Tag: wydawnictwo Znak

  • Porno w naszych głowach

    Porno w naszych głowach

    Już w latach 30., krótko po publikacji, uznano, że powieść Faulknera pod amerykańskim tytułem „Sanctuary”, jest pornografizacją przemocy. To ciekawe, bo ani nie jest ona jego powieścią najbrutalniejszą, ani nie opisuje jakichś wyrafinowanych w swej brutalności scen. Rodzą się one w głowach czytelników, nie na ich oczach. Właśnie na tym styku pracuje Faulkner – na sugestii, na językowym budowaniu emocji i zdarzeń, konstruowaniu scen tak, by nic nie pokazać, ale powiedzieć wszystko. Tym ważniejszy wydaje się w takich sytuacjach przekład i Michał Tabaczyński, ten ostatni melancholik, późny spadkobierca modernizmu, prawnuk z rodziny Wilde’a, Woolf i Joyce’a, wykonuje tytaniczną pracę, by pogodzić całą wiedzę o przemocy z obrazami stworzonymi prawie sto lat temu.

    „Schronienie” pochodzi z 1931 roku, ukazało się po „Wściekłości i wrzasku” a przed „Absalomie, Absalomie”. Przypomnę tylko, że we „Wściekłości…” chodzi o domnieniamie gwałtu, naruszenie czystości – trzech braci stanowczo za bardzo interesuje się życiem seksualnym siostry Caddy. Nie wiemy, kto jest ojcem jej dziecka, jak do tego dochodzi, jej zniknięcie stanowi fundament całego świata, ale jednocześnie Faulkner nigdy nie oddaje jej głosu. Później, w „Absalomie…” z 1936 roku Henry Sutpen zabija swojego brata z powodu czarnego, a więc w jego oczach niewłaściwego pochodzenia.

    Później już Faulner leci na pełnej – w każdej innej powieści będzie pojawiać się zbrodnia i przemoc, jeśli nie gwałt, to lincz, zabójstwo, pobicie lub bicie, nękanie głodem, kary fizyczne.  Większość ciał, które opisuje Faulkner, nosi ślady, wspomnienia przemocy: blizny, opuchliznę, sińce należą do najłagodniejszych i najszybciej gojących się.

    Na to pole wkracza Tabaczyński wyposażony w wiedzę, co ze scenami przemocy zrobiła kultura ostatnich stu lat – nie tylko scenami wojennymi, opowieściami o potężnym narzędziu, jakim jest gwałt, grami, jakie toczy się z przemocą w literaturze realistycznej i nierealistycznej. Tabaczyński wie, co ze spadkiem po Faulknerze zrobili inni amerykańscy autorzy, w tym przede wszystkim Cormac McCarthy. Faulkner łączy przemoc z rozkładem społecznym, dziedziczną winą, rasizmem i chaosem Południa, a McCarthy – z egzystencjalną pustką, brutalnością natury i nihilizmem.

    Wszystkie te ciśnienia w powieści sprzed 30 lat są trudne, bo tłumacz wie więcej niż autor i nie może tej pary wypuścić (nie tylko z tekstu, ale też z siebie). Tabaczyński wie też, bo czytał książki i oglądał filmy, co widzi oko, jak się kadruje obraz, jak się manipuluje historią, oddając głos lub go zabierając. To ciekawe, że Caddy we „Wściekłości…” nie mówi, a Temple w „Schronieniu…” może zabrać głos. Cała ta wiedza musi się skanalizować zatem w precyzyjnym pilnowaniu porządku scen – co Tabaczyński robi perfekcyjnie – kto mówi i do kogo, gdzie w tej chwili są wszyscy inni bohaterowie/aktorzy zgromadzeni w pomieszczeniu, jak pada światło na łóżko, w którym kilka razy leży Temple. Jak włosy opadają na czoło skazańca i kiedy opada zapadnia i napina się sznur.

    U Tabaczyńskiego powieść Faulknera zamienia się w teatr i to jest uwaga bardzo pozytywna. Scena bowiem staje się z gruntu obca, ale też maksymalnie czytelna – widzimy świat dokładnie, studiujemy go uważnie. Tabaczyński, specjalista od Europy Środkowej, wędrowiec po Morawach, facet zapuszczający się na Słowację, trafia nagle na amerykańskie Południe doby prohibicji i wspaniale oddaje obcość tego krajobrazu, jego kompletną inność wobec naszego doświadczenia. Idziemy powoli za nim, prowadzeni przez jasne klarowne zdania, które nagle zaczynają się zlewać w słynne faulknerowskie obszerne paragrafy, gdy tylko zapada zmrok, albo przyspieszają samochody, który bohaterowie jeżdżą po lesie i melinach.

  • Rodzina jako własność

    Jennifer Egan, Domek z piernika

    Przeł. Anna Gralak

    Znak 2024

    Kiedy połowa czytelników zastanawia się, czy to jest powieść o Musku, a druga połowa – czy o Zuckerbergu, mnie tu najbardziej interesują dzieci.

    Ale od początku: Egan kreuje w tej powieści świat futurystyczny, taki, w którym Bix Bouton, postać wzorowana na geniuszach technologicznych, wymyśla program umożliwiający pobieranie wspomnień od indywidualnych osób i umieszczanie ich w jednej, dostępnej bazie. Procedura jest stosunkowo prosta, ilość danych olbrzymia – można wyszukiwać wspomnienia po datach i po osobach. Tylko zrewoltowane niedobitki nie pozwalają pobrać swoich wspomnień i podzielić się nimi z innymi ludźmi.

    Egan nie jest jakoś specjalnie zajęta tutaj ani technologią, ani nie diagnozuje świata mediów społecznościowych – więcej uwagi poświęca temu, jak zmienia się nasza rzeczywistość pod wpływem technologii, jak kształtuje ona relacje międzyludzkie. Najwięcej uwagi skupia na losach jednostek, których wprowadza tu legion. Jakby miarą autentyczności tego świata, jego wiarygodności i komplikacji była właśnie liczba bohaterów – ale rozwiązanie to wydaje się o tyle uprawnione, że właśnie we wspomnieniach dotyczących innych Egan się zanurza. Jej bohaterowie, podążając za idealnie zakonserwowanymi wspomnieniami z przeszłości innych osób, otrzymują przecież rzeczywistość pełną szczegółów, ludzi, miejsc, odczuć, muszą sami ją strukturyzować i hierarchizować.

    W takich panoramicznych powieściach realistycznych zawsze zwracam szczególną uwagę na dzieci – głównie dlatego, że mam pewną roboczą, prywatną teorię, która mówi, że kultura nie potrafi porządnie opowiadać o osobach pozostających w relacjach z dziećmi, że akcja zawiązuje się wtedy dopiero, gdy dziecko zostanie odstawione na boczny tor, na jakiś drugi plan i oddane pod opiekę kogoś innego. Nie jest to teoria specjalnie naukowa i sprawdzona – raczej taka drobna obsesja matki dwojga (jakby powiedzieli Amerykanie „a mother of two”). Zastosowana jednak do Egan wydaje się szalenie ciekawa: pozwala bowiem docisnąć jeszcze mocniej wątek programu „Poznaj swoją podświadomość” Bautona.

    Zapisane wspomnienia stają się dostępne dla wszystkich – dzieci oglądają wspomnienia rodziców, odwracają się relacje, nagle widzimy rodziców w sytuacjach, w których nie powinniśmy ich nigdy oglądać. Śledzenie tropu dziecięcego okazuje się też o tyle pożyteczne, że ujawnia wyjątkową subiektywność tej narracji: już w pierwszej scenie Bix prosi żonę o chwilę rozmowy, gdy karmi ona dziecko piersią. Mąż ma pretensje, że żona poświęca dziecku więcej czasu, że nie może z nią porozmawiać „tak jak na studiach”, że zasypia. Sfrustrowany myśli o tym, że dzieci „wysysają z niej energię” już od samego rana, gdy ona uwija się wokół nich, a on medytuje – czy muszę pisać Wam więcej? Już te krótkie przebitki na jego proces myślenia budzą do typa szczerą odrazę.

    Większość krytyków skupia się na tym, jak Egan diagnozuje stan amerykańskiego społeczeństwa, ja powiedziałabym, że najwięcej mówi o tym, jak przekładamy sobie relacje kapitalistyczne na rodziny. Otóż po prostu rodzina to własności. U Egan dzieci się ma – posiada, dodaje, płodzi, dzieli. Rodzice nie traktują dzieci jako ludzi, raczej jak mniejsze wersje siebie, jakieś programy naprawcze albo okazje do posiadania czegoś tylko dla siebie, zrobienia w życiu czegoś lepiej/inaczej. Rodziny są obciążeniem, nie pozwalają na wolność, ograniczają, porzuca się je zatem, by za kilka lat zakładać kolejne, jakby nie tylko się tego instynktu nie dało okiełznać, ale jakby też pamięć o rodzinnych okowach okazywała się nadzwyczaj krótkotrwała.

    Co więcej – posiadanie rodziny jest zaś u Egan, zwłaszcza dla jej męskich bohaterów,  znakiem osiągnięcia pełni życia, widocznym znakiem zaradności, potwierdzeniem sukcesu na wszystkich polach i dojrzałości. Część z nich wycofuje się z tych rodzin chyłkiem, negocjuje na jakich zasadach może w nich funkcjonować, wybiera, oszukuje, porzuca.

    No więc nie bardzo mnie interesują u Egan rozkminy dotyczące technologii, ale jej opowieść o kapitalizowaniu rodzin – owszem tak, poproszę więcej.

    Tekst powstał we współpracy z wydawnictwem Znak Literanova.

  • Po co komu romans?

    Po co komu romans?

    J. M. Coetzee, Polak

    przeł. Aga Zano, 

    Znak 2023

     

    Ciekawy, odświeżający romans – płomień się tu tli jak na starej zapałce, amant jest oziębły, kochanka stąpa twardo po ziemi. 

    Coetzee wydaje właśnie teraz w Polsce powieść „Polak” – choć tytuł jest mylący, bo nie o Polskę tu chodzi, ani nawet za bardzo nie o tego Polaka. Wszyscy piszą, że to noblista przerabia tu Dantego, że to nowe ujęcie tradycyjnej historii. Jest nowe – bo tu dużo ważniejsza jest Beatryczne niż Dante.

    Nie do końca rozumie to Jacek Szczerba, który w GW pisze, że Coetzee za mało przedstawia Polskę i słabo pokazuje tytułową postać. Panie, on wcale prawie tej postaci nie pokazuje, to jest pretekst, gra-zabawa, ważniejsza jest kobieta (wiem, że GW ostatnio ma z tym problem, więc piszę od razu i wyraźnie).

    Na tym właśnie polega skręcenie, rozbicie konwencji romansowej, jest to bowiem romans właśnie, a nie historia miłosna. 70-letni bohater, pianista, nawiązuje romans z zamożną Hiszpanką Beatriz, stateczną, matką dwóch dorosłych synów. Kobietą, która stoi twardo na ziemi, ale też zna się na sztuce (bo to element jej wykształcenia, każdy w jej klasie się zna) i nie lubi sposobu, w jaki interpretuje on Chopina w czasie swoich występów. 

    Dawno żaden romans w powieści nie zaczynał się tak źle, nie miał tak mało namiętności. I to jest właśnie w tej książce wspaniałe. Co więcej, Coetzee, autor miażdżącej „Hańby” i „Elizabeth Costello”, obserwuje ten romans z punktu widzenia wyłącznie kobiety. Tutaj mamy więc pierwszy skręt: jemu samemu przecież bliżej do postaci 70-letniego pianisty, przybysza z gorszej części świata, który musi się w pewien sposób wkupić w łaski swoich gospodarzy i ich klasy, udowodnić, że cechuje go nie tylko talent muzyczny, ale też że potrafi się zachować na salonach i restauracjach. Jednocześnie my jednak patrzymy na Witolda ciągle tylko mało czułym okiem Beatriz, narratorki.  Beatriz nie zaprowadzi Witolda do żadnych niebios, tu nie będzie żadnej „Boskiej Komedii”. Witold staje się dla Beatriz pretekstem, żeby w warunkach kontrolowanych wyskoczyć z własnego życia, żeby odbyć wycieczkę w głąb siebie. I tu jest właśnie ten drugi skręt, sprawiający, że świetnie się ów romans – nie romans czyta. Bo nie chodzi tutaj o dreszczyk emocji, nie chodzi o zaznanie tego, na co nie pozwala kobiecie upper middle class. Nie chodzi ani o namiętność, ani o wolność. Chodzi wyłącznie o poznanie, i to jeszcze jest to świadomie przeprowadzona przez bohaterkę operacja, jakby z wyrachowaniem poprowadzony eksperyment, w którym Beatriz sprawdza, kim jest. 

    Beatriz szczyci się swoją racjonalnością, porządkiem, dyskrecją, pełnym wywiązaniem się z ról społecznych i płciowych. Bierze udział w swoim życiu, ale też wciąż mu się przygląda: przygląda się Witoldowi – chłodno, przygląda się swoim przyjaciółkom – krytycznie. Przygląda się swoim synom – z miłością, ale i pełną wiedzą o ich wadach, swojemu mężowi – z dystansem. 

    To Beatriz jest sto razy ważniejsza w tej powieści niż tytułowy Polak, on jest tylko wyzwalaczem pewnych emocji. Nie powoduje nawet sytuacji, bo choć to jego uczucie uruchamia ich relację, to nie on w niej rządzi, nie on doprowadza do ich spotkań, nie on decyduje o tym, jak ma wyglądać koniec i kiedy nastąpi. 

    Nie chodzi jednak wcale o to, że Coetzee przepisuje historię romansową według scenariusza feministycznego po #metoo, nie. Raczej o to, że dokonuje on fantastycznej podmiany ról: to kobieta nagle okazuje się tą postacią, która nawiązuje romans po to, by zaspokoić inne swoje potrzeby, by za pomocą relacji na boku coś w swoim życiu pozałatwiać. 

    Nieprawdopodobny jest też chłód tej powieści, tu nie ma żaru, tu czuć zimnem od katafalku, jakby romans w drugiej połowie życia mógł się dokonywać tylko w cieniu śmierci: “Beatriz myśli, jak by było dzielić łóżko z tą wielką kościstą postacią, i wzdryga się z obrzydzenia. Te zimne dłonie na jej ciele”.

     Chłód bije nie tylko z relacji dwójki postaci, ale też i z języka Coetzeego, dystansującego się do opowiadanej historii, nie dowierzającego różnych wzorom zachowań, hierarchiom wartości. Świetny fragment dotyczy na przykład charakterystyki Beatriz, kiedy wspomina ona swoje sukcesy życiowe i pisze o wychowaniu synów: “Dążenie do wielkich osiągnąć mają [synowie] po ojcu, nie po matce. Ich ojciec odniósł w życiu sukces niekwestionowany. Co to matki, jeszcze trudno powiedzieć. Czy wystarczy, że wysłała w świat dwóch tak świetnie odkarmionych, energicznych młodych mężczyzn?”.

    Natomiast najwspanialsze w tej powieści jest to, jak Beatriz nie daje się zwieść, zarazić cudzymi emocjami. Przeżywa, bo chce przeżywać, jedzie, bo chce jechać, nie pada ofiarą porywów, to ona sobie te porywy ustawia i unosi się na nich. Ciągle ma oczy szeroko otwarte, w każdej sytuacji. 

    Wspaniała odpowiedź na te wszystkie popłuczyny po różnych paniach Bovary, może więcej takich romansów po #metoo będziemy sobie teraz czytać. 

     

    PS.

    Poproszę propsy za to, że ani razu nie napisałam “najnowsza powieść noblisty”.

  • Ostrożnie, pożądanie

    Ostrożnie, pożądanie

    Małgorzata Lebda, Łakome,

    Znak 2023

     

    Kawę sobie zróbcie, bo będzie długo. I z zachwytami, chociaż naprawdę próbowałam czytać tę książkę na zimno, na ostro i na odległość.

    Debiutancka proza Lebdy jest wybitna przede wszystkim dlatego, że nie da się wyrysywać w niej żadnych par opozycji, żadnych wyraźnie prostych linii i ich przecięć. To jest świat, który faluje, płynie, wymyka się spod oka i ręki: w domu z powodu raka powoli umiera babka, w potoku leży ciało lista. Oba te procesy są wobec siebie przez długi czas równoległe, ciało babki choroba zgryza, zmniejsza, babka chudnie. Ciało lista w wodzie przez kilka miesięcy także chudnie, strumień zdziera sierść, mięsno, ścięgna, porywa je. W końcu pozostaje oczyszczone do kości. Oba te ciała łączą się w ramach jakiejś odwróconej relacji, Lebda nie pozwala na poprowadzenie analogii, choć najpierw przez pewien czas nas nią zwodzi. Rozkład ciała lisa jest naturalny, tymczasem ciało babki trawione jest chorobą, której naturalny i zarazem zupełnie nienaturalny charakter przetacza się przez dalszy plan powieści. Każdy w tym świecie wiejskiej, górskiej miejscowości musi umrzeć, śmierć dzieje się tu na okrągło, wciąż umierają jakieś istoty, insekty wpełzające do domu, zwierzęta leśne, zwierzęta hodowlane w sąsiedniej ubojni, psy, ludzie w swoich gospodarstwach, ale nad nimi unosi się powolna, stopniowa śmierć babki, która z jednej strony toczy się ospale, przez wiele miesięcy i pór roku, z drugiej zaś dokonuje się błyskawicznie, osłabiając ciało i nie pozwalając babce podnieść się z łóżka. Lebda zderza więc śmierć istot z różnych porządków, różne ich prędkości, nie pozwala na ich upodobnienie i zrównanie w jednym zdaniu.

    Nie ma też opozycji między babką i dziadkiem, choć na początku (znów!) tak na się może wydawać, bo babka jest wiedźmą, miłośniczką żywego, opiekunką zwierząt, a dziadek dba o porządek, jest gospodarzem, panem domu. Kiedy wydaje się, że ich postaci osadzone są na opozycji natura vs kultura, śmierć vs. życie, Lebda znowu robi zwód.  Babka wyszła za dziadka jako biedna panna z zatopionej wsi, on ją wziął „bez niczego”, nigdy też niczego na nią nie przepisał – ani domu, ani pól, ani majątku. Kiedy jednak ona słabnie, on wyprzedaje wszystko, żeby dom ogrzać, wyremontować, żeby „babce było ciepło” – tak tutaj wyraża się miłość.

    Żywiołem „Łakomego” jest to, co sugeruje sam tytuł, czyli rodzaj nijaki, wiele razy powraca tu właśnie ta forma przymiotnika: „chore”, „łakome”, „dzikie”, „urodzone”, „martwe” i „żywe”. Rodzaj nijaki wywołuje zaś niepokój, bo wymyka się i patriarchatowi i feminatywom, podąża sobie gdzieś bokiem, własną ścieżką, mocno niezależny. Dzikie jest to, co dzieje się w lesie, całe życie leśne, obserwowane przez dziadka, dzikie jest też to, co babka sprowadza do domu: spasione muchy, mrówki spod podłogi, pogryzione, ledwo żywe koty, przygarnięte psy. Dzikie są też młode kobiety, które opiekują się babką, dzikie do tego stopnia, że nie wiadomo, czy są siostrami czy kochankami (Wojtek Szot twierdzi, że kochankami, Justyna Sobolewska że siostrami) – i prawdę mówiąc, nie ma to wielkiego znaczenia dla tej historii. Podobnie z „łakomym” (choć niektórzy czytają tytuł jako liczbę mnogą te łakome) – łakome jest tu światło, odbijające się od stu luster zawieszonych na ścianach stajni dla Ann, która zajmuje się studiowaniem światła. Łakome są jakieś siły podziemne, które nie mogą znieść cywilizacji i sprawiają, że ziemia pracuje, osuwa się spod szkoły, gospodarstw, a przede wszystkim spod ubojni. Ludzie walczą z tym, co dzikie i łakome, bo sami są nadzwyczaj łakomi – zalewają rozpadliny tonami betonu, układają płyty, które mają umocni ubojnię. I ubojnia jest łakoma, pochłaniając całe kontyngenty zwierząt, wypluwając tylko ich ciała i smród śmierci, duszący całą miejscowość. Ten rodzaj nijaki zajmuje zatem i relacje we wspólnocie, i relacje w domu, i relacje między gatunkami. To on pozwala unikać jasnych deklaracji i podziałów, daje możliwość budowania nowej wspólnoty, ponadgatunkowej i ponadrodzajowej.

    Lebda nie lubi rzeczowników abstrakcyjnych, a już nade wszystko nie lubi nazywania – dlatego rozdziały w „Łakomym” przypominają swoją długością czytanki z pierwszego elementarza. Wszystko jest nadzwyczaj konkretne, wymierne, uchwytne, ma wyraźny kształt, kolor, zapach – ale jednocześnie ta proza nie ucieka w żadne poetyzmy, Lebdzie udaje się konstruować świat przy pomocy samych faktów. W tej powieści, która w całości osadzona jest na granicy pól, lasu, osady i ubojni, ani razu nie pojawia się słowo „natura”, nie ma żadnej „przyrody”. Powinno się powiedzieć, że Lebda to pisarka natury, ale nie da się, bo nie ma u niej tego terminu. Zostańmy więc przy tym, że jest autorką zwrotu ekologicznego.

    Tym, co jeszcze się wymyka i pozostaje zarówno dzikie, jak i nienazwane, jest pożądanie – w trakcie lektury „łakomego” trzeba się wachlować, bo napięcie seksualne obezwładnia. Jednocześnie zaś pożądanie, jak wszystko inne u Lebdy, jest inne, skręcone: nie wiemy, czy czułość młodych kobiet wobec siebie za dnia to wstęp do relacji erotycznej, widzimy tylko ich wzajemne gładzenie się, wąchanie, pocieranie skóry palcem, słyszymy nocne szepty – takie rozmowy o świecie, które brzmią jak największe intymności. Feminizm Lebdy, podobnie jak w jej wierszach, nie powstaje ze sprzeciwu wobec czegoś i kogoś, nie ma znaku negacji, nie jest feminizmem buntu. Jeśli chodzi o napięcie heteroerotyczne, to w tomach poetyckich miało słodki posmak klasowego upadku. Tzn. dziewczyny z wierszy Lebdy czuły dziwny rodzaj drżenia przy wiejskich, krzepkich chłopakach i w „Łakomym” ten walec pożądania radośnie tratuje różne teorie zwrotu ludowego. Obie młode kobiety nie do końca są z tego świata wiejskiego – studiowały, pracują intelektualnie, chodzą do lasu na spacer (czyli po nic, dziwna czynność, które nie wykonują w Maju tubylcy), nie chcą ustrajać kościoła we wsi, nie chowają się też, gdy do domu przychodzą brygady robotników albo chłopak z ubojni, wyraźnie w nie obie zapatrzeni. Oprócz klasowego zabarwienia w tej obustronnej fascynacji erotycznej ważne jest i to, że pożądanie u Lebdy nie podporządkowuje się regułom kapitalizmu, czyli nie ma tu mowy o romansie, seksie, flircie – to pożądanie nie dąży do zaspokojenia, nie musi być spełnione lub odrzucone, nie wymaga żadnego działania. Po prostu jest, wytarza się w spojrzeniach, w otwieraniu drzwi, wpuszczaniu robotników do domu, piciu z nimi kompotu. Lebda skręca jednak i ten wątek – nie można opracować go w ramach freudowskiego porządku, bo tutaj jedną z postaci spoglądających z pożądaniem, chyba nawet największym, jest Staszek z ubojni, „syn kurwy i szatana”, jak mówi o nim dziadek. Staszek w świecie „Łakomego” jest po prostu Tanatosem, bogiem śmierci, posłańcem, który wypełnia czyjąś wolę i tę śmierć zadaje. Lebda gra z freudowskimi skojarzeniami, bo u niej pożądającym jest sam Tanatos, wiejski chłopak, który nie ma szans na inną pracę niż praca śmierci. To on pragnie właśnie głównej bohaterki, tej, która za dnia opiekuje się babką, a nocą pisze kod dla amerykańskiej korporacji.

     

    Miałam jeszcze niedawno taką teorię, że literatura zwrotu ekologicznego jest taka wątła i średnio udana, bo niski jest jeszcze przeciętny poziom wiedzy ekologicznej. Że literatura dotykająca tego nurtu ma ciągle jeszcze poczucie misji, edukacji, od której nie potrafi/nie chce się oderwać, żeby próbować iść bardziej w sztukę niż dydaktykę. Albo też jak było w przypadku „Pod słońcem” Julii Fiedorczuk, które nie zostało zrozumiane, bo sygnały wpisane w tekst nie docierały do szerokiej publiczności. No więc obracałam sobie w głowie tę teorię, testując jej słuszność, aż tu nagle Lebda wyskoczyła z tyłu, zza zakrętu i wyprzedziła wszystkich.

    I nawet nie włączyła migacza.

  • Republika kobiet

    Republika kobiet

    Republika kobiet

     

    To, że „Nim dojrzeją maliny” została wyróżniona Europejską Nagrodą Literacką, jakoś zupełnie nie robi na mnie wrażenia, bo czytałam kilka książek do niej nominowanych lub nagrodzonych i naprawdę były słabe, żadne, kompletnie ich nie pamiętam bez sprawdzania w notatkach.

    Natomiast fakt, że to jest powieść ukraińska, która wpisuje się w nurt literatury środka i okazuje się jednocześnie mocno feministyczna – to już tak, łapię, wgryzam się.

    Kuzniecowa pisze podobnie do Sofi Oksanen czy Lauren Groff, bo potrafi połączyć w jedno bardzo przystępną formę i w niej umieścić zdecydowanie trudniejsze wątki. Autorka robi to tak sprytnie, że jeśli czytać ją będziemy mniej uważnie, to dostaniemy zabawną powieść o kobietach z jednej rodziny, uciekających od swoich problemów, związków i mężów do prowincjonalnego domu babki. Ale… tu jest dużo więcej – przede wszystkim obrona kobiet przed instytucją małżeństwa, długi traktat o tym, że kobieta potrzebuje mężczyzny jak ryba roweru.

    Dwie dorosłe już siostry, ich kuzynka i mała dziewczynka trafiają do domu rodzinnego, z którego ich matki uciekły lata wcześniej. Głową rodziny, opiekunką domu jest babka, właściwie tak stara, że powinna być już czarownicą. Babka szykuje się na śmierć od lat, kolejne wizyty u niej oznaczane są w rodzinnej kronice jako te ostatnie i pożegnalne. Na wsi, z daleka od dużego miasta, swoich rodzin i skomplikowanych sytuacji miłosnych, wszystkie kobiety szukają siły i odpowiedzi, co dalej mają zrobić ze swoim życiem. Punkt wyjścia jest jak w starych powieściach Grocholi, albo w chick-litach, ale u Kuzniecowej większość bohaterek ma na koncie dużą ilość związków, dużą ilość rozstań, nie żaden tam jeden rozwód i jedno dziecko. Siedzą więc w tym zapuszczonym domostwie, wymyślają, że będą hodować ekologiczne dynie i próbują z siebie wyciągnąć zwierzenia. Tutaj „Nim dojrzeją maliny” przechodzą w pastisz prozy obyczajowej, w której konwencja zakłada, że jak kobiety spotykają się same na uboczu, to muszą szybko zacząć się sobie zwierzać i wzajemnie prostować swoje zwichrowane ścieżki losu. Tymczasem tutaj większość rozmów coś raczej sugeruje, najważniejsze tematy pojawiają się w półzdaniach, ciągle ktoś przerywa, albo same kobiety szukają sobie nawet najbardziej błahych zadań, byle tylko zająć czymś ciszę. Kuzniecowa uderza w dwa z fundamentalnych mechanizmów rządzących kobietami w patriarchacie: etos poświęcenia (dla męża, dzieci, rodziny jako wartości abstrakcyjnej) oraz przejmowania wszystkich zadań i obowiązków aż do zajechania. Życie na automacie, od zadania do zadania, od obowiązku do obowiązku jest przecież podstawowym naszym doznaniem, największym ciężarem. Ale Kuzniecowa mówi też, przewrotnie, że nie zrzucamy często tego ciężaru, bo jest z nim w gruncie rzeczy wygodnie, bo pozwala on nie myśleć o tym, co robimy z własnym życiem, gdzie podążamy, po co to wszystko robimy. Strażniczką pytań i osobą, która nie zgadza się na łatwe odpowiedzi, czyni babkę – jej wszystko wolno, swoje też już odrobiła, staje się więc Teodora agentką zmiany, wysłanniczką chaosu.

    Mężczyźni pojawiają się tu na marginesie: jako ojcowie, którzy nie chcą albo nie potrafią pełnić swoich obowiązków, jako kochankowie z pedantycznie uporządkowanym życiem, gwarantujący stabilność i bezpieczeństwo, ale niezdolni do okazania uczucia. I choć jej bohaterki początkowo wydają się egoistycznymi wariatkami, szybko okazuje się, że ich problemy są realne, a nie wydumane. Kuzniecowa buduje je jako postaci dużo silniejsze, autonomiczne wobec mężczyzn. Normalnie układ wielopokoleniowy w powieści obyczajowej służy do dyscyplinowania kobiet: przykład babki zazwyczaj sprawia, że bohaterki po okresie buntu przyjmują patriarchalny system wartości i poświęcają się rodzinie. Tutaj jest odwrotnie: głównie dlatego, że niskie poczucie odpowiedzialności mężczyzn oznacza, że kobiety zostają same z dziećmi. Dlatego właśnie Kuzniecowa montuje opowieść o sile kobiet w czasie kryzysu męskości: znika podstawowy przymus małżeństwa, bo nie ma powodów ani ekonomicznych, ani prokreacyjnych, żeby ten węzeł zadzierzgnąć. A jeśli tak, to małżeństwo – oś i cel każdej tzw. powieści dla kobiet – przestaje mieć znaczenie. Udaje jej się, na szczęście, nie popaść w drugą skrajność i nie ustawić bohaterek w pozycji walczących walkirii, które chcą wszystkim mężczyznom przegryźć tętnicę. Dzieje się tak dlatego, że w ogóle inaczej ustawia swój punkt widzenia: jej bohaterki próbują określić kim są i czego chcą w odniesieniu do siebie i świata, a nie w odniesieniu do mężczyzn. Nie boją się samotności, nie boją się starości – obawiają się właśnie narzucania im poświęcenia ponad siły. A to jest chyba najbardziej uniwersalna formuła opowieści o kobietach. Enjoy.

    Eugenia Kuzniecowa, Nim dojrzeją maliny

    przeł. Iwona Boruszowska

    Znak 2023

    Współpraca: Wydawnictwo Znak 

  • Klejnot męskości

    Klejnot męskości

    Filip Zawada, Weź z nią zatańcz

    Znak 2022

    Na ironię zakrawa fakt, że zajmując się ostatnio na okrągło problemem wstydu przy okazji feminizmu, natykam się po kolei na książki o kryzysie męskości. Ostatnio „Robak” Wiśniewskiego, teraz Zawada ze swoją wersją dance macabre rozgrywającą się we wrocławskim M3. Wiśniewski nie opowiada wcale o uzależnieniu od pornografii, jak by chcieli niektórzy, a Zawada nie opowiada o kryzysie rodziny – to znaczy można czytać tak obie te książki, ale to będzie wtedy ślizg po samym wierzchu.

    W „Weź z nią zatańcz” chodzi bowiem o kryzys permanentny, kryzys uwewnętrzniony, jałowość przeżywaną dzień po dniu, ale też o wygodę i tchórzostwo podejmowane jako strategie ułatwiające życie. Mamy więc mamcię (co za ohydne słowo), zmarłego, nigdy nieobecnego ojca, autora złej powieści o „Indianach” oraz 45-letniego Stanisława, który w dokumentach jest Filipem. Stanisław mieszka z mamcią, jedyną żywicielką ich małej, dysfunkcyjnej rodziny. Mamcia myje mu plecy, podaje posiłki, podziwia jego stroje z lumpeksu, a nade wszystko próbuje zorganizować mu życie – z jednej strony popycha go w ramiona innych kobiet, z drugiej – większość nazywa kurwami i straszy, że założenie rodziny pozbawi go czasu i środków.

    Ojciec znika jeszcze przed urodzeniem Stanisława, matka niejasno wypowiada się o przyczynach rozstania. Stanisław widzi ojca pierwszy raz w trumnie i wiele czasu spędza rozważając hipotetyczne spotkanie, próbując sobie wyobrazić ojcowskie zwyczaje i charakter. Ten brak popycha go do niezwykle intensywnej pracy wyobraźni, ale nie jest to sposób na przepracowanie dziwnej żałoby po śmierci nieznanego rodzica, ale tradycyjny sposób, w jaki Stanisław radzi sobie ze światem – czyli egocentryczny, narcystyczny przerost refleksji o sobie samym. Tak samo podchodzi bowiem do własnej matki, z którą spędza cały czas – po wyrzuceniu ze szkoły, nie szuka już pracy i daje się matce utrzymywać. Relację z nią także rozpatruje w ramach rozmaitych trybów hipotetycznych, chłodnej analizy i oddalenia oraz nadmiernego zbliżenia. To na matkę przerzuca odpowiedzialność za swoje niepowodzenia z kobietami, to jej duszącą miłość uznaje za przyczynę, dla której nie ma już miejsca na nową kobietę i nowy związek. Zawada panuje jednak nad monologami swego bohatera, więc zza słów wypowiedzianych pojawiają się jeszcze inne obrazy i widzimy jasno, że Stanisław, ten prawdziwy klejnot męskości, stosuje cały czas ten sam mechanizm obronny: przerzuca odpowiedzialność za własne życie na otoczenie, sumując cały czas rachunek strat rzeczywistych i domniemanych oraz wyolbrzymionych. Porzucony przez ojca, zdławiony przez matkę, prześladowany przez kolegów ze szkoły i wyśmiewany na podwórku, nie dostaje się ani na medycynę, ani na weterynarię, w końcu wyrzucony z pracy w szkole. Otorbia się, chowa, ukrywa w mieszkaniu, w którym przebywa od urodzenia. Nie wykonuje żadnych gwałtownych ruchów, nie podejmuje żadnych zmian, nie przejmuje żadnej odpowiedzialności. Gdyby był aktywny seksualnie, przypominałby postaci z powieści Houellebecqa – ale właśnie brak owej aktywności nie jest tu mało ważnym szczegółem. Stanisław to nie jest zakompleksiony incel, onieśmielony chłopaczek stłumiony przez sprzeczne sygnały matki. To jest rodzaj huby, która żadnej odpowiedzialności w życiu nie jest w stanie przez dłuższy czas utrzymywać: gdy trafia do mieszkania ojca po jego śmierci, znajduje tam półdzikiego, głodnego psa, później matka przynosi od swojej koleżanki dwa koty. Stanisław wymiksowuje się z opieki nad nimi.

    Zawada wpuszcza swoje czytelniczki i czytelników w maliny, proponując im bardzo atrakcyjny wątek toksycznej matki. Jeśli jednak trochę posiedzimy nad tą książką, jasne staje się, że nie chodzi w niej o zdławienie (syna przez matkę), ani też o wykorzystanie (matki przez syna), ale o przekazanie wiedzy, która zostaje w pełni nadana i w pełni przyjęta. Mamcia chowa bowiem Stanisława na swego przyszłego opiekuna, na kogoś, kto na starość poda jej szklankę wody i nie porzuci. Wszystkie jej zabiegi wokół niego, nadmierna opiekuńczość oraz niespodziewane żądania wyjątkowej samodzielności do tego mają właśnie prowadzić – Stanisław jest tresowany na opiekuna, bo matka o sobie myśli przede wszystkim, nawet gdy pracuje na dwóch etatach, by utrzymać rodzinę. I to właśnie tę wiedzę, tę troskliwość skierowaną w pierwszej kolejności na własne ja przejmuje on od matki i opanowuje bez kłopotu, choć przez większą część opowieści wyrzuca sobie właśnie to, że jest złym, niewdzięcznym synem, który mamcię zawodzi nieustannie.

    Zupełnie w drugim planie pojawia się problem – za przeproszeniem – ekskrementów, przy czym Zawada ani razy nie używa na nie tak ładnej nazwy. Zawsze jest to albo kupa albo sranie, ale nie są one tutaj ornamentem, bo odgrywają rolę dość istotną z dwóch powodów: po pierwsze uruchamiają problem brudu, zmazy, nieczystości. Po drugie zaś przywołują freudowską fazę analną, czyli moment dziecięcej fiksacji na funkcjach wydalniczych, której sposób przebiegu przekłada się na sposób funkcjonowania społecznego dorosłej osoby.

    Brud symbolizuje nie tylko grzech, rozpustę, niedoskonałość, ale też brak i śmierć, albo bunt. Tutaj zaś jest znakiem zabiegania o uwagę – bo Stanisław po jednej ze swoich klęsk załatwia się do wanny i jest to jeden z niewielu momentów buntu, na jaki go stać.

    Tak samo jest ze zwierzętami: Rambo obsikuje ścianę, kocica załatwia się na najbardziej puszysty dywan, a mamcia i S. domyślają sobie powody ich działania. Co zaś to fazy analnej – u Freuda był to proces dotyczący małych dzieci, u Zawady zaś okazuje się, że w fazie analnej jest 45-letni bohater. Chowa się w toalecie w czasie dyskotek, ucieka z łazienki na uniwersytecie. Wolne rozmyślania o świecie prowadzi na przykład, wyobrażając sobie drogę, jaką jego kupa przepływa rurami. Skupia na sobie, na niekończącej się analizie własnych pragnień (niespełnionych) i własnych klęsk (rozdętych).

    Podobną kryzysową książkę – studium męskiej słabości – dała w „Tkankach miękkich” Zyta Rudzka w 2020 roku. „Weź z nią zatańcz” opowiada o tym kryzysie w zupełnie inny sposób, ale równie dobry. Choć czytanie tej powieści Zawady jest równie przyjemne, co sprzątanie po kociej kupie.

     

    Współpraca: wydawnictwo Znak.