • Strupek i smutek

    Justyna Bargielska, Obsoletki

    Czarne 2011

    Obsoletki to uniwersalna opowieść o miłości, o z pozoru bezsensownym i nielogicznym ryzyku związanym z powołaniem dziecka na świat, o stracie, jaka wiąże się z jego śmiercią.
    Bargielska wykonała tu gigantyczną pracę − swoje cierpienie poddaje tu bowiem niesamowitemu rygorowi, przytłumia własny ból, a oddaje głos innym kobietom. W ten sposób udaje jej się stworzyć przejmujący obraz straty, a takie przedstawienie sugeruje czytelnikowi w maksymalnie wiarygodny sposób to doznanie.
    Świat wykreowany w tych krótkich formach jest przepojony świadomością śmierci, jakiegoś egzystencjalnego zagrożenia nawet wtedy, gdy autorka pisze o codziennym życiu:
    Napisałyśmy długą listę zakupów. Soczek, ciasteczka, paróweczki i drugą listę, kogo kochamy. Ale nie lubię tak pisać, żeby nikt nie umarł, w drugim oknie na szybko wyjaśniam śmierć na przykładzie balonika.  

    W Obsoletkach trzeba zmierzyć się z dwoma rodzajami niewypowiadalności:  teoretycznoliteracką oraz psychologiczną: nieprzekładalnością doświadczenia jako takiego na język oraz z niemożnością przedstawienia tego konkretnego doświadczenia śmierci dziecka w łonie komuś, kto tego sam nie przeżył. Analizy jej książki łapią więc zawsze marginesy: czytamy zatem o społecznej niezgodzie na żałobę matki, braku elementarnego współczucia, śledzimy rozważania o znaczeniu tytułu, formie literackiej, o odwołaniach do feministycznego nurtu w literaturze, o nawiązaniach językowych, o tradycyjnych sposobach opowiadania o śmierci.

    Bargielska jest niezwykle obrazowa właśnie dzięki temu oporowi materii.  Pisze tak, jakby odrzuciła kulturowe normy. Trzyma sama siebie w garści, ale jednocześnie ignoruje tradycję narzucającą pewien schemat przedstawienia. I właśnie z łamania norm – kulturowych, językowych, stylistycznych wysnuwa swoją opowieść. 

    Wobec takiej książki krytyk staje bowiem bezradny − nie można przecież zmierzyć się z cudzym cierpieniem (poza tym Bargielska nie pisze, żeby zdobyć nasze współczucie, Obsoletki skrajnie egocentryczne, skierowane do wewnątrz, autorki nie obchodzą w gruncie rzeczy reakcje otoczenia).