W czasie przygotowań do Wielkanocy w Kościele odbywa się symboliczna ceremonia obmycia stóp. Ma przypominać o cnocie pokory i o najmniejszych tego świata. Jeśli ktoś chce poczytać o prawdziwych najmniejszych to polecam bohaterów reportaży Domosławskiego: wyklętych, wykluczonych, na marginesie społecznym i ekonomicznym (a często poza nim). Domosławski pokazuje, że tam, gdzie my widzimy nędzę i kres, wyrastają osobne światy, złożone, wielopiętrowe, bo nędza jest stopniowalna. Jego reportaże łączą się z biografiami: bo i Kapuściński i Bauman właśnie o tych najuboższych, wyrzuconych poza tor historii chcieli dbać, nimi się zajmowali (pomijam szczerość i powodzenie tych projektów). Pisarstwo Domosławskiego to ciekawy projekt, kompletny, ciągle pogłębiany, drążony z różnych stron. I to taki, który skupia się na mało popularnym temacie biedy i pogardy wobec tej biedy. I jakoś bardziej wydaje mi się szczery niż gwiazdorstwo Caparrosa.
Tag: Wielka Litera
-

Szukam nauczyciela i mistrza
Reportaż pozlepiany z kilku wątków, chaos kompozycyjny, skróty i uproszczenia, ślizg po historii. Za dużo autora, za mało bohatera. To nie jest dobra książka.
Maciej Wasielewski, Niewidzialna ręka
Wielka Litera 2019
W tym reportażu pączkuje przynajmniej kilkanaście książek: Wasielewski pisze o swoim bohaterze Macieju Zimińskim, o sobie samym i kryzysie zawodowym, życiu po rozstaniu i wychowywaniu dziecka, o zmianach mentalności po transformacji, o życiu we wspólnotach blokowych, sierocińcu lat 60., telewizji komunistycznej, odpowiedzialności za zło systemu. Wszystkie te tematy są szalenie ciekawe, potencjalnie fascynujące, ale wrzucone razem i zmiksowane w krótkie, urywane fragmenty tworzą niespójną, irytującą, powierzchowną narrację.
Cóż, nie tego spodziewałam się po Wasielewskim, ale widać w jego opowieści ciśnienie prywatnych doświadczeń i potrzebę takiego właśnie, a nie innego pisania. Punkt wyjścia stanowi opowieść biograficzna o Zimińskim, o jego pomysłach w „Sztandarze Młodych” i o programie w telewizji, o Pankracym i Niewidzialnej ręce. Wasielewski zderza te optymistyczne historie o dziecięcych dobrych uczynkach ze złem systemu, widzimy Zimińskiego, który wkracza do gmachu partii i doprasza się zalegalizowania działań oddolnych, obywatelskich w epoce, gdy tłucze się przeciwników politycznych i ich krzyki dobiegają zza ścian.
Nie kupuję jednak tej konwencji, nie uznaję tego porządku, tego poziomu nieprzetworzonych, opowiadanych wprost emocji. Wasielewski, funkcjonujący tutaj jako uczeń – Maciejek, ktoś, kto uczy się czynienia dobra, jednocześnie ustawia się w pozycji trybuna ludowego, sądzącego surowo swoje otoczenia, prorokującego zagładę współczesnemu, egoistycznemu światu. Maciejek okazuje się tu postacią o janusowym obliczu: student i wierny uczeń, sięga po teczki, sprawdza, co jego idol i nauczyciel robił za komuny.
Moje zarzuty wobec tej książki dotyczą właściwie wszystkich możliwych poziomów: kompozycji, ustawiania bohaterów, płytkich wniosków, mieszania gatunków i tematów. Co chcecie. Niewidzialna ręka jest nudna, bo to kolejny reportaż, w którym reporter jest ważniejszy niż temat, w którym ustawia się w centralnym miejscu historii. A ja już mam dość polskiej szkoły reportażu z rozedrganym autorem w roli bohatera, który ze swoich dylematów robi połowę historii. Reportaż to nie Facebook, tekst to nie ściana, żeby opowiadać wszystkim o tym, co się dzieje w życiu. Każde wahanie, zmiana życiowa to już Temat. Po drugie, lekceważenie historii – skróty myślowe, zdania ogólne mają przywoływać kontekst epoki. Wasielewski podobno uczy studentów, powinien być zatem świadom, że wśród czytelników funkcjonuje kilka pokoleń ludzi, którzy urodzili się po PRL-u i mają niewielką wiedzę na jego temat. Takie mgliste opisy, lekki szkicyk o ciśnieniu lat 50., czy o dylematach lat 80. na temat form kompromisu z władzą, brak kręgosłupa w czasie wprowadzania stanu wojennego powoduje tutaj wyraźną dysproporcję i to w miejscu bolesnym i ważnym. Wasielewski chce pokazać swego bohatera, który rozumie inaczej proces historyczny niż tzw. większość społeczeństwa. Uznaje za wartość wierne trwanie przy systemie, nawet gdy on się kruszy, nie podobają mu się zmiany lat 90., widzi pogardę Solidarności wobec biedy pojedynczych osób jeszcze w latach 80. Ale nie pokazuje czytelnikowi w pełni tego, co na Macieja Zimińskiego naciska, pod jaką presją się ugina, a na jaką jest odporny. Nie widzimy dokładnie jego horyzontu światopoglądowego i innych rozwiązań politycznych, bo Wasielewski uznaje je za oczywiste. Zaburza zatem podstawową linię napięcia, na której chce budować swoją opowieść. Pozostaje z niej historia o śmiesznym, ekstrawaganckim redaktorze, który wymyślił postać Pankracego i nie zapisał się do Solidarności, a z telewizji usuwał swoich pracowników na rozkaz partii. W miejsce konkretnej analizy machiny, jaką wytwarza system polityczny i sposobów walki jego bohatera, dostajemy ckliwą historyjkę z dużą ilością cytatów z mediów społecznościowych pisanych przez widzów telewizyjnych i czytelników „Sztandaru Młodych”. Temat kariery Zimińskiego, jego funkcjonowania w systemie, kariera to temat na świetny reportaż, tutaj właściwie zaledwie poruszony, bo autor ucieka w inne wątki, boczne dróżki, niezależne tematy. Zaczyna się jak u Różewicza „Szukam nauczyciela i mistrza”, ale później Wasielewski nie bardzo daje nam szansę zobaczyć, czy Zimiński na mistrza się nadaje, bo uczeń wchodzi na scenę i ściąga całe światło na siebie.
W stupor wpadałam za to w trakcie lektury fragmentów, które autor zaplanował jako najbardziej etyczno-dydaktyczne, a związanych z odpowiedzialnością rodziców za wychowywanie dzieci na dobrych ludzi. Duh, miałam ochotę powiedzieć. To, co stanowi zasadniczy cel wychowania, powodujący często zimne poty rodziców i ich koszmary nocne, tutaj przedstawiony jest jako jasny, klarowny, łatwo definiowalny przekaz, z którego rezygnują świadomie spaczeni, cyniczni starzy. O, lala. Zwłaszcza że obok tych rozważań autor tworzy drobny traktat o pysze i o tym, jak jej się łatwo poddać, jak często uderza nam woda sodowa do głowy, jak często dotyczy ona też środowiska dziennikarsko-medialnego. Sam Wasilewski składa samokrytykę: był zarozumiały, problemy z wydaniem kolejnej książki go z tego wyleczyły. Dziś z radością spędza czas z rodziną i zbija w lesie karmniki dla ptaków. Tak, taki motyw z Jean Jacquesa Rousseau zostaje nam tu zapodany całkiem serio, a czasem nawet w konwencji odkrywczej. Kontakt z przyrodą Wasielewski przedstawia jako sposób na zbliżenie do własnej rodziny, uzyskanie skromności, przybranie postawy wyprostowanej i niewygasłych chęci do ratowania świata.
Ojej.
-

Czego nie czytać w te wakacje
Czego nie czytać w tej wakacje? Niczego, co poleca nam się jako literatura rozrywkowa z ambicjami. Nie ma czegoś takiego. Albo z ambicjami, albo przyjemnie.
A więc:
- Aleksandra Arendt, Bałtyk. Historie zza parawanu, Wydawnictwo Poznańskie – bo nudne, poskładane z cytatów z innych książek, napisane językiem płaskim, przewidywalnym i lekko kalekim. Zamiast skrzących się anegdot – chaos, nuda i paździerz.
- Ben Judah, Nowi londyńczycy, WUJ – miało być o wielokulturowym Londynie, jest o tym, że przybysze są brudni, głupi i nie potrafią sobie poradzić w wielkim mieście. Smutek kolonializmu po upadku imperium.
- Marcin Kołodziejczyk, Epopeja narodowa, Wielka Litera – bo to kolejna snobistyczna opowieść o tym, jak żyje Polska B. Złośliwa, oszczercza, mało bystra w diagnozach społecznych. Po prostu nie.
- Zygmunt Miłoszewski, Jak zawsze, WAB – bo ucieczka w political fiction z kryminału zajętego przez duet Bonda&Mróz nie zawsze ma sens. Tu nie ma.
- Krystian Nowak, Wszyscy ludzie, których znam, są chorzy psychicznie, Znak – tylko dla tych, którym nie znudziły się żarty o pieniądzach od Sorosa na polską lewicę i o życiodajnej mocy sojowego latte. Mnie znudziły.
Zdjęcie: Vicko Mozara Unsplash
-

Matka jako człowiek
Apartamentowiec, jedno dziecko, praca w korporacji – to jest rzeczywistość nowej powieści Natalii Fiedorczuk. Ale też przemoc, depresja, samotność w związku, jałowość życia. Czy to jest dobra powieść? Niezbyt.
Natalia Fiedorczuk, Ulga
Wielka Litera 2018
Ulga składa się z dwóch części – w pierwszej Karolina jest na studiach i wyjeżdża na stypendium. W drugiej, kilkanaście lat później, Karolina jest już dorosła, życiowo ustawiona. Napięcie wytarzać ma się tutaj właśnie między tymi dwoma epokami, między dwoma wcieleniami tej samej kobiety. Raz widzimy ją jako młodą, zbuntowaną, pewną siebie indywidualistkę: studiuje historię sztuki, wyjeżdża do Berlina, zrywa ze swoim polskim chłopakiem, z którym relacja okazuje się nudna i przewidywalna. Odczuwa rodzaj niezwykłego porozumienia z młodym Niemcem, mocno przeżywa to zauroczenie. Drugi raz widzimy ją już jako kobietę dobijającą do czterdziestki. Lekko nalaną, źle znoszącą wejście w wiek średni, sfrustrowaną pracą w korporacji, ograniczoną obowiązkami domowymi, małym życiem małżeńskim. Rytm jej dnia podlega pracy i godzinom odbierania syna, prowadzania go na kolejne zajęcia, znów wieje potworną nudą. Karolina jest zakładniczką swojego własnego życia. Z jednej strony unieszczęśliwia ją życie rodzinne, z drugiej – w depresję wpędziły ją nieudane starania o drugie dziecko, poronienie.
A więc Fiedorczuk znów podaje nam to samo lekarstwo: problemy klasy średniej oglądane z perspektywy kobiecej bohaterki, piekiełko gotujące się pod pozorem satysfakcjonującego życia w nowym apartamentowcu dla młodych rodzin. Co mieszkanie to jakiś dramat: obok Karoliny mieszka Alicja, której mąż to nałogowy zdrajca i imprezowy narkoman. Nawet i w tym świecie pojawia się przemoc, upokorzenie, molestowanie, gwałt, ciche frustracje z powodu nieudanego życia. Nie ma tu niczego, czego nie znalibyśmy z własnej biografii, mediów kobiecych, publicystyki. Fiedorczuk dokonuje tutaj jednak pewnej znaczącej wolty – otóż uniwersalne problemy przedstawia właśnie poprzez kobiece spojrzenie, z mężczyzny czyni zaś obiekt egzotyczny, obcy i niezbyt ciekawy. Opowiada bez sentymentalnych naleciałości, emocjonalnych wtrętów. Dzięki temu wątki, które wydawałyby się typowo kobiece (jak na przykład budowanie relacji z dzieckiem, pragnienie posiadania potomstwa i nieudane próby donoszenia ciąży), tutaj stają się kwestiami ludzkimi. Jej bohaterki są po prostu ludźmi, to one, a nie mężczyźni, stają się nośnikiem pewnych haseł i dylematów. Wątek Alicji opowiada o wychodzeniu z toksycznej relacji, nie ma tu jednak ani jednego pozytywnego zwrotu, żadnego optymistycznego zakończenia. Ulga jest tutaj największym pragnieniem, ale też uczuciem nieosiągalnym. To nie jest historia, która daje pocieszenie, czy natchnienie.
Nie o koncyliację kobiecych problemów tu chodzi, bo taki zamiar pomniejszałby ich wagę, spychał je do kolorowej rubryki z rodzaju „życie i związki”. Na to właśnie Fiedorczuk nie pozwala. I gest ten wydaje mi się powtórzeniem tego, co zrobiła Orzeszkowa, publikując „Martę” w 1873 roku – powieść opowiadającą o samotnej kobiecie, która musi znaleźć pracę po śmierci męża, by utrzymać córkę. Powieść Orzeszkowej kończy się tragicznie, nie to jest jednak tutaj ważne: otóż Orzeszkowa opowiadała o pewnej egzystencjalnej i społecznej próżni, o sytuacji kobiety, której system społeczny nie dopuszczał do zdobycia wykształcenia, nie dawał jej żadnego fachu, a jednocześnie nie oferował żadnej pomocy, gdy rodzina traciła swego żywiciela – mężczyznę. Orzeszkowa napisała zatem powieść tendencyjną, potwierdzającą pewien obraz, w losie Marty spełniały się te przepowiednie, przed którymi przestrzegali nowocześni pozytywistyczni publicyści, domagający się większych praw dla kobiet.
W tej powieści o nowoczesnej rodzinie, z nowoczesnymi bohaterkami widać podobny mechanizm: Fiedorczuk chce przyciągnąć uwagę szerokiego kręgu odbiorców, wyprowadza pewne tematy z kręgu pisemek kobiecych i dyskusji na forach, żeby uczynić z nich temat debaty publicznej. Po raz drugi mówi: matka to człowiek. Pokazuje, że kobieta nie odczuwa satysfakcji z zamknięcia w ograniczonym repertuarze ról, że posiadanie dziecka przynosi jej często poczucie wyczerpania losu. Jakby w życiu nie czekało jej już nic więcej poza spełnianiem matczynych obowiązków.
Druga powieść Fiedorczuk nie przyniesienie rozstrzygnięcia – nie znajdą w niej potwierdzenia ani jej krytycy, oburzeni przyznaniem Paszportu Polityki, ani jej admiratorzy, doceniający wagę problemów społecznych. Sprawdza się tu jednak obiegowa prawda, że druga powieść świadczy o talencie, stanowi prawdziwy test. Wydaje mi się bowiem, że Ulga to dokładnie taka powieść, jaką zaplanowała sobie Fiedorczuk, skomponowana według jej zamiarów i zamknięta dokładnie takim zakończeniem, jakie wymyśliła. Nic tu nie ucieka autorce, nie wymyka się spod kontroli. Wszystkie uproszczenia, które pojawiały się w debiucie, druga powieść pokazuje jako metodę twórczą, konsekwentnie wybraną i realizowaną technikę opowiadania. A to, że wolałabym, że to było zrobione inaczej? No cóż, to chyba już mój problem.
Wszystko to prawda, kobieta jest człowiekiem, zgadzam się. Ma prawo do czegoś więcej – jasne. Tylko nie podoba mi się ten rejestr narracji, spłaszczanie, opowiadanie wszystkiego wprost, co Fiedorczuk robi świadomie i konsekwentnie, bo nie ma ambicji budowania skomplikowanej formy powieściowej. A ja bym właśnie chciała, żeby tym rozważaniom feministycznym towarzyszył jeszcze namysł nad formą gatunkową, pogłębienie refleksji, pociągnięcie pazurem jeszcze mocniej, jeszcze głębiej. Tak przecież robi i Inga Iwasiów i Zyta Rudzka – a ich powieści nie tracą nic ze swej komunikatywności.
Zdjęcie: Kris Atomic on Unsplash
-

Przecież wcale tak nie musiało być
Patrycja Bukalska, Krwawa Luna
Wielka Litera 2016Z reguły bardzo lubię takie biografie – o postaciach zapomnianych dzisiaj, niejednoznacznych, wyciąganych z cienia, z kurzu historii. Patrycja Bukalska wzięła na warsztat losy Julii Brystygierowej, krwawej Luny, jedynej kobiety odpowiedzialnej w Polsce za stalinowski terror. Ostatnio na podobny temat pisał Piotr Lipiński, który wznowił swoją starą książkę o procesie stalinowskich oprawców Bicia nie trzeba było ich uczyć. Pisałam o niej tutaj, sama opowieść była potwornie rozczarowująca, nie dawała żadnych właściwie odpowiedzi, prześlizgiwała się po powierzchni zjawisk, obracała na poziomie klisz. Tak samo dzieje się u Bukalskiej. Co jest z tymi polskimi autorami, że nie potrafią napisać porządnej historii o ludziach, których życiorysy niosą w sobie olbrzymi ładunek moralny i dramatyczny? To jest jakaś ironia losu, że najtrudniej opowiada się o ludziach posiadających literacko-filmowe biografie. To jest też jakiś straszny chichot historii, że nie potrafimy w rzetelnych i ciekawych dla odbiorcy tekstach przedstawić postaci, które wpłynęły na kształt polityki, a które – przede wszystkim – miały na rękach krew.O Brystygierowej wiedzą właściwie tylko ci, którzy w jakikolwiek sposób interesują się historią, albo czują silną potrzebę rozliczenia przeszłości, wyciągnięcia z szaf wszystkich trupów. Urodzona na początku XX wieku w żydowskiej rodzinie, zrobiła doktorat z filozofii. Wyszła za mąż młodo, urodziła dziecko, zostawiała męża, syn mieszkał z ojcem, a potem z dziadkami. Trzy razy przed 1939 rokiem siedziała w więzieniu oskarżona o działalność komunistyczną. Ostatni wyrok, ten z 1937 roku – paradoksalnie – ocalił ją od stalinowskiej czystki. W 1943 roku została wezwana przez Wandę Wasilewską do Moskwy i zaproszona do Związku Patriotów Polskich. W czasie wojny starała się nieść pomoc komunistom – organizowała kartki na chleb, dawała papiery i pracę. Rzuciła to i wyjechała do Moskwy, gdzie zajęła bardzo wysoką pozycję w nowych strukturach władzy. Po powrocie do Polski zajęła stanowisko kierownicze w Departamencie V, operacyjnym, zajmującym się rozpracowywaniem opozycji politycznej, Kościoła i środowisk artystycznych. Zrezygnowała z tej pracy w 1956 roku, odeszła na emeryturę. Po jakimś czasie ona sama stała się obiektem zainteresowania Służby Bezpieczeństwa, podsłuchiwano ją i śledzono. Gdyby taka ilość zdarzeń była za mała na jedną biografię, Brystygierowa pod koniec życia zbliżyła się do katolicyzmu, miała kontakty z zakonnicami w Laskach.Tyle suche streszczenie, teraz zobaczmy, co pisze o niej Bukalska, bo udaje jej się rzecz praktycznie niemożliwa – z krwistej (i krwawej) postaci, pełnej życia, inteligencji, silnych i mrocznych emocji czyni papierową, nudną bohaterkę. Dlaczego? Istnieją ku temu chyba dwa powody: po pierwsze o mało materiałów pozostało o Brystygierowej, brakuje też świadków. Nie istnieje ona poza protokołami spotkań, rozkazami, poza całą nudną papierową, banalną pisaniną administracyjną, stanowiącą też jednak zapis działania zbrodniczego, opresyjnego systemu. Bukalska nie wie zatem, dlaczego Brystygierowa wychodzi za mąż, dlaczego szybko porzuca męża, dlaczego nie angażuje się w wychowanie syna. Tym bardziej nie wie też, dlaczego jej bohaterka akceptuje tortury stosowane przy ulicy Koszykowej. Nie wie tego, a sugerowane przez nią odpowiedzi mają charakter hipotez socjologicznych (odeszła od męża, bo on chciał pewnie kobiety domowej, a ona studiowała, zrobiła doktorat, chciała czegoś więcej), bo nie udaje jej się dostać do tej postaci, otworzyć jej dla siebie, tym bardziej zatem nie potrafi jej podać czytelnikowi. Ale jeśli faktycznie materiału biograficznego nie było (a nie było, bo ta z kamienia wyciśnięta książka ma 200 stron), to po prostu należało pracę nad nią zarzucić. Tymczasem Bukalska skorzystała ze swoich kwerend, z materiałów po Teresie Torańskiej, która także interesowała się Brystygierową i zamierzała o niej pisać, lecz nie zdążyła.Po drugie: Bukalska zadaje nudne, przewidywalne pytania, ujmuje los Brystygierowej w ramach jakiejś idiotycznej kliszy, której ta biografia się po prostu nie poddaje. Otóż krwawa Luna najpierw jest wrażliwą panienką, uczuloną na nędzę społeczną i losy otoczenia. Bukalska na potęgę cytuje jej wczesne utwory, popełnia zatem klasyczny błąd biografa, utożsamiając postaci z tekstów literackich z ich autorem. Każdy badacz, także biograf, musi mieć zdolność pociągnięcia samego siebie za uszy do góry, wyjścia poza to, co narzuca materiał. Tymczasem, jak pokazuje streszczona przeze mnie wyżej biografia Brystygierowej, jej los ułożył się w wyraźne pasmo: od wrażliwości społecznej i oddania sprawie poprzez akceptację przemocy i jej stosowanie na olbrzymią skalę, aż do nagłego złagodzenia pod koniec życia. I tym tropem podąża autorka Krwawej Luny, posłuszna jednej drodze.Katalog pytań banalnych: kim była, zanim zaczęła pracę w MBP, kim była potem, czy żałowała, kiedy w jej życiu nastąpił zwrot, co zdeterminowało jej życie? nie znajduje odpowiedzi w materiałach, do których dotarła autorka. Pewność płynąca z jej własnych odpowiedzi ma swą kategorycznością nadrobić wcześniejsze wątpliwości: „weszła na drogę, z której nie potrafiła zawrócić”, „Julia jest dogmatyczna i ślepo przekonana o wiodącej roli partii”, „Julia w pełni wspiera plany Moskwy”. Głównym źródłem wiedzy stają się tu dla niej pamiętniki Władysława Gomułki i portret komunistów, jaki w nich konstruuje. Bukalska robi więc tu delikatny, ale mało subtelny skrót: Brystygierowa jest dokładnie jak oni, jak ta zbiorowość, której portret kreśli Gomułka (a umówmy się, że nie było bezstronnym świadkiem wydarzeń).Ten poziom banalnych pytań i banalnych odpowiedzi uzupełniony zostaje o banalną narrację z banalnymi frazesami:śmierć rodziców – jak kwiaty z Jagielnicy – zaległa pod jej skórą – pisze autorka.Szkoda, że Torańska nie zdążyła napisać swojej książki. Szkoda, że Bukalska napisała swoją. -
Książka dla Adasia Miauczyńskiego
Obrażenia. Pobici z Polską,Wielka Litera 2016Aktualność, która wyróżnia ten zbiór na tle innych pozycji non fiction, jest zarówno jego mocną stroną, jak i możne okazać się jego największą słabością.7 reportaży o bolączkach współczesnego społeczeństwa polskiego, jego wadach, uprzedzeniach, kłopotach systemowych, frustracjach prywatnych. 8 autorów reprezentujących najmłodsze, ale już doświadczone, pokolenie reporterskie. Autorzy ci podtykają Polakom pod nos lustro – chcielibyśmy, żeby było to krzywe zwierciadło, tyle tu bowiem złości, ksenofobii, bezmyślności, zawiści, przemocy, bezsilności, wreszcie głupoty w stanie czystym. Niestety, kolejne historie pokazują, że to jest realistyczne zwierciadło, to przechadzające się po gościńcu. Wlekły pisze o tym, jak łatwo obrazić uczucia religijne Polaka, jak symbolika katolicka zagarnia przestrzeń publiczną; Rejmer pokazuje małą miejscowość, w której znajduje się ośrodek dla uchodźców, Jabłońska zajęła się sprawą wiejskiej dziewczyny zmieniającej płeć; Wójcińska wzięła na warsztat problem tożsamości polskiej i tego, jak ambiwalentnie rozdzielamy prawo do niej, Puto i Szczerek przekopali się przez polski internet, żeby pokazać, jak tworzy się w nim język nienawiści; Kicińska opisała dysfunkcyjną rodzinę, w której matka staje się ofiarą przemocy domowej; Wasielewski zaś pokazuje krótkie spotkanie 30-latków, ujawniające absolutny kryzys męskości.Lapidarnie zarysowuję tylko tematy, które pojawiają się w Obrażeniach. W każdym z reportaży ujawnia się jednak zawsze więcej niż jeden problem: gdy Rejmer pisze o stosunku Polaków do uchodźców, zahacza także o kryzysy ekonomiczny, konflikt religijny, zderzenie między światem wykreowanym przez media a rzeczywistością za oknem, arogancję władzy, która wskazuje lokację ośrodka bez konsultacji społecznych. Gdy Puto i Szczerek piszą o komentarzach internetowych (a takich tekstów powstało ostatnio mnóstwo), to nie tylko interesuje ich, za co obrażamy innych, ale też kim są obrażający, jak obrażają: rano i po południu, w tygodniu a nie w weekendy, bo praca i życie rodzinne odciągają jednak hejterów od internetu. Kicińska pokazuje transfer lęku w rodzinie, bezradność matki, która nie wie, jak sprzeciwić się mężowi-prześladowcy, ale i obojętność organów władzy, które nie potrafią radzić sobie z przemocą w rodzinie.Czytanie tej książki nie jest przyjemną czynnością, a dzieje się tak z jednego powodu: wszystkie te teksty zostały skonstruowane w taki sposób, byśmy nie mogli osiągnąć komfortu, zająć żadnej bezpiecznej pozycji, wycofać się i z dystansu oceniać opisywane zdarzenia. Nie ma takiej grupy, której nie dotknąłby chociaż jeden problem, chociaż jedna przywara – a więc krótko: nie da się przed tą książką ukryć. Nie ma też takiego miejsca, które wolne byłoby od przywoływanych tu wad: wieś jest nietolerancyjna i skąpa, małe miasteczko – ksenofobiczne i naiwne, daje się prowadzić mediom, duże miasto – pełne sfrustrowanych nienawistników, wypisujących w interencie obsceniczne komentarze pod adresem bliźnich.Można Obrażeniom zarzucić, że autorzy nie wychodzą poza problemy, które znamy z prasy i telewizji, że ograniczają się do kwestii, które media wałkują na co dzień. PO pierwsze jednak wydaje się, że dokładnie taki był cel tego zbioru. Po drugie zaś, to ograniczenie do końca nie jest prawdziwe – każdy uważny czytelnik zobaczy, że długie reportaże dają mu większy, głębszy wgląd. Obrażenia pokazują pojedyncze historie, poszczególne przypadki, a więc mówią nam o świecie więcej, nie pozwalają też na zachowanie obojętności (która jest właściwa każdemu widzowi serwisu telewizyjnego). Dzisiaj to jest książka gorąca i aktualna, bardzo gorzka, sroga w krytyce społecznej, przerażająca w swych diagnozach. Zobaczymy za kilka lat, czy dalej będzie grzała.


