Tag: Wydawnictwo Literackie

  • Przekroje glebowe a Michel Houellebecq. 10 ważnych zdań z Interwencji 2

    Przekroje glebowe a Michel Houellebecq. 10 ważnych zdań z Interwencji 2

    1. Dzisiaj swoich współczesnych czytam nieco  mniej, raczej wracam do dawnych lektur – to normalne, starzeję się. Teraz już wiem, że czytać będę do końca swoich dni 

    (więcej…)

  • Prawo serii

    Prawo serii

    Kochani Państwo, czy Państwo kupują książki w seriach? Pytam, bo mój mąż właśnie nabył na internetowej aukcji całego Dostojewskiego, ja zbieram kilka serii i boleję bardzo, że nie pasują mi książki Sofii Oksanen – jedna wydana przez Świat Książki, druga przez Czarne i nijak nie wyglądają koło siebie.

    (więcej…)

  • Skandal jako narzędzie

    Skandal jako narzędzie

    Skandal – tylko wybuch
    We współczesnym świecie literackim skandal powinniśmy rozumieć przede wszystkim jako zakłócenie porozumienia, jako rodzaj zgrzytu w procesie komunikacyjnym. Ktoś, kto mówi lub pisze, zwraca się zawsze do określonej grupy odbiorców, pragnie przekazać im wiedzę o zdarzeniach. Piotr Michałowski charakteryzuje skandal jako przeciwieństwo stereotypu, bo stereotypowe przedstawienie nie zmienia w żaden sposób naszej wiedzy (Michałowski nazywa takie zjawisko „przekazywaniem wiedzy zerowej”), tymczasem skandal dąży do maksymalnej zmiany naszej wiedzy, przekazania wiedzy całkowicie nowej, innowacyjnej, rewelacyjnej. Ważne jest jednak i to, że o ile stereotyp trwa, o tyle skandal żyje wyłącznie w krótkotrwałym wybuchu, traci swą siłę wraz z czasem. Moc skandalu szybko ulega osłabieniu i po kilku latach od jego wybuchu, nie pamiętamy już dokładnie jego okoliczności ani konsekwencji. Skandal może więc wyłącznie istnieć jako zaskoczenie, które ze swej natury jest krótkotrwałe.

    To skandal!
    To publiczność czytająca wytarza skandal, nigdy sam autor, twórca komunikatu. Nieważne, jakie intencje ma autor, czy chce zaszokować czytelnika, czy też uznaje sam swój utwór za tradycyjny. Skandal rodzi się, gdy odbiorca bierze do ręki książkę i woła: „To skandal!”. Czasem więc mamy do czynienia ze skandalem z przypadku, częściej raczej ze skandalem wykreowanym, z tekstem, którego autor z premedytacją łamie normy estetyczne i artystyczne, występuje przeciwko naszym wyobrażeniom, miesza sacrum z profanum. W dzisiejszym świecie nie sposób właściwie wywołać skandalu o charakterze wyłączenie artystycznym.  Łatwo za to obrazić uczucia religijne publiczności i to chyba najczęstszy przypadek skandalizowania. Przewrócona figura papieża, posąg Chrystusa z szalikiem klubu sportowego – oto proste przykłady, skandale łatwo wybuchające i stosunkowo szybko odchodzące w niepamięć. Znów powołam się na Piotra Michałowskiego, który pisze, że w świecie, w którym wszystkie normy zostały przekroczone, czeka nas tylko nuda powtórek.
    Cel: podtrzymanie skandalu
    Skandal, który tylko obraża, skandal, z którego nie wyciągamy żadnych wniosków, jest wydarzeniem bez sensu, zaskoczenie znika, zakłócony proces komunikacyjny wraca do normy, zgorszeni czytelnicy chowają transparenty i wracają na kanapy. Ważny jest taki skandal, który nie tylko obraża, ale przede wszystkim szarpie wnętrznościami, stawia pytania i z nimi nas pozostawia, wskazuje wyraźnie puste pola w obszarze naszej świadomości. Taki skandal najczęściej ma charakter światopoglądowo-aksjologiczny, uderza w jakieś nasze świętości, ale nie tylko te religijne. Autor, który w swojej powieści wytwarza ten rodzaj skandalu, musi mieć świetnie opanowaną wiedzę dotyczącą stereotypów, musi znać najbardziej bolesne miejsca naszej kultury, rozpoznawać nastroje, by wiedzieć dokładnie, w który punkt uderzyć. Jakie elementy spiąć ze sobą, by powstawał dysonans, który doprowadzi czytelnika do furii, wytrąci go z poznawczych kolein.
    Jeśli chcemy wykreować skandal, to naszym celem nie jest wyłącznie jego wywołanie, ale przede wszystkim podtrzymanie, przedłużenie bitwy na polu literackim, gra z czytelnikami w oburzenie i aprobatę. To zaś udaje się szalenie rzadko.

    Praworządność jako skandal
    Czasem pojawia się skandal smakowity, skandal porządny, który trwa długo i wywołuje szereg debat. W 2006 roku taką książkę, która wywołała lawinę sprzecznych komentarzy, zgorszenie i uwielbienie czytelników były we Francji Les Bienveillantes Jonathana Littella. W 2008 roku ukazały się one po polsku jako Łaskawe – gdy wychodziło jednak polskie tłumaczenie, była to już książka znana, szokująca, sprzedająca się w ogromnym nakładzie (za granicą), nagrodzona Goncourtami, czyli najważniejszą francuską nagrodą literacką, a jednocześnie potwornie mocno skrytykowana w Niemczech.
    Littell napisał ponad tysiąc-stronnicową powieść o Maksie Aue – finezyjnym intelektualiście i mordercy, gorliwym urzędniku III Rzeszy. Aue przechodzi całą kampanię wschodnią aż do Stalingradu, ale nie w strukturach Wehrmachtu, lecz SD. Bierze zatem udział w masakrach i egzekucjach, dobija niedostrzelonych rannych w wąwozie Babi Jar, wizytuje obozy koncentracyjne, uczestniczy w zdobywaniu Stalingradu. Littell wychodzi od stereotypu, który znamy: jego bohaterem staje się doktor prawa, człowiek inteligentny, światowy, doskonale znający się na sztuce, nie wierzący Hitlerowi, ale oddany państwu i prawu. Jest to więc taki rodzaj nazistowskiego urzędnika, jaki kultura reprodukuje już od dawna, nie ma on w sobie nic z bestii, socjopaty. Doskonale zna normy moralne. Gardzi zezwierzęceniem szeregowych esesmanów, a jednocześnie dobrowolnie wybiera pozycję kata, oprawcy, uczestnika i świadka najstraszniejszych zbrodni nazistowskich. Jego idée fixe jest całkowita profesjonalizacja procesu mordowania – z oburzeniem wyrzuca z Babiego Jaru szeregowych żołnierzy, którzy pod wpływem szaleństwa strzelają na chybił trafił do ofiar, pisze donos na oficera, który pobił Żyda na ulicy. Pragnie bowiem, by zabijanie było pracą spełnianą na chłodno, bez emocji, porządnie i wydajnie. Nie ma w niej miejsca na napady obłędu, alkohol, furię, bo te nie przystoją państwowym urzędnikom realizującym politykę Rzeszy.  Nie kradnie dla siebie, nie gwałci, nie upija się, ani nie nagina prawa. Bierze udział w grabieży, ale tej organizowanej przez państwo. Pomaga więźniom obozów koncentracyjnych, ale dlatego, że ich wysoka śmiertelność przekłada się na niski ekonomiczny postęp państwa. Stara się ukrócić działania rozbestwionych towarzyszy, robi to jednak z tych samych powodów – nie przystoi to mundurowi nazistowskiemu, utrudnia pracę precyzyjnej maszyny niszczenia. Na wszechobecną śmierć reaguje fizycznie – wymiotami, biegunką, słabością. Ranny w głowę pod Stalingradem, wraca do Rzeszy.
    Czy perwersja kogoś jeszcze szokuje?
    Wszystkie swoje perwersyjne gusta Aue realizuje w sferze seksualnej, złapany przed wojną na stosunku homoseksualnym, decyduje się wstąpić do SD, bo tylko mundur może go ocalić od uwięzienia. Ma kazirodczy romans z siostrą bliźniaczką, prawdopodobnie też morduje własną matkę, w końcu sam staje się przedmiotem własnych fantazji seksualnych, w których dokonuje się androgyniczne zlanie się ciała Maksa z ciałem Uny – siostry. Maks marzy wszak, by stać się nią – w tym sensie zatem jego homoseksualizm ma charakter zastępczy.
    Na czym polega zatem skandaliczność tej powieści? Krytycy zarzucali jej epatowanie fizycznością i perwersją seksualną, rozbudowanymi opisami stosunków i defekacji, wątkami womitalnymi. Każdemu czytelnikowi wrażliwemu na takie sceny trudno doprawdy przedzierać się przez długie i precyzyjne, bardzo realistyczne sceny masakr, gwałtów, masturbacji. Tu ujawnia się pierwszy poziom skandaliczności „Łaskawych”: pornograficzne sceny szokują właśnie dlatego, że wmontowane są w historię o Zagładzie, w której kat, po zakończeniu pracy w potwornej maszynerii śmierci, oddaje się skomplikowanym fantazjom seksualnym. Z perspektywy czytelnika pojawia się tu zgrzyt – zderzenie tematyki, która zasługuje na szacunek i zadumę z rozpasaniem i brakiem wyrzutów sumienia. Poczucie dysonansu odbiorcy wzmacnia jeszcze absolutny racjonalizm Maksa, jego poświęcenie w pracy, chłodna umiejętność autorefleksji i brak zaślepienia. To jednak tylko pierwszy poziom krytyki, związany ze streszczeniem tej historii. Powieść Littella brali na warsztat najwybitniejsi krytycy i choć ukazała się dopiero dziesięć lat temu, poświęcono jej już trzy opracowania monograficzne, a także nieskończoną ilość artykułów.

    Kat w miejsce ofiary
    Łaskawe to zdecydowanie skandal wykreowany przez autora, umiejętnie później podtrzymywany jego milczeniem: na wszystkich spotkania autorskich i w wywiadach konsekwentnie odmawiał on odpowiedzi na pytanie o powód nadania bohaterowi rozbuchanej, perwersyjnej seksualności. Jej prawdziwą skandaliczność trzeba sobie jednak dopiero uświadomić, wyprowadzić ją niejako z tekstu. W 1947 roku skandal wywołał Tadeusz Borowski, gdy w potężnym artykule Alicja w krainie czarówrozbił w pył model przedstawienia obozowego świata stworzony przez Zofię Kossak-Szczucką w Z otchłani. Skandal ten wzmocniony został przez publikację Pożegnania z Marią, ponieważ sposób konstrukcji bohatera zacierał fundamentalną różnicę między katem i ofiarą, przerzucał na więźniów odpowiedzialność za zło obozu. Borowski pracował jednak na styku tych dwóch przeciwstawnych pozycji, adresował zaś swój tekst do ludzi, którzy – tak jak on – mieli osobiste doświadczenia wojenne. Tymczasem tutaj, kompletnie wbrew tradycji literackiej, socjologicznej i filozoficznej, bohaterem stają się kaci. U Littella ofiary nie mają głosu, pojawiają się właściwie tylko jako ciała, cała uwaga autora skupiona jest na oprawcy, na jego psychicznej konstrukcji, wartościach, potrzebach i przemianach. I to zagadnienie właśnie sprawia, że Łaskawe wyrastają na największy chyba skandal literacki nowego wieku.

    Dlaczego mielibyśmy czytać książkę napisaną przez wykształconego idiotę, który źle pisze, prześladują go seksualne perwersje i zatracił się w ideologii rasistowskiej i archaicznej wierze w los? Niestety, jeszcze nie znalazłam na to odpowiedzi

    – napisała Iris Radisch na łamach „Die  Zeit”. Otóż odpowiedź na to pytanie jest dość prosta, choć oczywiście podkreśla fakt, że Littell balansuje na granicy etyki. W Łaskawychbuduje studium zbrodni po to, by pokazać czytelnikowi, jak rodzi się zło i jak rodzi się zbrodniarz, a właściwie zbrodniarze, bo wszyscy żołnierze, z którym styka się Aue, dopuszczają się mniejszych czy większych przestępstw.

    Perwersyjny moralitet
     Do czego potrzebne są Littellowi rozbudowane, naturalistyczne obrazy kaźni i masakr? Dlaczego mordowane ofiary pojawiają się tylko jako anonimowy tłum, spychany do rowów w Babim Jarze?

    Żeby dotrzeć do niektórych rannych, trzeba było chodzić po zwłokach, były ohydnie śliskie; białe i miękkie ciała usuwały mi się spod butów, kości łamały się zdradliwie, traciłem równowagę, grzęzłem po kostki w krwi i błocie.

    Nagromadzenie tych opisów, nadużywanie scen śmierci sprawia, że czytelnik najpierw dusi się, przygnieciony tymi potwornymi obrazami, po czym na nie obojętnieje, albo też zaczyna odczuwać niezdrową fascynację. Takie zaś czerpanie perwersyjnej przyjemności z czytania o Zagładzie wielu autorom zarzucał już dawno Teodor Adorno. Mamy więc tu do czynienia (po raz drugi) ze skandalem, tym razem nie tylko skandalem literackim, ale też skandalem etycznym – Littell wystawia swego czytelnika na grzech, grzech braku współczucia, uprzedmiatawiania ofiar, przewrotnego zagłębiania się w świat zbrodni. Znów jednak te skandaliczne strategie uznać należy za zaplanowane świadomie przez autora, a wystawianie czytelnika na pokuszenie za strategię główną, prowadzoną z rozmysłem. Ta pornografia Zagłady ma wybić nas poza bezpieczną strefę czytelniczego dystansu, Littell tak montuje swój tekst, żeby wywołać u czytelnika maksymalny dyskomfort. Celem w grze, w procesie komunikacyjnym nie jest bowiem tylko polemika z kulturowymi obrazami, które sprawiają, że zamknęliśmy Zagładę w bezpiecznej przestrzeni literatury wojennej, ale przede wszystkim cel najtrudniejszy: „przebicie się do naszych sumień”. Joanna Tokarska-Bakir czytając Łaskawe, podkreśla właśnie ten ambitny, ale też pozornie skandaliczny i niemoralny cel Littella, autor po to wszak opisuje swego odrażającego bohatera, by zmusić nas do naprawdę bliskiego przyjrzenia się mu. Aue swój monumentalny monolog rozpoczyna od słów:

    Bracia śmiertelnicy, pozwólcie, że opowiem wam, jak było.

    Littell zaś kreuje gigantyczny fresk historyczny na fundamencie jednego przekonania: że Zagłada nie była wydarzeniem odosobnionym w historii, że każdy z nas prawdopodobnie stałby się katem, gdyby wymagały tego okoliczności historyczne. Łaskawe mają uświadomić łatwość, z jaką człowiek ulega takiej przemianie. W scenie masakry w Babim Jarze, którą oglądamy oczami Maksa Aue, nie ma żadnego przymusu zabijania: ci, którzy nie chcą mordować, odsyłani są do innych zadań, które bardziej odpowiadają ich predyspozycjom. Po zakończeniu masakry, gdy władza wydaje oficjalny rozkaz w sprawie konieczności zgłaszania kłopotów psychicznych żołnierzy odpowiedzialnych za realizację ostatecznego rozwiązania, w koszarach trwają dyskusje, bo wszyscy zastanawiają się, czy takie zgłoszenie nie powstrzyma ich kariery, nie zagrodzi w przyszłości drogi do awansu. Masowo i milcząco żołnierze podejmują więc decyzję o pozostaniu w oddziałach odpowiedzialnych za eksterminację – i tu skandalista-Littell objawia skandal historii.
    Skandal etycznej arogancji
    Krytycy, którzy atakowali Łaskawe, zarzucając książce epatowanie przemocą i perwersją, jak Phillip Sollers, uważali, że tezy Littella są oczywiste, stanowią powtórzenie wytartych już haseł Hannah Arendt o „banalności zła”. Sollers szydził z Littella, twierdząc, że jego epopeja to tak naprawdę „analité du mal”, czyli analność zła i czynił w ten sposób przytyk także do dużej ilości scen defekalno-womitalnych. Łaskawe to nie jest jednak skandaliczna epopeja pornograficzna pisana ku rozrywce tłumu. Joanna Tokarska-Bakir i Małgorzata Szpakowska w swoich tekstach analitycznych poświęconych tej powieści pokazują, że Littell zmaga się właśnie z powszechną akceptacją tezy Arendt, jej koncepcja banalności zła, stanowiąca rewelatorskie objawienie w latach 60., powtarzana wielokrotnie, z czasem straciła swoją moc. Tak więc Łaskawez całym swoim skandalizującym ładunkiem, stanowią nowe opakowanie i pogłębienie pracy Arendt. Walczą one z „konfekcją” – takiego określenia używa Małgorzata Szpakowska, by opisać zestereotypizowane sposoby przedstawiania nazistowskich zbrodniarzy. Określenia w rodzaju „kaci Hitlera”, „mordercy zza biurka” sprawiają bowiem, że dystansujemy się wobec zła wojennego i zapominamy o niebezpieczeństwie powtórzenia. Joanna Tokarska-Bakir podkreśla, że skandalizujące strategie stają się u pisarza sposobem na pokazanie skandalicznych cech naszej kultury, skandalicznej akceptacji zła, do jakiego doszło w historii. Kolejne analizy badawcze, prace historyczne i studia na temat II wojny doprowadziły bowiem do tego, że Zagładę wpisano w logikę rozwoju społeczeństwa, włączono zło w obręb wiedzy o naturze ludzkiej, a to sprawiło, że straciło ono swój ciężar, że stało się zjawiskiem intelektualnie oswojonym. Jak wskazuje antropolożka, Littell stara się właśnie przełamać naszą etyczną arogancję, która podpowiada nam, że wiemy o wojnie wszystko.

    Littell, autor książek reporterskich o Syrii i Czeczenii, wieloletni pracownik organizacji humanitarnych i obserwator konfliktów zbrojnych, nade wszystko zaś stara się pokazać właśnie ów skandal powtórzenia, zagrożenie, jakie płynie z lekceważenia wojennych doświadczeń i brak naszej skłonności do wyciągania z nich nauki. Opisy masakr i masowych grobów, które znajdujemy tak często w Łaskawych wzorowane zaś są, jak pokazują wywiady i prace badaczy, nie na zdarzeniach II wojny światowej, ale na konfliktach lat 90. w Bośni i Rwandzie, które odwiedzał Littell w czasie swoich podróżny z konwojami. Tutaj zaś ujawnia się kolejny skandal: autor Łaskawych odmawia Zagładzie wyjątkowości. Czyni to jednak nie po to, by podważyć znaczenie Holocaustu, ale po to, by podkreślić właśnie ryzyko powtórzenia, by pokazać, że ludobójstwo raz uruchomione, ujawnia się w kolejnych dekadach i na różnych kontynentach, że wykorzystywane jest jako narzędzie w politycznej walce.

    Taka praca

    Moje zapiski, być może, też będą bezładne i słabe, ale postaram się, by pozostały zrozumiałe, a niezależnie od wszystkiego, mogę was zapewnić, że do samego końca będą wolne od wszelkiej skruchy. Nie żałuję niczego: taką miałem pracę i już

    – wyznaje wiele lat po wojnie stary już Max Aue, dyrektor francuskiej fabryki koronek, który z dystansem i spokojem opowiada o swoich wojennych doświadczeniach. Nie martwi się o przyszłość, nie boi się upiorów przeszłości. Jego opowieść nie ma charakteru religijnej konfesji. To jest zupełnie inna historia: o tym, jak poświęcenie dla państwa, wierność, doprowadzone do granic osuwają się w zło, jak miejsce sprawiedliwości zajmuje nieprawość.
    I to jest ostatni chyba wielki skandal, jaki Littell wpisuje w swoją powieść. Którą należy czytać bez okrzyków, za to z wielkim skupieniem, bo mówi nam bardzo brzydkie rzeczy o nas samych. Dzisiaj.
    Korzystałam z:
    Piotr Michałowski, Strategie skandalu i stereotypy odbioru, „Przestrzenie teorii” 2003, nr 2.
    Małgorzata Szpakowska, 1939: Zrozumieć kata, dwutygodnik.com
    Joanna Tokarska-Bakir, 1939: Littell, dwutygodnik.com
    Do lektury:
    Jean Améry, Poza winą i karą. Próby przełamania podjęte przez złamanego, Kraków 2007.
    Hannah Arendt, Eichmann w Jerozolimie. Rzecz o banalności zła, Kraków 2010.
    Imre Kertész, Los utracony, Warszawa 2002.
    Jonathan Littell, Łaskawe, Kraków 2008.

     

     Tekst ukazał się w „Polonistyce” (nr 5/2016).
  • 5 hitów, które zrobią Ci krzywdę

    5 książek, po które lepiej nie sięgać w wakacje (ani w żadnym innym terminie)

    Lista subiektywna. Książki, o których piszą wszyscy, przedstawiane w samych superlatywach, ale w gruncie rzeczy kiepskie, przegadane, naiwne lub nieautentyczne. Pisane dla kasy, a reklamowane jako wyszarpane z głębi trzewi. Banalne, prymitywne, ślizgające się po powierzchni. Bestsellery, z których lektury nic nie wynika. 

    1. Katarzyna Bonda, Pochłaniacz, Muza 2014 – dawno nie czytałam tak śmiertelnie nudnego kryminału, książki tak przegadanej, naiwnej, operującej zdaniami prostymi, nieautentycznej psychologicznie.

    2. Yaa Gyasi, Droga do domu, Wydawnictwo Literackie 2016 – czytanka o niewolnictwie. Autorka twierdzi, że książka powstała jako owoc poszukiwań korzeni rodzinnych, ale po tekście widać wyraźnie, że skrojony jest na miarę amerykańskiego czytelnika, że ma mu pokazać w jasnych i prostych scenach, jakie potworne, ale też smutne i melodramatyczne były losy Afrykanów i Afroamerykanów. Wyrachowane, źle napisane.

    3. i 4.  Gregory David Roberts, Shantaram i Cień góry, Marginesy – Paulo Coelho z Bombaju, zdania tak kunsztowne, nasycone przymiotnikami, że od cukru bolą zęby. Śmieszna książeczka, która ma nas przywalić swoim rozmachem, a przygniata naiwnością:
     

    Ale jeden błąd może spalić w twoim sercu cały las, ukryć wszystkie gwiazdy na wszystkich niebach. I dopóki jego ogień płonie, dopóty zdradzona miłość czy utracona wiara może ci podsunąć myśl, że już po tobie, że nie możesz żyć dalej. Ale to nieprawda. To nigdy nie jest prawda. Bez względu na to, co robisz, bez względu na to, gdzie się zgubiłeś, ta świetlistość nigdy cię nie opuszcza. A dobro, które w tobie umiera, może się odrodzić, jeśli bardzo tego chcesz. Serce nie potrafi się poddać, bo nie potrafi kłamać.


    I mamy tu słowa kluczowe: świetlistość, serce, ogień, prawda i kłamstwo, odrodzenie – czytaj: banał, banał, banał.

    5. Elif Shafak, Uczeń architekta, Znak 2016 – powieść tradycyjna, napisana tak, jakby w prozie od połowy XIX wieku nic się nie zmieniło (a zmieniło się wszystko). Wielkie malowidło, wielka bajka dla czytelnika, tylko po co ją czytać? Konstrukcja powieści  przypomina konstrukcje Pata i Mata z czechosłowackiej bajki.
     


    Lista krótka, bo chciałam umieścić tutaj tylko po jednej publikacji danego wydawnictwa. Gdybym mogła być jeszcze bardziej niesprawiedliwa i subiektywna, lista ta ciągnęłaby się w nieskończoność. 
  • Kain i Abel

    Chigozie Obioma, Rybacy,
    Wydawnictwo Literackie 2016
    Opowieść o czterech braciach, konflikcie między nimi, tragicznej śmierci – oszalały wariat Abulu przepowiada, że najstarszy z chłopców zginie z ręki któregoś z młodszych braci. Ikenna zaczyna się odsuwać od rodziny, pogrążony w nieustającym lęku o własne życie, podejrzewając braci o spiskowanie, doszukuje się w ich zachowaniu nienawiści. Jednocześnie jednak to on swoimi podejrzeniami, chłodem, złośliwymi atakami prowokuje ich odwet. Obioma snuje powolną opowieść o życiu rodzinnym, o braterstwie, żałobie, o dorastaniu do zemsty, ale także o snuciu opowieści i konstruowaniu świata poprzez historię. Rybacy to potencjalny bestseller – powieść młodziutkiego debiutanta, emigranta, który porzucił Afrykę dla USA, nominowana do Bookera w 2015 roku, sprzedana do kilkunastu krajów.
     
    Gęsty, gorący afrykański klimat tej powieści podkreśla jej odmienność. W postkolonialnej opowieści zderza się europejski kult indywidualności i nigeryjskie wyobrażenie o życiu we wspólnocie. Relacja między braćmi starszymi i młodszymi, stosunek do rodziców, miejsce młodych w społeczeństwie, obowiązki wobec zmarłych krewnych nie przypominają w żaden sposób zachowań rodzin europejskich. Zarazem jednak ważny jest i uniwersalny wymiar tej opowieści. Obioma przepisuje bowiem na nowo i splata w jedno historię o Kainie i Ablu oraz historię Makbeta. Miłość i braterskie oddanie prowadzą w paradoksalny sposób do tragedii całej rodziny, autor pozostawia otwarte pytanie o determinację naszego losu – czy sami ściągamy na siebie fatum, czy też los musi się spełnić mimo walki, którą z nim podejmujemy? A także o to, kto pada ofiarą owego fatum: ci, którzy giną, czy ci, którzy muszą żyć dalej?
    Ten tekst ukazał się pierwotnie w „Polityce”.  

     

  • Wszyscy chwalą, czyli bądźmy podwójnie podejrzliwi

    Yaa Gyasi, Droga do domu

    Wydawnictwo Literackie 2016
    Dawno nie czytałam tak złej i jednocześnie tak przereklamowanej książki. Autorka ma 26 lat, Drogę do domu przedstawia się czytelnikowi jako jej rewelacyjny debiut i obawiam się, że faktycznie napisze ona w swoim życiu jeszcze wiele. Ale z pewnością zastanowię się dwa razy, zanim przeczytam jej kolejną książkę.
     
    Droga do domu już na etapie komponowania całości powinna zostać przez redaktora poprawiona, sama autorka powinna zaś zauważyć, że nie da się opowiedzieć o całym niewolnictwie, wszystkich problemach mieszkańców Afryki i Afroamerykanów w USA na przestrzeni 400 stron. W tym kształcie, jaki otrzymaliśmy, to nie jest powieść, to  jest jakiś nędzny pokaz slajdów.
     
    Yaa Gyasi wymyśliła, że będzie opowiadać o niewolnictwie poprzez serię portretów. I tak 14 historii indywidualnych ma nas przeprowadzić przez 300 lat historii. Rozpoczyna się od dwóch sióstr, które nie wiedzą o swoim istnieniu – jedna zostaje oficjalną czarną żoną naczelnika brytyjskiej twierdzy, drugą sprzedaje się jako niewolnicę. Jedna mieszka w twierdzy nad drugą, ich los jest skrajnie różny, jednak dzieje ich potomków nie odzwierciedlają tego podziału, wśród kolejnych 12 osób mamy wiejską wariatkę, nauczyciela, niespełnioną śpiewaczkę, niewolników z kopalni i plantacji bawełny, ale też handlarzy niewolników.
     
    Wymowa tej powieści jest słuszna, poruszana historia zaś wzruszająca, nie ma tu na poziomie założeń żadnych uproszczeń ideologicznych: nie tylko biali odpowiedzialni są za niewolnictwo, w XVIII wieku interesy na nim robili też mieszkańcy wybrzeży afrykańskich, którzy swoich pobratymców sprzedawali w niewolę. Tak więc wszystkie wątki – czarnych handlarzy i czarnych niewolników muszą być splątane, wszystkie historie dramatyczne, wina musi rozkładać się po równo. Cóż z tego, skoro książka jest tak zła, płaska, dydaktyczna, wypowiada wprost wszystko do ostatniego zdania. Wielokrotnie już pisałam o tym, że jedną z najważniejszych pułapek, w które wpaść może autor, jest przekonanie, że czytelnik jest głupi, że trzeba go poprowadzić przez tekst za rękę, bo sam sobie nie poradzi. Może czytelnicy amerykańscy lubią tę strategię, bo faktycznie Gyasi dobrze się tam sprzedaje. Z pewnością lubi ją wielu polskich blogerów, skoro rozpływają się w zachwytach nad powieścią. Niesłusznie – co można udowodnić w prosty sposób: na 400 stronach mamy 14 historii biograficznych koncentrujących się na jednym epizodzie z życia postaci, ale jednocześnie zarysowujących całość jej życia. To oznacza, że autorka ma 28 stron, by opowiedzieć o każdym ze swoich bohaterów. Taka strategia kondensacji jest trudna, a dla debiutanta bardzo trudna, wymaga bowiem niezwykłej precyzji, lapidarności stylu, umiejętności wychwytywania szczegółu, który staje się nośnikiem dla całości historii. Gyasi nie tylko tych umiejętności nie ma, ale też chyba o nich w ogóle nie słyszała.
     
    W swoim słusznym gniewie i pragnieniu opowiedzenia o całej historii niewolnictwa wprowadza zaś autorka dodatkowe utrudnienie: otóż los każdego z jej bohaterów musi łączyć się z jakiś elementem historii, stanowić odzwierciedlenie przemian politycznych i społecznych: mamy więc bohaterkę, której mąż zostaje zamordowany w pokazowej egzekucji za próbę ucieczki z plantacji, mamy bohaterkę, która nie może dostać pracy w Nowym Jorku ze względu na kolor skóry, mamy bohatera, którego żona zostaje porwana, gdy Południe wymusza wprowadzenie ustawy o karaniu uciekinierów.
     

     

    Jeśli więc, drodzy Państwo, pragniecie lektury egzotycznej na lato, wciągającej powieści afrykańskiej, to zdecydowanie odradzam Drogę do domu, za to zachęcam do przeczytania Rybaków Chigozie Obiomy (o czym niedługo napiszę, a na razie proszę wierzyć mi na słowo).