Tag: Wydawnictwo Literackie

  • Epidemia i NKWD

    Epidemia i NKWD

    Ludmiła Ulicka, To tylko dżuma

    Przeł. Agnieszka Sowińska

    Wydawnictwo Literackie 2024

     

    To jest zdecydowanie najlepsza powieść zagraniczna, jaką przeczytałam w 2024 roku. Zimna, pokręcona, przesuwająca linie podziałów, zadająca niewygodne pytania, a wszystko to skondensowane, zrolowane na 123 stronach – a więc to, co lubię w literaturze najbardziej.

    1939 rok, Moskwa, ostry stalinizm. Radzieccy naukowcy chcą opracować szczepionkę na dżumę, nie tylko po to, by wyleczyć jedną z najgorszych plag ludzkości, ale też z potrzeby prześcignięcia krajów demokratycznych. Jeden z badaczy zostaje wezwany z Saratowa do stolicy, by przedstawić przebieg badań. Pędząc do dzwoniącego w nocy telefonu, przez przypadek przesuwa sobie maseczkę. Umiera w szpitalu kilka dni później, a różne służby próbują opanować epidemię.

    Ulicka rozwija fabułę serią krótkich, bardzo dynamicznych scen z udziałem kilkudziesięciu postaci – laboratoria, przedziały w pociągu, gabinety lekarskie, sale szpitalne, mieszkania – cały czas przesuwamy się między nimi. Akcję napędza z jednej strony rozwój choroby, z drugiej ruchy ludzkie – kolejne telefony i NKWD, które użycza swoich zasobów, by wspomóc walkę z chorobą. Na pierwszy etapie najważniejsze jest bowiem zatrzymanie i odizolowanie wszystkich osób, które miały kontakt z pacjentem 0. Komisarz ludowy zdrowia dzwoni do Wysoko Postawionej Osoby (prawdopodobnie Ławrientij Beria) z prośbą o pomoc, a ten woła do słuchawki: „Pomożemy. I z nazwiskami, i z likwidacją”.

    W różne miejsca ruszają więc samochody, odbywają się błyskawiczne zatrzymania. Pracownicy NKWD wciąż wbiegają na jakieś klatki, skądś wyciągają ludzi. Radzieckie społeczeństwo już właściwie nie reaguje, bo nie skończyła się jeszcze wcale fala aresztowań zapoczątkowana w 1937. Wszyscy są przyzwyczajeni do nocnych najść, zabierania ludzi z domów i w nocy.

    „To tylko dżuma” stawia więc przewrotne pytanie o to, czy epidemię da się opanować tylko w kraju totalitarnym – bo w jej historii NKWD ratuje kraj od śmierci w męczarniach, skrajnego wyludnienia. Jednocześnie te wszystkie scenki rysowane są tak, że w kilku zdaniach i słowach autorka buduje od podstaw swoje postaci, nadaje im cechy indywidualne, by potem tylko zderzań je z innymi, pokazują setki możliwych trajektorii losu. Przy uważnej lekturze widać wyraźnie, że Ulicka odczłowiecza policję, a silnie indywidualizuje pozostałe postaci – nawet Beria w tej powieści nie występuje pod nazwiskiem, nie ma twarzy, podobnie jak wszyscy jego podwładni. System jest już tak ustabilizowany, że właściwie nie musi opierać się na ludziach, potrzebuje tylko mięsa, jakichś mięśni, które utrzymują jego trwanie. NKWD nie ma tu twarzy, nawet mundurów, bo zakrywają je kombinezony epidemiczne. Odczłowieczenie doprowadza więc autorka do skrajnej formy.

    Ulicka pisze sama, że „To tylko dżuma” to scenariusz. Ale gdyby potraktować go jako powieść, byłaby to powieść historyczna, a nie fikcja literacka w pełnym znaczeniu tego słowa. Zawsze mówię moim studentom, że jeśli mają mało znaków na recenzję, to powinni w pierwszej kolejności wycinać roztrząsania dotyczące gatunkowości, bo takiego brandzlowania polonistycznego poza osobami po fachu nikt nie ceni. Tutaj ma ono jednak znaczenie: opowieść o dżumie w 1939 roku w ZSRR nie jest political fiction, ani historią alternatywną, tylko zdarzeniem prawdziwym. Ulicka na bazie kilku faktów buduje swoją opowieść, napędza ją też inna wiedza: o zatrzymaniu w Moskwie epidemii cholery w 1959 roku (pisze o tym w rozmowie dodanej do polskiego wydania książki – rozmowie z 2021 roku, a więc ze środka innej epidemii).

    Dawno nie czytałam książki tak przewrotnej, tak doskonale skonstruowanej, lekkiej i czystej (jest tu kilka postaci heroicznych), a jednocześnie gęstej i wbijającej ostrze w sam środek dyskusji o uwikłaniu politycznym, w której przecież tkwi też sama Ulicka jako rosyjska autorka, równocześnie nagrodzona i francuską Prix Médicis, i rosyjskim Bookerem (jako pierwsza kobieta).

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

  • Kobieta i góra

    Kobieta i góra

    Końcem lata rozmawiałam z Antjie Krog, wybitną poetką z RPA, piszącą w afrikaans. Pytałam ją o wybór języka, wybór tożsamości, granicę między publicznym i prywatnym, polityczność kobiecego, starzejącego się ciała.

    Tam opowiadała o latach swojej młodości:

    Świat, w którym dorastałam jako afrykanerskie dziecko w Afryce Południowej, był jednocześnie złożony i pełny, zamknięty. Własną pozycję w nim odbierałam jako naturalną i oczywistą. Język afrikaans budził mnie w radio, napisy w afrikaans mówiły do mnie z dżemu i płatków śniadaniowych, w szkole, w autobusie wszyscy posługiwali się afrikaans. Rzeki, które przekraczaliśmy, gospodarstwa, które mijaliśmy, wzgórza, które badaliśmy, miasta, z których pochodziliśmy, piosenki, które śpiewaliśmy – wszystkie miały nazwy w naszym języku. Ten język produkował literaturę, która wydała pisarzy wielkich na skalę międzynarodową, jak André P. Brink czy Breyten Breytenbach, ale co ważniejsze – to był także język politycznych przywódców tego kraju. Prezydent i rząd posługiwali się afrikaans. Kiedy wyjeżdżaliśmy na wakacje, ojciec pokazywał nam wzgórza i równiny, gdzie dokonywała się historia: Afrykanerzy ginęli, walcząc z Brytyjczykami, walcząc z Zulusami. Czuliśmy, że ten kraj jest przez nas opłacony i naznaczony. Dlatego właśnie w latach 60. moje społeczeństwo czuło się pewnie, miało poczucie pełnej władzy, nawet wtedy, gdy podejmowało twarde działania przeciwko rewolucyjnym tendencjom wśród czarnych.

    Całość wywiadu do przeczytania tutaj:

    https://przekroj.pl/kultura/kobieta-i-gora-paulina-malochleb

    Jedyny wybór po polsku Antjie Krog ukazał się w przekładzie Jerzego Kocha w Wydawnictwie Literackim pod tytułem „Ciało ograbione” w 2017 roku dzięki staraniom Fundacji Miasto Literatury i Krakowskiego Biura Literackiego.

  • Alicja w krainie czarów XXX

    Alicja w krainie czarów XXX

    Jonathan Littell, Stara historia, nowa wersja

    Wydawnictwo Literackie 2019

    Przeł. Jacek Giszczak

    Czy nowa powieść Littella mówi nam coś nowego? Nie. Czy jest łatwa w lekturze? Nie. Czy to powieść na miarę Łaskawych? Nie. Czy to powieść pornograficzna? Tak. Czy to powieść-eksperyment? Tak.

    Sam autor nie zgadza się na określenie Starej historii mianem powieści pornograficznej, uważa bowiem, że pornografia opiera się na powtórzeniu i silnej konwencjonalizacji. Uważam jednak, że o ile faktycznie o konwencji pornograficznej nie można tu mówić, o tyle powtórzenie stanowi podstawę fabuły i konstrukcji tekstu: Stara historia opiera się bowiem na wyjątkowo prostym pomyśle: postać wynurza się z basenu, ubiera, wchodzi w korytarz i zaczyna biec. Przed nią rozciąga się korytarz – długi i ciemny, z dużą ilością drzwi. Otwarcie którychkolwiek powoduje wejście w 3 przestrzenie: rodziny, orgii/seksu w pokoju hotelowym, przemocy i wojny. Narracja prowadzona jest z punktu widzenia raz to mężczyzny, raz kobiety, raz postaci transseksualnej. Każdy incydent kończy się znów wejściem w korytarz i otwarciem kolejnych drzwi. I tak wciąż od nowa.

    Pierwotna wersja Starej historii ukazała się 6 lat temu, miała wtedy dwa rozdziały. Teraz Littell dodał jeszcze 5, stąd podtytuł – „nowa wersja”. Powieść składa się z 7 rozdziałów, które są permutacją 10 pierwszych fragmentów, rozwiniętych 5 razy – powstaje 35 kolejnych sekwencji.

    Pomysł Littella na tę powieść polega na użyciu takiego samego beznamiętnego języka do opisu każdej z przestrzeni – seks, miłość, wojna, rodzina pokazane są tak samo, różnice między nimi zatarte. Littell próbuje doprowadzić tu literaturę do granicy jej sensowności, pokazać zarazem absurd egzystencji i absurd pisania, samej formy powieściowej. W jego fabule powtarzają się pewne elementy, w każdej historii są one takie same, powstaje pewnego rodzaju permutacja motywów: osoba biegnąca zawsze ma na sobie szary, współczesny dres, w jej pobliżu pojawia się osoba płci przeciwnej o wyjątkowo jasnych włosach oraz mały chłopiec – też blondynek. W częściach poświęconych wojnie i przemocy – do jedzenia podają czerwoną fasolę z cynową łyżką, w częściach „współczesnych” – cebulę, chleb, oliwki, czerwone wino (kończy się wymiotami). Autor pracuje więc na bazie określonej liczby permutacji, wywołujących rozbudowane opisy seksu i przemocy, a czasem kombinacje ich obu: mamy to wojnę domową, bombardowania, rewolucję przypominającą trochę francuską, a trochę rosyjską, orgie, gwałt, seks we wszystkich konfiguracjach pozycji i komplikacji fizjologicznych. Tylko one zmieniają się w tej strukturze, podlegają precyzyjnie przewidzianej zmianie. Poszczególne sceny zmienne byłyby właściwie kompletnie oderwane od siebie, stanowiłyby luźny ciąg obrazów, gdyby nie pojawiały się w nich zawsze te same postacie: jeśli główną bohaterką danej sceny jest kobieta (dorosła już teraz, ale molestowana w dzieciństwie przez ojca), to jej synem będzie mały blondynek. Jeśli bohaterem jest mężczyzna, to na pewno odbędzie stosunek (czasem gwałt) z jasnowłosą kobietą. Chłopiec zawsze jest świadkiem przemocy, często pada jej ofiarą.

    Fabułą Littella rządzi opozycja powtarzalności i różnicy, partie „pokojowe” są z zmierzenia nudne, ciągle takie same, postać narratora zawsze w pewnym momencie doświadcza torsji. Nieokiełznana wyobraźnia, zmiana obrazowania rządzi w scenach seksu i przemocy – ludzie są gwałceni w wyrafinowany albo bardzo prostacki, ale zawsze brutalny sposób, ćwiartowani, przebijani, wieszani i rozstrzeliwani. Wszystko to odbywa się jednak w języku skrajnie bezosobowym, rzeczowym i beznamiętnym. Powraca naturalizm, połączony z elementami behawioryzmu – ludzie są tylko sumą prostych instynktów, działają pod wpływem niezbyt skomplikowanych bodźców, które zawsze popychają ich do zamęczenia ciała innego. Trochę Zola, a trochę Bacon.    

    Wyobraźnia Littella – co pokazały już poprzednie jego książki na przemocy jest skupiona. Przemoc zdaje się dominować także w przestrzeni seksualnej, to go też najbardziej interesuje. Właśnie przemocowej wyobraźni poświęcone było Suche i wilgotne – o sposobie myślenia Leona Degrelle’a, tak samo z Łaskawymi. Stara historia w swoim obrazowaniu wojennym podąża tropem otwartym w Zapiskach z Homs i dzienniku czeczeńskim – gdzie przemoc ujawnia się jako wojna domowa, która ma charakter totalny. Stara historia to trzecia powieść Littella, po Bad Voltage (nieprzetłumaczonej na polski z 1989) i Łaskawych z 2006.

    Żeby nie było wątpliwości: to jest powieść intelektualna, erudycyjna, z odniesieniami do Blanchota, Bataille’a, Bacona, Deleuza, oparta na matematycznie zbudowanej formule. Wszystkie te odniesienia widoczne są jednak dla czytelnika z dużymi kompetencjami kulturowymi. Jeśli czytamy Littella bez zaplecza filozoficznego, staje się on nudnym, powtarzalnym pornografem. Ciekawi mnie jednak funkcja tej powieści, cel, dla którego Littell mnoży kolejne sceny seksu i przemocy. Mam wrażenie, że o ile na poziomie wniosków nie wyjdziemy poza przekonanie, że człowiek to istota prymitywna, wiązka instynktów, o tyle prawdziwa zabawa dotyczy tu formy: Littell doprowadza bowiem literaturę do granicy, pokazuje tekst radykalnie literacki, który nie rości sobie absolutnie żadnych pretensji do opisywania rzeczywistości. Jego skrajnie realistyczna (na poziomie opisu) powieść jest jednocześnie zaprzeczeniem realizmu, bo Littell ma w nosie to, że kiedyś powieść była zwierciadłem przechadzającym się po gościńcu. Stara historia to jest jawny generator fikcji literackiej, powieść która swą fikcyjność i literackość podkreśla, szczyci się swą fikcjonalnością. Zmęczenie czytelnika wydaje się zaś celem autora, który nie chce bawić, nie chce uczyć. Nie chce pokazywać niczego nowego. Bierze swoje stare, obsesyjnie powracające tematy i miksuje je do absurdu.

    Kończąc tę litanię pytań: czy to jest powieść dobra? Nie. Bo ta zabawa jest anachroniczna, bo ciekawsze eksperymenty, bardziej radykalne na poziomie rozgrywki z literackością przeprowadzała już francuska Nowa Fala. Littell gra tu zaś o wyższą stawkę, bardziej ryzykownie, i kończy jako nudny pornograf.

  • Mistrzowie ciętej riposty (wypisy)

    Mistrzowie ciętej riposty (wypisy)

    Korespondencja pisarzy nigdy nie staje się hitem sezonu, ale powinni po nią sięgnąć wszyscy ci, którzy chcą pisać. Zwłaszcza jeśli jest to korespondencja dwóch takich autorów. Neuroza, kariera, rozpacz.

    Sławomir Mrożek, Leopold Tyrmand, W emigracyjnym labiryncie. Listy 1965-1982

    Wydawnictwo Literackie 2017

    Mrożek mówi coraz rzadziej, pozostają nam stare jego teksty, a warto do niego wracać ze względu na umiejętność zdystansowania się do świata, surowość oceniania siebie i otoczenia, jakąś przerażającą trzeźwość spojrzenia.

    W tej korespondencji widać, że Tyrmand jest jego równym partnerem, w niczym nie ustępuje Mrożkowi, także jeśli chodzi o sposób pisania – precyzyjnego, chłodnego, często okrutnego, bardzo złośliwego.

    Ich wymiana jest cyniczna, melancholijna i depresyjna, ale nie można się od niej oderwać, zwłaszcza gdy zdejmują rękawice i charakteryzują środowiska polonijne na emigracji, ostro oceniają artystów, pisarzy, aktorów. Kłócą się z wydawcami i dyplomatami. Wyjaśniają swoje koncepcje artystyczne, wadzą się ze swoją tożsamością – polską i żydowską, a przecież każdy próbował zabić w sobie przynależność narodową, bo obaj uznawali ją za wąską, duszącą kategorię.

    Jest to także wymiana niezwykle czuła i przyjacielska, Tyrmand zaczyna swoje listy „Mrożku-Kochanie”, a podpisuje je często „tfuj L”. Udzielają sobie wsparcia, bo obaj trafiają na Zachód właściwie bez pieniędzy i z małą ilością znajomości, muszą sobie zbudować życie na nowo, muszą wyrabiać kontakty, walczyć o publikacje i inscenizacje.

    Konkrety:

    Tyrmand do Mrożka:

    Aktorzy są dobrzy, ale nieco mierni – pisze Tyrmand do Mrożka po przedstawieniu Axera w 1969 roku. Samo przedstawienie jest nienajgorsze, ale trochę żadne.

    Z literaturą chyba skończę zupełnie, nie przyniosła mi niczego oprócz polskich złotych, czyli waluty nikczemnej, i mnóstwa rozczarowań. W związku z tym nie martwi mnie brak cugu pisania. (1965)

    Recenzując sztukę Vatzalv Mrożka, pisze: Ale wiesz, takie rady to na chuj – pisałeś, tak Ci się skomponowało i nie ma co w tym grzebać (1969).

    Twoje wrażliwości zawsze wydawały mi się pokrewne moim, z tym zastrzeżeniem, żeś Ty nie tylko wyrażał i bronił ich inaczej, lecz także, że przynajmniej w polskim zakresie potrafiłeś wywalczyć dla nich szacunek – co mnie zostało raczej brutalnie odmówione (1977)

    Mrożek do Tyrmanda:

    Gdybyś, rezygnując z literatury (…), założył jakieś ciekawe przedsiębiorstwo, jakiś handelek żywym towarem, jakieś wydobycie „srebrnej floty” czy nawet pojedynczego galeonu, jakaś mała broni dostawa, pamiętaj o mnie. Mogę być portierem, oskrobywać monety z wodorostów i adresować paczki. (1965)

    Dotychczas kapo był zagadnieniem z psychologii jednostki, teraz pojawiły się narody: kapo (1968) – to chyba najostrzejsze i najbardziej lapidarne określenie klimatu w Polsce po Marcu 1968 roku, z jakim się spotkałam.

    Jak wiesz, jestem człowiekiem emocjonalnym i raczej gwałtownym, dzięki czemu wiele rozmyślam o rozwadze i trzeźwości (1968).

    Co wieczora na Dworcu Gdańskim odbywają się wyjazdy. Publiczność podzielona na dwie grupy: ci, którzy żegnają; ci, którzy obserwują, kto żegna. Smutni panowie konwojują od niechcenia aż do granicy. Dom, z którego następuje „wyprowadzenie” na Dworzec Gdański, jest pod obserwacją już od rana. Od „strzemiennych” ludzie stają się nieostrożni i znana jest anegdota (…), gdy ktoś napity, kto przyszedł odprowadzać, krzyczał na dworcu: „Gdzie jest ten pociąg do Treblinki”. Interweniowano (1969).

     

     

  • A te książki koniecznie…

    A te książki koniecznie…

    1. Weronika Gogola, Po trochu, Książkowe Klimaty 2017 – świetna, świeża proza. Opowieść o życiu na prowincji, o rodzinie i dorastaniu w polskiej rzeczywistości. Zaczyna się od opisu pożaru sklepu GS, a nagle orientuję się, że jestem na setnej stronie.
    2. Stanisław Grochowiak, Wiersze zebrane, t. 1 i 2, Warstwy 2017. To pozycja obowiązkowa na regale. Wielki powrót do autora, którym zaczytywał się każdy wrażliwy licealista mojego pokolenia (prawda?). Pierwszy tom zawiera wszystkie wydane zbiory Grochowiaka, drugi – zebrane, nieznane wcześniej teksty. W liceum czytałam go jak starego buntownika. Dzisiaj uświadamiam sobie, że umierając z przepicia, Grochowiak był niewiele starszy ode mnie. Powiedzielibyśmy: młody gość, 42 lata. Będę jeszcze o tym pisać, ale muszę przepracować nostalgiczne uniesienie.
    3. Andrzej Muszyński, Fajrant, Wydawnictwo Literackie 2017 – bo po Miedzy Muszyński znajduje się na mojej krótkiej liście autorów obowiązkowych. Fajrant przedstawia środowisko nowej emigracji, i Muszyński przedstawia je w sposób niezwykle wiarygodny. Co ważne, to nie jest powieść realistyczna o życiu na Wyspach i po emigracji, to jest książka o tym, jak radzić sobie ze światem i o tym, jak można się w nim zgubić.
    4. Kazuki Sakuraba, Czerwone dziewczyny, Wydawnictwo Literackie 2017 – dawno nie miałam w ręku tak mocnej, gęstej kobiecej prozy. Świetna, realistyczna i magiczna zarazem.
    5. Ziemowit Szczerek, Międzymorze, Czarne i Agora 2017 – bo zawsze lubiłam Szczerka za jego przewrotną niepoprawność polityczną, za wnioski trzeźwe i ironiczne, sarkazm, ale też jakąś potworną cierpliwość w oczekiwaniu na katastrofę, zderzenie kultur, którego powolne nadciąganie obserwuje on w kolejnych swoich reportażach i esejach.
  • Przekroje glebowe a Michel Houellebecq. 10 ważnych zdań z Interwencji 2

    Przekroje glebowe a Michel Houellebecq. 10 ważnych zdań z Interwencji 2

    1. Dzisiaj swoich współczesnych czytam nieco  mniej, raczej wracam do dawnych lektur – to normalne, starzeję się. Teraz już wiem, że czytać będę do końca swoich dni 

    (więcej…)