Tag: wydawnictwo Znak Literanova

  • Korzenie z krwi (i testosteronu)

    Korzenie z krwi (i testosteronu)

    Maciej Siembieda, Gołoborze

    Znak Literanova 2025

     

    Nie lubię polskich kryminałów, bo wśród wielu znanych autorów jest bardzo mało dobrych książek. Do tego mam jeszcze absolutną fobię związaną z wykorzystaniem postaci kobiecych jako wyzwolicielek przemocy i bezimiennych ofiar, które stają się ornamentem fabularnym, chodzę więc wokół kryminałów jak kot koło jeża. Ale Siembieda w swojej najnowszej książce omija łukiem moje lęki. Daje za to katharsis, na jakie nie liczyłam.

    Grabin na Kielecczyźnie trochę przypomina tu Sycylię albo Weronę – zwaśnione rody, zemsta sięgająca 150 lat wstecz – taka jest rama fabularna. Zaczyna się w czasie powstanie styczniowego, kiedy jeden z chłopów staje po stronie powstańców, a drugi po stronie Rosjan. Ich waśń niesie się później przez pamięć klanów i pokoleń, w każdej generacji dochodzi do zabójstw, walk, wymuszeń i walki o dominację. Ale Siembieda, w tej drobnej, lekko ponad 500-stronnicowej powieści, łączy różne formy gatunkowe: zaczyna się więc jak saga rodzinna, powieść historyczna, potem dopiero pojawia się formuła kryminału.  

     Mamy drugą połowę XIX wieku, mroczne lata 60., nadużycia carskich urzędników i równolegle do nich dowody na działanie diabła, który po okolicach Grabina ciągle krąży. To jego wsparcie mają niektórzy mieszkańcy – wcale nie ci najgorsi i nie ci najbardziej zdegenerowani.

    Cebrzyny, krewni kozackiego pomocnika z 1863 roku, to zdrajcy, kłamcy, koniokrady, złodzieje, mordercy – wszyscy pokornie podążają za starszym rodu. To on decyduje, kogo i kiedy okraść, zabić, skorumpować. We wsi sieją postrach, są zamożni, ale jednocześnie z tych powodów właśnie nie bardzo mogą znaleźć chętne panny młode. Ród Kończaków, krewni i spadkobiercy wiejskiego powstańca, wydaje się bardziej praworządny, cieszy się też lepszą opinią w okolicy, dzięki czemu zawiera związki małżeńskie z kobietami z daleka, dzięki temu nie ma obciążeń genetycznych, nękających Cebrzynów. Ostatecznie jednak mężczyźni z obu rodów są równie dożarci, pamiętliwi, skłonni do przemocy. Silną ręką trzymają swoje kobiety, dzieci i inwentarz. Nie pozwalają na żadną niesubordynację. A podporządkowanie wymuszają nawet zza grobu przy pomocy zmanipulowanych testamentów. Dlatego też dziedziczenie zemsty i poczucia krzywdy odbywa się w każdym pokoleniu, bez żadnych odchyleń – nawet jeśli w czasie wojny rodzi się nieoczekiwana miłość między dziećmi z obu rodzin.

    W drugiej połowie XX wieku Siembieda przekształca sagę rodzinną w powieść kryminalną. W epoce małej stabilizacji, stagnacji PRL-u, w którym wszyscy piją, kradną i oszukują system, rozpoczyna się śledztwo, zahaczające o krwawą vendettę rodzinną. I choć czytelnicy mają dużo większą wiedzę niż bohaterowie, to wcale nie widzą, jak potoczy się śledztwo.

    Strasznie lubię powieści, w których śmierdzi – to znaczy czuć życiowych konkret, widać szczegół, świat jest barwny i złożony, a bohaterowie nie są płascy. Lubię słyszeć brzmienie prawdziwej mowy, a nie literacką frazę autora. W obu tych dziedzinach Siembieda nie zawodzi. PRL-owska rzeczywistość, w której toczy się śledztwo, nie jest u niego światem gładkim i nowoczesnym, okazuje się tak samo brudna jak wszystkie poprzednie epoki, równie skorumpowana, zaspawana przesądami i układami. Wieś to państwo w państwie, rządzi się swoimi prawami: ukrywając mięso, unikając wojennych kontrybucji, szabrując mienie poniemieckie, korzystając nadziału ziemi i z dopłat dla wsi. Tu nie ma miejsca ani na wartości chrześcijańskie, ani na inteligenckie ideały. Siembieda buduje ten świat wiejski bardzo naturalnie, a nie na kontrze, jako odwrócenie miejsko-inteligenckiej rzeczywistości. Linie podziału przebiegają u niego inaczej – męsko-chłopską hierarchię próbuje zmienić i Kościół, i partia i miasto – to one właściwie tworzą linie napięć i konfliktów, ale bohaterowie „Gołoborza” za każdym razem mówią tym próbom zmian twarde „nie”.  

    U Siembiedy mało jest fascynacji przemocą i jej trwałością, dużo za to namysłu nad tym, jak nienawiść drenuje, obciąża, jak ogranicza pole wyborów życiowych, determinuje los nawet tych, którzy się jeszcze nie urodzili. Bardzo mądrze odbywa się w „Gołoborzu” krytyka tej rzeczywistości, w której wartością jest skrajna, fanatyczna lojalność wobec systemu skonstruowanego przez „przodków” i ustalanego przez starszyznę, czy jednego dyżurnego przewodnika. Ten system, który Siembieda osadza na Kielecczyźnie, w gruncie rzeczy mógłby funkcjonować w każdym innym zakątku świata. Oparty na lękach męskich i męskim systemie wartości, kosi ofiary każdego wieku i genderu. Buduje poczucie lojalności poprzez negację i różnicę, bazuje na poczuciu zagrożenia, wzmacnia je i przekonuje swoich, że z rąk obcych spotka ich tylko gwałt i śmierć. Jednocześnie wszystkie te ideologiczne wątki Siembieda owija w takie zwroty akcji, buduje takie charaktery i momenty konfrontacji, że sekundujemy większości jego postaci. Im bardziej poroniony, zakompleksiony, niedojrzały bohater, tym tutaj wydaje się bardziej charyzmatycznym przywódcą, wiernym, odważnym, gotowym do dzikich akcji. Dopiero kiedy sobie trochę poskrobiemy te ludowo-knajackie opowieści – a Siembieda podsuwa nam szereg narzędzi siecznych i kolnych do takiej pracy – na wierzch wychodzi krytyka wiejskiej mentalności opartej na kurczowym trzymaniu się honoru i niestabilnej męskości.

    „Gołoborze” przypomina trochę „Mistrza i Małgorzatę” – pokazuje, że polska prowincja nie potrzebuje diabła – wystarczy pamięć krzywd i upór samców, by przez pokolenia mnożyć biedę, strach i śmierć.

    Takie kryminały lubią: udające, że opowiadają historię spoza naszych bieżących lęków i problemów, a jednocześnie drenującą w nich głęboko. Siembieda obnaża bowiem nędzę świata, w którym honor to tylko inne imię dla przemocy.

    Enjoy.

     

    Współpraca: Znak Literanova

     

     

     

  • Łono się unosi

    Łono się unosi

    „Łono się unosi, wędruje. Okręca się wokół szyi, pęcznieje pod sercem i umiejscawia poniżej gardła. Dzieci je wypełniają i obciążają, tak że zawsze wraca na właściwe miejsce, lecz kiedy minie czas macierzyństwa podajemy musztardę wprost do przełyku, by odstraszyć łono” – mówi w tej powieści młody medyk do męża kobiety, która wpada w obłęd na początku XVI wieku.

    Hargrave opiera swoją fabułę na wydarzeniach z 1518 roku, gdy w Strasburgu wybuchła epidemia choreomanii, dotykająca przede wszystkim kobiet. W szczytowych momentach opętania umierało 15 osób dziennie, władze próbowały ten ruch jednocześnie wykorzystać i okiełznać, straszono diabłem, piekłem, sądem i stosem. Hargrave dokonuje archeologii wątków herstorycznych, opowiada o napięciach nękających zabobonne i spętane przez Kościół społeczeństwo europejskie późnego średniowiecza. Jej główna bohaterka, urodzona w dniu, gdy na pole jej ojca spadła kometa i spaliła plony, córka kobiety oszalałej, nie jest w stanie donosić ciąży – czuje, że kolejne poronienia to kara za grzechy matki i kobiet w ogóle. Zaprzyjaźnia się z podróżującym po Europie muzykantem, muzułmańskim wagabundą i dopiero rozmowy z nim uświadamiają jej, że może sobie swoje życie opowiedzieć inaczej, że nie ponosi winy za kometę, za chorobę matki, że poronienia nie są karą, tylko bezcelowym nieszczęściem. Nie jest to jednak budująca historia o odkrywaniu siebie w dekoracjach z XVI wieku, a  rozpisanie jednego z gorszych momentów w dziejach patriarchalnej Europy: bo każde zjawisko pogodowe, każda zmiana w naturze, każde zachowanie ludzkie jest tu interpretowane w porządku winy, zawsze oczywiście kobiecej oraz Obcych. Wyjątkowe upały, nadmierne mrozy, susze, głód, plagi, niezrozumiałe zachowania zwierząt – wszystko to ma źródło w jakimś kobiecym grzechu, w jej wędrującym łonie. W świecie, w którym diabeł chodzi między ludźmi, ciśnienie religijne, stopień podporządkowania władzy Kościoła wydaje się dzisiaj niezrozumiały. I w gruncie rzeczy o tym właśnie opowiada „Drzewo tańca”.

    Już w poprzedniej swojej książce, „Kobiety z Vardo”, Hargrave połączyła trzy wątki: pozycji kobiet, lęku przed Obcymi i jego religijnych źródeł, traktowania zjawisk natury jako wrogich i niezrozumiałych, wymagających poszukiwania magicznych uzasadnień. Ich połączenie pojawia się też w „Drzewie tańca” i nie jest wynikiem wyrachowania marketingowego autorki, bo wszystkie te tematy są tu głęboko związane i stanowią koło zamachowe opowieści, napędzają ją.

    Hargrave wymyśla historię, jaką już znamy: o mężczyznach rządzących miastem i buntujących się kobietach. Jest to rodzaj paraboli, w tym kostiumie historycznym autorka opowiada o najbardziej współczesnych konfliktach, a jednocześnie przeszłość ma ten kostium obfity, efektowny, widowiskowy, ale też łatwy – łatwa w tym sensie, że znamy tę fabułę, że już nam ją sto razy opowiadano. Tyle że Hargrave ma lekkie pióro i zmysł narracyjny, że wciąga nas w tę opowieść i wydaje nam się, że jeszcze nigdy jej nie czytałyśmy, dajemy się uwodzić. Na szczęście czytelniczki nie zapłacą za to uwodzenie stosem.

    Kiran Millwood Hargrave, Drzewo tańca

    przeł. Agnieszka Sobolewska

    Znak literanova 2023 (współpraca)

     

     

     

     

  • A gdyby Bridget Jones miała depresję?

    A gdyby Bridget Jones miała depresję?

    Meg Mason, Smutek i rozkosz

    Znak Literanova 2022

    przeł. Mateusz Borowski

     

    Czytałam powieść Meg Mason, myśląc cały czas o Bridget Jones, a właściwie o tym, jak się zmienia gatunek chick lit, powieść obyczajowa dla kobiet. Pamiętacie, jak chwalono Bridget? Że prawdziwa, autentyczna, że wreszcie ktoś pisze o problemach w związkach, o wstydzie z powodu wałków tłuszczu, o tym, że czytelniczki też zasługują na humor i śmiech w literaturze, a nie tylko wichry, rozlewiska i pocałunki na Moście Siekierkowskim. Z zachwytem pisano, że wreszcie ktoś ujawnia wstydliwą tajemnicę wielkich majtasów zakładanych na randkę, trzymających talię, ale potem trudnościągalnych gdy randka bywa udana i kto inny zajmuje się obsługą majtek.

    Dzisiaj – po kilu wstrząsach #metoo, po wprowadzeniu do debaty pojęcia victim blaming, po kilku głośnych procesach o molestowanie i dyskusjach o zakazie aborcji, po książce Criado Perez o danych (Karakter), kilku esejach o wynagrodzeniu kobiet (Filtry), te wszystkie rewelacje o Bridget brzmią już mniej zabawnie i odkrywczo. Pokazują za to, jak zmienia się nie tyle samo społeczeństwo, ale jego portret krzywo i zachowawczo reprodukowany w literaturze obyczajowej. No ale miałam o Meg Mason, a nie wynurzenie znad obierania pietruszki.

    A zatem: Martha, bohaterka „Smutku i rozkoszy” to jest Bridget 10 lat później, Bridget, która nie pije tyle i nie skupia się tak bardzo na liczeniu kalorii – co jej pozwala zobaczyć (a właściwie widzie jasno i to od lat), że nie ma w życiu nic – nic dla siebie, nic swojego, nic dającego poczucie bezpieczeństwa i satysfakcji. To jest Bridget w depresji, Bridget chora, wylewająca z ust tony pustych słów (co robi też zawodowo). Martha, która niby kocha swojego męża, ale nie potrafi wypowiedzieć do niego jednego zdania pozbawionego pasywnej agresji, ogłuszona przez matkę, pętającą ją w poczuciu niższości, krzywdzącą przez większą część życia. Praca niby przynosi forsę, ale Matha żyje w takiej przestrzeni klasowej, w której pieniądze zawsze są i ich brak jakoś w ogóle nie jest brany pod uwagę. Ale ta praca jednocześnie ją odmóżdża, zawstydza – chciałaby robić coś innego, ale nie wie co, rozmowy z szefem to pasmo upokorzeń i wstyd jest jeszcze większy, bo kobieta cały czas obserwuje sama siebie z boku i strofuje się, że daje się tak traktować, co więcej – że musi się podporządkowywać.

    Bo Martha jest chora, chora nie na swoją klasę i nie na bezdzietność i nie zdrady męża – jak to bywa z reguły w chick litach, gdy wszystkie problemy przenoszone są na zewnątrz bohaterki, a celem fabuły jest doprowadzenie jej do pragnienia podjęcia działań naprawczych i następnie ich realizacji. Tak było u Grocholi, tak robi Bridget. Ale Mason, 20 lat później. już nie. Przy czym ważne jest i to, że Mason nie daje łatwego rozwiązania, nie wysyła swojej postaci do świetnego psychiatry, który ją genialnie zdiagnozuje i szybko wypisze leki. Nie, Matha jednak koncertowo spaprze sobie życie, bo nie ma siły go naprawić, bo nie ma energii na tyle, by powstrzymać swój własny jad, wylewający się na innych. Jednocześnie ogląda zdjęcia celebrytów, którzy popełnili samobójstwo i myśli o tym, że mieli większe szanse na przeżycie niż ona, że byli bardziej zdeterminowani, mieli więcej do stracenia niż ona, ale to jej się udaje przetrwać.

    Ważny jest tutaj i wątek klasowy, rodzaj uprzywilejowania w tym braku woli życia, myślach samobójczych, pragnieniu wycofania. Bo Martha nie radzi sobie od lat, ale jej matka nigdy nie dopuszczała do siebie tego tematu, nie brała pod uwagę nastoletnich werterowskich nastrojów córki, bo ludziom o ich pozycji to nie przystoi. Martha jako czterdziestolatka ma więc do przerobienia większą część swojego życia, do przepracowania rytuały, zwyczaje i sposób myślenia, wypracowywany od dzieciństwa, które w jej przypadku wcale nie było specjalnie różowe. I nie ma też żadnych zajęć pilnych, żadnego zarabiania, wychowywania, ani borykania się z biedą, które mogłyby zabić czas i odsunąć na drugi plan własną kondycję psychiczną.

    Ale jeśli już macie przed świętami umyte okna, to weźcie sobie tę książkę na weekend, bo Meg Mason jest też nieprawdopodobnie śmieszna, śmieszna humorem z pierwszych filmów Woody’ego Allena. Jej bohaterka przypomina też trochę panią Maisel, która stoi z boku i komentuje kolejne absurdy. Z tym, że pani Maisel zamiecie rozłożystą spódnicą i schodzi ze sceny, a Martha na tej scenie stoi ciągle.

     

     

     

     

  • Gwoździe i popelina

    Gwoździe i popelina

     

    Taka egzotyka, jaką potrafi zorganizować Oksanen, jest bardzo rzadko w literaturze głównegu nurtu spotykana – połączenie dylematów prozy wysokoartystycznej z woltami dramatycznymi, trafne, głębokie pytania o znaczenie historii, o los, o odpowiedzialność za własne życie – przedstawione w pół-kryminalnych fabułach, wciąganych na jedno czytelnicze posiedzenie.

    Sofi Oksanen, Psi park,

    Przeł. Katarzyna Aniszewska

    Znak Literanova 2022

    Sofi Oksanen, średnio w Polsce znana, fantastyczna pisarka fińsko-estońska, opublikowała właśnie kolejną swoją powieść. I to powieść ukraińską jeszcze. Niby rozrywkową i sentymentalną, trochę o więzi i walce o przetrwanie kobiet, ale w gruncie rzeczy stanowiącą wielkie oskarżenie społeczne, głęboki sprzeciw wobec kapitalistycznych porządków.

    Lata 2000, Ukraina, była modelka, która nie była wystarczająco sprytna, by ustawić się na Zachodzie, wraca do domu. Ojciec nie żyje, bo zginął w wypadku w nielegalnej kopalni, matka utrzymuje się z produkcji i sprzedaży maku. Dziewczyna wie, że musi się wyrwać, że trzeba zacząć wszystko na nowo i trafia do agencji surogatek. Szybko staje się ich koordynatorką, a fabuła rozkręca się jak w powieści mafijnej albo szpiegowskiej. „Psi park” to także historia o biedzie, ale takiej, która obdziera z godności, gdzie walczy się o życie. Olena nawet dekadę później będzie bała się podejść do krawężnika, przekonana, że zaraz ktoś „nieznajomy” może ją wepchnąć pod samochód. Bo Olena uwodzi swoje podopieczne i je wykorzystuje, bo buduje swoje życie (i swojej rodziny) kosztem innych młodych kobiet. Bierze udział w grze o coraz wyższą stawkę, o awans i władzę w tym świecie, w którym kobieta sprawdzona jest do jednej tylko funkcji.

    To także opowieść o sprycie – jak każda zresztą powieść Oksanen – a właściwie pojedynek na spryt i determinację. Najpierw z biografii Oleny musi zniknąć nielegalna praca ojca, jego skłonność do alkoholu i choroba płuc, żeby dziewczyna wydawała się zachodnim klientom interesującą surogatką. Uczy się, jak obsługiwać klientów, jaki jest ich system wartości, na ile zwracają uwagę na urodę, a na ile na geny i pochodzenie, na ile interesuje ich rodzinna historia. Jak ich zjednać, jak oszukać? Sekundujemy jej w tej walce, bo klienci z Zachodu kompletnie nie rozumieją Ukrainy, traktują dziewczyny jak materiał do użycia, tani zamiennik drogich usług z własnej części Europy. Mnożą roszczenia, wykazując się kompletnym niezrozumieniem historii i społecznych przeszkód, ekonomicznych ograniczeń. Ukraina i Olena są tu w jakiś sposób podobne – muszą się mizdrzyć, a jednocześnie walczyć z zaciśniętymi pięściami. Przyjmować zachodni system wartości, żeby się odbić od tego bagna, jaki stanowi bezrobocie i gangsterska mentalność mężczyzn. Zresztą jeśli chodzi o mentalność mężczyzn, to Olena doskonale wie, że tylko pozorna, wierzchnia warstwa obycia różni tych z Zachodu od tych ze Wschodu, że gest zawłaszczenia wykonują oni może w innym czasie, pewna jest jednak, że go wykonają.

    To, co jednak odróżnia Oksanen od innych autorów i autorek powieści z głównego nurtu, to fakt, że zmienia ona trochę stawkę, skalę, w jakiej ustawia swoich bohaterów. W każdej powieści bowiem pojawia się rodzaj jokera, postać, która w obronie jakiejś wartości idzie na całość, przekracza wszystkie normy i granice moralne. Tak było w debiucie, pt. „Oczyszczenie”, w którym główna bohaterka stała się donosicielką, by ratować ukochanego, ukrywanego mężczyznę, w innych powieściach kolejni bohaterowie stają się zdrajcami, by kogoś ukryć, ocalić, ujść cało z wojny, tak dzieje się też w „Psim parku”. Bo później to sama Olena musi nauczyć się, jak grać, jak zmuszać do posłuszeństwa inne dziewczęta, kiedy posłużyć się pochlebstwem, a kiedy przemocą. I staje się mistrzynią, zachowując równowagę między jednym a drugim, mości im aksamitne klatki. Ona też ma kogoś, kogo musi ocalić i płaci za to swoją moralnością. Więzi i prześladuje inne kobiety, handluje ich bezpieczeństwem, ciałem, dziećmi. Ale nie ma co udawać, że w świecie, w którym dziewczyny doskonale wiedzą, że młode ciało jest ich jedynym atutem, że od ich urody, sprytu, posłuszeństwa zależy byt ekonomicznych całej rodziny, da się cokolwiek ocalić, zachować godność.

    Tak książka wpadła mi w ręce krótko po tym, jak przeczytałam gdzieś artykuł o powodach, dla których tak wiele kobiet w ciąży i z maleńkimi dziećmi ucieka z Ukrainy. Oczywiście, to one są najbardziej narażone, większość z nich nie opuszcza swoich domów po to, by ratować siebie, są opiekunkami i strażniczkami swoich dzieci, młodszego rodzeństwa. Ale ten odsetek jest wysoki także dlatego, że Europa uczyniła sobie z Ukrainy zagłębie ciążowo-porodowo-dziecięce, że obniża tam koszty stworzenia rodziny, gdy biologicznie nie jest do tego zdolna. I o tym też pośrednio opowiada Oksanen. O tym, że godność ma swoją bardzo konkretną cenę, że jej wartość mierzyć można w euro i hrywnach.

    Pisałam o wszystkich jej książkach i mam z nią zawsze kłopot, bo im bardziej się zachwycam, tym bardziej popelinowy tekst mi wychodzi. No na przykład we wstępie tutaj napisałam „Oksanen pyta o sens historii, o odpowiedzialność za właśnie życie” – przecież to brzmi jak jakieś zdanie z rozprawki! Albo innej pracy licencjackiej drugiej świeżości, ale kto czytał Oksanen, doskonale wie, o co mi chodzi. W jej książkach wszystkie krwawe historie, wszystkie wściekłe chichoty losu, cała potworna niesprawiedliwość świata jest tak opakowana, że jemy te gwoździe łyżką i to z zachwytem.

     

     

     

     

  • Komedia ludzka (nie Balzak, ale też chodzi o pieniądze)

    Komedia ludzka (nie Balzak, ale też chodzi o pieniądze)

    Ann Patchett, Dom Holendrów

    Przeł. Anna Gralak

    Znak Literanova 2021

     

    Wszyscy święci albo napisali do tej książki blurby, albo zrobili sobie z nią zdjęcie – taka reklama zawsze mnie odstrasza bardziej niż zachęca. Im więcej czytam, że powieść jest łatwa i przyjemna, tym rzadziej po nią sięgam. A ta – wcale nie jest taka łatwa, a już na pewno jest średnio przyjemna. 

    Patchett sięga tym razem po wątek sagi rodzinnej i to takiej, która obraca się wokół jednego domu – właśnie tytułowego domu Holendrów. Przejęty praktycznie za bezcen od zubożałych właścicieli VanHoebeeków, dom stanie się dla Conroyów symbolem nieszczęścia i przyduszenia, pustki. Trzy pokolenia bohaterów nie mieszkają nigdy pod tym dachem wspólnie, a więc nie jest to klasyczna saga. Powiedziałabym, że to echo „Buddenbrooków”, bo majątek i losy rodziny stanowią tutaj reprezentację historii amerykańskiej drugiej połowy XX wieku – a zatem zabieg podobny do tego, co zrobił Mann w swojej opowieści o XIX-wiecznej rodzinie niemieckich mieszczan. 

    Narratorem jest zawsze Danny, syn nowego właściciela. Ojciec w czasie wojny służył jako spadochroniarz, teraz zaś jest zamożnym posiadaczem nieruchomości. Ranny w czasie lądowania, już zawsze będzie miał problemy z kolanem, nie ma więc właściwie kondycji do tego, by wędrować po swym nowym, wielkim domu z kolejnymi piętrami i klatkami schodowymi. Ten motyw uporu, pożądanie tego, co nie przynosi szczęścia i w ogóle nie pasuje do potrzeb, będzie w „Domu Holendrów” powracać wiele razy. Syn, który wielu pierwszym czytelniczkom/krytyczkom powieści Patchett, wydaje się bezpłciowym mydłkiem, pełni rolę uważnego, wycofanego obserwatora. Owszem, jest giętki i podatny na wpływy, ale jednocześnie pokazuje absurdy otaczającego go świata, nigdy, w żadnej relacji nie jest cały, ciągle się kryje, wycofuje, wydaje się zatem klasycznym dzieckiem porzuconym, które nigdy nie przepracuje swojej straty i poczucia niższości. Wiecznie też zabiegać będzie o uczucie, sympatię, wiele zrobi po to, by się podobać i być kochanym. 

    Zasadniczą zasadą kompozycyjną jest tutaj właśnie figura pętli, powtórzenia, refrenu: w kolejnych pokoleniach odżywają te same pragnienia, popełnia się te same błędy. Ojciec Danny’ego kupuje wielki dom bez konsultowania tego z żoną, która następnie w tej posiadłości stopniowo usycha, w pewnym momencie ucieka, by powrócić lata później. Tak samo w dorosłym życiu zrobi Danny, a jego żona przyzna się do nienawiści do ich domu dopiero w czasie rozprawy rozwodowej, gdy lekką ręką odda mu prawo własności. Patchett nie chodzi wcale o jakiś tragiczny los, Fatum, a raczej o dziedziczony gen posiadania. Na pierwszy plan wypycha historię rodziny, w której niby chodzi o emocje (kolejne recenzje z zapałem lepszej sprawy właśnie ten aspekt podkreślają), a w dalszym planie cały czas powracają pieniądze (i to mnie interesuje najbardziej, ten wymiar ekonomiczny amerykańskiej opowieści): matka porzuca Maeve i Danny’ego, bo ma dość życia w domu- sanktuarium, wyjeżdża do Indii, by szukać jakiegoś głębszego sensu. Szybko okazuje się jednak, że chodzi na przyjęcia jako posłanniczka zakonu żebraczego po to, by zjednywać sponsorów i wydobywać od nich pieniądze na utrzymanie ośrodków dla ubogich. Ojciec przysposabia Danny’ego do przejęcia w przyszłości całego interesu z nieruchomościami. Objeżdża z dzieckiem kolejne kamienice czynszowe, stopniowo przesuwając się do coraz gorszych dzielnic. Niby uczy go życia, pokazuje, na czym polega praca, ale jednocześnie stara się budować jak najlepszy obraz siebie. Ukrywa przed Dannym eksmisje, chce zachować pozory łagodności i wyrozumiałości, ale to właśnie szybko zmieniających się lokatorów najuboższych mieszkań Danny dostrzega najszybciej. Takie historie ekonomiczne można by tu mnożyć, bo Patchett opowiada o kryzysach, przemianach kolejnych epok. Szydzi z systemu dziedziczenia, funduszy powierniczych, spadków, karier, awansu społecznego i deklasacji, a jednocześnie bardzo wdzięcznie to opakowuje, jej ironia nie chłoszcze, to nie jest książka, która chce wywołać rewolucję, raczej zaznaczyć sprzeciw wobec trwających kilkadziesiąt lat nadużyć.