Tag: William Faulkner

  • Porno w naszych głowach

    Porno w naszych głowach

    Już w latach 30., krótko po publikacji, uznano, że powieść Faulknera pod amerykańskim tytułem „Sanctuary”, jest pornografizacją przemocy. To ciekawe, bo ani nie jest ona jego powieścią najbrutalniejszą, ani nie opisuje jakichś wyrafinowanych w swej brutalności scen. Rodzą się one w głowach czytelników, nie na ich oczach. Właśnie na tym styku pracuje Faulkner – na sugestii, na językowym budowaniu emocji i zdarzeń, konstruowaniu scen tak, by nic nie pokazać, ale powiedzieć wszystko. Tym ważniejszy wydaje się w takich sytuacjach przekład i Michał Tabaczyński, ten ostatni melancholik, późny spadkobierca modernizmu, prawnuk z rodziny Wilde’a, Woolf i Joyce’a, wykonuje tytaniczną pracę, by pogodzić całą wiedzę o przemocy z obrazami stworzonymi prawie sto lat temu.

    „Schronienie” pochodzi z 1931 roku, ukazało się po „Wściekłości i wrzasku” a przed „Absalomie, Absalomie”. Przypomnę tylko, że we „Wściekłości…” chodzi o domnieniamie gwałtu, naruszenie czystości – trzech braci stanowczo za bardzo interesuje się życiem seksualnym siostry Caddy. Nie wiemy, kto jest ojcem jej dziecka, jak do tego dochodzi, jej zniknięcie stanowi fundament całego świata, ale jednocześnie Faulkner nigdy nie oddaje jej głosu. Później, w „Absalomie…” z 1936 roku Henry Sutpen zabija swojego brata z powodu czarnego, a więc w jego oczach niewłaściwego pochodzenia.

    Później już Faulner leci na pełnej – w każdej innej powieści będzie pojawiać się zbrodnia i przemoc, jeśli nie gwałt, to lincz, zabójstwo, pobicie lub bicie, nękanie głodem, kary fizyczne.  Większość ciał, które opisuje Faulkner, nosi ślady, wspomnienia przemocy: blizny, opuchliznę, sińce należą do najłagodniejszych i najszybciej gojących się.

    Na to pole wkracza Tabaczyński wyposażony w wiedzę, co ze scenami przemocy zrobiła kultura ostatnich stu lat – nie tylko scenami wojennymi, opowieściami o potężnym narzędziu, jakim jest gwałt, grami, jakie toczy się z przemocą w literaturze realistycznej i nierealistycznej. Tabaczyński wie, co ze spadkiem po Faulknerze zrobili inni amerykańscy autorzy, w tym przede wszystkim Cormac McCarthy. Faulkner łączy przemoc z rozkładem społecznym, dziedziczną winą, rasizmem i chaosem Południa, a McCarthy – z egzystencjalną pustką, brutalnością natury i nihilizmem.

    Wszystkie te ciśnienia w powieści sprzed 30 lat są trudne, bo tłumacz wie więcej niż autor i nie może tej pary wypuścić (nie tylko z tekstu, ale też z siebie). Tabaczyński wie też, bo czytał książki i oglądał filmy, co widzi oko, jak się kadruje obraz, jak się manipuluje historią, oddając głos lub go zabierając. To ciekawe, że Caddy we „Wściekłości…” nie mówi, a Temple w „Schronieniu…” może zabrać głos. Cała ta wiedza musi się skanalizować zatem w precyzyjnym pilnowaniu porządku scen – co Tabaczyński robi perfekcyjnie – kto mówi i do kogo, gdzie w tej chwili są wszyscy inni bohaterowie/aktorzy zgromadzeni w pomieszczeniu, jak pada światło na łóżko, w którym kilka razy leży Temple. Jak włosy opadają na czoło skazańca i kiedy opada zapadnia i napina się sznur.

    U Tabaczyńskiego powieść Faulknera zamienia się w teatr i to jest uwaga bardzo pozytywna. Scena bowiem staje się z gruntu obca, ale też maksymalnie czytelna – widzimy świat dokładnie, studiujemy go uważnie. Tabaczyński, specjalista od Europy Środkowej, wędrowiec po Morawach, facet zapuszczający się na Słowację, trafia nagle na amerykańskie Południe doby prohibicji i wspaniale oddaje obcość tego krajobrazu, jego kompletną inność wobec naszego doświadczenia. Idziemy powoli za nim, prowadzeni przez jasne klarowne zdania, które nagle zaczynają się zlewać w słynne faulknerowskie obszerne paragrafy, gdy tylko zapada zmrok, albo przyspieszają samochody, który bohaterowie jeżdżą po lesie i melinach.

  • Rewolucja z importu

    Rewolucja z importu

     
     
     
    „Koniokrady” – ostatnia i najbardziej autobiograficzna powieść Williama Faulknera, wydana kilka tygodni po jego śmierci w 1962 roku. Jedenastoletni bohater, urodzony w dobrej, zamożnej, białej rodzinie na Południu USA, wyrusza w nieoczekiwaną podróż z czarnym. To jest trochę wyprawa przez piekło, a trochę odkrywanie prawdy o świecie, której z perspektyw zamożnego białego domu nigdy nie da się zobaczyć.
    Powieść ta ukazała się po polsku szybko, w 1966 roku, na fali popularności literaturą amerykańską, a zwłaszcza Faulknerem, przełożyła ją na polski Anna Przedpełska-Trzeciakowska, która w tym roku otrzymała Nagrodę Translatologiczną im. Boya-Żeleńskiego za całokształt twórczości.
    Przekład – o czym już pisałam, i to nie jest moja myśl – czasem jest potrzebny po to, by w języku docelowym przeprowadzić rewolucję, a właściwie daje narzędzia do przeprowadzenia owej rewolucji.
    Tak w latach 50., dziesięć lat przed ukazaniem się „Koniokradów”, było właśnie z Faulknerem. Jego powieści opowiadające o zderzeniu się dwóch porządków etnicznych, o amerykańskim Południu, o jego z pozoru trwałym, odwiecznym porządku (a w gruncie rzeczy zgniłym, spróchniałym, toczonym przez robaka przemocy i wyzysku), użyczyły polskiej prozie narzędzi do wyzwolenia się z dykcji socrealistycznej, propagandowej. Długie, mroczne, nawracające zdania Faulknera przeczyściły język powieści, odtruły ją z protez nowomowy, publicystyki komunistycznej.
    Dzisiaj Faulkner to autor zapomniany właściwie, nieczytany, bo aaa strumień świadomości, długi i trudny. Ale boże, bożenko, jaka to jest genialna proza.
    A od jutra na blogu i tutaj „Warsztat-przekład” – wspólny cykl o przekładzie, tłumaczkach i tłumaczach, który przygotowałam wspólnie z festiwalem
    Odnalezione w tłumaczeniu i Instytutem Kultury Miejskiej
    w Gdańsku.