Tag: Wydawnictwo Nisza

  • Szczegół robi historię

    Szczegół robi historię


    Rozszczelnianie – to klucz do opowiadań Rudniańskiej. Rozszczelnianie fabuł historycznych, opowieści medialnych, domowych fikcji. To także dowód na to, że literatura fikcjonalna ma niezwykłą moc domykania opowieści o przeszłości, podsumowywania całych nurtów dziejowych. Tak robi właśnie Rudniańska: zamyka opowieść o 1968 roku, podsumowuje narracje o łagrach, puentuje opowieści o winie społecznej i historycznej.

    Arcydzieło.

    Joanna Rudniańska, Ruru

    Nisza 2019

    Po pierwsze, proszę zwrócić uwagę, że terminem „arcydzieło” się nie posługuję. Nie ma dzisiaj arcydzieł, są ewentualnie książki bardzo dobre. Po drugie, używam go w odniesieniu do Rudniańskiej. I tu właściwie powinien nastąpić koniec tej recenzji, bo co więcej można napisać po takiej klasyfikacji? Czuję jednak, że muszę uzasadnić swoją opinię, bo moi czytelnicy nie należą do łatwowiernych i im najbardziej muszę się tłumaczyć.

    Rudniańska dokonuje odwrócenia perspektywy – opowiadania historyczne nie dotyczą w pierwszym rzędzie historii, ale zwykłego, codziennego życia jej bohaterek i bohaterów. O Holocauście i traumie tych, którzy przeżyli opowiada zatem z perspektywy wnuka, Dawida – chłopca przyjeżdżającego do Polski z wizytą. Represje UB w okresie powojennym przedstawia przez filtr dziecięcy: to dzieci z podwórka jednej kamienicy wydają starca rozrzucającego wywrotowe ulotki, to one witają jego powrót bez zdziwienia. Historia przeżycia Żydówki z getta ma dwie bohaterki – główną postać wspominającą przeszłość i życie w getcie, ukrywanie się w czasie niemieckiego nalotu na kamienicę i jej wnuczkę – byłą żołnierkę izraelskiej armii. Babcia wspomina z getta karakułowy kołnierz, który trzeba było maskować i zazdrość o drugiego męża matki, w tle dopiero odbywa się znana nam historia przemocy. „Trawy” – o łagrze – oddają perspektywę wolnej kobiety pracującej jako nauczycielka w obozowej szkole dla dorosłych.  Opowieść o marcu 1968 roku na warszawskim uniwersytecie skupia się bardziej na przeżyciach dziewczyny, która bardziej zajmuje się tym, że jeszcze nie uprawiała seksu i powinna tę zaległość nadrobić niż na politycznym przewrocie. Rudniańska potrafi tak ukształtować fabułę swoich tekstów, że za każdym razem życiowy szczegół zderza się z wielką historią, uprawdopodobnia ją, mówi coś nowego, coś więcej niż dotychczasowe narracje. Tak właśnie jest w „Trawach” – filtr kobiecy wprowadza do znanych nam łagrowych historii zupełnie nową jakość. Otóż nie jest to kolejna martyrologiczna opowieść o cierpieniu więźniów politycznych, o konflikcie między nimi i błatnymi, o niezasłużonym aresztowaniu i absurdalnych zarzutach o zdradę ideologii. Ważniejsze jest tu seksualne zagrożenie, jakie cały czas odczuwa główna bohaterka pozostawiana z więźniami. Męska energia wyładowująca się w kolejnych aktach przemocy buduje tu potworne napięcie, sprawia, że więźniowie – bez względu na klasyfikację wyroku – wydają się tu bestiami, istotami odartymi kompletnie z cywilizacyjnej pozłotki, zwracającymi się przeciwko ogniwom najsłabszym w tym systemie, czyli kobietom. Ta narracja nie zgadza się zupełnie z tym, co opisywał Józef Czapski, Beata Obertyńska, czy inni tradycyjnie nastawieni autorzy. Takie napięcie przeświecało ze wspomnień Barbary Skargi, widoczne było w jednym rozdziale „Nocne łowy” w „Innym świecie” Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Rudniańskiej jednak wcale nie interesuje oddawanie porządku tego świata, bo rysuje ona szkicowy obrazek, wybiera tylko jeden wątek i to taki, który kompletnie usuwany był z polskiej opowieści łagrowej.

    W drugiej części książki znajdują się opowiadania współczesne, w których Rudniańska bierze na warsztat modne, publicznie przegadywane tematy. W ostatnim, tytułowym „Ruru” sięga po głośne medialne zdarzenie – odnalezienia w beczkach ciał dzieci zamordowanych przez rodziców. Wydawać by się mogło, że historia tak dramatyczna jest dla autorów prosta, że wystarczy ją spisać, by uzyskać efekt. Tymczasem jest dokładnie odwrotnie: im bardziej trzewiowa opowieść z życia, tym trudniej z niej zrobić dobrą literaturę. Po taki głośny temat sięgali m. in. Szczepan Twardoch w „Drachu” albo Michał Olszewski w „Upale” – obaj próbowali wykorzystać w swoich powieściach dramatyczny wypadek (jeśli można go tak nazwać) z lata 2014 roku, gdy zapominalski ojciec zabił dziecko, pozostawiając je na w nagrzanym samochodzie. Obaj ponieśli klęskę. Rudniańska wychodzi z tej próby zwycięsko, głównie – znowu – dzięki wprowadzeniu organizujących fabułę szczegółów. Najstarsza córka, siostra bliźniaków trafiających do beczek, opowiada psycholożce o tym, jak po śmierci dziecka trzeba zdobyć beczkę i że konieczny jest jeszcze uszczelniający ją silikon.

    Szczegół i rozszczelnianie wyznaczają oś konstrukcyjną tych historii – i przez ich pryzmat można opowiedzieć o całym „Ruru”: ulotka, trawy na stepie, fotografia, dżinsy, telefon, bilet lotniczy, pociąg-zabawka, włosy, silikon. Szczegóły te nie są one wybrane na zasadzie bibelotu czy strzelby Czechowa, bo można dla „Ruru” ułożyć inny, równoległy ciąg organizujących świat przedstawiony przedmiotów: szafa, włosy, mydło Chanel, powieść Jamesa Baldwina, śmieci, motor, walizka, lody, buty. Takich ciągów można układać wiele, każdy z czytelników zapamięta co innego. Rudniańska za ich pomocą przybija swoje historie do życia, albo używa ich jak palików, wokół których rozrysowuje się schemat domu. Choć to chyba jeszcze nie tak… Za pomocą tych niezbyt udanych metafor próbuję napisać, że jej opowiadania są mięsiste, gęste, skrótowe, ale jednocześnie bardzo precyzyjne, misternie pozaplatane. Jest tu mnóstwo szczegółów, ale ani jeden nie jest dodany niepotrzebnie.

    Rudniańska rozszczelnia stare schematy fabularne, jak te łagrowe albo UB-eckie, wprowadza zupełnie nowe dla polskiej literatury połączenia wątków fabularnych. Tak właśnie dzieje się w opowiadaniu „Wystawa” o żydowskiej babce i wnuczce, które muszą sobie poradzić z pamięcią wstydu związanego z własnym działaniem (jedna w getcie, druga w wojsku). Na tej zasadzie zbudowane jest „Ruru”, gdzie nie ma ani słowa o medialnym odzewie, tak działa „Dom w Marrakeszu” – o matce umieszczonej przez niewdzięcznego syna w domu opieki, gdzie ważniejszy niż rezonans społeczny (dom opieki jako umieralnia) jest świat fantastyczny wytarzany przez staruszkę. Każda fabuła ucieka z utartego schematu, każda podąża w zupełnie inną stronę.

    Moralizatorstwo nie jest Rudniańskiej bliskie, ale ze wszystkich jej historii wyłania się jakaś myśl głęboko etyczna, przedstawiona czasem w sposób ironiczny, czasem w zaprzeczeniu. Czasem jest to tylko opis sytuacji, która ma udowodnić czytelnikom rodzaj patologii (historycznej lub społecznej). Tak dzieje się chyba najmocniej w „Suwerennej decyzji”, poświęconej dziewczynce dorastającej w patchworkowej rodzinie. Mała, przerzucana z domu ojca, który żyje z nową żoną i spodziewa się z nią dziecka, do domu matki, w którym weekendy spędzają starsi synowie jej drugiego męża, musi poukładać sobie w głowie ten nowy porządek rodzinny. Ale w drugim planie to także opowieść o tym, jak rodzice, ponosząc kolejne klęski na domowych frontach, budują opowieść o idealnym życiu na Facebooku. Dziewczynka widzi tę rzeczywistość, jaką jej matka (zamawiająca w czasie wspólnego wyjścia lody o smaku „kawa i papierosy” – to jedno zdanie tworzy świetny obraz jej frustracji i niezadowolenia z roli) buduje w mediach społecznościowych, pokazując wyidealizowaną, harmonijną więź z córką. Tej więzi oczywiście nie ma, Rudniańska szydzi w subtelny sposób, buduje satyryczny obraz nowej polskiej klasy średniej.

    To jest świetny, bardzo mocny zbiór zupełnie niezależnych tekstów, posługujący się niepowtarzającymi się chwytami. Najlepsza polska książka 2019 roku.

  • Najlepsze książki 2019

    Najlepsze książki 2019

    (najgorsze będą jutro)

    1. Justyna Bargielska, Dziecko z darów, Wolno
    2. Didier Eribon, Powrót do Reims, przeł. Maryna Ochab, Karakter
    3. Paweł Goźliński, Akan, Agora
    4. Katarzyna Kobylarczyk, Strup. Hiszpania rozdrapuje rany, Czarne
    5. Edouard Louis, Koniec z Eddym, przeł. Joanna Polachowska, Pauza
    6. Weronika Murek, Feinweinblein, Czarne
    7. Wojciech Nowicki, Cieśniny, Czarne
    8. Paweł Piotr Reszka, Płuczki, Agora
    9. Joanna Rudniańska, Ru ru, Nisza
    10. Agata Sikora, Wolność, równość, przemoc. Czego nie chcemy sobie powiedzieć, Karakter


  • Eksperyment przychodzi z prowincji

    Eksperyment przychodzi z prowincji

    W nowej książce Bawołka nie ma znaczenia opozycja między miastem a prowincją, jawą i snem, normą i zaburzeniem. Liczy się język, którym można połączyć te przestrzenie oraz świadomość ogarniająca różne porządki.  

    Waldemar Bawołek, La petite mort, Nisza 2018

    Waldemar Bawołek centrum swojego świata (tego biograficznego i tego literackiego) umieszcza w Ciężkowicach – małej miejscowości w Małopolsce, która w tekście pojawia się wielokrotnie, ale w gruncie rzeczy nie ma żadnego znaczenia. Świat Bawołka nie ma bowiem wymiaru realistycznego i nie buduje napięcia na osi centrum – prowincja, Polska A i Polska B, duże miasto – małe miasteczko. To w ogóle autor, któremu opozycje są chyba obce, bo pętałyby tylko, narzucały niepotrzebne więzy na żywioł wyobraźni i niedopowiedzenia – a to jest właśnie naturalne środowisko Bawołka.

    Składające się na tom opowiadania zostały wcześniej już opublikowane w czasopismach – głównie „Kresach”, „Twórczości” i „Fa-arcie” pod koniec lat 90. i na początku 2000. Bawołek porusza się jednak po obszarach tak kompletnie innego języka i budowania świata przedstawionego, że nie mamy poczucia przeterminowania. Przeciwnie – jego teksty mają bardzo długą datę przydatności do spożycia. Zastanawiam się trochę, na wyrost oczywiście, na ile Bawołek powtarza literacki los Brunona Schulza? Także autor prowincjonalny, z ambicjami literackimi, ale bez ambicji w życiu literackim: czy ma szansę na rozgłos? Albo dzisiaj uwagę krytyków? Na temat La petite mort ukazała się jedna notka – Michała Nogasia w kwartalniku „Książki. Magazyn do czytania” i jedna recenzja na blogu Melancholia codzienności. Coś jest nie tak, zwłaszcza że książki Niszy, małego wydawnictwa, spotykają się raczej z ciepłym odbiorem krytyki i często są komentowane. Chodzi chyba zatem o to, co jest istotą Bawołkowego pisania: skłonność do eksperymentu, odrywanie się od realistycznej fabuły – to one sprawiają, że jednocześnie przedłuża się życie tej prozy, ale i mniej otwarta na czytelnika się ona staje, wymaga większego wysiłku. Jego opowiadania nie dają także satysfakcji z właściwego odkodowania umieszczonych tu symboli, dzieje się tak jednak dlatego, że Bawołek nie gra z czytelnikiem w pozorowaną grę, nie umieszcza w tekście wyraźnych zagadek, które mają 2-3 konkretne rozwiązania. La petite mort to nie gra planszowa, ani nie zbiór permutacji aluzji literackich. To jest proza poważna jak atak serca, w której gra toczy się o najwyższą stawkę, czyli literacki popis, przekuwanie wyobraźni w zdanie, budowanie wizji zamkniętej na czytelnika.

    Bawołek debiutował w 1996 roku opowiadaniami Delectatio morosa, później ukazało się kolejnych 5 książek, La petite mort jest szóstym jego tytułem. Nie ma jednak statusu gwiazdy, choć pisali o nim najlepsi krytycy (Uniłowski, Nowacki – już w latach 90.), a blurby dają mu dzisiaj Masłowska i Jarniewicz.

    Trudno jednak określić, jaki rodzaj eksperymentu się u niego pojawia, łatwiej pisać, czym te opowiadania nie są. Spróbujmy jednak – Déjà vécu zaczyna się jak Wesele Smarzowskiego, ze sceną ślubu kościelnego i krzyżującymi się myślami kolejnych postaci, plączącymi się monologami wewnętrznymi panny młodej i pana młodego, którzy niewiele mają wspólnego z rozkosznymi nowożeńcami. Później klimat się jednak zmienia, transformuje, akcja przenosi się na salę sądową i jesteśmy świadkami procesu przeciwko rodzicom, którzy porzucili dziecko. Zamknięcie wprowadza jeszcze inne wątki, uruchamia mit grecki, najpierw wypadek samochodowy przypomina doznanie orgazmu – stąd gra tytułu całego zbioru: la petite mort oznacza dosłownie małą śmierć, ale Francuzi mówią tak przecież na duże O. Eros i Thanatos łączą się w jedno, a potem chłopak porzucony przez niezdolnych do wychowania, nieodpowiedzialnych rodziców trafia do kobiety, którą nazywa Jokastą: „Pomyślał, że najlepiej by zrobił, gdyby ją uśmiercił. Ale zabić ją to tyle, co się z nią kochać. Więc nie chcąc igrać z ogniem, pozwolił przygotować herbatę”.

    La bella provinzia operuje parą męskich bohaterów, przechodzących od etapu dorastania do dorosłości. Po raz pierwszy ukazało się to opowiadanie w „Kresach” w 1999 roku. Czytane dzisiaj, wydaje mi się ono pełną napięcia historią o przeżywaniu własnej seksualności, badaniu, na ile odbiega ona od heteronormatywności, zderzaniu się ze środowiskiem i jego zasadami, ale także przeżywaniu przemocy seksualnej. Bawołek uruchamia tu serię przejść (owych struktur niemożliwych), między jawą, w której pojawiają się dwaj chłopcy, a ich snami, w których nawiązują relacje seksualne z bliskim kobietami ze swojej rodziny, na oczach matki i innych osób. Bawołkowi nie chodzi tu wcale (znów tryb negatywny) o zaangażowanie społeczne literatury, za bardzo to opowiadanie jest mętne, niejasne, pokomplikowane. Ważniejsze jest dochodzenie do prawdy własnej, prywatnej wiedzy o sobie samym.  W Rites de passage pojawia się opis przemocy domowej, ale widziany z perspektywy sprawcy – przemoc wybucha nagle, jest nagła, zaskakująca dla wszystkich, niszcząca. I znów nie chodzi autorowi o zabranie głosu w gorącej dzisiaj dyskusji społecznej, bo tekst ukazał się w latach 90., nie ma on też charakteru publicystycznego. To jest raczej opis rytuału przejścia, który dokonuje się w łonie całej rodziny, dla każdego z jej członków oznacza co innego, zwłaszcza wtedy, gdy synowie muszą bronić matki przed ojcem. To egzystencjalistyczne opowiadanie opracowuje w gruncie rzeczy antyczny motyw unde malum, ale kończy się, jak wiele opowieści o prowincji, pozorny spokój życia w małym światku ukrywa koszmary:

    – Jak pan myśli, my doczekamy?

    – czego?… końca historii?… końca myślenia? Jeśli chaos jest silniejszy od porządku?…

    – Tu w Ciężkowicach tego nie widać. Ludzie żyją ciągle w zasięgu dzwonów. A jak panu się wydaje, kto posiada ciągle prawdziwą władzę?

    Krzysztof Uniłowski w 1996 recenzował debiutanckie opowiadania Bawołka i przyznawał się do lektury „zaledwie trzykrotnej” – czy dzisiaj możliwa jest taka uwaga krytyczna? Pozostawiam to pytanie otwarte (choć mam cyniczną odpowiedź własną), podkradam jednak Uniłowskiemu spostrzeżenie ważne nie tylko w debiutanckim tomie, ale i w La petite mort: cechą konstytutywną opowiadań Bawołka są struktury niemożliwe. „Są  to  zarazem  struktury  literackie,  jak  i logiczne,  a „niemożliwe”,  bo  podwojone,  zapętlone  (supeł!)  i jednocześnie  wykraczające  poza  swoje  ramy  (eks-centryczne).  Ruchowi  dośrodkowemu  (skupienie)  zawsze  towarzyszy  tutaj  ruch  przeciwstawny  – odśrodkowy  (rozszczepienie)”.

    Rację ma też Uniłowski, że w poetyce Bawołka nie chodzi ani o strumień świadomości, ani o oniryzm (odpadają zatem dwie wygodne szufladki). Właśnie ta proza trudna, udająca tylko przystępność stawia opór krytyce, co powoduje, że o Bawołku pisze się rzadko, za to wyłącznie pozytywnie.

    Zdjęcie: Nigel Tadyanehondo on Unsplash

  • Złe wychowanie

    Złe wychowanie

    Realistyczna powieść o pedofilii, toksyczny układzie rodzinnym rozciągającym się na trzy pokolenia. Świetnie napisana, bardzo przykra opowieść o zakłamaniu, zniewoleniu, złym wychowaniu.

    Katarzyna Wiśniewska, Tłuczki

    Nisza 2018

     

    To jest powieści o mężczyznach, którzy na ciałach kobiet odbijają sobie kiepskie perspektywy życiowe, małe osiągnięcia, niskie emerytury. I o kobietach, które na to pozwalają i takiego schematu uczą swoje córki i wnuczki, a nawet walczą o utrzymanie życiowego status quo w sytuacji, gdy cała domowa konstelacja ustalana jest przez autorytarnego pedofila.

    To historia o życiu  3 pokoleń kobiet, pogardliwie nazywanych tłuczkami. Domem rządzi inżynier Wincenty, który ustala wszystkie reguły domowe, nawet te najdrobniejsze. Rządzi, dyryguje, wyzywa swoją żonę i córki, bije i tresuje. Przez lata tak je tłamsi, że Maria, córka, którą wykorzystuje seksualnie, jako dorosła  już kobieta nie zrywa z nim kontaktu, ale opiekuje się staruszkiem. Bierze kredyt, żeby kupić mu w prezencie elektroniczny mapnik, bo wie, że to sprawi mu przyjemność. Maria wychodzi za mąż za byłego księdza, zwolnionego z seminarium za wykorzystywanie chłopców i wspólnie z nim wychowuje swoją córkę. Na ironię zakrawa fakt, że Rycerz – wykorzystujący Lusię – jest wobec niej bardziej opiekuńczy i uważny niż matka. To on pozwala jej na różne słabości, towarzyszy w czasie imprez szkolnych, organizuje zabawy. Łucja jako dorosła kobieta nie potrafi sobie ułożyć życia, seks wyobraża sobie wyłącznie jako upokorzenie, zrywa każdy tzw. normalny związek, bo pragnie być poniżana, a jednocześnie tego poniżenia nie potrafi znieść. Prześladuje Rycerza, marząc o tym, by związać się właśnie z nim. Wiśniewska bardzo precyzyjnie i chłodno opisuje sceny domowej przemocy. Udaje jej się opowiadać w sposób konkretny, dokładny, a jednocześnie bez epatowania przemocą, nie znajdziemy u niej scen pornograficznych, rozsmakowania się w opisywaniu przemocy. Wiśniewska buduje efekt przerażenia jakby mimochodem: o tym, że Wincenty molestuje własną córkę, że sypia z nią oficjalnie, nie ukrywając niczego przed żoną, dowiadujemy się z ostatniego akapitu rozdziału poświęconego rytuałowi przygotowań do imienin – cała impreza także składa się z ciągu upokorzeń mniejszych i większych: tylko potomkowie rodzin szlacheckich z okoli Lwowa są wystarczająco godni, by dostąpić zaszczytu zaproszenia, wanna w domu musi być umyta wcześniej i nie wolno już z niej korzystać (kara – bicie), dziewczęta w czasie spotkania przy stole muszą recytować (znów kara i wyzwiska za niewłaściwe powtórzenie słów). Za ich błędy (domniemane) i występki (niewielkie) ojciec wymierza wyrafinowaną i perwersyjną karę: każe włożyć do majtek sopel lodu i chodzić z nim do kompletnego roztopienia.

    Autorce udaje się tak skonstruować powieściowy świat, że czytelnika dużo bardziej przeraża to kobiece podporządkowanie, transfer wzorców wykorzystania, powtarzalność losu niż same sceny przemocy i męskiej dominacji. Poniżana Teresa nie potrafi wyrwać Marii z łap ojca, molestowana Maria wychowuje Łucję na ofiarę pedofila – nie ma chyba bardziej pesymistycznego wniosku niż powtarzalność ról i wzorców. Wszyscy bohaterowie pozbawieni są samoświadomości, ofiary nie zdają sobie sprawy z swego statusu, nie potrafią wyzwolić się z chaosu, w jakim funkcjonują, w jaki wpędza je otoczenie. Olbrzymią rolę odgrywa tu Kościół, nauczający o tradycyjnym kobiecym podporządkowaniu, o jej roli usługowej.

    Wiśniewska ten motyw chaosu, niejasności, zapętlenia losu umacnia dzięki odrzuceniu chronologicznej kompozycji. Przeskakuje wciąż o kilkadziesiąt lat – od dzieciństwa Marii do dorosłości jej córki, od komunizmu do wolnej Polski, od zrytualizowanego życia rodzinnego do rodziny topniejącej po śmierci Teresy, rozwodzie Marii, usamodzielnieniu Łucji. Widzimy powtarzające się opisy przemocy: raz jej sprawcą jest despotyczny Wincenty, innym razem nadopiekuńczy i miękki Rycerz – sens przemocy nie zmienia się jednak wcale. Widzimy krzywdę dzieci: Teresa oddaje całkowitą władzę nad córkami mężowi, Maria nie potrafi pokochać własnej córki, którą cały czas strofuje i poprawia.  Piekło to inni – chciałyby powiedzieć kobiety Wiśniewskiej, nie widząc, że i one same potrafią sobie piekło zgotować. Że dają się wprzęgać w role społeczne: czułej i troskliwej matki, dobrej nauczycielki, kobiety sukcesu, singielki – choć wszystkie w gruncie rzeczy są znerwicowane, niezdolne do zawalczenia o siebie, własne dzieci, własny los.

    Nie wiem, co ukaże się jeszcze w tym roku, ale Tłuczki  na razie wydają mi się najlepszym debiutem. Być może dlatego, że wyszły spod pióra dziennikarki z długim stażem, która właściwie debiutantką nie jest, bo pisze od lat. Ale też z pewnością dlatego, że Wiśniewskiej udało się uniknąć pułapek czyhających na każdego, kto sięga po tematykę rodzinną i wokół niej chce zbudować zajmującą historię. Nie ma w jej opowieści żadnego morału, ckliwości, łatwych rozwiązań (bo tu nie ma żadnych rozwiązań), taniej psychologii i jaskrawego podziału ról. Nie czytałam dawno lepszej powieści. Ani też bardziej przygnębiającej.

     

    Zdjęcie: Dawn Armfield Unsplash

  • Nie ma we mnie twojej śmierci

    Anna Augustyniak, Kochałam, kiedy odeszła
    Nisza 2013

    Kochałam, kiedy odeszła opowiada o śmierci matki, o przeżywaniu żałoby, o przepracowywaniu relacji i wyrzutach sumienia, jakie zawsze towarzyszą żyjącym. W 2013 Inga Iwasiów także wydała książkę o umieraniu – poświęconą pamięci ojca. Na tym właściwie jednak podobieństwa się kończą, bo obie autorki zupełnie inaczej przepracowują ten temat. W Umarł mi pojawia się śmierć nagła, niespodziewana i przez to tragiczna. W Kochałam, kiedy odeszła Augustyniak rysuje śmierć powolną, bolesną. Jednym z najbardziej dramatycznych wspomnień bohaterki jest moment, w którym musi podjąć decyzję o zaprzestaniu leczenia matki, o wyrażeniu zgody na jej odejście. I tak we wspomnieniach wraca matka piękna, młoda, roześmiana, ale też matka, której żyły pękają przy zastrzykach, matka zapadająca coraz bardziej w milczenie i ból.

    Śmierć jako taka jest trudno opisywalna, ale w Kochałam, kiedy odeszła udaje się narzucić wiele innych tematów, rozpisać to jedno zjawisko na szereg zagadnień nostalgicznych,  dramatycznych, ale też często przerażających. Augustyniak nie cofa się przed pokazywaniem tego, co w śmierci rodzica jest tabu, a często właśnie w takich fragmentach pokazuje swoje literackie mistrzostwo. Bo kłopot bohaterek jej opowieści polega na tym, że zbliża je dopiero choroba, że spotykają się dopiero, gdy matka traci swoją niezależność. Wcześniej córkom się nie poddawała, zachowywała pewien rodzaj dystansu, który uniemożliwiał prawdziwą bliskość. Tę zaś narzucają córki chorej, ona jednak próbuje się przed całkowitym poddaniem bronić. I to właśnie pierwsze przełamanie tabu, bo Augustyniak pisze nie tylko o podporządkowaniu chorego systemowi ochrony zdrowia (choć ten wątek uprzedmiotowienia także się tu pojawia: w postaci pielęgniarki, która koniecznie chce „mamusię” nakarmić „mięskiem z sosikiem” i zabrać ją na mszę), ale o podporządkowaniu chorego rodzinie. Matka przez całe życie nie lubiła być dotykana, głaskana – teraz zaś, gdy umiera w hospicjum, taki właśnie dotyk wydaje się córkom jedynym pocieszeniem, jedynym znakiem opieki i czułości. Umieranie matki jest bowiem granicznym doświadczeniem śmierci, gdy nie ma mowy ani o zachowaniu godności, ani o metafizycznym przejściu. Chorej na raka pozostaje niewyobrażalny ból, a dowodem największej miłości bliskich jest podjęcie walki z lekarką, która próbuje matkę leczyć – bo trzeba w końcu pozwolić jej odejść.

    Relacja matki i córek jest zawsze relacją przyciągania-odpychania i ten ruch nie zamiera nawet w śmierci, co Augustyniak podkreśla na kilka różnych sposobów, znów łamiąc kulturowe tabu. Córki uczą się ciała przez obserwowanie matki, to ona niejako wprowadza je w świat dojrzałości fizycznej, płci, seksu. To ona – zabierając dziewczynkę ze sobą do gorseciarki – uświadamia jej, do czego może służyć kobiece ciało, że ten cel stanowi ważny element życia kobiety:

    W moim śnie miałaś dwie piersi. Leżałaś naga w trumnie. Byłaś młoda, może czterdziestoletnia. No tak, wtedy rzeczywiście jeszcze miałaś dwie piersi. I nosiłaś takie specjalne staniki ze szpicem na brodawki. Pamiętam, jak jeździłyśmy do gorseciarki, żeby szyła ci je na miarę. Siedziałam i patrzyłam, jak przymierzasz miseczki, wybierasz ramiączka. Nie lubiłaś koronek i kokardek. Biustonosz nie był do ozdoby. Miał wzmagać pożądanie. Tego się wtedy nauczyłam. Miałam może z dziesięć lat.

    Ona też wprowadzi je w świat choroby nowotworowej, utraty pielęgnowanej kobiecości i bólu paliatywnego. I tutaj właśnie znów uruchamia się dwuznaczność relacji matka-córka. Bo pomimo bliskości i przywiązania, są sobie ciągle obce, ciało matki stale budzi niepokój córki, ujawnia się jako obce, wprowadza ją w nowe doświadczenie. Młoda kobieta nie potrafi znieść widoku cierpienia:

    Miałam halucynacje strachu o ciebie. We dnie i w nocy. Miałam cię dość. We dnie i w nocy. Miałam cię dość. Nie mogłam patrzeć, jak cierpisz. Nie mogłam na ciebie patrzeć. Przygryzam dolną wargę na to wspomnienie. Zupełnie jak ty.

    Autorce udało się tutaj stworzyć świetną formę, utrzymać równowagę między emocjonalnym tonem i drapieżnością obserwacji. Cały intymny zapis z własnego przeżywania owej śmierci składa się z serii krótkich, często jedno- lub dwuzdaniowych not. Nie jest to w żadnej sposób pamiętnik, ale próba narzucenia porządku formalnego takiej relacji, która ze swej natury nie podlega uporządkowaniu. Taka kompozycja pozwala też pokazać jeszcze jedno ważne zjawisko – nie ma tu wyciszenia, akceptacji straty. Córka, która przez lata towarzyszyła matce w walce z chorobą, w szpitalach i hospicjum, nawet długo po śmierci nie potrafi znaleźć niczego, co pozwoliłoby jej domknąć to doświadczenie, zaakceptować śmierć matki. Nie ma więc powtórzenia antycznej kompozycji. Nie ma koncyliacji z Trenów.

    Wielkie ćwiczenie z umierania.