Tag: Warszawa

  • Kuszenie albo redakcja mitu

    Kuszenie albo redakcja mitu

    Skoro już pojechałam do Warszawy na wręczenie Paszportów „Polityki”, to przy okazji zahaczyłam jeszcze o Muzeum Narodowe – w środku ferii, rozhukane, pełne dzieciaków, z paniami w szatni bardzo nieszczęśliwymi od ilości pracy.

    „Arkadia” reklamuje się kilkunastosekundowym zwiastunem, w którym obraca się rzeźba Cypriana Godebskiego, zatytułowana „Kuszenie”, umieszczona na wystawie w cyklu „Antyczne i włoskie sielanki”. Kłopot polega jednak na tym, że rzeźba bynajmniej nie przedstawia kuszenia, a czystą przemoc: satyr siłą trzyma na kolanach młodą, szczupłą dziewczynę. Biały kamień świetnie oddaje te kontrasty: jego siła fizyczna i jej wiotkość, jego grube rysy, jakby zapijaczonej, niby pół-zwierzęcej, ale raczej oszpeconej zużyciem i rozwiązłością twarzy, jej twarz wąska i szczupła. Wzrok spuszczony wbite w dół, w zaciśnięte kolana. Stałam dość długo, wgapiając się w te kolana właśnie i zastanawiając, dlaczego tak dyskusyjna rzeźba trafiła na promocyjną czołówkę.

    Wystawa w Muzeum Narodowym ma ambicje przedstawienia rozwoju i przekształcenia arkadyjskiego motywu kultury aż do współczesności. Od Wergiliusza po Dianę Lelonek i Cecylię Malik – taki jest mniej więcej jej zakres. Szeroki zakrój dzieł sztuki, podzielonych na epoki uzupełnia tu sztuczna roślinność, mech i plastikowe paprotki. Piszę o nich dlatego, że te kiwające się w podmuchu klimatyzacji listki jakoś dziwnie nie grały z magią, którą powinny kreować. To nie było żadne popołudnie fauna, tylko smętny spacer po wypalonych mitach. Nie jest to zarzut, raczej obserwacja, że instytucja jaką jest muzeum, ze swoimi przepisami nie jest w stanie wprowadzić żadnej żywej rośliny i może o Arkadii opowiadać przy pomocy tworów sztucznych. Niezła ironia.

    Wystawa jest niezła – arkadyjska sztuczność i naiwność marzeń podlega tutaj problematyzacji, rozbija się w ostatnich salach, w dystopiach i opowieściach o katastrofie klimatycznej. Płciowy wymiar mitu rozpada się w Sali „Queerowe arkadie”, gdzie łąka i gołe, rozleniwione, młode ciało staje się kostiumem dla opowiadania o nieheteronormatywności. Czekam też bardzo na wykład, który ten temat będzie poszerzał – 13 lutego mówić o queerach w Arkadii  będzie prof. Monika Rudaś-Grodzka.  

    Wszystko to spoko, brakuje mi tylko jednego wątku – połączenia Arkadii i sadyzmu, arkadii i przyzwolenia na gwałt, zwierzęcego kostiumu przysługującego tylko mężczyźnie. Bo w zebranych przedstawieniach kobieta mogła być bowiem albo człowiekiem (czyli podlegać normom), albo rośliną (zamieniała się w nią za karę, gdy odmawiała kontaktu seksualnego), za każdym razem, nawet w wyobrażonych krainach wiecznej szczęśliwości zajmowała pozycję niższą. No i co to o nas mówi, że wyobrażamy sobie te krainy jako miejsca, gdzie można nimfę wychłostać?

     

  • Noże, kastety, siekiery i kije

    Sylwia Chutnik, Cwaniary
    Świat Książki 2012
    Walki uliczne kobiet – ciężarna, sprzedawczyni i prawniczka same zaczepiają i biją facetów. Sylwia Chutnik w swojej ostatniej powieści znów bawi się mitami popkultury, przepisuje je na nowo, dodając zamiast bohaterów męskich postacie kobiece. Tytułowe cwaniary to w gruncie rzeczy kobiety, które mają już dość bycia ofiarami, pozostawania ciągle w pozycji biernej, gorszej i niższej. Halina i Celina to dziewczyny silne, które wciągają w swoje akcje Stefę – bitą przez męża ( i kryjącą się na co dzień pod wstydem, który jest pudrem ze słów) i Bronkę – wielbicielkę porządku. Każda z nich z innych powodów przystępuje do akcji, ale prowadzą one swoją działalność w bardzo męski, blokerski sposób: tępe przedmioty, noże – wszystko się nada. Warszawa znowu jest w stanie wojny, po walce nie ma miejsca na sentymenty:

    I dziewczęta wyjęły z torebuni chusteczunię z wyhaftowanym HWDP – krzyżykiem! – i otarły sobie spracowane rączki.

     Obrywają mężowie z ciężką ręką, pijani chłopcy napastujący na ulicy, robiący zadymy w autobusach miejskich, w końcu ofiarą pada też deweloper, który przemocą wysiedla mieszkańców starych, rozsypujących się kamienic. Jak pisze Chutnik, jest to realizacja projektu „Rewitalizacja ludzi zagrożonych debilizmem”. Tę akcję mogą przeprowadzić tylko kobiety – ofiary, męczennice, sprzątaczki, na których barkach spoczywa cały ciężar tworzenia rodziny i utrzymania domu. Kobieta u Chutnik ma czas dla siebie tylko wtedy, gdy wychodzi na balkon na ostatniego wieczornego papierosa:

    A tu cię mamy, tu cię złapaliśmy – na nielegalnym odpoczywaniu, na ucieczce w krainę nikotyny (…). Od tych drzwi wieje tysiącami westchnień kobiet papierosowych.

    Chutnik rozwija skrzydła, po świetnym Kieszonkowym atlasie kobiet i niezłej Dzidzi, napisała kolejną kobiecą powieść. Tutaj – podobnie jak w Atlasie – pojawia się świat warszawski, zakorzeniony w historii, ale jednocześnie należący do drugiej kategorii. Gorszy świat biedy, blokowiska i braku perspektyw. Konflikt rozgrywa się nie tylko pomiędzy przestrzenią kobiecą i męską, ale też pomiędzy starymi kamienicami i nowymi strzeżonymi osiedlami, starą i nową Warszawą, starą i nową gangsterką.

    Ważne też są kobiety Chutnik – zawsze sprzątające i jednocześnie zbuntowane, w przeciwny sposób podporządkowujące się patriarchatowi i zwalczające go. Halina, choć w ciąży i z kastetem, ciągle odwiedza grób narzeczonego Antka, sprząta i poleruje lastryko, zapala znicze. Włącza się w kondukt wdów. Jej najbliższymi przyjaciółkami są Celina – wdowa niewdowa, bo chłopak zginął zanim doszło do ślubu i Bronka – prawniczka chora na raka, która ucieka w samobójstwo, gdy nie ma już prawa do normalnego życia, a lekarze odmawiają jej dalszej terapii.

    To, co w Chutnik wydawało mi się zawsze najbardziej interesujące, to sposób, w jaki ustawia ona sobie postać kobiecą w historii, to rodzi to szereg przekształceń: zmienia się perspektywa oglądu historii, ocena przeszłości. Dlatego też ważniejsza jest dla mnie jej Dzidzia, która jako powieść spośród tych trzech jest najsłabsza. Chutnik w swoich książkach pokazuje, że gdy zamienia się podmiot opowieści z mężczyznę na kobietę, znana historia zmienia się,  staje się nową opowieścią. Niespodziewanie okazuje się, że trzeba odrzucić całą tradycję patriotyczną, którą nagle widzimy nie jako narodową i wspólną, ale jako do głębi męską i szowinistyczną. I wtedy trzeba zacząć pisać ją na nowo, tym razem z kobiecego punktu widzenia.

    W Cwaniarach Chutnik wprowadza postać babci Haliny, która w czasie powstania warszawskiego chodziła kanałami i której wiedza okazuje się niezbędna do przeprowadzenia akcji przeciwko deweloperowi-krwiopijcy.  Z perspektywy historycznej ważniejsza jest jednak wojna starej Warszawy z nową, piosenki reprezentujące folklor miejski, stopniowo już zapominane. Halina i Celina mieszkają w starych kamienicach, są groźne i prymitywne, często pijane. Jednocześnie jednak to one reprezentują z punktu widzenia autorki prawdziwy świat, zachowują też pamięć o przeszłości miasta. Ich przeciwieństwem są mieszkańcy strzeżonych osiedli, deweloperskich bloków – zakłamani, snobistyczni. Nurzają się w lukrze, ale nie znają prawdziwego życia.   

    Cwaniary nie dostają jednak do Kieszonkowego atlasu kobiet, który był zarazem świetną powieścią i wyrazistą deklaracją ideową. Tutaj jest więcej zabawy, więcej prowokowania i gier z kulturą masową. Trochę jak baśń, trochę jak pulp Tarantino, trochę jak opowieści Marvella o silnych kobietach, trochę jak gra komputerowa.