Tag: Włodzimierz Nowak

  • Conrad dzień drugi

    Conrad dzień drugi

    Teraz wyznanie osobiste – przez ostatnie trzy lata jesień budziła moje szczere przerażenie. Targi Książki, festiwal Conrada, mnóstwo nowych książek przyspieszało tętno krytyczne. Last but not least organizacja Nagrody Szymborskiej – mnóstwo pracy organizacyjnej, nerwy. Na Conrada wpadałam rzadko, na targi – w przelocie, żeby nagrać materiał dla radia w sprawie intensywnej literacko jesieni. Ale teraz, odkąd Nagroda Szymborskiej przyznawana jest latem (i skutecznie utrudnia mi uczestnictwo w Festiwalu Miłosza;), mam czas na Conrada. No więc chodzę codziennie. Wczoraj Ryszard Koziołek, w którego książce tyle samo rzeczy mnie wzrusza, co irytuje (ale irytuje w sposób pozytywny, pobudzający krytycznie). Dzisiaj o 18. „W Polsce, czyli gdzie?” –  spotkanie z Dominiką Kozłowską, Michałem Łuczewskim, Włodzimierzem Nowakiem i Ziemowitem Szczerkiem.

     

    Obu ostatnich uwielbiam, i chociaż czytam ich wciąż „na ostro”, to nie ma się do czego przyczepić. Nowak oddaje teksty pełne, kompletne, spójne. Takie, które wytrzymują próbę czasu.  Obwód głowy ciągle rozsadza mózg, Niemiec zadaje coraz więcej pytań – wraz ze zmieniającą się sytuacją polityczną. Szczerek z kolei to autor, do którego formy można mieć zastrzeżenia, natomiast niesamowita jest ewolucja, jaką przeszedł między Przyjdzie Mordor i nas zje a Tatuażem z tryzubem. Obie książki są świetne, ale każda z nich w zupełnie inny sposób – Mordor buntowniczy, z ostrzem satyry. Tatuaż z tryzubem – pełen pytań bez odpowiedzi, formułujący przerażające wnioski. 

     
     
  • Pamięć cię skrzywdzi

    Włodzimierz Nowak, Niemiec. Wszystkie ucieczki Zygfryda

    Agora 2016
    To kolejna niewygodna reporterska książka Włodzimierza Nowaka, niewygodna chyba nawet bardziej niż Obwód głowy, który o doświadczeniach II wojny światowej opowiadał z niemieckiej perspektywy. Tym razem bohaterem Nowaka jest Zygfryd Kapela, syn Polaka i Niemki, urodzony na Ziemiach Odzyskanych tuż po wojnie, niebieski ptak i niespokojny duch. Wychowywany za pomocą ojcowskiego pasa, karany za każde wspomnienie niemieckich korzeni, marzy tylko o tym, by uciec z beznadziei PRL-u na Zachód. Idzie do wojska, podejmuje pracę pogranicznika tylko po to, by rozpoznać trasy przerzutowe, możliwe drogi ucieczki. Próbuje uciec na południe, przez Austrię, potem do Niemiec. Zatrzymany, postrzelony, aresztowany, wraca do Polski. Podejmuje pracę palacza w pegieerze, zapisuje się do Solidarności, awansuje na przewodniczącego OPZZ w Zielonej Górze. W latach 80., gdy coraz łatwiej wyjechać na Zachód, służby wciąż odmawiają mu paszportu. Kapela godzi się na największe kompromisy moralne, podejmuje współpracę z SB, donosi na swoich kolegów o towarzyszy z Solidarności, licząc, że w końcu wypuszczą go za granicę.

    Nowak, opowiadając o splątanych losach Kapeli, snuje tak naprawdę trzy różne opowieści: o Niemcach pozostałych w Polsce po zakończeniu wojny i o tym, jak traktowali ich Polacy, o dylematach moralnych towarzyszących zaangażowaniu politycznemu lat 70. i 80., o historii opozycji i Solidarności na terenach wiejskich, w pegieerach.

    Ważna jest deklaracja autora:
    Nie lubię pisać o bohaterach, do których nie można się przytulić, poddać ich opowieści jak spokojnej rzece. Tu, przy Kapeli, trzeba ciągle uważać. Ale im bardzie mnie to męczy, tym wyraźniej widzę, że trzeba to opowiedzieć do końca. Że tak należy. 

    Skąd to poczucie obowiązku? Wierności niewygodnej, często skłamanej opowieści osobistej? Bo Polacy są coś winni Niemcom, bo to ich cmentarze zrównywali z ziemią i stawiali na nich magazyny – jak opowiada Kapela o miejscowości Wilenko (przed wojną Zion). Bo należy wreszcie pokazać historię antybohatera, Niemca uwięzionego w Polsce wbrew jego woli, Polaka, uwikłanego w relację władzy i ludu, próbującego wytyczyć własną ścieżkę w ciągle zmieniającej się strefie wpływów. Kapela to jednocześnie postać przeciętna i nieprzeciętna zarazem: słabo wykształcony, obarczony dość wcześnie rodziną, poszukujący jakiejkolwiek pracy, doskonale rozumie sytuację pracowników pegieerów, bo jego światopogląd w niewielkim tylko stopniu odbiega od ich horyzontu. Ale jednocześnie staje się w pewnym momencie ludowym trybunem: szybko zyskuje zaufanie współobywateli, ma łatwość zjednywania sobie ludzi, świetnie przemawia. Nie jest to jednak drugi Wałęsa, bo bardzo szybko ugina się pod naciskiem SB i szeroko opowiada o ludziach Solidarności, z którymi się spotyka. Najważniejszy jest bowiem paszport, możliwość ucieczki z Polski. Korzenie tego pragnienia powrotu do korzeni, „do macierzy” niemieckiej Nowak odkrywa w teście dość późno, Kapelą kieruje nie tylko tęsknota za wymyśloną przez babkę sielankową wspólnotą niemiecką, ale też wielkie poczucie krzywdy, zdrady, która dotknęła jego rodzinę w końca wojny. Matka, zgwałcona przez żołnierzy radzieckich, ledwo przeżyła rok 1945. Ojciec, próbując pomścić krzywdę żony, uwikłał się w zależność od milicji, z której też musiał uciekać, obawiając się zemsty współtowarzyszy. Ich związek – nawiązany w czasie wojny i szalenie niebezpieczny – po wojnie także rodzi szereg problemów. Hildegarda zostaje Helą, Zygfryd zamienia się w Zbigniewa, ojciec zakazuje rodzinie mówić po niemiecku.

    Wydobywszy się z takiego kotła pamięci Zygfryd aktywnie i histerycznie szuka swojego miejsca. W latach 70. Jest hipisem i cinkciarzem, pogranicznikiem i więźniem izolowanym w celi. Nigdzie nie może znaleźć swojego miejsca. Nie ma swoich wyrazistych oglądów, bo ciągle stawia się w pozycji przeciwnika,  lawiruje, kluczy, awansuje i jest brutalnie dymisjonowany.

    Nowak tworzy historię bohatera i zdrajcy, niejednoznaczną, nieprzyjemną, prowokującą. Wybiera człowieka, który nie pasuje do żadnego systemu, do żadnej opcji politycznej. Człowieka, obdarzonego taką biografią, która okazuje się z dzisiejszej perspektywy nieoperacyjna. Na tym właśnie polega doskonałość tego reportażu – polityczna i socjologiczna nieoperacyjność losu Kapeli służy żywiołowi opowieści. Niejasna i trudna do interpretacji biografia Kapeli, jego skłonność do uciekania w dygresje i  koloryzowania podkreśla wszystkie punkty niejednoznaczne polskiej historii. Nie da się go zamknąć w ramach gotowych obrazów pamięci historycznej, co tym samym przekłada się na pewnego rodzaju wolność poznawczą. Czytelnik podąża za Kapelą, może wypracować własną  perspektywę, musi wybrać, czy Kapela to postać tragiczna, do końca wierna sobie i powikłanym losom rodzinnym, pielęgnująca swoją skomplikowaną tożsamość, czy też tchórz, uciekinier, oszust?

     

    Ten tekst ukazał się wcześniej na stronie internetowej Instytutu Książki
  • 10 najlepszych zdań Włodzimierza Nowaka

    10 najlepszych zdań Włodzimierza Nowaka, czyli jak czyta się Niemiec. Wszystkie ucieczki Zygfryda z ołówkiem w ręku:
    1. Siegfred urodził się dwa lata po wojnie. Już wie, że ma złe imię, zakazane przez państwo polskie, tak jak imię Adolf na przykład.
     
    2. Siegi pokazuje Józkowi książkę z kolorowymi obrazkami. Józek pluje na obrazek. Czego, Józek plujesz, przecież to nie Niemiec, tylko Indianin. Winnetou to nie hitlerowiec.
    3. Kapela wcześniej nie zdradzał zachowań buntowniczych, przeciwnie, kiedy uczniowie w ramach zajęć praktycznych zbierali do butelek stonkę ziemniaczaną, zwaną inaczej żukiem z Kolorado, która zrzucona przez amerykańskie samoloty na polski brzeg Bałtyku od dekady niszczy uprawy ziemniaków w całym kraju, Kapela oddawał najwięcej butelek.
     
    4. Chłopcze, jak nie będziesz słuchać, to ci taką opinię wystawię, że nawet do bandy UPA cię nie przyjmą.
    5. Ręka żołnierza cała we krwi. Rozcina mi bagnetem nogawki i wysokie cholewki butów, są przestrzelone, krew wylewa się z buta, bandażują mi nogi, jednak mają ludzkie odruchy.
     
    6. Oczywiście na Węgrzech też kombinowałem, jak by uciec, bo było blisko, ale wiedziałem, że nasza córeczka ma już pierwszą w życiu fuchę, jest zakładnikiem.
     
    7. Boję się państwa polskiego, jak kiedyś ojca swego.
     
    8. Pod oknem siedzi wielki facet i wielkimi rękami skręca długopisy, na stole ma dziewięć pudełek, w każdym coś od przyszłego długopisu: sprężynki, rurki, klipy, pstryki… tyle tych gówienek, że człowiek myli kolejność, i jak to złapać grubymi paluchami, dwadzieścia lat był wybitnym traktorzystą, orał ziemię, skiba piękna jak Miss Polonia kładła się równo na bok (…), teraz mu się ręce trzęsą, grubymi palcami łapie różowe kółeczko, żeby nałożyć na białą rurkę.
     
    9. Utknąłem. Nie chce mi się tego pisać. Nie umiem. Koniec. Straciłem serce do tej historii, do Zygfryda Kapeli. Kiedy zaczynałem, kiedy zaczął mi opowiadać, sądziłem, że zdradził mniej, słabiej, nie tak poważnie.
     
    10. Być może prawdziwy dramat Kapeli nie polega na tym, że zdradził i że ta zdrada go teraz na starość dogoniła i mu dokucza, ale na tym, że nikt jej nie pamięta. Najbardziej zdradę Zygfryda Kapeli pamięta Zygfryd Kapela.
     
    Mój tekst krytyczny o najnowszej książce Włodzimierza Nowaka ukaże się wkrótce na stronie internetowej Instytutu Książki
  • Uciekinierzy z historii

    Uciekinierzy z historii

    Na trzech rzeczach znają się wszyscy Polacy – na polityce, na piłce nożnej i na historii. Nasza znajomość polityki to temat, którego na tych łamach nie wypada poruszać, bo obowiązuje pewne decorum. Znajomość piłki nożnej jest powszechna i dogłębna, ale jak pokazują kolejne porażki reprezentacji i drużyn ligowych – wyłącznie teoretyczna. Natomiast naszej znajomości historii nikt nie jest w stanie zweryfikować, podobnie jak trwających od jakichś 200 lat sporów o jej interpretację. To nasza narodowa pasja, w której wszyscy egalitarnie mogą sobie pofolgować, nawet jeśli mylą im się daty kolejnych powstań. Postrzegany świat dzisiejszy przez odniesienia do historii: kolejne mecze piłkarskie z Niemcami ustawiamy w porządku Grunwald-Westerplatte, żywiołowo reagujemy na polityczne hasła sięgające do historii. „Dziadek z Wehrmachtu” zelektryzował całe społeczeństwo, stał się też przyczyną politycznej przegranej wnuka. Nie dziwi zatem fakt, że historia staje się dla nas główną przestrzenią przedstawień literackich.

     
    Cała wstecz
    W wyobraźni kulturowej czas przeszły objawia się jako coś materialnego, jako potok dat symbolizujących kolejne klęski czy niepokoje polityczne, wojny i bitwy. Nasza świadomość wydaje się zatem uwięziona pomiędzy współczesnością, której procesów nie obejmujemy w całości i historią, której cały obraz ujawnia nam się w bezpiecznych ramach. Teraźniejszość ma dla nas ukryte przepływy, domyślamy się w niej spisków i zakulisowych działań, wydaje nam się nieprzewidywalna, podczas gdy przeszłość ujawnia się jako czytelna, jasna. To oczywiście paradoks, bo nie mamy przecież pełnej wiedzy o świecie minionym. Jednak kolejne prace historyczne sprawiają, że „dzisiaj” postrzegamy jak porozrzucane puzzle. „Wczoraj” – to już gotowa, złożona układanka, której wszystkie elementy do siebie przylegają. Ta pozorna czytelność sprawia jednak, że przestrzenią bardziej oswojoną staje się dla nas historia, nawet jeśli widzimy w niej pasmo nieszczęść. Nasze światoodczucie zasadza się na spoglądaniu wstecz i na nakładaniu kolejnych warstw, sklejaniu kolejnych doświadczeń. Taki tok jest całkowicie naturalny dla pamięci społecznej, w której obowiązuje porządek nie chronologiczny, a skojarzeniowy: w ten sposób właśnie myślimy o meczu Polska-Niemcy jako o nowym Grunwaldzie (choć za każdym razem jest tak samo: my liczymy na Grunwald, a oni robią nam Blitzkrieg). Kopernik sąsiaduje tu ze Skłodowską-Curie i Janem Pawłem II, kolejne powstania zlewają się w jedno, armia carska jest tożsama z Armią Czerwoną. Jan Sobieski kojarzy się z Władysławem Jagiełłą, Tadeuszem Kościuszką i Lechem Wałęsą.
    Właśnie to nakładanie się i przenikanie kolejnych płaszczyzn historii stanowi ważną cechę polskiej prozy, w której dominuje czas przeszły, czas doświadczenia historycznego. Żywimy się „przeszłością rozbitą, odebraną, zrujnowaną” (Jak twierdzi Andrzej Zieniewicz), filtrujemy ją przez przeżycia osobiste, biografię jednostki. Większość bohaterów i narratorów polskiej prozy to niewolnicy przeszłości, którzy za wszelką cenę chcą stać się uciekinierami z historii. Uwolnienie się od niej, zrzucenie jarzma jest jednak niemożliwe i owa klęska jednostki w walce z historią lub pamięcią przeszłości stanowi jeden z najważniejszych tematów polskiej powieści. Sprawdźmy tę tezę: przeszłość, historia wkraczająca w pojedynczy los, łamiąca często biografię, wyznacza oś najlepszych lub najgłośniejszych powieści po 1989 roku: tak jest w opowieściach Jerzego Pilcha, w Madame Antoniego Libery, w Lali Jacka Dehnela, w Traktacie o łuskaniu fasoli Wiesława Myśliwskiego, w Hannemanie Stefana Chwina, w Ciemno, prawie noc Joanny Bator, w Morfinie Szczepana Twardocha, w Księgach Jakubowych Olgi Tokarczuk.  Za każdym razem to historia staje się kluczem do zrozumienia teraźniejszości, wszyscy bohaterowie są też jej ofiarami, niezależnie od tego, czy angażują się w politykę, interesuje ich życie wspólnoty, czy ustawiają się z boku, poza nią. 
     
    Polska szkoła
    Choć często mówimy, że w Polsce tłumaczy się lub naśladuje to, co ukazuje się na Zachodzie, to jednak zdecydowanie więcej uwagi poświęcamy historii – wprowadzamy ją do gatunków, które w teorii przynajmniej skupiać się powinny na współczesności. Polska szkoła reportażu, jedno z najciekawszych dzisiaj zjawisk w naszej literaturze, coraz częściej zwraca się ku historii. Tak pisze starsze, średnie i młodsze pokolenie: Hanna Krall we wszystkich swoich książkach wraca do II wojny światowej, Mariusz Szczygieł w Gottlandpokazuje przenikanie się historii i współczesności Czech, Filip Springer w Miedziance rekonstruuje losy małego miasteczka na Śląsku. 
     
    Genealogia pamięci
    Nie podam Państwu przypisu do mojej tezy, ale przemawia za nią czytelnicze doświadczenie: o ile polska proza coraz częściej sięga po historię, bo nie potrafi opisać współczesności, o tyle polski reportaż odwołuje się do przeszłości, bo szuka w niej źródeł najbardziej istotnych zjawisk współczesnych lub chce pokazać genealogię naszej okaleczonej pamięci. Współczesna polska powieść en masse przywołuje przeszłość, by zaspokoić naszą nostalgię, by pozwolić uciec nam od niezrozumiałej teraźniejszości. Dekoracja historyczna – nieważne czy z XIX wieku, czy z lat 40. XX wieku – stanowi tło egzotyczne i bezpieczne zarazem, wnosi powiew nowości i swojskości. Polacy nie lubią czytać i nie lubią kupować książek, a jeśli już to robią, to wybierają najczęściej proste, gatunkowe powieści z historią w tle. Stąd właśnie popularność powieści historyczno-obyczajowych, kryminałów retro, pseudo-reportaży o biografiach dam XX-lecia międzywojennego, królowych, żon prezydentów, łączniczek, sybiraczek, itp. Wypróbowaną już poetykę wykorzystują więc także autorzy literatury ambitnej, skoro bowiem sprawdził się ten przepis raz, sprawdzi się i kolejny. Kłopot polega jednak na tym, że do rąk czytelnika trafiają odgrzewane, historyczne kotlety: Paweł Huelle kopiuje sam siebie, gdy osadza w przeszłości akcję kolejnych utworów. O ile jednak Weiser Dawidek był genialny, a Mercedes-Benzświetny, o tyle Castorp, a przede wszystkim Śpiewaj ogrody należy uznać za odcinanie kuponów od własnej popularności, ogrywanie ciągle tego samego motywu. W tej kategorii można umieścić i innego autora z Gdańska – Stefan Chwin stworzył w Hannemanie nową jakość, połączył bowiem perspektywę obcą polskiej tożsamości (niemieckiego mieszczanina, który nie chce po II wojnie opuścić Gdańska) z fantastyczną historią przedmiotów, historią materialną. Tego sukcesu nie udało mu się już jednak powtórzyć ani w Esther, ani tym bardziej w Pannie Ferbelin.
     
     
    Czas Abla i czas Kaina
     
    Polska powieść wykorzystuje historię jako główny swój punkt odniesienia, wypełniacz fabularny, dostarczycielkę tła. Sięga po nią – dzisiaj już – bezrefleksyjnie, automatycznie, rozumiejąc, że liczy się w większym stopniu rekwizytorium niż to, do czego można go użyć. Czytelnik bowiem pragnie przede wszystkim retro. Wydaje mi się, że tego błędu nie popełnia polski reportaż, który w większym stopniu niż powieść problematyzuje zagadnienia historyczne. Beata Chomątowska w Stacji Muranów i Pałacu. Biografii intymnej, Magdalena Grzebałkowska w 1945. Wojnie i pokoju, Anna Kłys w Brudnych sercach,  Filip Springer w Miedziance nie starają się budować obrazu przeszłości fantazmatycznej, zastępczo-nostalgicznej. Mechanizm kompensacyjny (który w prozie stanowi ukrytą przyczynę, stelaż opowieści) w ich reportażach jest ujawniany, zawsze pytają, jakie są jego źródła, czemu on służy, co próbujemy sobie kompensować. Jak pokazują reportażyści, polska historia nie jest czysta moralnie, nie stanowi wyłącznie przestrzeni naszej krzywdy, ani nie jest polem triumfu. Obowiązuje u nich też rozkład akcentów: 1945 rok nie stanowi tak oczywistej cezury, jak wydaje się po lekturze podręczników, czas przeszły nie jest zdominowany przez walkę z komunizmem. Czas przeszły to czas Kaina w większym stopniu niż Abla, bo doświadczenie przeszłości zasadza się na przesiedleniach, wywózkach i bratobójczych walkach. Te zdarzenia historyczne, które polska proza wypiera lub opowiada w ramach narracji sentymentalnej, znajdują ostatnio swoje miejsce w reportażu. Chomątowska pisze o tym, jak na gruzach getta warszawskiego budowano nową dzielnicę i jak pod tymi gruzami chowano pamięć żydowską, zastępując ją propagandowymi hasłami odbudowy. Grzebałkowska pokazuje, że rok 1945 to nie wyłącznie rok zwycięstwa, a wielkich migracji, wzmocnienia pewnych wyniesionych z wojny konfliktów oraz narodzin nowych. Jej opowieść, osadzona przede wszystkim na zachodzie Polski, pokazuje koszty poniesione w wojnie przez ludność cywilną, próbuje walczyć z mitem „odzyskiwania” Ziem Odzyskanych, których poprzedni mieszkańcy zostali wygnani. Temat czasu przeszłego, który ciągle trwa i niezakończonych konfliktów opisywał w 2011 roku Filip Springer w swoim debiutanckim reportażu Miedzianka. Springer sięgnął po studium – losy małego śląskiego miasteczka, które prześledził od momentu jego założenia aż do upadku w latach 60. XX wieku. Miedzianka, położona poza wielkimi szlakami, staje się w jego opowieści świadkiem historii, axis mundi. To z niej odjeżdżają w wagonach bydlęcych Niemcy, to tu przenosi się z nakazem pracy Polaków, tu pracują w kopalni uranu i tu zapada się ziemia po latach drążenia. W historii zdaje się też żyć Anna Kłys, która w Czarnych sercach sięga po oś konfliktu polsko-polskiego, opowiadając o wyroku na młodego AK-owca wykonanym przez młodego milicjanta w 1945 roku. Kłys widzi w tym nie tylko niesłuszny wyrok i niesprawiedliwość historii, ale też więcej – ślepy traf, który ustawia Stanisława Cichoszewskiego w pozycji partyzanta, a Jana Młynarka na miejscu egzekutora. Bohaterką jej opowieści jest też ironia historii, powodująca, że niewielkie różnice między oboma chłopcami, dzielące ich w przeddzień końca wojny w ciągu kilku miesięcy urastają do gigantycznego konfliktu, wplątują ich w wojnę domową i  z jednego czynią niewinną ofiarę, z drugiego zaś bezlitosnego kata. Tę samą prawidłowość dostrzec możemy u Włodzimierza Nowaka, najstarszego z przywoływanych tu reporterów, autora Obwodu głowy, opublikowanego w 2006 oraz 2015 roku. Książka ta mieści teksty poświęcone pograniczu polsko-niemieckiemu oraz relacjom między przedstawicielami oby tych nacji. W 2006 roku czytaliśmy jednak te historie w większym stopniu przez pryzmat ekonomii, porównywaliśmy sytuację polskiej gospodarki do niemieckiego dobrobytu. W nowym wydaniu Nowak dodał jeden tekst, „Co ja mogę zrobić dla Niemców”, w którym pokazuje, że dzisiaj kluczowa nie jest sprawa rozwoju gospodarczego, a problem pamięci o wojnie (w Niemczech tłumiony, w Polsce eksponowany), problem tożsamości, winy, przebaczenia, rozliczenia moralnego. W tej perspektywie najważniejsze stają się jego teksty poświęcone II wojnie światowej, powikłanej historii polsko-niemieckiej: „Noc w Wildenhagen” (o niemieckich kobietach popełniających samobójstwo ze strachu przed nadciągającą Armią Czerwoną) oraz „Mój warszawski szał” (relacja szeregowego żołnierza Wehrmachtu biorącego udział w tłumieniu powstania warszawskiego). Te dwa teksty działają najmocniej, wchodzą pod skórę zarówno Polakom, jak i Niemcom, pozwalają bowiem zabrać głos drugiej stronie, pokazują takie świadectwa zdarzeń, które nie przechowały się w naszej pamięci kulturowej. Czas przeszły okazuje się zatem tutaj ciągle żywy, ciągle teraźniejszy – Nowak kilka razy podkreśla, że w niemieckich domach w dalszym ciągu milczy się o tym, co dziadkowie robili na froncie wschodnim w latach 40. i co robiły babcie, gdy zbliżała się Armia Czerwona. Opowieści o czasie przeszłym, który rozbija rodziny i nie pozwala na prawdziwe zbliżenie, mają więc tutaj znaczenie terapeutyczne. Nie są ucieczką przed problemami czasu współczesnego, ale właśnie próbą odnalezienia różnych źródeł naszych dzisiejszych trudności.  
     
    Niezależnie jednak od tego, czy wolimy czytać opowieści Nurowskiej o II wojnie, fantastyczne  historie Tokarczuk czy też emocjonalne reportaże Kłys i refleksyjne teksty Springera, wszyscy ciągle jesteśmy zanurzeni w historii. Nasza pamięć, nawet ta dotycząca zdarzeń sprzed naszego urodzenia, steruje nami dzisiaj. Niezależnie od tego, jakie mamy poglądy polityczne i co sądzimy o piłce nożnej, skazani jesteśmy na czas przeszły, bo tylko on daje nam klarowność, na której budujemy swoją tożsamość.

     

  • Czym na wojnie zajmowali się dziadkowie

    Czym na wojnie zajmowali się dziadkowie

    Włodzimierz Nowak, Obwód głowy, Dowody na Istnienie 2015
    To już drugie wydanie książki Nowaka, pierwsze ukazało się w 2006 roku w wydawnictwie Czarne. Teraz Nowak dopisał do niej obszerne posłowie, które jednak zmienia w dużym stopniu sens tej książki, przesuwa akcenty, pokazuje też, jak żyje reportaż (teoretycznie przecież gatunek doraźny i prasowy). Otóż w 2006 roku czytałam Obwód głowy jak opis pogranicza polsko-niemieckiego, historię wstrząsów gospodarczych, zderzenie Europ dwóch prędkości. Jednym z najważniejszych zjawisk, jak ukazywały te opowieści, była żelazna kurtyna, blizna po niej, resentymenty bliskich sąsiadów. Tak czytałam teksty: Adam z Ewką żyli w raju czy Brzegi coraz bliżej, rybka daleko.
     
    Inna jest zupełnie lektura po kolejnych kilku latach, w dużym stopniu dzięki dodanemu przez Nowaka tekstowi Co ja mogę zrobić dla Niemców. Zapiski z podróży z Obwodem głowy, bo ten każe dostrzec inne zjawiska. Na plan pierwszy wysuwa się pamięć o wojnie, doświadczenia polskie i niemieckie, trwałe urazy i próby pojednania. Nowak opowiada o tym, jak przyjmowano go w Niemczech w czasie spotkań autorskich. Gospodarczo-społeczne rozważania usuwają się w cień, a na plan pierwszy wychodzą historie Kobiety z Wildehaged (o samobójstwach Niemek w 1945 roku) i Mój warszawski szał (o Niemcu, który tłumił powstanie warszawskie).  Nowak pokazuje, jak słuchano fragmentów tekstów (w skupieniu, z półprzymkniętymi oczami), jak wylewano żale, przerywano milczenie. Oto bowiem nowym bohaterem Obwodu głowy, którego nie widziałam wcześniej, staje się milczenie − milczenie które ciąży na trzecim pokoleniu Niemców i sprawia, że wnuki nie potrafią poradzić sobie z tym, czym na wojnie zajmowali się ich dziadkowie. Dziadkowie, wymierający powoli, czekający kresu swoich dni w domach opieki, opowiadają swoje życie pielęgniarkom. Ich opowieści są zaś tak drastyczne, że pracownice te kieruje się na zajęcia psychologiczne:
     
    Słyszałem, że te pielęgniarki przechodzą specjalne szko­lenie, żeby nie zabiły ich okrucieństwa i potworności, jakie opowiadają umierający staruszkowie z pokolenia sprawców. – Niech pani myśli wtedy o czymś innym – uczył pielęg­niarkę psycholog – na przykład jakie syn ma dziś lekcje, czy wziął śniadanie do szkoły, co kupić, co było w telewizji…
    Tak umierający nazista spotyka pielęgniarkę przeszko­loną w niesłuchaniu. Spowiedź trafia w pustkę.
     
    W polskim myśleniu o doświadczeniu wojny w centralnym miejscu ustawia się powstanie 1944 i  obozy koncentracyjne, w Obwodzie głowy istotniejsze jest jednak cierpienie jednostkowe i prywatne, mało znane problemy: odbieranie dzieci o aryjskim wyglądzie i przekazywanie ich nowym, niemieckim matkom, gwałty zadawane przez żołnierzy. Nowak nie zapomina o banalnej z pozoru prawdzie, że wojna dotyka nie tylko mężczyzn:
     
    Mężczyźni byli słabi i kobiety musiały same sobie radzić, odbudowywać kraj. Nie tylko ulice i domy, ale także tych złamanych mężczyzn, swoich mężów. Żeby mężczyzna znowu mógł usiąść przy stole jako głowa rodziny. Za to wszystko płaciły milczeniem.  
     

    Widać wiec wyraźnie, że problem pamięci, ułożenia sobie życia po traumie, przekazania

    doświadczenia kolejnym pokoleniom wysuwa się na plan pierwszy. To nie jest zadanie, które można odłożyć i zająć się wzrostem gospodarczym. O tym, że tutaj właśnie czeka nas prawdziwa praca, niech świadczą słowa czytelnika, które z Internetu przepisuje Nowak w posłowiu:

     

     

    „ŻADEN NIEMIEC NIE BĘDZIE MOIM BRATEM ZERO POJEDANIA ZERO WYBACZENIA MOGĘ ICH TYLKO TOLEROWAĆ BO TEN NARÓD NIC SIĘ NIE ZMIENIA DALEJ MASZERUJE TYLKO W DOMU!!!”.