Tag: Uncategorized

  • Skórzana rocznica

    Dokładnie trzy lata temu założyłam ten blog. Tradycyjnie nie będzie żadnych rocznic i podsumowań.

  • Mistrz i uczennica

    Ida Linde, Jeśli o tobie zapomnę, stanę się kimś innym
    Lokator 2015
    tłumaczenie: Justyna Czechowska, ilustracje: Zosia Dzierżawska

    Ty cholerny zasrany skurwielu nienawidzę cię nie możesz wracaj wracaj wracaj – woła młoda kobieta w ostatniej scenie powieści Idy Linde. Nie chodzi tu jednak o przemoc domową, ani o toksyczny związek miłosny, ale o niezgodę na śmierć, o gniew i bunt. Lisie Oczko odkrywa, że zmarł jej dziadek i wykonuje całą serię czynności codziennych – nastawia zegar, zmienia baterie w czujniku alarmu przeciwpożarowego, zakłada gruby sweter, wychodzi na dwór, zapala mentolowego (dziadkowego) papierosa i dopiero wtedy wydobywa się z niej ten potworny krzyk.
     
    Ida Linde, podobnie jak Torgny Lindgren, pisze o życiu i śmierci, o bliskim związku między nimi oraz o tym, że w gruncie rzeczy dzieli je przepaść. W jej lirycznej powieści bohaterką jest przebywająca na wsi dziewczynka, która spędza czas na łonie natury, bawi się w gospodarstwie dziadków, uczy się (od dziadka) pływania, gry na pianinie, utrzymania czystości w domu. Gdy dorośnie, musi sobie poradzić z jego chorobą i śmiercią. Ten krótki opis streszcza nie tylko fabułę, ale i określa warstwę realistyczną, bo to, co tutaj najważniejsze dokonuje się na zupełnie innym poziomie. Jedynym znakiem współczesności są mentolowe papierosy i alarm przeciwpożarowy, bo cała opowieść osadzona jest poza czasem. Kontekst, epoka nie mają tu żadnego znaczenia, a autorce zależy na przedstawieniu pewnych uniwersalnych prawidłowości, prawdy uczuć. Na relację dziecko – dziadek nakłada się tu szereg różnic: dzieli ich płeć, wiedza o świecie, doświadczenie, niezależność. Ona jest niczym zwierzątko – trochę nieufna, dzika, nieujarzmiona, ale też bezbronna, skłonna do zabawy, gotowa na zdobywanie wiedzy o świecie. Dziadek z kolei to wcielenie postaci starego mędrca, nauczyciela – groźnego, czasem niecierpliwego, lecz zawsze sprawiedliwego. Dziewczynka wychowuje się w świecie przyrody i fantazji, w świecie gęstym od znaczeń, w którym to dziadek jest przewodnikiem, ona zaś wigorem, radością na nowo pokazuje mu otoczenie. Linde na swój sposób opowiada archetypową historię o wchodzeniu w świat – nie jest to bowiem historia męska, nie rozgrywa się między nauczycielem i uczniem, a między nauczycielem i uczennicą, która ma inne niż chłopiec potrzeby, inaczej się rozwija,  dostarcza też innych wzruszeń starzejącemu się człowiekowi. Jej fizyczność to miejsce niepewne, dojrzewanie przesuwa granicę bliskości, wprowadza tematu tabu – noc, kiedy Larsson dostaje pierwszej miesiączki, to czas samotności:
     
    Nadyma brzuch i zaraz go wciąga. Ciało nie chce spać, dalej boli. Otwiera okno, dostaje gęsiej skórki, brodawki sztywnieją do bólu. Przykrywa piersi rękami i nasłuchuje nocnych zwierząt. On woła ze swojego pokoju, przestań łazić jak nieszczęśnik, tylko się połóż (…).
     
    Życie to doświadczenie ciała, doznanie przede wszystkim fizyczne – cała seria smaków, zapachów, przeżywanie ciepła i zimna, zanurzanie się w lodowatym jeziorze, bezsenność. Muzyka także jest doświadczeniem ciała, dziewczynka gra i śpiewa, po to, by usłyszeć różne brzmienia, hałas, by wyrazić radość. Jednocześnie zaś tuż obok życia czai się śmierć – najpierw umiera ze starości koń, potem trzeba zabić psa, żeby skrócić jego mękę. Później umiera babcia i zegar po raz pierwszy się zatrzymuje, w końcu zaś umiera dziadek – pomimo najczulszej opieki. Linde rejestruje ewolucję relacji bohaterów: najpierw to dziadek prowadzi ją przez świat, później następuje odwrócenie kierunku: to dziewczyna musi otoczyć go opieką, pomóc w czynnościach domowych, w jakiś przedziwny sposób pomóc mu wejść w śmierć (to najmocniejszy, najlepiej poprowadzony wątek). Ta ich relacja – w perspektywie Linde – jest symetryczna, oboje swoimi działaniami wpisują się w cykl życia, spełniają równie ważne obowiązki. Ten rytm życia jest naturalny, przełamuje go dopiero rozpacz po śmierci dziadka, samotność, bo nie ma w domu już nikogo, na kim można by się oprzeć.
    Jeśli o tobie zapomnę, stanę się kimś innym ma niecałe 80 stron, operuje surowym, prostym stylem, dalekim od wielomówstwa polszczyzny, a jednocześnie zawiera niezwykle sensualny i bogaty opis świata, nie cofa się przed głębią emocjonalną. Największy dramat (rozpacz dziadka po śmierci żony) i największą radość (dziecięca zabawa w awarię samolotu wśród drzew) Linde wyraża tu za pomocą krótkich dialogowych scen, które właśnie przez oszczędny język wydają się bardziej sugestywne.
     
    Świetna, paraboliczna opowieść o życiu i śmierci, o dorastaniu i o bólu rozstania, o radości z życia i fizyczności ubierania. 

     

    Jeśli kogoś interesuje nie tylko sama książka, ale też to, na jak wiele sposobów można chwytać literaturę, zachęcam do lektury innych recenzji z książki Linde. Rozmawialiśmy o niej w programie „Koło kultury” w Radiu Kraków z Jarosławem Czechowiczem (tu tekst i Marcinem Wilkiem (tu tekst). Ale każde z nas zobaczyło w niej coś zupełnie innego. 
  • Ciesz się, że nie jesteś w Auschwitz!

    Mikołaj Grynberg, Oskarżam Auschwitz
    Czarne 2014
    Najnowszy zbiór Grynberga rozwija wątki, które zarysowane zostały bardzo wyraźnie w jego wcześniejszych pracach. Mikołaj Grynberg, syn i wnuk ocalonych z Holocaustu, szuka tutaj prawdy o swoim pokoleniu, próbuje ustalić tożsamość grupy, zebrać opowieści innych przedstawicieli tej generacji. A jest to ważna grupa, której doświadczenie od dawna już stanowi przedmiot refleksji kulturowej. Grynberg idzie jednak dalej niż badacze kultury, bo sam do tego pokolenia należy, ma więc prawo zadawać pytania niewygodne, bolesne, bardziej intymne. Nie ma w nim litości, jest za to ogromne współczucie, pragnienie poznania i zrozumienia osób, których rodzice przeżyli Holocaust, urodzonych wiele lat po wojnie, ale jednocześnie ciągle żyjących w jakiś sposób w cieniu Auschwitz. Tak właśnie należy rozumieć tytuł tego zbioru: drugie pokolenie oskarża Auschwitz o odebranie dzieciństwa, o spowodowanie traumy.
     
    Rozmówcy Grynberga to ludzie urodzeni po wyzwoleniu, często poza Europą, zatem z oddali patrzący na Holocaust, ale jednocześnie mocno od tego doświadczenia zależni. Grynberg umieścił w tomie 27 historii, najmocniejszych, ale też najbardziej reprezentatywnych dla całego pokolenia. Termin pokolenia jest tu w gruncie rzeczy niewłaściwy, bo najstarszych interlokutorów od najmłodszych dzieli jakieś 20-30 lat, a więc z socjologicznego punktu widzenia mamy tu do czynienia z kilkoma pokoleniami. Grynberg udowadnia jednak, że niezależnie od roku urodzenia, ludzi tych łączy wspólnota doświadczenia domowego, podobne dylematy i podobny rodzaj uwięzienia w nieswojej przeszłości.
     
    W kolejnych rozmówcach widać też różne lęki odziedziczone po rodzicach: konieczność zapełniania lodówki, zbieranie przedmiotów,  gromadzenie srebra i złota (przechowywanego w domu, a nigdy nie w banku, bo to najlepszych rodzaj zabezpieczenia na wypadek nowej wojny). Odziedziczone lęki ujawniają się też w relacji wobec bliskich, w codziennym życiu, w przerażeniu, gdy wnuk spóźnia się choć chwilę, w nieufności, gdy w rodzinie pojawia się ktoś nowy, w wyjątkowo silnej miłości do kolejnych dzieci. Grynberg pokazuje, że choć każde cierpienie jest osobne i inne, to dla wszystkich jego rozmówców istnieje jakiś wspólny poziom przeżywania bólu i żałoby, że każdy z ocalonych i ich dzieci przeżywa traumę tak, jak wielu innych. To napięcie między indywidualnym a zbiorowym to właśnie jedno z najważniejszych zjawisk opisanych w Oskarżam Auschwitz.
     
    Na plan pierwszy wysuwają się tu jednak dwie sprawy: poszukiwanie własnej tożsamości oraz system sprzeczności, w którym każdy z rozmówców Grynberga się obraca, pomimo że próbuje go przezwyciężyć ze wszystkich sił. Choć różne kulturowe teorie wyraźnie opisują tożsamość drugiego pokolenia ocalonych, to rozmówcy Grynberga temu tematowi właśnie poświęcają najwięcej miejsca, udowadniając niejako, że doświadczenie pokoleniowe nie jest zawsze jednoznaczne z przeżyciem indywidualnym. Życie w straumatyzowanej, osieroconej rodzinie, z niepełną wiedzą na temat jej przeszłości sprawia bowiem, że własną tożsamość trudno jest ustalić – nie wiadomo przecież, czy własne życie to dowód zwycięstwa czy też klęski. Czy posiadanie dziecka można tu rozpatrywać jako triumf nad Holocaustem? Potwierdzenie przezwyciężenia zbrodniczego systemu, własnego biologicznego trwania, ale i własnego człowieczeństwa? Odpowiedź nie jest jednoznaczna, bo rodziny ocalonych często nie potrafią powojennym dzieciom nic dać, zmuszają je do życia w cieniu Auschwitz.
     
    Zjadaj to i ciesz się, że nie jesteś w Auschwitz. Tam byś docenił, co to jest jedzenie. Zagotowałeś wodę, jak cię prosiłem? Nie? W  Auschwitz już byś nie żył
     
     – słyszał ciągle Yossi od swojego ojca. Jako dorosły człowiek mówi więc Grynbergowi:
    Im się tylko wydawało, że z tego Auschwitz uciekli.
     
    I w końcu wypowiada najmocniejszą opinię, jaka znalazła się w tym tomie:
     
    Uważam, że ci, którzy przeżyli i potem popełnili samobójstwa, zrobili więcej dla odrodzenia powojennego żydowskiego świata niż ci, którzy wyszli z obozów i pozakładali rodziny. Gdyby wszyscy postąpili tak, jak ci pierwsi, nie byłoby tego całego burdelu z drugim pokoleniem.
     
    Drugą ważną kwestią zajmującą Grynberga jest system sprzeczności, w którym uwięzione jest drugie pokolenie. Lęk i współczucie wobec rodziców sąsiadują tu z nienawiścią i oskarżeniami, wyrzuty z pragnieniem opieki, pragnienie odcięcia się od rodziców z głęboką potrzebą codziennego kontaktu, troska z obojętnością. Część jego rozmówców chce opowiadać o przeżyciach rodziców, namawia ich do spisywania wspomnień, do dzielenia się własnymi opowieściami z wnukami, z obcymi ludźmi. Inni jednak nie chcą o tym nic wiedzieć, czują się tymi opowieściami przesyceni, zatruci. Duma często graniczy więc ze wstydem i gniewem. Okaleczeni, straumatyzowani rodzice sprawiają, że dzieci przyjmują wobec nich dwie skrajne postawy – ciągle chronią albo też nienawidzą. Na przeciwległym biegunie Grynberg umieszcza inną postawę reprezentantów drugiego pokolenia – nienawiść wobec rodziców, oskarżenie o to, że nie potrafili się ze swojego bólu podźwignąć, że nie byli nigdy oparciem, a prześladowali dzieci wspomnieniem Auschwitz. Za każdym razem jednak dziecko staje się zakładnikiem przeszłości, której nawet nie zna. I w tym punkcie właśnie zbiegają się wszystkie wątki, wszystkie biografie. To miejsce wspólne dla całego drugiego pokolenia ocalonych.
     
                W kulturowej teorii pamięci ważną rolę odgrywają tezy Marianne Hirch, która wiele pisała o pamięci Holocaustu, jaką posiada właśnie drugie pokolenie. Hirch twierdzi, że nie mają oni domowej pamięci, że o Holocauście myślą przede wszystkim za pomocą tych obrazów, które stworzyła kultura. Mikołaj Grynberg pokazuje zaś, dlaczego tak jest, oświetla ten problem pamięci od zupełnie innej, prywatnej i bolesnej strony.

     

    Dłuższa wersja tego tekstu ukazała się w miesięczniku „Odra”. 
  • Człowiek, drzewo, sarna, kamień

    Szczepan Twardoch, Drach

     

    Wydawnictwo Literackie 2014
     
    Człowiek, drzewo, sarna,  kamień
    Drach nie jest powieścią ani tak wybitną, jak piszą wielbiciele Twardocha, ani tak trudną, jak chcą jej internetowi krytycy. Twardoch kontynuuje w niej swoją zasadniczą technikę, łączy wątki współczesne z historycznymi, osadza akcję w czasie wojen i niepokojów, znów wybiera schemat trójkąta miłosnego i głównym bohaterem czyni człowieka wyalienowanego. Ponownie także sięga po chwyt opowiadającej o świecie pewnej nadświadomości, istoty obdarzonej wiedzą większą i szerszą niż ludzka. Tym razem jednak na miejsce akcji wybiera Śląsk, w jedno „teraz” ściąga wydarzenia z wojen XIII wieku, I wojny światowej, powstań śląskich i plebiscytów z lat 1919-1920, II wojny światowej oraz początku XXI wieku. Jego bohaterami stają się przedstawiciele rodziny Magnorów i Gemanderów, których losy śledzi przez cały właściwie XX wiek, na plan pierwszy wysuwają się zaś dwaj przedstawiciele tej rodziny – Joseph Magnor, górnik, żołnierz pruski w czasie I wojny oraz jego odległy potomek – Nikodem Gemander, śląski uznany architekt z przełomu XX i XXI wieku.
     
    Nie jest to jednak powieść realistyczna o Śląsku, bo Śląsk spełnia tu właściwie rolę tła. Bohaterami Dracha mogliby stać się ludzie z jakiegokolwiek pogranicza, z przestrzeni wieloetnicznej, rządzonej konfliktami. Twardochowi, dzięki takiej dekoracji, udaje się pokazać życie w ciągłym zagrożeniu, przekrój przez XX wiek, którego rozwinięta cywilizacja i struktury państwowe nie dają żadnego poczucia bezpieczeństwa. Wszyscy są tu dla siebie Inni i Obcy, tworzą sąsiedzkie więzi od pokoleń, ale jednocześnie też dokonują samosądów, napadów i morderstw. W połowie wieku równie łatwo zginąć od pałki i pięści, co w XIII wieku – zdaje się mówić Twardoch.  
     
    Drach to powieść-powódź, napisana z wielkich rozmachem, ale jednocześnie przeładowana, fabuła utopiona w zbyt wielu zdarzeniach, obciążona zbyt wieloma bohaterami. Wszystkie wątki, wszystkie zdarzenia odznaczają się zaś dodatkowo wyjątkową dramatycznością. Twardoch sięga do malowniczych, ale i potwornych wydarzeń historycznych (walka w okopach I wojny, obozy koncentracyjne i marsze śmierci w czasie II wojny, przemoc związana z radzieckim wyzwoleniem, więzienia i śledztwo MBP w okresie powojennym), ale dopełnia je jeszcze melodramatycznymi wątkami osobistymi swych bohaterów. Jakby nie wystarczyła temperatura wywołana historiami wojennymi, Twardoch jeszcze ją podnosi i podkręca, dodając małżeńskie zdrady, osierocone dzieci, przemoc domową, choroby psychiczne i szpitale psychiatryczne, śmiertelne choroby, gwałty i nałogi. Cały ten układ sprawia, że obraz przemocy ulega osłabieniu, a nie wzmocnieniu, bo nadmiar makabry rodzi dystans, zanik współczucia. Hiperbola to ulubiona figura Twardocha, tutaj jednak pojawia się ona na zbyt wielu poziomach, a sam autor osuwa się w niemożliwe do przełknięcia  efekciarstwo. Cały świat przedstawiony, wszystkie relacje między postaciami mają być wygrywane na najwyższej nucie emocjonalnej – miłość, nienawiść, chęć zemsty, chuć i popęd seksualny nie zostają tu ani razu ograniczone, ale zawsze zmierzają do ostatecznego spełnienia. Te wichry namiętności połączone z dramatyczną historią polityczno-społeczną tworzą jednak obraz przesycony,  rozmywający się. I zamiast opowieści parabolicznej wychodzi Twardochowi „Niewolnica Isaura” w śląskich dekoracjach.
     
    Łatwe epatowanie wielkimi emocjami wydaje mi się najważniejszy błędem  widoczny na poziomie organizacji fabuły Dracha, ale nie daje mi spokoju jeszcze jeden kiepski zabieg Twardocha. Otóż pod tą fabularną szarżą ułańską nie kryje się żadna treść głębsza poza banalnym wnioskiem, że historia nie jest procesem sensownym i że człowiek nie ewoluuje, nie uczy się niczego. Twardoch skupiony na tworzeniu atrakcyjnej opowieści, zapomniał, że powinna ona jeszcze o czymś opowiadać. Tytułowa postać – drach oznacza smoka. Tutaj jednak chodzi bardziej o ziemię lub tajemną i mityczną istotę, która trwa w ziemi na przekór wojnom, zniszczeniom i zmianom, rozgrywającym się na jej powierzchni. Sądzę, że autor miał prosty, ale i efektowny pomysł na swą powieść, chciał pokazać opozycję zmiany i trwania, zderzyć powolne trwanie świata z szybkim rytmem współczesnej historii. Zamierzał pokazać różne wymiary – czas lądolodów i smoków oraz czas ludzki. Wszystko to jednak osuwa się w dość ładny obrazek, w komunał. Twardoch chce też zaprzeczyć mitowi postępu, optymistycznej opowieści o ludzkiej ewolucji. Pokazuje zatem, że niewykształcony i niezdolny do autorefleksji Joseph jest tak samo uwięziony w swoim życiu, jak wykształcony i nieustannie rozmyślający nad sobą Nikodem, że człowiek jest tak samo zdeterminowany w swoim życiu jak zwierzę, że stanowimy prostą sumę instynktów i popędów:
     
    Tylko ja wiem, jak bardzo głupi w swej mądrości jest Nikodem Gemander, a jaki mądry w swej ignorancji jest jego pradziad Joseph Magnor, kiedy jedzie do Gleiwitz i nie wie nawet, czy jedzie tam zabić, czy zgwałcić, czy kochać, bo czy pies wie, czego chce, kiedy biegnie za sarną i kiedy wbija zęby w jej pęciny?
     
    Żaden ze wskazanych wyżej problemów nie zostaje w powieści poddany refleksji, ani też polemice. Jest tylko powtórzenie mitu, nie ma jego nowoczesnego przepracowania, nowej opowieści na archetypowe tematy. Twardoch rzuca czytelnikowi kilka mocnych scen na temat przewagi zwierząt nad ludźmi, na temat instynktu, który ważniejszy jest niż rozum. Świnia idąca na rzeź czuje śmierć, sarna odwodzi psy od kryjówki młodych, kozioł sarny zapładnia kolejne samice, szczury szukają pożywienia. To ludzie walczą ze sobą, wymyślają ideologie, granice, paszporty, i ciągle uprawiają seks. Z perspektywy dracha zaś to wszystko nie ma znaczenia, w równym stopniu ludzie i zwierzęta skazani są na instynkty, śmierć, rozpuszczenie się w sokach ziemi. Bardzo to oczywiście atrakcyjna koncepcja, ale gdy wyciągnie się ją spod tego spiętrzenia zdarzeń i postaci, okazuje się dość prosta.
     
    Najnowsza powieść Szczepana Twardocha została zaplanowana już jako bestseller, przeprowadzono też odpowiednią akcję promocyjną, autor udzielił szeregu wywiadów, w których próbował nie odpowiadać na pytanie o znaczenie tytułu. Podobnie jak kilku tylko innych polskich pisarzy (Michał Witkowski, Marek Krajewski, Zygmunt Miłoszewski) Twardoch ma ambicje zdobycia uwagi czytelników okazjonalnych, ludzi, którzy po książkę sięgają rzadko, skuszeni szumem medialnym. Ta próba podboju nowego obszaru rynku wyraźnie widoczna jest i w samej książce i w jej recepcji. Dla wielu odbiorców bowiem Drach jest zbyt trudny, hermetyczny, skomplikowany na poziomie wypowiedzenia (bo dialogi prowadzone po wasserpolsku i niemiecku nie mają przekładu w przypisach), ale też na poziomie kompozycji, bo Twardoch w poszczególnych akapitach przeskakuje niekiedy o setki lub przynajmniej dziesiątki lat, opowiada symultanicznie o obu dwudziestowiecznych wojnach, postaciach z różnych pokoleń. Taki zaś tok narracyjny okazuje się dla niewyrobionego czytelnika zbyt trudny. Być może zatem i problem, który Twardoch wpisuje w swą powieść obliczony został na intelekt czytelników sporadycznych? A moje wątpliwości nie mają znaczenia, bo czytelnik wyrobiony może sobie czytać Tołstoja?
    Dłuższa wersja tego tekstu ukazała się w „Twórczości”. 
  • Kraków po wojnie atomowej

    Paweł Majka, Dzielnica obiecana, Insignis 2014

    Po wielkiej wojnie nuklearnej, w której brały udział właściwie wszystkie istniejące państwa, doszło do zniszczenia cywilizacji, a życie na powierzchni ziemi grozi mutacją i śmiercią z powodu choroby popromiennej – w takiej rzeczywistości osadza swoją powieść Paweł Majka. Jego Dzielnica obiecana to rodzaj literackiej franczyzny, bo wydawnictwo Insignis wykupiło prawo do stworzenia powieści wykorzystującej bestsellerowy pomysł Dimitrija Głuchowskiego. Rosyjski pisarz wymyślił Uniwersum Metro 2033 – świat po zagładzie atomowej, w którym akcja rozgrywa się w opuszczonych korytarzach metra.  
     
    U Majki nie ma transportu, zniknęły pojazdy i budynki, ludzie żyją w schronach, poruszają się tylko za dnia. Żołnierze broniący niewielkich pozostałych wspólnot posługują się dzidami, pałkami i prymitywnymi kuszami. Ludzie żyją w małych, konkurujących ze sobą wspólnotach, walczą o wpływy, dostęp do zapasów. Ludzkość przerwała tylko w Nowej Hucie, bo tu budowano najlepsze schrony. Marcin i Ewa opuszczają Federację (schron pod Placem Centralnym), umykają przed kanibalami żyjącymi w okolicach Ronda Czyżyńskiego, nocują u rodziny Popielnych (to zmutowani ludzie, którzy nie chcą żyć w schronach, ale na powierzchni powoli zabija ich choroba popromienna). Udaje im się przedostać do Muzeum (czyli Muzeum Lotnictwa), marzą jednak tak naprawdę o przedostaniu się do Kombinatu, który stanowi właśnie ową dzielnicę obiecaną. Tylko Kombinat bowiem posiada na tyle mocną i zróżnicowaną infrastrukturę, tak wielu specjalistów, by zapewnić przetrwanie, bezpieczeństwo, a nawet względny dobrobyt.
     
    Czytelnicy chwalący tę powieść na forach internetowych zgodnie wskazują, że jest ona słaba, ale korzystnie wyróżnia się na tle innych produkcyjniaków osadzonych w rzeczywistości Metro 2033. Dość to zatem marne pochwały, choć faktycznie inne powieści, te stworzone przez autorów zagranicznych, stanowią literacki odpowiednik filmów z Vinem Dieselem czy Keanu Reevesem. Paweł Majka tymczasem miał ambicje stworzenia powieści lekkiej i jednocześnie zaangażowanej, bo w rzeczywistości postapokaliptycznej Nowej Huty bardzo ważna jest walka o demokrację, ale też ekologia, wspomnienie zielonego świata. Nie są to jednak problemy napędzające intrygę, istotne na poziomie fabuły. Majka osobno zupełnie układa tu dwie warstwy i główny jego kłopot warsztatowy polega właśnie na tym, że nie potrafi ich zszyć. Otóż osobnym zupełnie torem biegnie tu powieściowa intryga, osobno zaś narrator raczy nas opowieściami o przyczynach upadku tego świata, przedstawia jego kształt, problemy, rysuje jego słabości. Majka – jeden z popularniejszych autorów polskiej powieści fantastycznej – nie potrafi zrobić tego, co stanowi przecież zasadniczy zabieg techniczny konstruowania powieści: nie potrafi snuć opowieści o świecie przedstawionym za pomocą intrygi, kreacji bohaterów.
     
    Na poziomie komentarza narratorskiego autor snuje opowieść o walce demokracji i dyktatury, o przetrwaniu po ataku nuklearnym, zmusza zatem czytelnika do obserwowania tych zagadnień ideologicznych, które tradycyjnie przypisywane są postapokaliptyce. Chodzi przecież o to, żeby przetrwać, nie dopuścić do upadku ludzkości, zabić dyktatora i umocnić władzę demokratyczną. Każda wspólnota zatem na własną rękę próbuje manipulować ewolucją, przezwyciężyć biologiczne ograniczenia. Wszystkie one jednak zostają podbite przez armię jednomyślnych, a ci, którzy pozwalają na jej zwycięstwo, uważają, że właśnie jednomyślność, złączenie wszystkich umysłów stanowi jedyny możliwy krok, że słuszna jest każda zmiana ewolucyjna, która umożliwi przetrwanie. W ten właśnie sposób Majka powraca do kolejnego z klasycznych dylematów produkcji postnuklearnych. Pytanie, ile warte jest przetrwanie, nie zostaje tu jednak poddane jakiejś głębszej refleksji, ale odrzucone, bo przypisane wyłącznie postaciom negatywnym. Jedynym bohaterem wartościowym, o nieugiętym umyśle, odpornym na ataki przeciwnika okazuje się główny bohater (męski oczywiście!) – Marcin.
     
    Druga gigantyczna słabość tej powieści, która czyni z niej żenującą czytankę, to fakt, że autor nie potrafi powiązać tematu z formą powieściową. U pisarzy fantastycznych wysokiej klasy sposób opowiadania ma znaczenie, stanowi ważny element konstrukcji świata przedstawionego, wzbogaca historię. U Dana Simmonsa, Chiny Miéville’a, ale też u polskich autorów (jak Jacek Dukaj czy Krzysztof Piskorski) znajdziemy narrację z różnych punktów widzenia, zaburzenie ciągu przyczynowo-skutkowego, rozmaite filtry narracyjne. Tymczasem Paweł Majka funduje czytelnikowi powieść tradycyjną, przezroczystą, z wszechwiedzącym narratorem (który oczywiście dzieli się z czytelnikiem całą swoją wiedzą – tu umieramy z nudów). W gruncie rzeczy jego fabuła zamyka się w wątku awanturniczym (zamiast płaszcza i szpady mamy tu dzikie psy, dzikie ptaki i miotacze ognia), wmontowanym w futurystyczną rzeczywistość wyłącznie z powodu zamówienia wydawcy.
    Nie ma zatem sensu zestawiać Dzielnicy obiecanej z innymi polskimi powieściami fantastycznymi, bo nie jest to prawdziwa powieść fantastyczna. Zarówno Nowa Huta, jak i futurystyczna wizja stanowią tu jedynie rodzaj dekoracji. Majka nie wykorzystuje potencjału, jaki daje mu jego własny wybór fabularny. Stereotypowo przedstawia Nową Hutę, ogranicza się do zachwytów nad jej architekturą i zielenią:
     
    Całe to miasto zbudowano tak, by osłaniało hutę. Nawet ulice Nowej Huty zaplanowano tak, by w razie ataku jądrowego rozproszyć nimi energię wybuchu, by wyrządziła jak najmniej szkód Kombinatowi. Dlatego żyje im się tam jak u Pana Boga za piecem.
     
    To właściwie tylko pierwszy ze stereotypów, którymi Majka posługuje się w swojej powieści. Aby sporządzić katalog autorskich wulgarnych uproszczeń, potrzebowalibyśmy naprawdę wiele miejsca:
     
    Ale naprawdę wielkie metropolie, należące do państw dysponujących potężnymi arsenałami nuklearnymi i wielkimi, świetnie uzbrojonymi armiami, musiały stać się celem wzmożonych ataków (…). Może jeszcze Afryka przetrwała – zastanawiał się Siedlar – Chyba nie było zbyt wielu ważnych celów w Afryce.
     
    Jak widać wyraźnie, nie chodzi tutaj o Afrykę jako kolebkę cywilizacji, ale o Afrykę zapóźnioną, na którą nikt nie chce nawet bomby atomowej zrzucić. Ważne, żeby sobie wątłe poczucie wartości ratować na każdym kroku.


    Dłuższa wersja tego tekstu ukazała się w elektronicznym wydaniu pisma „Nowa Dekada Krakowska”.

  • I świeciło to miasto…

    Miłosze et la France
    Książka pod kierunkiem Marii Delaperrière
    Institut d’études slaves
    Paris 2013
    Paryż i szerzej Francja to w biografii Miłosza miejsca szczególne, które wiązały się z najbardziej przełomowymi zdarzeniami jego życia, stanowiły katalizator głębokich przemian świadomości, pobudzały intelekt. Miłosz odwiedzał Francję wielokrotnie, najpierw w 1931 roku, później na stypendium w 1934-35, w latach 60. i 70. przylatywał do Francji z Kalifornii, by odkryć na nowo siebie jako pisarza, zapomnieć o pożerających czas obowiązkach profesorskich. Jednak z perspektywy relacji francuskich, najważniejsza w biografii Miłosza wydaje się dekada 1951-1960, rozpoczynająca się ucieczką z komunistycznej Polski, zakończona wyjazdem ku lepszej przyszłości do Berkeley. To okres największych napięć, przemian, poszukiwania własnej drogi przez nie tak młodego już pisarza. Paryż staje się wtedy polem walki: między Miłoszem − dysydentem a francuską biurokracją (która nie pozwoliła mu w 1951 na powrót do Stanów Zjednoczonych do żony i synów), francuskimi intelektualistami z Quartier Latin, wreszcie polską prawicą emigracyjną, czy polskimi urzędnikami komunistycznego państwa. 

    Miłosz et la France stanowi zbiór tekstów wygłoszonych na konferencji miłoszowskiej w Paryżu w 2011 roku i zorganizowanej przez Société Historique et Littérarire Polonaise. W konferencji wzięło udział tylko kilkoro badaczy z polskich uczelni – Andrzej Franaszek, Aleksader Fiut, Piotr Kłoczowski, Marek Kornat, Marta Wyka. Pozostali to poloniści zagraniczni, zaproszeni przez Marię Delaperrière, paryską badaczkę i literaturoznawczynię. W tym tomie pojawia się więc trochę inna twarz Miłosza, inny profil artysty, zupełnie też inny zestaw problemów badawczych: relacje między polskim poetą a francuskim środowiskiem, recepcja jego poezji we Francji – ze swej natury kraju niepoetyckim, wyobrażenia Paryża i Francji w poezji Miłosza. W drugim planie tych rozważań powracają zaś zagadnienia kluczowe dla Europy ostatnich stu lat: parnasitowska i egalitarna koncepcja sztuki, zachodnie wyobrażenia o wschodnioeuropejskim modelu komunizmu, zupełnie inne konsekwencje II wojny światowej wojny dla intelektualistów Wschodu i Zachodu i wynikające z nich niezrozumienie, poczucie moralnej i światopoglądowej klęski po II wojnie światowej i próby jej  filozoficznych rozwiązań, poszukiwanie przyczyn zaangażowania intelektualistów w oba totalitaryzmy. Nie jest to zatem praca ściśle literaturoznawcza, bo ze względu na przedmiot badań, jak i na perspektywy badawcze, narracja naukowa zahacza tutaj o literaturę i poetykę, historię idei, socjologię i politologię.

    Największą wartością tego zbioru jest zupełnie zewnętrzna, zachodnia perspektywa – Miłosz nie jest tutaj przedstawiany w kontekście kultury polskiej i dziedzictwa narodowego, ale w zderzeniu (często nawet w zwarciu) z kulturą Zachodu, z tradycją intelektualną zupełnie innego obszaru kulturowego, w relacji do największych autorów tej epoki: Simone Weil, Jeanne Hearch, Alberta Camusa, Raymonda Arona.  

    Opowieść o Miłoszu jest też zwyczajnie ciekawa – kontakty z Francją, pobyty w Paryżu, które badacze analizują tutaj dogłębnie, pozwalają na nową opowieść o biografii artysty, którego już znamy. Widzimy go w nowych okolicznościach, zbliżenie na życie nad Sekwaną czyni zaś jego los trochę bardziej dramatycznym, wyostrza niektóre konflikty (jak spór z francuskimi intelektualistami po ucieczce z Polski komunistycznej), niektóre pogłębia (jak paralela między Miłoszem a Camusem, pokazująca głębokie więzi z kulturą europejską), a jeszcze innym przydaje smaczku (jak wpływ Jeanne Hersch, która nie tylko inspirowała go do sięgania po nowe sposoby komunikacji z czytelnikami, ale i była jego kochanką).

    Miłosz trafia więc do Paryża jako „młody wilk” (określenie Marii Delaperrière), zbuntowany, oburzony francuskim dobrobytem i strasznymi warunkami, w jakich żyją polscy robotnicy. Jak zaznacza jednak Andrzej Franaszek w swym tekście wprowadzającym, młody, dwudziestoletni Miłosz to także rokujący student, wykarmiony literaturą francuską, zawstydzony własnym gorszym wschodnioeuropejskim pochodzeniem. Jest to więc Grand Tour, ale odbywana przez Miłosza ze świadomością, że jako mieszkaniec Wschodu ma jakąś wiedzę tajemną, niedostępną Europejczykom z Zachodu.  Kolejne spotkanie Miłosza z Paryżem ma miejsce kilka lat później, w czasie stypendium, do którego student prawa dorabia udzielaniem lekcji i pisaniem do gazet.  Młody Miłosz poznaje wtedy Oskara Miłosza, który stanie się jego największym autorytetem tego okresu.

    Większość tekstów badawczych dotyczy jednak przełomowych lat 50. Andrzej Franaszek pisze, że dla Miłosza to okres frustracji i depresji, ale też czas umożliwiający wyjście ze skóry państwowego, reżimowego urzędnika. Konflikt z francuskim środowiskiem przedstawiają szalenie ciekawie Maria Delaperrière i Maryla Laurent. Maria Delaperièrre podkreśla, że Miłosz „wybrał Zachód” w epoce mody na lewicę, ale w czasie, gdy na Zachodzie chwalono stalinowski model komunizmu:  Sartre ze swoją akceptacją obozów pracy sprawował rząd dusz wśród elity intelektualnej, a Picasso Stalina portretował. Maryla Laurent analizuje obecność Miłosza we francuskiej lewicowej prasie tuż powojennej. Przyczyną nieufności środowiska intelektualnego był nie tylko konflikt poglądów: Francuzi en massew tym czasie mieli poglądy lewicowe, popierali komunizm, widząc w nim szansę na odrzucenie zestarzałych podziałów społecznych, na odnowę niezbędną po upadku wartości, jaki ukazała wojna. Laurent odwołuje się jednak do szerszego tła: wiersze Miłosza oraz szkice o tym „młodym polskim poecie” (który w 1949 miał 38 lat!) publikowano  pod koniec lat 40. w pismach „Les lettres françaises”, czy „Parallèles 50”.  „Parallèles 50” nie było jednak pismem niewinnym i stricte literackim, ale czechosłowackim czasopismem wydawanym we Francji za pieniądze Kominternu. Jak pisze Laurent, Paryż lubi być w centrum i nieufność środowiska wobec Miłosza w dużym stopniu wiązała się z nagłą zmianą frontu. Miłosz-przybłędna podrażnił tu miłość własną miasta, które zawsze chce być w centrum, nie wybacza zdrady.

    Jeszcze szerszy kontekst temu konfliktowi politycznemu nadaje w swym tekście Marta Wyka. Odwołuje się ona do przyjacielskiej relacji, jaka połączyła na początku lat 50. Miłosza i Alberta Camusa. Camus był wtedy u szczytu swej kariery literackiej, ale też w ostrym konflikcie z Jean Paulem Sartrem, z którego akceptacją totalitaryzmu głęboko się nie zgadzał. Miłosz w czasie starcia ze środowiskiem francuskim zwrócił się ku Simone Weil, ku Camusowi, choć nie podzielał jego poglądów egzystencjalistycznych, nie lubił też języka camusowskiej prozy (bo uznawał go za byt elegancki, pozbawiony ciężaru i gęstości właściwej prozie). Camus zdobył w tej epoce wielką grupę miłośników, ceniących go szczególnie wysoko za próby interpretacji mechanizmów Historii po stratach, jakie spowodowała wojna. Miłosz jednak – jak pisze Marta Wyka − szukał u francuskiego prozaika przyczyny, która uzasadniałaby istnienie samo w sobie, a nie interpretacji dziejów. Choć Camus odżegnywał się od religii i jakichkolwiek wpływów metafizycznych, to Miłosz właśnie w tym porządku interpretował „Upadek”: jako traktat teologiczny o braku Łaski, o etycznej naturze każdego ludzkiego czynu. Wyka nie zapomina jednak o poczuciu obcości, które ciągle towarzyszyło Miłoszowi na emigracji. Właśnie z tej odrębności i świadomości odmienności doświadczenia wojennego Wschodu i Zachodu bierze się – jak się wydaje – polska negacja heroizmu Upadku. Miłosz przeciwstawił tej powieści opowiadanie Iwaszkiewicza Wzlot, które Marta Wyka przedstawia tutaj jako świadomą i celową parodię camusowskiego arcydzieła. Wzlot to bowiem historia o tym, że niemożliwy jest jakikolwiek moralny maksymalizm, że człowiek zawsze przegrywa z historią. Taka właśnie – deterministyczna i pesymistyczna – była perspektywa intelektualistów, którzy wojnę spędzili na Wschodzi Europy. Ich doświadczenie pozbawiły nadziei na Łaskę, ale też wiary w jakąkolwiek siłę człowieka, wartości humanistyczne, które to na Zachodzie nie uległy tak całkowitej kompromitacji. 

    O życiu Miłosza w latach 50. piszą także Marek Kornat, Marek Tomaszewski, Roberta de Monticelli i Gérard Conio. Miłosz studiuje wtedy pisma Simone Weil, pod wpływem Jeanne Hersch decyduje się sięgnąć po formę prozatorską, by dotrzeć do francuskiego czytelnika, podejmuje też polemiki – z Jean Paulem Sartrem czy  Raymondem Aronem. W Zniewolonym umyśle powraca ta sama myśl, którą Jeanne Herch wyrazi w tekście Idéologies et réalité. Monticelli próbuje pokazać, że wywód Miłosza jest praktyczną realizacją tego, co Herch w swym eseju filozoficznym wykłada teoretycznie: chodzi o przyczyny zła, o uwikłanie w ideologię. Monicelli zderza tutaj wnioski, jakie duet Miłosz-Herch wypracowuje w latach 50. z tezami Hannah Arendt o banalności zła. Rację przypisuje badaczka Miłoszowi, który twierdzi, że zniewolenie wynika z poddania własnego umysłu, a nie z odmowy przeprowadzenia samodzielnego osądu moralnego – jak pisała Arendt o Eichmannie. Monticelli podkreśla też samodzielność, a wręcz samotność Miłosza myśliciela, który szuka korzeni zła w ideologii w chwili, gdy cała Dzielnica Łacińska jest nią przesiąknięta i ślepo niej się poddaje.

    W tym okresie także Miłosz podejmuje się przełożyć książkę Raymonda Arona Opium  intelektualistów, którą uznaje za szalenie złą. Aron – francuski autor pisze dla francuskich odbiorców o komunizmie, przedstawia przyczyny atrakcyjności tej ideologii dla elity intelektualnej. O ile jednak Miłosz zgadza się z głównymi tezami autora, o tyle krytykuje esej jako prymitywny, upraszczający, zawierający wiedzę z drugiej ręki. Przekład, nad którym pracował na prośbę Jerzego Giedroyca, ukazał się ostatecznie w 1956 roku pod tytułem „Koniec wieku ideologii”. Miłosz zaciekle także później wypowiadał się przeciwko Aronowi, jego tezy przecież wiązały się z treścią „Zniewolonego umysłu”, a co stanowiło owoc własnych doświadczeń i przemyśleń autora. Miłosz – z wyższością dysydenta, intelektualisty z bloku wschodniego uważał, że tylko doświadczenie osobiste, przeżycie tego systemu pozwala go zrozumieć. Marek Kornat bada miłoszowską interpretację Arona, śledząc także korespondencję z Giedroycem, uruchamia więc i kolejny temat: relacje Miłosza z redaktorami „Kultury”, a przede wszystkim z jej redaktorem naczelnym, z którym przez lata korespondencyjnie walczył. Miłosz jako figura polityczna, dysydent, prozaik, autor rewelatorskiego eseju Zniewolony umysł podejmował bowiem aktywność, która stawiała go obok Manèsa Sperbera, Arthura Koestlera, Nicola Chiaromonte, Ignazio Silone, nie godził się jednak, by wykorzystywać go – o co podejrzewał Giedroyca – figurę polityczną. Ta zaś działalność powodowała, że we Francji do dziś znany jest przede wszystkim jako autor „La Pensée captive” niż jako poeta.

    Niezależnie od zwarcia, w jakie wchodzi Miłosz z lewicującymi pisarzami, rozwija się jego najważniejsza chyba relacja intelektualna – z Simone Weil. Miłosz przekładał jej pisma w latach 1952-1958, czerpiąc jednocześnie wiele dla siebie. Wielokrotnie nawiązywał do niej wprost, pisał też często explicite o wpływie, jaki wywarła jej myśl filozoficzna, a także sposób postrzegania świata. Marek Tomaszewski stara się czytać pisma Miłosza i teksty Weil, by prześledzić, jaki kształt przybierały jej idee w zapożyczeniu, które jej refleksje wydawały się z perspektywy polskiego autora najbardziej inspirujące. Badacz stawia tezę, że dwa zagadnienia najmocniej odcisnęły się na Miłoszu: pragnienie pogodzenia Historii i Natury, religii i nauki, oraz fascynacja herezjami manichejską i katarską. Wpływ Platona i manichejczyków, najistotniejszy dla Weil, stanowi też ważny punkt odniesienia dla Miłosza, który wywodził cały szereg autorów-dualistów ważnych w jego twórczości: święty Augustyn, Blaise Pascal, William Blake, Lew Szestow i właśnie Simone Weil. Fascynacja Albigensami i katarami, którą odczuwała Weil, uznając, że zniszczenie tej kultury cofnęło katolicyzm do poziomu barbarii i odcięło go całkowicie od antycznej myśli mistycznej, ujawnia się też w Rodzinnej Europie i w dużo późniejszym Abecadle, widoczna jest w również w Ziemi Urlo, a myśl dualistyczna stanowi zasadniczą cechę poezji Miłosza. 

    Ostatni wątek rozważań, jaki przynosi ten tom, wyznacza interpretacja – poszukiwanie w pismach Miłosza obrazów Paryża i Francji, a także próba współczesnego odczytania we Francji jego poetyckich zbiorów.  O zapisach zawartych w Rodzinnej Europie pisze Piotr Biłos, o Paryżu w poezji Miłosza – Michel Masłowski. Poszukiwania Biłosa i Masłowskiego pozwalają pokazać, że choć zmieniają się literackie obrazy, że niechęć wobec Paryża, poczucie siłowania się z tym miastem przeradzają się w końcu w jego nostalgiczne wspomnienie, to stosunek Miłosza do Francji zawsze był ambiwalentny, że sam Miłosz nie potrafił jednoznacznie się wobec niej wypowiedzieć, krytykował ją w Rodzinnej Europie i chwalił w Central Parku (wiersz z tomu Światło dzienne). Paryż dla Miłosza jest miastem-muzeum, w którym ciągle żyją przedmioty pozostałe po dawno zmarłych twórcach. Symbol Europy, jej kultury, jest tu jednak rozumiany najczęściej jako symbol cywilizacji Zachodu, nie jest więc miastem własnym dla przybysza ze Wschodu. Miłosz zdaje się zawsze wracać do pierwszego swego doświadczenia, opisanego w wierszu Rue Descartes z Hymnu o Perle:

    młody barbarzyńca w podróży
    Onieśmielony przybyciem do stolicy świata.

    Na ten zasadniczy kompleks nałożyło się później poczucie osamotnienia i nieufność 1951 roku, które sprawiły, że pierwsze spotkanie Miłosza z publicznością francuską już po Noblu, było dla niego bolesne, nie stanowiło chwili triumfu. Jak notuje Franaszek, Miłosz miał wypominać swym odbiorcom właśnie zdradę z lat 50.

    Czy więc faktycznie jest tak, jak twierdzą autorzy Miłosze et la France? Czy Francja odegrała rolę decydującą w kształtowaniu się światopoglądu Miłosza? Jego wizji literatury, ale i polityki? Wydaje się, że tak. Z pewnością nie była to jednak relacja tak pozytywna. Zachodziła tu raczej reakcja przeciwna, ciągłe siłowanie się z apodyktyczną stolicą świata, próba rzucenia na kolana tego miasta, które świeci.

    Dłuższa wersja tego tekstu ukazała się w dwumiesięczniku „Nowa dekada krakowska”.