Tag: Wydawnictwo Literackie

  • 5 powodów, dla których należy czytać Richarda Flanagana. Koniecznie.

    5 powodów, dla których należy czytać Richarda Flanagana. Koniecznie.

    Richard Flanagan, Ścieżki północy, Wydawnictwo Literackie 2015
    Klaśnięcie jednej dłoni, Wydawnictwo Literackie 2016

     
    1. Bo opowiada historie o egzotycznej Tasmanii, jakby to było Podkarpacie, Bieszczady albo miasto przy zamkniętej kopalni na Śląsku. Bieda, nędza i pijaństwo, które opisuje, są absolutnie uniwersalne i jednocześnie egzotyczne. W Klaśnięciu jednej dłoni pojawia się bambo chatka dla pogardzanych imigrantów, dzieci pracujący jako darmowi służący. Praca przy budowie tamy opisana jest tak, jak praca na wyrębie u Hłaski.
     
    2. Bo w Ścieżkach północy potrafi opisać koszmar obozowego cierpienia, niewolniczej pracy w egzotycznych warunkach Dalekiego Wschodu (Australijczycy pracujący przy budowie Linii czyli kolei japońskiej przez Birmę) i braterskie poświęcenie językiem pełnym grozy i humoru zarazem. Bohaterska postawa Dorrigo Evansa, jego conradowski wręcz heroizm wojenny zderzają się tu z jego niską moralnością życia powojennego, skłonnością do zdrady małżeńskiej i pogardą dla tych, którzy nie doświadczyli wojny. Flanagan unika więc łatwego heroizmu, daleki jest od gloryfikacji swoich bohaterów.  Jednocześnie nie ma u niego afirmacji przemocy i wojny.
     
    3. Bo daje najlepszą próbę literatury wysokiej, którą czyta się z wypiekami jak pościelowy romans: w Klaśnięciu jednej dłoni schemat fabularny opiera się na relacji zapijaczonego ojca i bitej przez niego córki, w Ścieżkach północychodzi o romans głównego bohatera z żoną wuja. Obie te powieści można analizować na poziomie emocji – bo to książki o zdradzie, miłości, cierpieniu, samotności, braterstwie. A jednocześnie to coś zdecydowanie więcej, w Ścieżkach północy chodzi o heroizm pomimo cierpienia i wierność zasadom, która narodzona zostanie tylko śmiercią, o nieprzekładalne doświadczenie wojny, o zapomnienie o obozowym koszmarze. Klaśnięcie jednej dłoni opowiada zaś o dorastaniu do wybaczenia, o umiejętność wzięcia odpowiedzialności za własne życie, o bagażu, jaki stanowi wojna także dla drugiego pokolenia ocalonych.
     
    4. Bo potrafi opowiadać o emocjach za pomocą skrajnie plastycznego, konkretnego języka:
     
    Rozumie pan więc, powiedział pułkownik Kota, że zwróciłem uwagę właśnie na pańską szyję. Jest bardzo piękna – dobrze widzę, gdzie powinien spaść miecz. Cudowna szyja. Pańska głowa odleciałby na metr od ciała. Tak jak powinna. Bo czasami szyja jest po prostu za cienka  albo za gruba, albo ofiara za bardzo się wierci i kwiczy ze strachu, może Pan sobie wyobrazić, więc spuje pan cięcie i w końcu sieka pan więźnia ze złości na kawałki. Za to pański kapral ma kar jak byk, jest odważny, rozumie pan. Musiałbym się skoncentrować, żeby mój cios był silny i dokładny, i żebym mógł szybko go zabić.
     Przez jakiś czas potrafił grać The Last Post tak jak w czasie wojny, mając poczucie, że ten utwór nie ma z nim nic wspólnego; grał go z obowiązku, jako zawodowy żołnierz. Później przez długie lata, przez dziesiątki lat, w ogóle nie grał, aż do dziewięćdziesiątego drugiego roku życia, kiedy po trzecim wylewie umierał w szpitalu; przyłożył wtedy zdrową ręką trąbkę do ust, raz jeszcze zobaczył dym i poczuł woń palonych zwłok, i nagle zrozumiał, że nic więcej w życiu mu się przytrafiło. 
     
     5. Bo nie ma tu wyższości, chłodu, dystansu intelektualnego wobec błądzących postaci, bo potrafi łączyć największe sprzeczności, pokazywać dramatyczne konflikty, wewnętrzne sprzeczności i ograniczenia bohaterów.

     

  • 5 powodów, dla których nie warto czytać dziennika Szczepana Twardocha

    5 powodów, dla których nie warto czytać dziennika Szczepana Twardocha

     1. Bo to pochwała chłopackich zabaw z bronią, a nie przepadamy za myśliwymi-łowczymi:

     

    „Wywołują mnie przez megafon.
    – Mister… uhm… Sheshepin… uhm… Twerdoc…? Pealse, go to gate.
    Wiem, o co chodzi. Przy gejcie, jednynym zresztą, czeka pani ochroniarka.
    Nie, droga norweska ochroniarko, nie będę rozkładał tutaj strzelby. No to nie poleci i to ty będziesz miała kłopot. Nie, nie mogę z niech wyjąć zamka. Tak, wiem, ale to nie jest sztucer, z którego można łatwo wyjąć zamek. Strzelbę musiałbym rozłożyć na czynniki pierwsze, a tego robić nie zamierzam (…). Norweżyca polarna jest ładna, chociaż na policzku ma wielkiego, nabrzmiałego pryszcza. Stoję przy niej otępiały i uparty w tym otępieniu”.
     
     2.  Bo katalog z przedmiotów dnia codziennego mógł robić Marcel Proust albo Jarosław Iwaszkiewicz, a gdy robi go pisarz klasy B, to trąci raczej snobizmem i problemami pierwszego świata:
    „Dzień zaczął się tak sobie, ale już prawie wiosna i słońce, więc żeby coś z dnia było, wyciągnąłem z garażu leciwy i błyszczący i kochany szwedzki kabriolet, otwarłem dach i pojechałem na południe (…). Czterdzieści pięć kilometrów, lasy i pola, pusto i prosto, można przycisnąć, posłuchać, jak świszcze turbo, wkręcić silnik na pięć tysięcy, zredukować na zakręcie, przeziębić się, bo marzec. Powkręcałem.
     
                      „Zatrzymałem się koło neogotyckiego kościoła, chociaż nie lubię neogotyku, wysiadłem, paliłem papierosa (…). Chciałem przez chwilę kupić morawskie wino, ale pomyślałem, że w gliwickim sklepie z morawskimi winami kupię przecież  lepsze niż w potravinach w Sudicach. Nic nie kupiłem”.
    3. Bo, jakbyśmy chcieli sobie poczytać sentymentalne i ogólne frazy Ericha Emmanuela Schmitta lub Paolo Coelho, to byśmy sobie ich pożyczyli z biblioteki:
    „A w nowych domach z katalogu z domami naiwny sen o klasie średniej świata Totalnej Demobilizacji, nie ma już robotników, są key accounci i sales repowie, bracia moi i siostry moje udręczone, jest rozpełzające się antymiasto (…). Konfesjonały słuchają małych grzeszków, a pamiętają jeszcze wspaniałych, wielkich grzeszników i teraz zasypiają od tych rozpaczliwych grzeszków, od lepkich niewierności samemu sobie, od ciepłych nienawiści. Grzechy są takie same od zawsze, nie zmienia się substancja człowieczeństwa, ale w obumarłej cywilizacji grzesznicy są mniejszego formatu, podobne jak mniejszego formatu są święci”.
    4. Bo próbuje być jak Nora Roberts i Danielle Steel w jednym, licząc, że zaduma się nad nim czytelnik, który lubi kupować pluszowe czerwone serca:
    „Kobieta, która jest moją żoną, ma wspaniałe trzydzieści jeden lat, a wczoraj miała lat osiemnaście i od tego czasu jestem cichych świadkiem historii jej ciała”.
    Nasuwa się tu jeszcze pytanie, jaki redaktor puszcza frazę „cichy świadek historii jej ciała”?
     
    5. Bo wzruszające w swojej prostocie intelektualnej są wyznania absolwenta filozofii, któremu tok przemyśleń zaburza wiotkię dziewczę:
    „A potem szedłem sobie grudniowym tym Mediolanem, słuchając Contemporary Noise Quintet tak głośno, że zza fortepianu nie było słuchać nawet tramwajów, i pomyślałem sobie, że nie mam żadnej mądrości, którą mógłbym przekazać światu. Chciałbym mieć taką mądrość, ale nie mam. Uśmiechnęła się do mnie dziewczyna w czerwonej sukience i jasnym płaszczu, rozpiętym w pełnej optymizmu prefiguracji kwietnia, szła szybko, stukając obcasami szpilek”.
  • Literatura gówniarska

    Muszę przyznać, że mam pecha ostatnio do polskiej powieści: w krótkich odstępach czasu w ciągu ostatnich dwóch miesięcy wpadłam na trzy fatalne książki, które wyszły spod pióra autorów cenionych i uważanych za wyjątkowo utalentowanych: Masakrę Krzysztofa Vargi, Zuzę albo czas oddalenia Jerzego Pilcha i Czarne serce Janusza Andermana. Wszystkie te trzy powieści łączy szereg cech wspólnych, wszystkie też mają, z mojej perspektywy, podobne słabości, wywołują też podobną nudę i irytację. Dlatego też pozwalam sobie na tekst przekrojowy, poświęcony im wspólnie – choć każda oczywiście zasługuje na to, by zjechać ją osobno.


    Anderman opowiada historię polskiego dziennikarza na stałe pracującego we Francji. Przyjeżdża do Polski tuż po 10 kwietnia 2010 roku i z bliska obserwuje zachowania tłumu, pisze duży artykuł dla swojego wydawcy, kupuje też brulion, w którym spisuje swoją historię sprzed 20 lat. Jako młody działacz opozycyjny został internowany, pamięta wiele historii z tego okresu i wokół tego wątku koncentruje się jego opowieść. Pod koniec PRL-u został jednak oskarżony o zabójstwo swojej narzeczonej, w procesie poszlakowym uniewinniony, nie pamięta jednak, czy Wandę zabił, czy też jednak zrobił to włamywacz. Nie pamięta, bo lata 80. spędził na gazie, zmniejszając tylko czasem stopień upojenia.
     
    Pilch w Zuzie… opowiada o romansie młodziutkiej prostytutki i chorego słynnego pisarza – Pilchowego alter ego. Z perspektywy stałego klienta różnych prostytutek próbuje przeanalizować ten związek, prawdopodobieństwo jego utrzymania i przyczyny klęski. Szuka w relacji z dziewczyną tego wszystkiego, czego jemu samemu brakuje: jej bezmyślność ma być odpowiedzią na jego nadmierny intelektualizm i skłonność do introspekcji, jej siła i żywotność na jego chorobę i słabość. Jej młodość na  jego starość itp.  Zuza jest oczywiście mityczną prostytutką, panienką, o jakiej marzy każdy gówniarz – ona lubi swój zawód, oddaje mu się z absolutnym oddaniem i nie wyobraża sobie życia bez niego. Cóż…
     
    Mistrzem gówniarstwa okazuje się jednak Varga w Masakrze, budując postać swojego bohatera jako wiecznego chłopca, rockowego muzyka, odbijającego się w życiu niczym wolny elektron. Stefan łaknie prawdziwego życia, emocji, przywiązania. Ucieka jednak w picie, łatwy seks z panienkami, którego odwiedzają jego garderobę, ciągle przeprasza i obiecuje poprawę. W ostatniej scenie łka nad elementarzem Falskiego, który zabiera z pokoju własnych dzieci.
     

    Każda z tych trzech powieści udaje, że jest tekstem nośnym, uniwersalnym, poświęconym niepokojom egzystencjalnym przeżywanym przez każdego człowieka. Główny bohater Masakry pije nałogowo, bo nie potrafi znaleźć w życiu niczego na tyle wartościowego, by go od picia odciągnęło, narrator Zuzy… szuka lekarstwa na świadomość śmierci, próbuje zagłuszyć stopniowe osuwanie się w chorobę i samotność. Czarne serce Andermana zaś to powieść o niepewności i braku zakorzenienia, o zamknięciu na drugiego człowieka i skupieniu na sobie. Jednocześnie jednak są to wszystko powieści o podstarzałych facetach, którzy w ramionach prostytutek szukają pocieszenia i odpuszczenia win, niezdolnych do zaangażowania. To historia o egocentrycznych typach, życiowych nieudacznikach, zawsze wybierających łatwe wyjście. Jeśli coś ich w ogóle absorbuje, to zawsze są to wielkie problemy: postępujący upadek sztuki (Masakra), histeria po 10 kwietnia i niezdolność społeczeństwa do rozliczenia się z komunistyczną przeszłością (Czarne serce), choroba (Zuza…). Wszyscy bohaterowie są projektowani w tych powieściach na cierpiących tytanów, na poświęcających się za świat bohaterów lub pokrzywdzone niewinnie ofiary. Gdy przyjrzeć im się jednak bliżej, okazuje się, że za każdym razem to po prostu nieodpowiedzialni, obawiający się zaangażowania i udziału w świecie gówniarze. W każdej z tej powieści pojawia się postać prostytutki – obawiam się jednak, że nie każdy autor, który pisze o prostytutkach to Dostojewski.

     
    Martwi mnie ten przedziwny zwyczaj sprzedawania opowieści o niedorosłych chłopaczkach jako powieści uniwersalnych. Żaden z przywoływanych tu autorów nie napisał nowej Dżumy, w której faktycznie doktor Rieux, a większych chyba jeszcze stopniu Rambert, jest Każdym.  Nawet podejrzanemu o morderstwo dziennikarzowi z powieści Andermana wiele brakuje do camusowego Cottarda.  Te męskie światki nie urastają do relacji, jakie opisuje Camus.
     
    Drugi kłopot mój wiąże się z innym rodzaje oszustwa: każdy z przywoływanych tu znakomitych i uznanych pisarzy oszukuje czytelnika, oddając mu do rąk słabą powieść, powieść udającą wysoką, wymagającą literaturę. Każdy z tych utworów utrzymany jest w stylu i poetyce danego autora – Czarne serce to kolejna typowa powieść Andermana, skonstruowana według jego przepisu: z aspołecznym bohaterem, uwikłanym w toksyczną relację, krytykującym otaczający go świat i wyalienowanym. Anderman jak mało który polski pisarz, słyszy język ulicy, potrafi go skopiować i wyśmiać, wiadomo więc, że pojawić się muszą passusy, w których ożyje ta karykatura życia społecznego. I tak jest – długie opisy scen rozgrywających się  przed Pałacem Prezydenckim w 2010 roku, rodzajowe scenki z Białołęki, dialogi więźniów kryminalnych i internowanych w 1980.  Wszystko to jednak znamy, czytaliśmy już wcześniej, Anderman – mistrz cierpkich i gorzkich opowieści, nie pisze powieści, jakiej byśmy już u niego nie czytali.
     
    To samo zobaczymy u Pilcha – Zuza… kontynuuje tu wątki zapoczątkowane w ostatnich dziennikach i w powieści Wiele demonów. Zapowiadać ma wielką autobiograficzną opowieść, którą Wydawnictwo Literackie wypuści w 2016 roku – po tym, co przeczytałam ostatnio, nie chce mi się po nią sięgać. Zuza… spełniać miała zadanie marketingowe, pokazać czytelnikowi, że autor pisze i walczy, że obecny jest na rynku literackim. Przyniosła jednak efekt odwrotny: dostaliśmy jakiś dziwny, dość krępujący czytelnika brudnopis, szkicyk powieściowy. Kolejne wywiady z Pilchem, kolejne jego utwory informują przede wszystkim o postępie choroby, ich wartość literacka jest symboliczna. Moje współczucie dla autora nie przenosi się jednak na zachwyt coraz słabszymi tekstami. Męski żarcik o tym, jak to z nowo poznaną prostytutką trzeba „przełamać loda” powtarzany wielokrotnie w Zuzie… sprawia, że i ten tekst można spokojnie zaliczyć do literatury gówniarskiej. I tutaj jednak mamy wszystko to, co już u Pilcha czytaliśmy: zachwyt nad młodymi dziewczętami, subtelną autoironię, przeciwstawienie Wisły i Warszawy, figurę surowej matki. Żadnej wartości dodanej, za to 120 stron powtórek.
     
    Varga czyni dokładnie tak samo – znów typowy dla niego bohater uwikłany w swoje osobiste piekiełko, skoncentrowany na sobie i wspominający z łezką w oku durną i chmurną młodość, rozgadanie, krytyka społeczna i polityczna z elementami ostrej satyry, wysoka poza i dystans autora, który ustawia się ponad krytykowaną rzeczywistością. Tu dodałabym jednak jeszcze jeden zarzut porozbijania 500-stronnicowej powieści na małe kawałeczki, ale na ten temat opublikuję tekst osobny.
     
    Wszyscy ci uznani autorzy wyszli z przekonania, że chcemy przeczytać to, co już u nich czytaliśmy, że wystarczy zapakować znane ich chwyty w nową fabułę, wrzucić nowy blurb, żeby sprzedać nową książkę. A to jest właśnie czyste literackie oszustwo – nie ma tu bowiem żadnej pisarskiej ewolucji, żadnego literackiego wysiłku, mierzenia się z formą. Każdy z nich jest świadomy tego, za co ceni go publiczność i sądzi, że tej publiczności należy podać kolejny placek według znanego przepisu.
     
    Myślę jednak, że jest coś nowego w tych książkach – otóż są gorsze od ich poprzednich, słabsze, głupsze – gówniarskie właśnie. Piszę to z tym większym żalem, że uwielbiam Andermana, wysoko cenię Pilcha i martwi mnie ich słaba forma albo wyrachowanie, z jakim oddają w wydawnictwie powieści-kity, powieści dla innych gówniarzy.    

     

  • Pół samobójstwa i inne figury karkołomne

    Anna Janko, Mała zagłada
     Wydawnictwo Literackie 2015
    Coraz silniej rozwija się w Polsce literatura non-fiction, której tematem staje się wojna widziana oczami kolejnych pokoleń. Nie chodzi zatem o przybliżenie zdarzeń II wojny światowej, ale o ukazanie pamięci kulturowej, o przedstawienie sposobów pamiętania i upamiętniania zdarzeń. Pokolenie tych, którzy wojnę przeżyli, ustępuje drugiemu pokoleniu – urodzonym po wojnie, żyjącym w cieniu cudzych wspomnień. Pamięć kulturowa drugiego pokolenia ocalonych z Holocaustu to dzisiaj temat nie tylko refleksji literackiej, ale i naukowej. Coraz więcej pisze się też o innych przeżyciach drugiego pokolenia – o sierotach wojennych, dzieciach repatriantów, potomkach wypędzonych.
     
    O sprawiedliwość dla tych, którzy przeżyli pacyfikację wsi upomina się Anna Janko w swoim szalenie kontrowersyjnym eseju Mała zagłada. Punktem wyjścia dla jej refleksji historycznej jest pacyfikacja Soch na Zamojszczyźnie w czerwcu 1943 roku, w której zginęli jej dziadkowie wraz z większością mieszkańców wsi. Przeżyła trójka dzieci Ferenców, w tym Teresa – matka Anny Janko. W czasie pacyfikacji Teresa ma 9 lat, musi zaopiekować się dwójką młodszego rodzeństwa, zająć się nimi później w kolejnych sierocińcach. Janko opisuje trudną młodość i dorosłość matki, osieroconej i skazanej na przyspieszone dorastanie. Dorosła Teresa staje się jednak w paradoksalny sposób córką swojej córki, to mała Anna musi się opiekować matką, która ciągle żyje pamięcią wydarzeń wojennych. Mała zagłada jest zatem próbą opowiedzenia historii matki, ale też terapeutycznego oczyszczenia z odziedziczonej traumy. Ta część eseju jest bardzo spójna, wyrazista, mocna także z psychologicznego punktu widzenia. Mała zagłada staje się bardzo złą literaturą dopiero wtedy, gdy Anna Janko stara się do historii swojej matki dopisać szeroki kontekst. Teresa Ferenc opowiada bowiem córce o przeszłości jako o doświadczeniu dziecka, nie zna danych, nie interesuje jej polityczne ani historyczne tło, nie uruchamia wszystkich skomplikowanych narzędzi poznawczych. Te wprowadza Janko, szukając dla opowieści matki poszerzenia, wyjaśnienia, potwierdzenia.
     
    Ten drugi tor opowieści wprowadza jednak takie treści, uruchamia taki język i ten rodzaj emocji, który przekreśla nieomal wartość opowieści o matce. Janko, starając się zbudować w świadomości czytelnika pewną ramę, próbując unaocznić mu cierpienie osieroconych dzieci i zło wojny, często posługuje się szantażem emocjonalnym, nie cofa przed żadnym chwytem retorycznym wywołującym zaangażowanie uczuciowe. Sama pisze zresztą otwarcie: „Wszystko, co nami wstrząsa, musi być pojedyncze i mieć swoje imię”. Dlatego właśnie w Małej zagładziedominuje wyliczenie i zbliżenie – autorka wprowadza całe szeregi imion pomordowanych czy osieroconych, powtarza opisy analogicznych sytuacji cierpienia po to właśnie, by wywołać emocjonalną odpowiedź czytelnika, epatuje bólem i przemocą. Tymczasem o wojnie napisano tyle, że liczy się nie tylko to, co mówi (a Janko nie mówi niczego nowego), ale właśnie, jak o tym opowiada.  
     
    Skupiając się zaś tak bardzo na wywołaniu uczuć, zapomina autorka o intelektualnym porządku refleksji, sama tym uczuciom się poddaje. Mała zagłada stanowi też rodzaj pamiętnika, w którym Janko zapisuje przemyślenia dotyczące kolejnych filmów wojennych, spektakli, książek, dokumentów, muzeów. Notuje skrupulatnie swoje wrażenia z wizyt w obozach, przebieg rozmów z ocalonymi w Sochach, za każdym razem jednak osuwa się w banał, zarzuca czytelnika histerycznymi puentami. O strachu pisze tak:
     
    Bo czy można ubrać w słowa pustkę, która wyje? Pustkę, która wyje, biegnąc na oślep? Pustkę, która wyje i biegnie na oślep, nie ruszając się z miejsca? Jak płonący lód pali i ziębi zarazem? Od czegoś takiego słowa odpadają jak papierowe strzałki. Właściwie zanim dolecą, to już się spalą. Nie ma słów.
     
    Ten karkołomny stylistycznie fragment jest niestety reprezentatywny dla całości tekstu.
     
    Poczucie winy, skomplikowaną sytuację córki Amona Gotha przedstawia Janko następująco:
    A nienawiść do siebie jest jak pół samobójstwa, jakby się było w ciąży z własną śmiercią.
     
    O nazistowskiej technice rozstrzeliwań:
    Tymczasem oni szli sobie dalej i strzelali dalej, szczególnie zawzięci nie byli, robili swoją robotę, zabijali zwyczajnie, tak jak krowa je trawę.  
     
    Te cytaty najlepiej pokazują rozwichrzony styl, pomieszanie pozornej nonszalancji i cynizmu z sentymentalnymi, kulawymi metaforami.
     
    Opowieść Anny Janko wzbudza kontrowersje – wiele osób bowiem uważa, że nie wolno krytykować tej słabo napisanej historii, że chroni ją temat. Z jakichś tajemniczych, pozaliterackich powodów czytelnicy uważają, że nie można patrzeć krytycznie na opowieść poruszającą temat tak ważny, osobisty. Otóż można. Bo ja nie krytykuję doświadczeń Anny Janko, a tekst, który wydała. Jej opowieść wpisuje się bowiem w dość niestety rozległy nurt kiczu wojennego. Żaden temat – a tym bardziej temat tak istotny – nie usprawiedliwia histerycznego i kwiecistego zarazem języka, nieuporządkowania, chaotycznej formy, prymitywizowania wniosków. Anna Janko szantażuje czytelników, narzucając im swoje emocje, dążąc do takiego usytuowania swojej narracji, która może być analizowana wyłącznie na poziomie emocji: Janko chce naszego współczucia, a nie intelektualnej recepcji – wbrew temu, o czym mówi w licznych wywiadach.
     
    Stawką w Małej zagładzie nie jest odkrywanie prawdy o przeszłości, ale forsowanie własnej wizji. Autorka nie chce dyskusji o pamięci drugiego pokolenia, o dziedziczeniu traumy, o ramach pamięci kulturowej i o tym, w jaki sposób pamięć kulturowa musi przedstawicielom drugiego pokolenia ocalonych zastąpić rodzinne wspomnienia. Kształt jej opowieści nie daje szans na dyskusję, bo jakikolwiek sprzeciw od razu umieszcza krytyka po stronie okrutników bez serca, zimnych formalistów. Cóż, chętnie sama ustawiam się w tym gronie.  
     
     Mała zagłada to zła, ckliwa opowieść o II wojnie światowej, której chaotycznej formy sam temat w żaden sposób nie usprawiedliwia. Anna Janko to tutaj druga Kossak-Szczucka, bardzo słuszna i bardzo sentymentalna, wybielająca polską przeszłość, jednocześnie osuwająca  się w banał.
     
    Ten tekst w pierwotnej, dłuższej wersji ukazał się w „Twórczości”. 

     

  • Człowiek, drzewo, sarna, kamień

    Szczepan Twardoch, Drach

     

    Wydawnictwo Literackie 2014
     
    Człowiek, drzewo, sarna,  kamień
    Drach nie jest powieścią ani tak wybitną, jak piszą wielbiciele Twardocha, ani tak trudną, jak chcą jej internetowi krytycy. Twardoch kontynuuje w niej swoją zasadniczą technikę, łączy wątki współczesne z historycznymi, osadza akcję w czasie wojen i niepokojów, znów wybiera schemat trójkąta miłosnego i głównym bohaterem czyni człowieka wyalienowanego. Ponownie także sięga po chwyt opowiadającej o świecie pewnej nadświadomości, istoty obdarzonej wiedzą większą i szerszą niż ludzka. Tym razem jednak na miejsce akcji wybiera Śląsk, w jedno „teraz” ściąga wydarzenia z wojen XIII wieku, I wojny światowej, powstań śląskich i plebiscytów z lat 1919-1920, II wojny światowej oraz początku XXI wieku. Jego bohaterami stają się przedstawiciele rodziny Magnorów i Gemanderów, których losy śledzi przez cały właściwie XX wiek, na plan pierwszy wysuwają się zaś dwaj przedstawiciele tej rodziny – Joseph Magnor, górnik, żołnierz pruski w czasie I wojny oraz jego odległy potomek – Nikodem Gemander, śląski uznany architekt z przełomu XX i XXI wieku.
     
    Nie jest to jednak powieść realistyczna o Śląsku, bo Śląsk spełnia tu właściwie rolę tła. Bohaterami Dracha mogliby stać się ludzie z jakiegokolwiek pogranicza, z przestrzeni wieloetnicznej, rządzonej konfliktami. Twardochowi, dzięki takiej dekoracji, udaje się pokazać życie w ciągłym zagrożeniu, przekrój przez XX wiek, którego rozwinięta cywilizacja i struktury państwowe nie dają żadnego poczucia bezpieczeństwa. Wszyscy są tu dla siebie Inni i Obcy, tworzą sąsiedzkie więzi od pokoleń, ale jednocześnie też dokonują samosądów, napadów i morderstw. W połowie wieku równie łatwo zginąć od pałki i pięści, co w XIII wieku – zdaje się mówić Twardoch.  
     
    Drach to powieść-powódź, napisana z wielkich rozmachem, ale jednocześnie przeładowana, fabuła utopiona w zbyt wielu zdarzeniach, obciążona zbyt wieloma bohaterami. Wszystkie wątki, wszystkie zdarzenia odznaczają się zaś dodatkowo wyjątkową dramatycznością. Twardoch sięga do malowniczych, ale i potwornych wydarzeń historycznych (walka w okopach I wojny, obozy koncentracyjne i marsze śmierci w czasie II wojny, przemoc związana z radzieckim wyzwoleniem, więzienia i śledztwo MBP w okresie powojennym), ale dopełnia je jeszcze melodramatycznymi wątkami osobistymi swych bohaterów. Jakby nie wystarczyła temperatura wywołana historiami wojennymi, Twardoch jeszcze ją podnosi i podkręca, dodając małżeńskie zdrady, osierocone dzieci, przemoc domową, choroby psychiczne i szpitale psychiatryczne, śmiertelne choroby, gwałty i nałogi. Cały ten układ sprawia, że obraz przemocy ulega osłabieniu, a nie wzmocnieniu, bo nadmiar makabry rodzi dystans, zanik współczucia. Hiperbola to ulubiona figura Twardocha, tutaj jednak pojawia się ona na zbyt wielu poziomach, a sam autor osuwa się w niemożliwe do przełknięcia  efekciarstwo. Cały świat przedstawiony, wszystkie relacje między postaciami mają być wygrywane na najwyższej nucie emocjonalnej – miłość, nienawiść, chęć zemsty, chuć i popęd seksualny nie zostają tu ani razu ograniczone, ale zawsze zmierzają do ostatecznego spełnienia. Te wichry namiętności połączone z dramatyczną historią polityczno-społeczną tworzą jednak obraz przesycony,  rozmywający się. I zamiast opowieści parabolicznej wychodzi Twardochowi „Niewolnica Isaura” w śląskich dekoracjach.
     
    Łatwe epatowanie wielkimi emocjami wydaje mi się najważniejszy błędem  widoczny na poziomie organizacji fabuły Dracha, ale nie daje mi spokoju jeszcze jeden kiepski zabieg Twardocha. Otóż pod tą fabularną szarżą ułańską nie kryje się żadna treść głębsza poza banalnym wnioskiem, że historia nie jest procesem sensownym i że człowiek nie ewoluuje, nie uczy się niczego. Twardoch skupiony na tworzeniu atrakcyjnej opowieści, zapomniał, że powinna ona jeszcze o czymś opowiadać. Tytułowa postać – drach oznacza smoka. Tutaj jednak chodzi bardziej o ziemię lub tajemną i mityczną istotę, która trwa w ziemi na przekór wojnom, zniszczeniom i zmianom, rozgrywającym się na jej powierzchni. Sądzę, że autor miał prosty, ale i efektowny pomysł na swą powieść, chciał pokazać opozycję zmiany i trwania, zderzyć powolne trwanie świata z szybkim rytmem współczesnej historii. Zamierzał pokazać różne wymiary – czas lądolodów i smoków oraz czas ludzki. Wszystko to jednak osuwa się w dość ładny obrazek, w komunał. Twardoch chce też zaprzeczyć mitowi postępu, optymistycznej opowieści o ludzkiej ewolucji. Pokazuje zatem, że niewykształcony i niezdolny do autorefleksji Joseph jest tak samo uwięziony w swoim życiu, jak wykształcony i nieustannie rozmyślający nad sobą Nikodem, że człowiek jest tak samo zdeterminowany w swoim życiu jak zwierzę, że stanowimy prostą sumę instynktów i popędów:
     
    Tylko ja wiem, jak bardzo głupi w swej mądrości jest Nikodem Gemander, a jaki mądry w swej ignorancji jest jego pradziad Joseph Magnor, kiedy jedzie do Gleiwitz i nie wie nawet, czy jedzie tam zabić, czy zgwałcić, czy kochać, bo czy pies wie, czego chce, kiedy biegnie za sarną i kiedy wbija zęby w jej pęciny?
     
    Żaden ze wskazanych wyżej problemów nie zostaje w powieści poddany refleksji, ani też polemice. Jest tylko powtórzenie mitu, nie ma jego nowoczesnego przepracowania, nowej opowieści na archetypowe tematy. Twardoch rzuca czytelnikowi kilka mocnych scen na temat przewagi zwierząt nad ludźmi, na temat instynktu, który ważniejszy jest niż rozum. Świnia idąca na rzeź czuje śmierć, sarna odwodzi psy od kryjówki młodych, kozioł sarny zapładnia kolejne samice, szczury szukają pożywienia. To ludzie walczą ze sobą, wymyślają ideologie, granice, paszporty, i ciągle uprawiają seks. Z perspektywy dracha zaś to wszystko nie ma znaczenia, w równym stopniu ludzie i zwierzęta skazani są na instynkty, śmierć, rozpuszczenie się w sokach ziemi. Bardzo to oczywiście atrakcyjna koncepcja, ale gdy wyciągnie się ją spod tego spiętrzenia zdarzeń i postaci, okazuje się dość prosta.
     
    Najnowsza powieść Szczepana Twardocha została zaplanowana już jako bestseller, przeprowadzono też odpowiednią akcję promocyjną, autor udzielił szeregu wywiadów, w których próbował nie odpowiadać na pytanie o znaczenie tytułu. Podobnie jak kilku tylko innych polskich pisarzy (Michał Witkowski, Marek Krajewski, Zygmunt Miłoszewski) Twardoch ma ambicje zdobycia uwagi czytelników okazjonalnych, ludzi, którzy po książkę sięgają rzadko, skuszeni szumem medialnym. Ta próba podboju nowego obszaru rynku wyraźnie widoczna jest i w samej książce i w jej recepcji. Dla wielu odbiorców bowiem Drach jest zbyt trudny, hermetyczny, skomplikowany na poziomie wypowiedzenia (bo dialogi prowadzone po wasserpolsku i niemiecku nie mają przekładu w przypisach), ale też na poziomie kompozycji, bo Twardoch w poszczególnych akapitach przeskakuje niekiedy o setki lub przynajmniej dziesiątki lat, opowiada symultanicznie o obu dwudziestowiecznych wojnach, postaciach z różnych pokoleń. Taki zaś tok narracyjny okazuje się dla niewyrobionego czytelnika zbyt trudny. Być może zatem i problem, który Twardoch wpisuje w swą powieść obliczony został na intelekt czytelników sporadycznych? A moje wątpliwości nie mają znaczenia, bo czytelnik wyrobiony może sobie czytać Tołstoja?
    Dłuższa wersja tego tekstu ukazała się w „Twórczości”.