Tag: wydawnictwo Czarne

  • Przemoc jako temat kultury

    Przemoc jako temat kultury

    Czy można pisać o przemocy tak, żeby jej nie pokazywać? Żeby ją jednocześnie uwypuklić i umniejszyć? Można.
    Nelson robi to w swojej książce o procesie zabójcy swojej ciotki.
    „Argonauci” udowodnili już, jaki Nelson ma styl, jak potrafi wydobywać nieoczywistości, sprzeczności, niekonsekwencje z sytuacji codziennych i pokazali też, że do jej zasadniczego instrumentarium należy jeden chwyt: pogłębionej analizy sytuacji pozornie nieznaczących i pozornie niewinnych.
    „Czerwone fragmenty” powstały w oryginale 10 lat przed „Argonautami”, gdy Nelson była wykładowczynią na uniwersytecie pośrodku niczego, w miejscowości Middletown.
    Głównym tematem tej książki jest przemocy – przemoc wobec kobiet – dodać trzeba. Taka przemoc, która często stanowi ornament, punkt zero, rodzaj ramy narracyjnej wykorzystywanej przez kulturę masową. Jej ciotka padła ofiarą seryjnego mordercy jako młoda dziewczyna. Porzucone ciało odnaleziono na cmentarzu, przez prawie 40 lat nie dało się znaleźć sprawcy. Bardzo bym chciała, żeby twórcy polskiego kryminału, tak często odwołujący się właśnie do takiej sytuacji – z niej biorący rozbieg, sięgnęli po „Czerwone fragmenty”, bo autorka pokazuje, że przemoc wobec kobiet nie jest czymś zwykłym i łatwo akceptowalnym, że dotyka całej rodziny, przechodzi na kolejne pokolenie w postaci ukrytego lęku i świadomej obsesji.
    Przy czym nie jest to bynajmniej opowieść łatwa, dydaktyczna, gotowa do wypisania na sztandarach. Bo Nelson rozważa w niej także samo pisanie o przemocy, jego uwikłania w płeć, w łzawe stereotypy, które mają nam dać (złudną) pociechę, poczucie, że oto wiele dzieli nas od umysłu mordercy.
    No i książka ta w gruncie rzeczy nie nadaje się zupełnie dla polskich czytelników, skoro ciągle powracają u nas dyskusje o kastracji skazańców, karze śmierci. Bo choć przygląda się ona samemu mordercy, to jednocześnie widzi w nim człowieka, produkt społeczeństwa i kultury, a nie dewianta, który zasługuje na najsroższą karę i na społeczną zemstę.
    Przeł. Anna Gralak @wydawnictwoczarne
  • Palcem po mapie – reportaże, do których warto wrócić

    Palcem po mapie – reportaże, do których warto wrócić

    Chodzę po regałach, jakbym wybierała się w podróż. Szukam egzotyki, jakichś smaczków, a nade wszystko wrażenia ruchu. Coraz gorzej się czuję na tym domowym łańcuchu. Kiedy jest już późno i ciemno, za oknem nie święcą latarnie, bo Kraków oszczędza, wędruję wzdłuż półek, żeby przypomnieć sobie, że świat nie zamyka się w granicach mojego mieszkania i ma więcej dróg niż te prowadzące na pocztę, do sklepu i parku.

    1. Dan Baum, Dziewięć twarzy Nowego Orleanu, przeł. Adam Pluszka, Czarne 2017
    2. Andrzej Muszyński, Południe, Czarne 2013.
    3. Olga Stanisławska, Rondo de Gaulle’a, Znak 2016
    4. Paul Theroux, Wielki bazar kolejowy. Pociągiem przez Azję, przeł. Magdalena Budzińska, Czarne 2016
    5. Frank Westerman, Martwa Dolina, przeł. Małgorzata Diederen-Woźniak, Dowody na Istnienie 2017.
    6. Ilona Wiśniewska, Hen. Na północy Norwegii, Czarne 2016.

    Wiem, że połowa z was ma za dużo czasu i umiera z nudów, koszmarnej nudy powtórzeń. I wiem, że druga połowa zasuwa jak chomiki w swoich kółkach, obsługując pracę zawodową, pracę domową, dzieci. I że albo czas przelewa się przez palce, albo nie ma 5 sekund w ciągu dnia, żeby pamiętać, że jest się niezależnym człowiekiem, a nie maszyną do obsługiwania Zooma, Teamsów i obiadów.

    Żeby usatysfakcjonować jednych i drugich zrobiłam listę reporterskich książek o podróżowaniu albo egzotycznych miejscach, do których warto wrócić. Oczywiście w moim obecnym stanie wystukałam szybko 5 tytułów, które mam w głowie, ale wszystkie były o wojnie, ludobójstwie, molestowaniu. A dzisiaj nie o taką podróż mi chodzi. Chodzi o wyprowadzanie głowy na świat, skoro jej przeciwległy koniec został przybity do krzesła.

    A więc zobaczcie, co polecam:

    1. Baum o Orleanie – po pokazuje miasto kosmicznie piękne, a jednocześnie okropnie biedne, brudne i nieszczęśliwe. Ale też dalekie od pocztówkowych obrazków, od turystycznych utartych szlaków.
    2. Muszyński – zbiór reportaży o mitycznym i geograficznym Południu świata, o dżungli, pustyni, dyktatorach. Muszyński ma tak nieprawdopodobny styl, że mógłby pisać o papierze toaletowym i też bym czytała. Jego język to jest nowoczesna wersja baroku, gęsta fraza, zdanie, które czuć pod ręką.
    3. Stanisławska o Afryce – Rondo de Gaulle’a, o którym pisze, nie znajduje się w Warszawie, a w Afryce. To jest starsza już książka, niesłusznie dzisiaj zapomniana, być może z powodu milczenia reporterki. Ale to piękna, czuła, a zarazem podejrzliwa opowieść o Afryce, w której nie znajdziemy kolonialnych schematów, wyższości białej kobiety wobec czarnych.
    4. Theroux – ja akurat lubię jego reportaż o podróży przez Azję, ale można czytać wiele innych jego książek, bo wszystkie są cudowne. Powolne, rozlewne, szczegółowe, a zarazem syntetyczne.
    5. Westerman – tylko jego zostawiłam z mojej pierwotnej listy, ale ta książka jest bardzo ważna i też dzisiaj się już o niej nie pamięta, choć nie ukazała się dawno. Chciałabym go z tego czyśćca wyprowadzić.
    6. Wiśniewska o Norwegii – do Wiśniewskiej mam stosunek dziwny i właściwie nieuzasadniony, to znaczy uwielbiam jej książki i felietony, czytam wszystko od deski do deski, a potem nie piszę o niej, bo ta lektura jest moja i nie muszę się nią dzielić. Takiego oka, wrażliwości na szczegół, ale bez skalpela, czułości na otoczenie bez jednoczesnego współczucia wobec wszystkich – dawno nie widziałam.

    Już, koniec podróży na dzisiaj. Zeskakuję z regału sama, kota nie ma.

  • Książki najgorsze 2019

    Książki najgorsze 2019

    1. Dorota Brauntsch, Domy bezdomne, Dowody na Istnienie
    2. Anna Herbich, Dziewczyny sprawiedliwe. Polki, które ratowały Żydów, Znak
    3. Karolina Kuszyk, Poniemieckie, Czarne (duża recenzja czeka na publikację)
    4. Anna Świrszczyńska, Jeszcze kocham. Zapiski intymne, WAB
    5. Maciej Wasielewski, Niewidzialna ręka, Wielka Litera

    Ta lista stanowi odzwierciedlenie moich lektur – brak złych powieści zagranicznych oznaczy tylko tyle, że miałam szczęście i musiałam ani ich nie czytać, ani o nich nie pisać.

    Ponieważ siedzę w reportażu, to jemu się dostaje. Już miałam napisać „niestety”, ale zrezygnowałam – polskie książki reporterskie wygenerowały dwa mity, z którymi chyba trzeba zacząć walczyć. Po pierwsze, jakieś dziwne przekonanie dużej ilości czytelników, że reportaż się w Polsce świetnie sprzedaje – oj nie, nie. Nakłady są mniejsze lub takie same jak w przypadku większości tytułów powieściowych, ok. 4 tys egzemplarzy. Czy to jest dużo?

    Po drugie, że polski reportaż en general jest dobry. Nie jest. Jest słaby, ciągle krzyczy „ja, autor, „ja, autor” (Wasielewski), niedowidzi, jest słabo wyedukowany – prześlepia sprawy klasowe (Brauntsch), dąży do koncyliacji w miejscach, gdzie trzeba zdzierać skórę, popada w naiwny sentymentalizm (Kuszyk). Tę listę można ciągnąć oczywiście dalej i to dość długo. Proszę tylko zwrócić uwagę, że nie stosunek do prawdy, ani fact checking decyduje o poziomie książki reporterskiej, a tak sądzę niektórzy, kruszący kopie w niekończących się, bezowocnych, dyskusjach.

    Prosili też Państwo o kategorię „marketingowe oszustwo” – i tutaj z pewnością taką książką jest „Jeszcze kocham”, bo jej autorką wcale nie jest Anna Świrszczyńska, lecz redaktorka Wioletta Bojda, a rzeczy, które wypisuje o swej bohaterce wołają o pomstę do nieba.

    Oszustem dla mnie, intelektualnym i światopoglądowym, są książki Anny Herbich. Czytam je z zawodowego obowiązku, inaczej nigdy nie sięgnęłabym po opowieść tak skrajnie posłuszną wobec władzy, tak zmieniającą wizję przeszłości, żeby można było anulować kategorię wstydu (i czuć tylko dumę narodową). Herbich to jest wersja pop polityki wstawania z kolan. No i poziom literacki… Język autorki jest giętki jak trzonek od grabi, a głosu jej bohaterek w ogóle tu nie słychać, bo wszystkie ich opowieści są przepisywane, redagowane i formatowane do wizji mowy ludzkiej, jaką ma Anna Herbich. Jej postacie mówią wartko i ekspresyjnie jak bohaterowie netflixowego „Wiedźmina”.

    O wszystkich książkach pisałam i to dość długie teksty. 3 recenzje są na blogu (Braunstch, Świrszczyńska/Bojda, Wasielewski), 2 czekają na publikacje (Herbich, Kuszyk).

  • Najlepsze książki 2019

    Najlepsze książki 2019

    (najgorsze będą jutro)

    1. Justyna Bargielska, Dziecko z darów, Wolno
    2. Didier Eribon, Powrót do Reims, przeł. Maryna Ochab, Karakter
    3. Paweł Goźliński, Akan, Agora
    4. Katarzyna Kobylarczyk, Strup. Hiszpania rozdrapuje rany, Czarne
    5. Edouard Louis, Koniec z Eddym, przeł. Joanna Polachowska, Pauza
    6. Weronika Murek, Feinweinblein, Czarne
    7. Wojciech Nowicki, Cieśniny, Czarne
    8. Paweł Piotr Reszka, Płuczki, Agora
    9. Joanna Rudniańska, Ru ru, Nisza
    10. Agata Sikora, Wolność, równość, przemoc. Czego nie chcemy sobie powiedzieć, Karakter


  • Rozstępuje się papier

    Ryszard Koziołek
    Dobrze się myśli literaturą
    Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2015
    Piotr Paziński
    Rzeczywistość poprzecierana
    Wydawnictwo Austeria, Kraków 2015
    Michał Szymański
    Przebicia
    Zeszyty Literackie, Warszawa 2015
    Jesień i zima tego roku wyjątkowo obrodziła w eseje: Ryszard Koziołek, przewodniczący kapituły Nagrody Literackiej Nike i katowicki literaturoznawca opublikował Dobrze się myśli literaturą. Piotr Paziński, redaktor naczelny „Midrasza” zebrał swoje eseje w tomie Rzeczywistość poprzecierana, młody krytyk Michał Szymański, na swoje trzydzieste urodziny wydał Przebicia. Wszystkie te książki dotyczą literatury, czy też szerzej – czytania jako zasadniczej funkcji życiowej. Każdy z autorów podąża jednak literackimi ścieżkami na zupełnie różne sposoby, i nawet jeśli u Koziołka i Szymańskiego znajdziemy analizy tych samych autorów (Andrzej Stasiuk), to za każdym razem zupełnie inny jest ich punkt widzenia, inne wnioski, inny rodzaj krytycznego myślenia. Czytanie tych esejów obok siebie pozwala czytelnikowi nie tylko odkryć zupełnie nowe zjawiska u dobrze mu znanych pisarzy, ale przede wszystkim przedłuża możliwość obcowania z literaturą, ponieważ każdy z eseistów zanurzony jest w literaturze, porusza się wraz z jej podskórnymi prądami. U każdego z eseistów tekst literacki otwiera się ku życiu, biblioteka i księgozbiór służą jako soczewki, dzięki którym lepiej widać prawdę egzystencjalną. W ich książkach odkryć można ten sam gest: erudycyjna lektura, głębokie wejście w tekst otwiera świat i księga-książka staje się metaforą życia.
    Koziołek, czyli myśliwy
    W Dobrze się myśli literaturą relacja między czytelnikiem a tekstem ujawnia się jako relacja dwuznaczna: czytelnik tekst wykorzystuje, bo szuka „lekturowego odurzenia”, bo pragnie usankcjonować swoje emocje, osiągnąć intensywność, której inaczej by nie doświadczył. Jednocześnie jednak literatura to nie pokątny narkotyk czy substytut adrenalinowych sportów, ale przecież rzecz całkowicie serio, bo literaturą jest i kazanie Johna Donne’a, wygłaszane w siedemnastowiecznym Londynie, powieści szpiega Józefa Kraszewskiego i eseje Marka Bieńczyka.
    Koziołek zakorzenia się w dwóch epokach – pozytywistycznej i współczesnej, przechodząc płynnie od analiz Henryka Sienkiewicza, Bolesława Prusa i Józefa Kraszewskiego do Szczepana Twardocha, Ignacego Karpowicza i Filipa Springera. Dobrze, że rzadko pisze o kobietach, bo ton protekcjonalnej wyższości, którego używa wobec Hanny Malewskiej, Stanisławy Przybyszewskiej i Hilary Mantel, psuje napięcia wytwarzane w tym tomie, wprowadza dziwny dysonans. Eseje męskie jednak to czysty popis erudycyjny, absolutne zanurzenie się w cudzym tekście. Koziołek nie tylko ujawnia skrywane twarze pisarzy, ale i poddaje ich utwory solidnemu przesłuchaniu. Nie ma tu pozornych pytań, które mają pokazać geniusz wybranych przez niego autorów, ale poszukiwanie w ich tekstach bardzo konkretnych odpowiedzi – o możliwość przedstawienia doświadczenia wojennego (Karpowicz), o diagnozę polskiego społeczeństwa doby kryzysu (Prus), o kompleksy, które leczymy za pomocą fikcji historycznej (Parnicki), o głód nowoczesności i zarazem lęk przed nią (Springer). Wszystkie pytania, które stawia, i wszystkie odpowiedzi Koziołek filtruje przez siebie i własne emocje, a ich obecność w procesie lektury sankcjonuje. Ważni są tutaj bowiem nie tylko analizowani pisarze, ale też autorskie „ja” – ja krytyka i ja czytelnika przeżywającego wraz z bohaterami kolejne zawirowania losu. „Ja” służy do uzasadnienia emocji, do ich przeżywania w sposób prosty, bez intelektualnego natychmiastowego przepracowania. Jednocześnie to „ja” służy także Koziołkowi do indywidualizacji uniwersalnych pytań i strategii lektury, do ukonkretnienia funkcji literatury, odwołania ich do doświadczenia jednostki.
    Koziołek jest myśliwym, bo choć liczy się zwierzyna, czyli tekst literacki, to na pierwszy plan wysuwa się polowanie – czyli czytanie, wydobywanie sensów, dodawanie nowych znaczeń. Ważniejszy jest tu autor-myśliwy jako działający, interpretujący podmiot, niż to, na co poluje.
    Spośród przywoływanych tutaj autorów to Koziołek właśnie najwięcej miejsca poświęca różnicy między czytaniem i nieczytaniem, pokazując rozliczne pożytki płynące z lektury – pisze choćby: „literatura nie jest od dostarczania dowodów na istnienie ładu świata. Od tego jest nauka. Literatura wydobywa z ludzkiego istnienia sprzeczności, komplikację, bycie za, a nawet przeciw równocześnie. Udowadnia, że można – jak autor – wierzyć w utopię i twardo stać na ziemi; być emocjonalnym prawicowcem i racjonalnym lewicującym progresistą”.
    To, co Koziołka najbardziej interesuje, to wspólnota czytających – taka wspólnota, która wierzy, że literatura daje najlepszy możliwy język, jest narzędziem do komunikacji. W Dobrze się myśli literaturą nie chodzi jednak tylko o uroki czytania, ponieważ Koziołek komplikuje różne sytuacje, pokazuje problemy, które sami sobie stworzyliśmy: nadmiar faktów, będący efektem procesu nauczania, język ekonomii, któremu podporządkowaliśmy całą sferę publiczną (pisze o tym, analizując Lalkę), konieczność negocjacji znaczeń, które trzeba ustalić zanim przystąpimy do rozmowy (przy analizie Quo vadis), problemy postkolonialne (przy analizie W pustyni i w puszczy), polska legofobia (na którą lekarstwem pierwszym był Kraszewski z powieściami czytanymi przez całe społeczeństwo).
    Choć Koziołek pisze efektownie, pokazując olbrzymi wachlarz skojarzeń literackich i ich odniesień do kultury popularnej, to jednocześnie jego analiza ma charakter polonistyczny. Spod tez-fajerwerków wyziera umiejętność twardej, nudnej, pogłębionej interpretacji, wielokrotnej lektury, ujawniania tropów mało widowiskowych, ale ważnych dla nowego odczytywania klasyki, dla wyszukiwania skomplikowanych zagadnień w prozie współczesnej.
    Paziński, czyli archeolog
    Rzeczywistość poprzecierana opiera się na przekonaniu, że w przetarciu ujawnia się nicość, że zadaniem interpretatora jest łatanie, cerowanie, ale i ujawnianie ubytków. Autor tych esejów wybiera strategię archeologa, bo „czytelnik rozbija tekst, pozornie czysty, swojski i spójny, odsłaniając w nim warstwa po warstwie, i ożywia w ten sposób te elementy kultury, które trwają „zabalsamowane w wonnościach słów”. Jego bohaterami stają się tu Chaim Nachman Bialik, Jorge Luis Borges, Paul Celan, Izaak Cylkow, James Joyce, Franz Kafka, Tadeusz Kantor, Bruno Schulz. Paziński, studiując księgi, szuka drogi, która poprowadzi go do czegoś mniej namacalnego niż one same. Wychodzi od zestawienia dwóch zasadniczych mitów – Księgi jako Słowa Bożego oraz Księgi Natury, zderza je ze sobą i nieustannie między nimi się przemieszcza. Ważne jest to podniosłe źródło, ponieważ dla autora każdy tekst literacki ma nieomal liturgiczny charakter, rola literatury spełnia się właśnie w nowej pozycji, zajmując miejsce dawnych, zapoznanych tekstów świętych. To poprzez analizę poszczególnych wątków, postaci i symboli Paziński wydobywa w utworach literackich zapomniane odwołania teologiczne, rozmontowuje misterne konstrukcje a-religijne, dekonstruuje transcendencję. Powołuje się na Waltera Benjamina i jego zainteresowanie Joyce’em i Kafką – „znalazł u nich przykazanie, by nieprzerwanie studiować i interpretować Pismo, i to bez obietnicy zbawienia, skoro studiowanie jest wyłącznie koroną ascezy, a niekiedy tylko bramą sprawiedliwości”. Ta sama pasja, którą wskazuje u Benjamina, ujawnia się i w jego esejach. Esejach heretyckich, wszystkie bowiem spostrzeżenia dotyczące tekstów świętych aplikuje on do literatury, to znaczy czyta Ulissesajakby była to Księga Świata, a ZamekKafki jakby był Drzewem Życia. Sam jest pisarzem zeświecczonego świata, który używa utworów literackich jako atrap lub imitacji tekstów świętych.
    Trzy eseje o Celanie, najlepsze w tym tomie, łączą się z sobą i uzupełniają, co pokazuje, że pisarstwo eseistyczne Pazińskiego stanowi jeden wyraźny, homogeniczny projekt. Wszystkie eseje w tym tomie zebrane bowiem zostały z jego pism rozproszonych, większość była publikowana wcześniej w różnych czasopismach na przestrzeni kilku lat. Analiza poetyckiego świata Paula Celana zbudowana jest z kilku poziomów: filologicznej, komparatystycznej, edytorskiej, translatologicznej, krytycznej i kulturowej wreszcie – to są właśnie warstwy, które autor-archeolog odsłania tutaj, by dotrzeć do głębszego sensu, do teologii tekstu literackiego. Paziński nie przyspiesza swojej pracy, jakby nie goniły go żadne terminy. Z benedyktyńską skrupulatnością bada i porównuje przekłady, zastanawia się nad każdym Celanowskim słowem. Opowieść o Celanie wychodzi poza analizę poezji niemieckiego twórcy, służy ona bowiem także i temu, by pokazać, jak poeta starał się nadać formę obozowemu doświadczeniu, i temu, by pokazać, jak postępował w Niemczech po 1945 roku proces interpretacyjny, jak czytano wiersze Żyda, który przez te obozy przeszedł.
    Podobnie eseista traktuje poezję Bialika, której powolna analiza staje się punktem wyjścia do opowieści na temat kultury i świadomości społeczności żydowskiej w Europie Wschodniej od lat 90. XIX wieku do lat 30. XX wieku. Bialik, wychowany w rodzinie ortodoksyjnej, porzuca studia religijne, nie zrywa jednak z duchem tej tradycji i wierny pozostaje jej w swych hebrajskich wierszach. Paziński organizuje ten swój esej – podobnie jak inne zebrane w tym tomie – w kilku rozbiegających się porządkach: czyta poezję Bialika w oryginale, zestawia je z młodopolskimi przekładami Salomona Dykmana (który przepisuje czasem wiersze Bialika w duchu twórców bardzo wtedy znanych i niektóre wiersze hebrajskiego klasyka brzmią niczym poezja Leśmiana lub Staffa), ale odszukuje w nich także wpływy z tradycji żydowskiej – i tak w poemacie o pogromie w Kiszyniowie, napisanym na początku XX wieku, pobrzmiewają echa aszkenazyjskich hymnów żałobnych pisanych po rzeziach dokonywanych w czasie II krucjaty w Nadrenii. Powracają nawiązania do Pieśni nad Pieśniami, mistyka kabalistyczna czy średniowieczni poeci Złotej Ery i literatura Haskali. Ważny jest ten chwyt, ponieważ autor Rzeczywistości poprzecieranej powraca obsesyjnie do figury tekstu świeckiego imitującego Pismo. Katalog tych motywów służy do pokazania, jak świadom wielu tradycji i języków twórca świecki jest jednocześnie więźniem tekstu sakralnego. Równocześnie zaś Paziński oddaje w ręce czytelnika skrypt z literatury żydowskiej, jej nurtów, tematów i loci communes. Eseje o Bialiku i Cylkowie spełniają zaś jeszcze jedną funkcję: stanowią wybieg w „czas przeszły niedokonany”, pokazują hipotetyczne możliwości rozwoju kultury żydowskiej. Wiersze Bialika miały ukazać się w Polsce w przekładzie Dykmana w 1939 roku – cały nakład spłonął jednak we wrześniu. Przekłady Cylkowa stawały się coraz popularniejsze w okresie przedwojennym, służyły wielu spolszczonym Żydom. Ich czytelnik modelowy – Żyd-polski inteligent − stracił jednak życie w czasie Zagłady. Zarówno Bialik, jak i Cylkow nie cieszą się teraz specjalną popularnością: „Dzieje się tak również dlatego, że żydowskie teksty nierzadko postrzegane są jako w najlepszym wypadku zabytek, a judaizm, wraz z jego szkołą interpretacji Pisma – jako martwa tradycja, najpierw przezwyciężona przez chrześcijaństwo, a niedawno zamknięta przez Zagładę” – pisze eseista krytycznie.
    Eseje Pazińskiego mocno opierają się na tekście, zakorzeniają w poszczególnych wersach, odczytaniach, wcześniejszych analizach. Autor jednak przebija je wszystkie, przecina, by podążać własną ścieżką, często na przekór ustalonym już dyżurnym interpretacjom. Z równą czujnością czyta autor Rzeczywistości poprzecieranej teksty Kafki i Joyce’a, poezję Bialika, przekład Starego Testamentu Cylkowa, co ich komentatorów i krytyków, próbując pokazać przepływ znaczeń, nadawanie symbolom osobnych, własnych znaczeń.
    Szymański, czyli nurek
    Jeszcze inną strategią posługuje się w swoim tomie Michał Szymański – najmłodszy z przywoływanych tutaj eseistów. Na Przebicia składają się teksty wcześniej publikowane na łamach czasopism, przede wszystkim „Tygodnika Powszechnego”, „Zeszytów Literackich” oraz internetowego „Dwutygodnika.com”. Szymański gromadzi tutaj wiele recenzji, ale i artykułów dłuższych, przekrojowych, bardziej ogólnych. Czasem trudno je wyraźnie oddzielić, bo choć tekst poświęcony jest jednej książce, to autor nawraca do poprzednich, szuka figur stałych albo też momentu zmiany. Czyta każdy kolejny utwór danego autora w ramach pewnej ścieżki ustalonej przez jego teksty poprzednie, próbuje wytyczyć między nimi nić, pokazać łączność. Jednocześnie uruchamia się u niego często strategia nurka, ponieważ autor zanurza się w tekście, często schodzi głęboko pod jego powierzchnię, by wynurzać się co jakiś czas gwałtownie, próbując pokazać miejsca styku tekstu i rzeczywistości – tak ujmuje pisarstwo Andrzeja Stasiuka i Ziemowita Szczerka, tak czyta poezję Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego. I u niego bowiem ujawnia się przekonanie zasadnicze dla Koziołka i Pazińskiego – przekonanie o tym, że literatura jest życiem, że stanowi ona główny trop rzeczywistości, że nie ma innego dostępu do świata niż poprzez literaturę i innego dostępu do literatury niż przez świat. Szymański nie otwiera swojego tomu erudycyjnym esejem, jak robią to Paziński czy Koziołek. Od razu zanurza się w literaturze – w Czesławie Miłoszu, Witoldzie Gombrowiczu, Zbigniewie Herbercie, Tomaszu Mannie, Vladimirze Nabokovie, by przejść potem do serii portretów poetów: Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego, Jacka Podsiadły, Marcina Świetlickiego, Grzegorza Kwiatkowskiego, Anny Piwkowskiej, Krzysztofa Siwczyka. Szymański dokonuje tu wielokrotnej lektury ich tomów, sięga do początków, wczesnych wydań, pokazuje nowe perspektywy, wzajemne oddziaływanie tekstów, które tworzą dla siebie nowe konteksty. W niektórych jego esejach pojawia się skomplikowana figura wielopiętrowej lektury: Szymański czyta Wojciecha Nowickiego czytającego stare fotografie lub czyta Jacka Dehnela czytającego Jarosława Iwaszkiewicza – a tekst Szymańskiego trafia do naszych rąk i tym samym stajemy się czwartym filtrem dla literackiego tekstu. Dobry warsztat krytyczny autora Przebićsprawia jednak, że nie czuć w jego esejach wybujałej tekstualizacji – potrafi z każdego poziomu swojego zanurzenia wyjść na powierzchnię, pokazać wielopiętrowość tej konstrukcji i swoje przemyślenia związane z każdym z tych poziomów. Czyta zatem równolegle: śledzi lekturę poezji Iwaszkiewicza, którą proponuje Dehnel, ale pokazuje też, jak zmienia się Iwaszkiewicz skonstruowany w wyborze dużo młodszego poety, jakie znaczenia jego poezji wydobywa autor Języków obcych. W Wielkim, pobrudzonym, zachwyconym zwierzęciu chodzi przecież o portret podwójny, obraz, w którym za pomocą wierszy starego mistrza Dehnel maluje siebie: „autoportret pisarza, który zbiera z różnych stron cięgi za upajanie się tradycją, elitaryzm, estetyzm, za miłość do bibelotów, starych map, fotografii, za melonik […]. Jacek nie tylko przeczytał wiersze Jarosława, Jacek w nich się przejrzał, coś dostrzegł i coś opowiedział nam o sobie”.
    Szymański, który nie jest czytelnikiem naiwnym, lubi czytać takie teksty, w których autorstwo ulega zwielokrotnieniu, w których liczy się kilka mocnych podmiotów. Najlepszym przykładem jest właśnie wybór wierszy, o którym wspomniałam wyżej, ale też autorski wybór Wierszy Marcina Świetlickiego – tutaj liczy się nie tylko Świetlicki poeta, autor wierszy, ale i Świetlicki autor tego monumentalnego tomu, twórca, który nagle ujawnia się z całym swym dorobkiem. Szymański lubi wydobywanie napięć i komplikacji, jakie płyną z takiej sytuacji pomnożenia figury pisarza. Pociągają go biografie twórców – surowo ocenia książkę Anny Arno o Konstantym Ildefonsie Gałczyńskim i Kaliny Błażejowskiej o Halinie Poświatowskiej. Annie Arno zarzuca Szymański trzymanie się schematów i stereotypów, w ramach których opowiadano wcześniej o Gałczyńskim, domaga się, by autor biografii wypracował swoją własną koncepcję, wizerunek swego bohatera, który następnie musi przedstawić i obronić w tekście. Jego zdaniem, słabość Upartego serca– książki Błażejowskiej – wynika z także w wyboru łatwego rozwiązania: tym razem chodzi jednak o poddanie się żywiołowi fabularyzacji, niezachowania równowagi między faktem i literaturą. I tak powstaje vie romancée – mówi Szymański, przywołując dawno już właściwie zapomniany, a bardzo popularny gatunek biografii. I tu także widać jego zainteresowanie skomplikowaną figurą podwojonego autorstwa, ubezwłasnowolnienia jednego autora przez innego, przepisywania treści przez inny podmiot, opowiadania o cudzym życiu.
    Ryszard Koziołek, nauczyciel akademicki, ma chyba największą spośród wszystkich tych eseistów, skłonność do tworzenia jasnych definicji, precyzowania konkretnych prawidłowości. To zatem jego słowami można przedstawić tezy, którym wierni są wszyscy: o tym, że literatura odpycha ku życiu, że służy ona uprawomocnieniu emocji. Najważniejsze jest jednak pytanie, które Szymański zadaje, cytując Jacka Podsiadłę – czy literatura jest w stanie przebić się do rzeczywistości? Wszyscy odpowiadają, że tak, nawet jeśli sama próba podejmowana jest w sposób pokrętny, nawet jeśli rzeczywistość, do której chcielibyśmy się przedrzeć, już dawno nie istnieje – jak w wielu esejach Pazińskiego. Koziołek zakłada, że w tekście pisanym ujawnia się życie w całej jego istocie i komplikacji. Paziński i Szymański wybierają takie tytuły, które świadczą o większej niepewności, ale i o większym pragnieniu przebicia się do sensu (to metafora Szymańskiego). Przebicia i Rzeczywistość poprzecierana służą właśnie temu, by za pośrednictwem tekstu dotrzeć do jakiejś głębszej prawdy, którą tekst często wyjaśnia, ale i równie często ukrywa w sobie, wymuszając skupioną lekturę.

     

    Ten tekst ukazał się w najnowszym numerze „Nowej Dekady Krakowskiej” (3/2016)
  • Kryminał na jesień

    Kryminał na jesień

    Jean Luc Bannalec, Sztorm na Glenanach
    Czarne 2015
    Zawsze, gdy miał do czynienia z urzędami i administracją, myślał o rewolucji– pisze Bannalec, Niemiec w swym francuski-bretońskim kryminale, podśmiewając się ze swoich bohaterów i francuskiego charakteru narodowego.
    Znamy już Dupina, bohatera Śmierci na Glenanach, komisarza policji z Bretanii, mrukliwego obsesjonata, uzależnionego od café i entrecote frite, bo wcześniej w Polsce ukazał się kryminał Śmierć w Pont Aventakże jemu poświęcony. Pisałam wtedy, że podoba mi się styl Bannaleca, oszczędny i sensualny zarazem, lubię też tego bohatera za jego mrukliwości, nieprzystępność i oschłość. Na szczęście Bannalec i tym razem nie oswaja nas z tą postacią, nie ujawnia żadnych szczegółów biograficznych, zawiłych kolei życia, nie podaje też przyczyn wielkiej katastrofy paryskiej, która doprowadziła kilka lat wcześniej do przeprowadzki Dupina na północ.
    W Sztormie na Glenanach Bannalec trzyma formę, znów potrafi zaskoczyć rozwiązaniem zagadki kryminalnej. Jego śledztwo dotyczy potrójnego morderstwa − na Glennanach, uroczych wyspach oddalonych o kilkanaście kilometrów od wybrzeża Bretanii, turysta odkrywa zwłoki trzech mężczyzn. Nie wiadomo, czy to wypadek, czy zbrodnia, dopóki lekarz sądowy nie odkrywa w krwi ofiar dużego stężenia środków uspokajających. Na Dupina naciska prefekt, bo zamordowani byli biznesmenami z koneksjami, a jeden z nich zyskał sławę i medale jako żeglarz. Dupin ma jednak kłopot, bo wszyscy trzej byli także szczerze znienawidzeni, robili kariery po trupach, korumpowali środowisko, kupowali za bezcen patenty z Instytutu Morskiego, naciągali przepisy przetargowe. Jak widać, ten kryminał ma podstawę, która spodoba się w Polsce, gdzie zawodowo zajmujemy się tropieniem spisków i nadużyć.
    Dupin, szukając winnych, ma do wyboru wszystkie możliwe motywacje: może to konkurencja w biznesie, może zawód miłosny, bo Lefort uwodził kobiety zawodowo, mimochodem. A może chodziło o konkurentów w poszukiwaniu skarbu, skoro Glenany stanowi cmentarzysko statków hiszpańskich, francuskich i brytyjskich. Ten wątek także dzisiaj w Polsce cieszyłby się dużą popularnością.
    Bannalec wybiera tym razem model kryminału à la Agatha Christie, gra z jej regułami. Koncentruje w jednym miejscu wszystkich podejrzanych i każe Dupinowi przeprowadzać konfrontację. Rozwiązanie fabuły jednak wcale nie okazuje się tak proste, jak u Christie, ludzie dziwnie nie chcą poddać się klimatowi sztormu i napięciu komisarza. W najmniej spodziewanym momencie, w czasie wyciszenia na nadmorskim spacerze przychodzi mu do głowy rozwiązanie i w żadnym momencie tekstu nie zostaje ono dopowiedziane, czytelnik domyśla się sam tego, co sugeruje autor.
    Lubię takie nieoczywiste powieści, z bardzo zmysłowymi opisami jedzenia i krajobrazu, które w paradoksalny sposób uzupełniają się z zupełnie niematerialnym poszlakowym i mało konkretnym śledztwem.
    Świetna lektura na ostatnie ciepłe dni.