Tag: Uncategorized

  • Jak nosi się żakiet od Armaniego w zachodniej Estonii

    Sigrid Rausing, Wszystko jest cudowne. Wspomnienia z kołchozu w Estonii

    Noir Sur Blanc 2015
    Nastała moda na relacje z podróży, na opisy dalekich wypraw – problem polega jednak na tym, że nawet połowa z nich nie powinna się ukazać drukiem, bo to teksty infantylne, płytkie. W zamierzeniu autora takie zapiski mają pokazywać jego wrażliwość, umiejętność wczuwania się w sytuację Innego, ciekawość świata – rezultat tekstowy jest oczywiście odwrotny:  opublikowana relacja dowodzi ciasnych horyzontów autora i nieuświadomionych uprzedzeń, pokazuje rozdęte ego, różne śmieszne małe grzeszki. Tak było w przypadku fatalnej książki Joanny Bator, Wyspa łza. Tak jest też w przypadku wspomnień Sigrid Rausing. Dawno już żadna książka nie doprowadziła mnie do takiej absolutnej furii, do zdziwienia, jak durny i pozbawiony elementarnej wprost zdolności do refleksji może być pisarz. Ale po kolei: Rausing to antropolożka, wybitna badaczka, która skończyła studia na University of York i University College London, ma doktorat, współpracuje z „Guardianem” i „Sunday Timesem”. Przepisuję to wszystko z okładki, bo nic, ale to nic w tekście nie potwierdza tych wszystkich tytułów. Gdyby wziąć pod uwagę poziom refleksji, to matura byłaby szczytowym życiowym osiągnięciem Rausing. Pod warunkiem, że na maturze dostałaby temat „Ja i moje ego”.
     
    Zawsze mi się wydawało, że antropolog to badacz, który skupia się na innych, na otoczeniu, że jego praca jest trudna, bo musi całkowicie otworzyć się na Innego, wejść w obcą kulturę, patrzeć ze zdziwieniem, ale niczego nie przyjmować za dziwne, odrzucić kategorię „nienormalności”. Obawiam się jednak, że Rausing idzie dokładnie w przeciwną stronę. Urodzona w Szwecji i wychowana w Wielkiej Brytanii, na Estonię patrzy z góry i co chwila serwuje frazy: „Estonia nadal nie była normalna”. Do rzeczywistości postsowieckiej, do wsi, w której dopiero co zlikwidowano kołchoz przyjeżdża, by badać warunki życia i światopogląd mieszkańców w 1993 roku. Jest zimno, wszyscy noszą jakieś bezkształtne, szare grube ubrania. Rausing jeździ Volvo i nosi gruby żakiet od Armaniego. Ciągle notuje ze zdziwieniem, że większość nie ma wszystkich zębów, ani nie ma zwyczaju uśmiechania się do przechodniów. Język estoński, którego zaczęła uczyć się na studiach, wydaje jej się wyjątkowo trudny i uznaje, że to „język wymyślony w zimowe noce przez starszyznę plemienną”, komplikowany z premedytacją. Przydzielone jej mieszkanie, do którego wprowadza się na czas badań, wydaje się brudne i wymaga nieustannego szorowania i polewania wrzątkiem. Wszystko jest głupie i brudne, wywołuje w autorce opór i poczucie zagrożenia. Warunki życia porównuje do Szwecji i Wielkiej Brytanii, co wypada zawsze na niekorzyść Estonii. Rausing nie rozumie, dlaczego mieszkańcy zachodniej Estonii boją się powrotu Szwedów (którzy wyjechali w czasie wojny), jest bowiem przekonana, że ich powrót dałby szanse na rozwój. Cytuje Doktora Żywago (powieść z roku 1957) i traktuje go jako tekst współczesny, szuka w nim opowieści o szyldach i umieszcza jako kontekst dla estetyki miasta w 1993 roku.
     
    W powyższych teoriach widać kolonialną perspektywę autorki: przekonanie, że normą jest poziom życia, jaki zna z Zachodu i dopiero, gdy Estonia do niego doszlusuje, to stanie się państwem normalnym. Reprezentantka wyższej kultury wybiera się na Wschód do egzotycznej krainy i z idiotycznym wprost zacięciem opisuje, jak to ludzie piją, nie pracują, nie są przedsiębiorczy, w kinach śmierdzi papierosami. Rausing nie pyta o przyczyny pewnych zjawisk (np. o fatalny stan uzębienia), traktuje je za to jako kolejne dowody niższości cywilizacyjnej Estończyków. Nie przeczytała, biedactwo, wystarczająco dużo o wojnie, skoro nie rozumie lęku przed powrotem Szwedów. Nie kwestionuje słów swoich rozmówców, nie potrafi usłyszeć tego, co pada między słowami. Jedna z jej estońskich przyjaciółek mówi, że w kraju zaczyna się rozrastać mafia. Zjawisko to jest przerażające z powodu przemocy, ale także dlatego, że szeregowi członkowie mafii rekrutują się głównie spośród „ludzi z Kaukazu” – dzikich i barbarzyńskich. Rausing nie pyta, skąd to przekonanie, nie widzi, jak pracuje tu mitologia narodowa i stereotypy socjologiczne. Skąd miałaby to przecież wiedzieć, skoro ani w Szwecji, ani w Wielkiej Brytanii nie ma takich zjawisk.
     
    Sięgnęłam po tę książkę, bo uwielbiam Sofi Oskanen, bo chciałam się dowiedzieć czegoś więcej o Estonii, a książka o życiu byłych kołchoźników wydawała mi się idealna (zwłaszcza tak nieefektowna, jak zapiski antropolożki, która odwiedza nadmorską wieś). Kołchoz to przecież świetny filtr, jego dzieje pokazują zarówno proces sowietyzacji, narzucania obcego porządku zarówno w sensie politycznym, jak i gospodarczym. Andrzej Stasiuk z opowieści o polskich pegeerach wielokrotnie przecież czynił wstęp do opowieści o polskich peryferiach, o polskiej biedzie i wychodzeniu z komunizmu. Obawiam się jednak, że Stasiuk w życiu swoim nie założyłby żakietu od Armaniego, a z pewnością nie pisałby o nim w relacji z podróży. Tymczasem Sigrid Rausing nic nie wie o miejscu, o którym napisała pracę doktorską, w którym przez rok pracowała jako nauczycielka angielskiego (biadając, że kolejne sprawdziany wypadają bardzo źle). Nie zadawała odpowiednich pytań, nie potrafiła patrzeć. Jej promotor powiedział, że badania terenowe to wstęp do odkrycia prawdziwego „ja” badacza i to faktycznie chyba Rausing potraktowała jako zadanie do wykonania. W jednym z listów zwierza się promotorowi, że musi opuścić swoją kwaterę, bo jej współlokator, gdy pije (a robi to ciągle), wykazuje nią niezdrowe zainteresowanie. Cóż, kogo nie uwiodłaby czysta i higieniczna księżniczka z Zachodu….

     

    Rozpacz. 
  • Zawsze winna jest matka

    Hubert Klimko-Dobrzaniecki, Preparator
    Od deski do deski 2015
    Preparatorto książka nudna i wciągającą zarazem, monotonna i przerażająca, jednocześnie zimna i gorąca. Klimko-Dobrzaniecki opowiada historię mordercy i nekrofila, tworzy studium psychologiczne. Nuda jest zamierzona, przewidziana przez autora, chodzi bowiem o pokazanie zwykłego, przygnębiającego i monotonnego życia chłopaka, który raz tylko wybucha. Powieść skonstruowana jest jako monolog skazanego już przestępcy, opowiadającego o swoim życiu dziennikarzowi. Rytm opowieści narzuca więc to, co preparator sam uznaje za najważniejsze,  jego przemyślenia (prymitywne) i emocje (ukryte i nierozpoznane). Poraża zaś rosnące powoli napięcie, opowieść chłopaka samotnego, wychowanego w toksycznej rodzinie, pomiatanego przez matkę, zapomnianego przez ojca. Klimko-Dobrzeniecki tworzy portret bezmyślnego frustrata, odrzuconego, przekonanego o braku jakiejkolwiek wartości człowieka. Zimne w niej jest wszystko – szare życie w bloku, rywalizacja z siostrą, beznadziejna szkoła, opieka kuratora dla niepokornego nastolatka, przygnębiające życie u boku tyjącej i rodzącej na zmianę żony. Gorące  – poszczególne zdarzenia, które doprowadzą do finałowego wybuchu. „Preparator” przeraża zaś dlatego, że w nudzie stopniowo pojawiają się sygnały upadku, degeneracji. One wszystkie osobno nie podpowiadają czytelnikowi zakończenia, nie zapowiadają takiego obrotu wypadków.
     
    Klimko-Dobrzaniecki sięga tu po modny od lat 60. gatunek faction, połączenie reportażu i literackiej fikcji. Ramę reportażową wyznaczają informacje, które autor wydobył z akt sądowych procesu łódzkiego preparatora, fikcyjne jednak jest to, jak autor porządkuje te wiadomości, wybierając inne motywacje i przemyślenia bohatera.  Cała opowieść stanowi więc wariację autora na powodów  morderstwa i psychiki winnego. I ważniejsze od tego, na ile autor trzyma się zdarzeń jest to, jakie tropy wybiera, jak opisuje zbrodnię, jak ustawia swego bohatera. Preparator nie jest tutaj już bowiem skazanym przestępcą, a bohaterem literackim.
     
    Kluczowy jest w tej opowieści wątek domowy – otrzymujemy studium chorej, toksycznej rodziny ze złośliwą matką, obojętnym, zapadającym się w sobie ojcem, egoistyczną siostrą-prymuską. Ojciec jest preparatorem, przygotowuje zmarłych do pogrzebu, zawód ten jednak w domu traktowany jest z pogardą i obrzydzeniem. Syn idzie w ślady ojca i daje tym samym matce kolejny argument do kłótni i nienawiści. Tabu kulturowe związane z zakazem dotykania zmarłych nakłada się tu w tekście na odtrącenie przez rodzinę.
     
    Nie ma w Klimko-Dobrzanieckiego miejsca na fabułę rodem z amerykańskiego thrillera. W zbrodni preparatora brakuje wyrachowania – pierwszy raz wykształca się reakcja zwrotna i chłopak, który przez całe życie przyjmował ciosy innych, sam uderza. Nie należy więc szukać tutaj studium demonicznej zbrodni, obrazów specjalnego okrucieństwa. Klimko Dobrzaniecki budzi lęk czytelnika, udowadniając, że zbrodniarzem może stać się człowiek, który nie ma w sobie żadnego skrzywienia, nie urodził się predestynowany do zbrodni, a raczej został do niej wychowany. Warto też podkreślić, że autor w żaden sposób nie broi swego bohatera. Tragiczna sytuacja rodzinna, szarość życia za komuny stanowią raczej tło. Klimko Dobrzaniecki potrafi wyjaśnić i jednocześnie nie rozpuszczać winy swego bohatera, nie szukać poza nim uzasadnienia.
     
    Preparatorem nowe wydawnictwo – Od Deski Do Deski – otwiera swoją działalność. W ubiegłym roku pierwsze książki wydało inne wydawnictwo zajmujące się literaturą non-fiction – Dowody na Istnienie. Warto im się obu przyglądać, bo to bardzo ciekawe projekty, autorskie, mocne i świetne literacko, choć deklarują, że interesuje je wyłącznie fakt.

     

  • Najlepiej malują matematycy i fizycy

    Hanna Krall, Sześć odcieni bieli i inne historie

    Dowody na Istnienie 2015
     
    Reklamowanie Hanny Krall jest zajęciem dość idiotycznym i niepotrzebnym, ale Sześć odcieni bieli wydaje się wyróżniać w i tak genialnym dorobku autorki. To książka zbierająca reportaże z lat 70. i 80., w których widać fascynujące zderzenie: teksty głęboko osadzone w paździerzowym PRL-u, są jednocześnie ostre i aktualne, z nowoczesnym rysem psychologicznym i mistrzowską ironią.
     
    Fascynująca jest historia stojąca za zgromadzonymi tutaj tekstami – bo Sześć odcieni bieli gromadzi teksty z trzech tomów Krall. Pierwszy, pod tym samym tytułem, ukazał się w 1978 roku. Drugi, zatytułowany Trudności ze wstawaniem, wyszedł w nielegalnym, drugim obiegu w 1988 i zawierał dwa tomy reportaży z lat 80. (Katar sienny i Szczęście Marianny Głaz), których publikację państwowa cenzura powtrzymała w ostatniej chwili, mieląc większość z nakładu wydrukowanego przez Wydawnictwo Literackie. Jak podają Dowody na Istnienie w nocie wydawniczej:  wydrukowane już książki w latach 80. zniszczono, a skład drukarski przetopiono. Cóż, jak widać rację miał Bułhakow, gdy pisał „Rękopisy nie płoną”.
    Krall używa nowomowy przeciwko PRL-owi. Zawsze wprowadza ją jako mowę cudzą, ustawia cytaty tak, by szydzić z polityki społecznej, z oficjalnego dyskursu chwalącego rozwój i postęp społeczny. W jej reportażach zderzają się „pozytywne czynniki rozwojowe” oraz „pewne skrajności”. Według oficjalnej prasy PRL-u „pewne skrajności” to margines socjalistycznej rzeczywistości, tymczasem Krall zmienia tę proporcję, obnaża stojące za nią kłamstwo. Reportaż Nieuwiara czy teksty o skazanych przestępcach kryminalnych udowadniają wyraźnie, że „pozytywne czynniki rozwojowe” nie istnieją, że społeczeństwo pije, bije, kradnie i wiesza się, pogrąża się w anomii. Krall wyławia bezbłędnie te marginalizowane i pozornie nieistotne „pewne skrajności”, by postawić je w centrum swojej narracji. Pokazuje powszechną zawiść, materializm społeczeństwa skazanego na walkę o każdy domowy przedmiot, zabobon i giętkość światopoglądową, podporządkowanie władzy i przysięgi na krzyż i krew. Zawiedzie się jednak ten, kto szukałby u niej sensacyjnej kroniki kryminalnej, bo Krall najbardziej interesuje szary człowiek – emeryt uprawiający ogródek, żona dawnego stachanowca, nadmiernie wykształcona pracownica spółdzielni chałupniczej, hodowca gołębi, oszustka żyjąca za pożyczane notorycznie pieniądze, czytająca autorce wiersze Ewy Lipskiej jako własne.   
     
    Mistrzowskie Trudności ze wstawaniem opowiadają o chłopaku, który pisze donosy w 1978 roku, a jednocześnie czyta Herberta i obiecuje sobie, że nie weźmie za donosy pieniędzy. Dolly Korewa to historia kobiety wyrzuconej z uniwersytetu w 1968 roku, zmuszonej do podjęcia pracy fizycznej. Niczym bohater Kundery, Dolly zaczyna malować mieszkania, organizuje ekipę złożoną z samych inteligentów. Skład brygady malarzy zmienia się jednak w zależności od represji, a w 1976 zasilają ją nowi bezrobotni. Katar siennywykracza daleko poza reportaż ku literaturze i fikcji, komplikuje formę. To opowieść o wiejskiej nauczycielce, którą rzeczywistość przyprawia o tytułowy katar sienny. Miłość na Fabrycznymopowiada o konkubinacie na biednym, robotniczym osiedlu, o przyzwoleniu społecznym na bicie rodziny, męskie picie. Romans prowincjonalny – o związku dwojga robotników, którzy swój romans muszą wpasować w życie zakładowego kolektywu i szare PRL-owskie realia.
     
    O stylu Krall pisze się często, że to „ascetyczna jednolitość”, że cechuje ją skrót, kontrast, opis detalu, narracja personalna. Jak pokazuje lektura Sześciu odcieni bieli, ta technika się nie starzeje, ciągle jest nowoczesna i ostra. Ten zbiór czytać można jak szereg małych arcydzieł – Nieuwiara opowiada o zbrodni, której całą książkę poświęcił  Wiesław Łuka (Nie oświadczam się). Krall pisze zupełnie inaczej niż Łuka, jest lapidarna, bardziej skrótowa. Pewne jej zdania nie pozwalają zasnąć w nocy: „jak się morduje, to się trochę trzeźwieje” – mówi jeden z jej bohaterów. Ta technika opowiadania cudzym głosem jest ciągle mocna, daje piorunujący efekt. Równie wstrząsający, choć zdecydowanie bardziej kameralny jest reportaż Haj nabyty o bezradnych rodzicach-robotnikach obserwujących powolne pogrążanie się syna w narkotykowym nałogu. Tutaj właśnie rysuje się, charakterystyczna dla Krall, umiejętność przejścia od wąskiej, indywidualnej historii do szerokiego uogólnienia. Przypalający trawę i eksperymentujący z heroiną chłopak uważa bowiem, że brak porozumienia między nim a rodzicami wynika z faktu, że starsze pokolenie przyzwyczajone jest do życia w jarzmie, do poprzestawania na małym. Ojczym cieszy się, że wylosował dywan, bo tylko 6 rzucono na całą fabrykę, matka żyje w trybie: praca, dom, „dziennik” w telewizji, jest  zadowolona, gdy dostaje obraz Matki Boskiej. Syn-narkoman ocenia ich:
     
    Myślą, że sami to wybrali, że chcą. Albo może chcą naprawdę, bo nic innego, żadnego innego życia nie wyobrażają sobie.  
     
    Widać tutaj zatem niezwykłą woltę, bo najtrzeźwiej myślący okazuje się tu chłopak stale myślący o gandzi. Jego sądy są najbardziej przenikliwe.
     
    W latach 90. często pisano, że polski reportaż dzieli się na linię Kapuścińskiego i linię Krall. Linia Kapuścińskiego to reportaż historyczno-polityczny, pokazujący uwikłanie człowieka w system, tymczasem linia Krall to linia społeczno-obyczajowa, skupiona na życiu codziennym, a nie na świecie politycznym. Ta teoria wydawała mi się zawsze krzywdząca i upraszczająca, niesprawiedliwa wobec Krall. Właśnie w Sześciu odcieniach bieli widać wyraźnie, że autorka potrafi opisywać wielką politykę, nie wychodząc poza opis małego mieszkanka, w którym rezyduje 6 dorosłych osób – tak dzieje się właśnie w Portrecie rodziny Z. we wnętrzu. Mało kto potrafi tak przedstawiać biedę, jak Hanna Krall i bieda u niej ma wymiar nie tylko społeczny (choć oczywiście reportaż ten jest oskarżeniem polityki PZPR), ale szerzej – egzystencjalny. Krall pokazuje bowiem, jak zawężają się perspektywy życiowe ludzi pogrążonych w biedzie, w jakich warunkach muszą oni funkcjonować: pobudka o 4 rano, droga pieszo do stacji kolejowej, dojazd do warszawskich fabryk, powrót do domu po zmierzchu. Gdzieniegdzie tylko przewija się pytanie o samobójstwo, które nigdy jednak nie staje się zagadnieniem pierwszoplanowym. Jego stała obecność wprowadza tu jednak dramatyczny wymiar, pokazuje tragiczną głębię życia robotniczego.
    Trudno w ogóle spuentować ten tom, znaleźć jakąś myśl podsumowującą całość. Lepiej czytać Krall ciągle na nowo i jej kolejne tomy. 
  • Wojna w Tallinie

    Sofi Oksanen, Gdy zniknęły gołębie
    Czarne 2015
    Precyzyjna jak skalpel, bolesna jak lewy sierpowy – taka jest Sofi Oksanen. Jej najnowsza książka daje tego najlepszy dowód.
     
    Oksanen opowiada o zdarzeniach z lat 40., jakby miały miejsce wczoraj, jakby II wojna i dylematy jej uczestników stanowiły problem całkowicie współczesny. Potrafi też bez sentymentalizmu opowiadać o porządku uczuć, to on bowiem – a nie jak w tradycyjnej powieści historycznej dylemat intelektualny – stanowi klucz do tego świata, przyczynę wszystkich wypadków, motywację bohaterów.
     
    Gdy zniknęły gołębie rozgrywa się w Estonii: w mieszkaniu wysoko postawionego urzędnika SS, w obozie koncentracyjnym, w leśnej partyzantce, na estońskiej wsi, w Tallinie pod okupacją nazistowską lat 40. i sowiecką lat 60., w obserwowanej przez KBG ekskluzywnej restauracji i akademiku-mrówkowcu. Cała intryga, w której bierze udział troje bohaterów, ostatecznie zamknięta zostaje dopiero w ostatnim akapicie epilogu, nie mogę więc zdradzać zbyt dużo. Ważne jest jednak to, że Oksanen potrafi wprowadzić komplikacje w tych miejscach, które omija tradycyjna proza. Schemat fabularny jej książki wyznaczają dwa, skrzyżowane tutaj, gatunki – romans i powieść szpiegowska. W trójkącie miłosnym (a przez chwilę nawet czworokącie) znajdujemy Juudit, jej męża Edgara i jego kuzyna Rolanda. Juudit marzy o wielkim uczuciu i nie może go zaznać, bo mąż jej nie lubi, oszukuje, ukrywa się przed nią. Paradoksalnie, to jej niemiecki kochanek (czwarty bohater) okazuje się tym dobrym i czułym. Na fabułę romansową nakłada się fabuła szpiegowska – rozgrywa między wywiadem i wojskiem, partyzantami, którzy walczą zarówno przeciwko Niemcom, jak i Sowietom oraz wydziałem policji nazistowskiej, korzystającym z usług kolaborantów. Gdy Oksanen przesuwa akcję o 20 lat naprzód, gra wywiadów przekształca się w poszukiwanie szpiegów: towarzysz Parts szuka w przeszłości Estonii tych, którzy kolaborowali z Niemcami, i prowadzili walkę przeciwko Sowietom. Sam jest oddanym pracownikiem aparatu bezpieki, na który Estończycy mówią po prostu „KGB”. Świetne jest to połączenie gatunków, bo Oksanen udaje się związać w jedno fabułę ze świata kobiecego i wątki typowo męskie, opisać dylematy bohaterów w całym ich bogactwie. Tej umiejętności komplikowania opowieści, pogłębiania jej, uszczegóławiania (wprowadzania życiowego kontekstu) mógłby się od niej nauczyć niejeden pisarz. Taki efekt próbował osiągnąć przecież Twardoch, w którego książkach jednak nie znajdziemy takiego poziomu wrażliwości, współodczuwania z postaciami. Tak samo chciał pisać Karpowicz, u którego nie ma nawet połowy autentyzmu Oksanen.
     
    Na czym polega wielkość prozy Oksanen? Na tym, że akcję powieści historycznej rozpisuje ona jak kryminał, że możemy czytać Gdy zniknęły gołębie jako powieść popularną i wysoką, jako powieść polityczną i obyczajową. Oksanen buduje konflikty i napięcia w tych miejscach, które tradycyjna proza historyczna omija, bo ściga jakiś wyobrażony stereotyp (jak Twardoch). A jednocześnie potrafi wygładzić te miejsca, które powieść tradycyjna wyostrza – Juudit angażuje się w związek z przedstawicielem każdej ze stron konfliktu, nie staje jednak przed sądem, nikt nie ma żadnego widowiskowego rozliczenia, żadnej społecznej anatemy.  Estonka mieszka z oficerem SS, ale jednocześnie pomaga w nielegalnym przerzucie uciekinierów do Finlandii. Nie jest ani oddaną ojczyźnie patriotką, ani nazistowską dziwką.
    W Gdy zniknęły gołębie szczególną rolę spełnia odwrócenie schematów historii wojennych, to ono dynamizuje akcję. Juudit boi się dźwięku telefonu, lęka się jednak wiadomości o tym, że mąż przeżył i wraca do domu, co oznacza dla niej powrót do bolesnego, toksycznego związku. Nie jest więc tu bohaterka Oksanen zwykłą wojenną wdową, oczekującą z drżeniem serca na powrót bohatera na łono rodziny. W jej powieściach napięcie na linii kobieta – mężczyzna nakłada się na konflikt polityczny i etniczny, na walkę o władzę (jeśli nie nad państwem, to przynajmniej na własnym ciałem i losem).
     
    Po trzecie zaś wielość Oksanen widać w takim sposobie opowiadania, który przywraca wagę spranym wartościom: honorowi, poświęceniu, oddaniu. Oksanen wysoki kodeks moralny rozciąga także i na swoje bohaterki, nie uznaje męskiej perspektywy, która wyłącznie mężczyznom w mundurach pozwalała wychodzić poza sferę domowo-emocjonalną.
     
    Oksanen opowiada w absolutnie fascynujący sposób historie, które już doskonale znamy. Bo przecież ile razy opisywano konflikt między partyzantem i wiernym urzędnikiem? Buntownikiem i oficerem? Roland nie ma tu jednak cech, jakie tradycyjnie przypisuje się wyjętemu spod prawa bojownikowi, nie jest też kryształowym „żołnierzem wyklętym”. Podobnie różnicuje Oksanen rysy swojego bohatera negatywnego – towarzysz Parts to przecież postać nędznego urzędniczyny, czyniącego zło zza biurka, sprytnego, pamiętliwego i wyjątkowo zawistnego człowieczka, żyjącego jednak na co dzień w stanie absolutnego przerażenia, wszędzie wietrzącego zdradę i nienawiść. Nie ma więc mowy o demonicznym złu, jakiejś barwnej makabrze. Największe dramaty dokonują się tu w ściszeniu, w samotności, a awantury domowe zakłóca głośno nastawione radio, bo nikt nie mógł ich podsłuchać.
     
    Świetna, głęboka, precyzyjnie skomponowana powieść, którą powinni czytać wszyscy polscy autorzy z upodobaniem rąbiący kolejne złe powieści o przeszłości.

     

  • Pan zrobi, żeby wyglądało

    Marcin Wicha, Jak przestałem kochać design
    Karakter 2015
    To chyba najczęściej komentowana książka tej wiosny, wszędzie w Internecie widać do niej odniesienia, cytaty i wywiady z autorem. Mnożą się recenzje na blogach książkowych, choć przecież Wicha napisał anty-poradnik, a nie powieść. Wszyscy piszą, czym ta książka nie jest i co w niej zabawnego, zachwycającego, chwalą, jak sprytnie puentuje okropne zachowania niewykształconych klientów agencji reklamowych, którzy chcą mieć plakat na błyszczącym papierze i z dużą ilością kolorów. Każdy swoją wypowiedź krytyczną zaczyna od sakramentalnego zdania: „Ja się nie znam, ale…” i tu oczywiście zaczyna się seria skojarzeń, z których Freud mógłby napisać kolejne fundamentalne dzieło:
     
    A ten drugi projekt, pani hrabino? Ten ze słoneczkiem?
    Ja się na tym nie znam, ja nie jestem designer rzekła hrabina. Ale ja to pokazałam moj monsz. On jest Anglik. I moj monsz, Anglik, on powiedział: sonce to jest sun. Sonce to jest plaż. Plaż to jest sea. Tutaj nie ma sea. Nie ma sea, nie ma sonce, nie ma sens.
    A ten latawiec?
    Co wy mnie tak pytacie? Ja się nie znam, ja się nie interesuję. Mowiłam, ja nie jestem designer Ale ja to pokazała moj monsz. Moj monsz, Anglik, popaczył i powiedział: latawiec to jest plaż. Plaż to jest sea. Tutaj nie ma sea. Nie ma sea, nie ma sonce, nie ma sens.
    A piłka? Mnie się nawet podoba, taka kolorowa spróbował któryś wójt.
    Moj monsz, Anglik, powiedział: piłka to jest plaż. Plaż to jest sea. Tutaj nie ma sea. Nie ma sea, nie ma sonce, nie ma sens.
    A ten taki z niedźwiedziem?
    Moj monsz, Anglik, popaczył i powiedział: tutaj nie ma Rosja.
    Dla mnie jednak jest to przede wszystkim książka o tym, że choć w polskiej sztuce zmieniło się wszystko, w gruncie rzeczy nic się nie zmieniło – Wicha, rocznik 1972, a więc pamiętający zamierzchłe czasy PRL-u, zgrzebnemu komunizmowi poświęca sporą część swojej książki. Produkcja cywilna w każdej chwili mogła zamienić się w wojenną, więc makaron wytwarzany w polskich fabrykach miał średnicę gilzy, a traktor można było zamienić w czołg. Autor pisze o stopniowaniu szarości i o beżowo-brązowym dominującym wszędzie kolorze, o paskudnych wyrobach, które i tak znikały z półek, o niepotrzebnej wtedy reklamie: 
     
    I tak żaden plakat nie zachęciłby ludzi do kupienia biletów na bułgarski western lub przywdziewania odzieży roboczej.
    Wicha, pisząc o designie, robi też psychoanalizę tłumu – to z powodu szarości komunizmu Polacy teraz chcą mieć kolor, to z powodu dominujących w nędznym komunizmie form prostych, marzą dzisiaj o gargamelowych kształtach, przesadzie, rozwichrzeniu, nie dają grafikowi dojść do głosu. Z niedosytu wpadliśmy w przesyt, nadmiar barw, faktur i kształtów. Skończyła się epoka metafory, przenośni, zawoalowanych znaczeń, ich miejsce zajęła dosłowność  (nie ma riba – nie ma sens). Z jednego rodzaju brzydoty płynnie przeszliśmy w jej odmienny gatunek. Wicha pisze tu z niechęcią i złośliwością, frustracją, ujawnia się jako projektant, któremu narzuca się pozycję podwykonawcy, którego pomysły się krytykuje, zasłaniając jednocześnie własną ignorancją.
     
    Jak przestałem kochać design to opowieść wielowątkowa – o tym, jak zmieniają się trendy, ale też i o tym, jak zmienia się społeczeństwo, jakie formy wybiera i z czym toczy wojnę w imię swojej koncepcji sztuki. Przede wszystkim to jednak historia o szukaniu podwójnych znaczeń, pokazująca zmiany w naszej świadomości zapisane w przedmiotach.

     

  • Stara Europa, nowi imigranci

    Olga Grjasowa, Rosjanin to ten, kto kocha brzozy
    Czarne 2015
     
    Młodzi, wykształceni i rzutcy Europejczycy, zaangażowani Żydzi, lewicowi Arabowie – to bohaterowie powieści Olgi Grjasnowej. Melodramatu historycznego, który rozgrywa się w salach konferencyjnych i na uniwersytetach, w klubach berlińskich i knajpach izraelskich. Klasyczny układ z melodramatu – jedna kobieta i kilku mężczyzn – autorka rozpisuje tu na konflikt wieloetniczny, światopoglądowy i religijny, z Holocaustem, czystkami etnicznymi i bombardowaniem strefy Gazy w tle.
     
    Można tę książkę czytać na dwa uzupełniające się sposoby: jako opowieść o niemożliwości zakorzenienie sią imigrantów w Europie i jako historię miłości niemożliwej, na której drodze stają paszporty i obywatelstwa. I byłaby to powieść ważna i pouczająca, ale pozostająca w sferze literackości, gdyby nie pytania, jakie nasunęły się wszystkim komentatorom, gdy okazało się, że za upadek samolotu pasażerskiego w Alpach 24 marca 2015 roku odpowiada pilot. Pierwsze sugestie dotyczyły jego obywatelstwa, tożsamości, światopoglądu. Czy to Niemiec? Ale może Niemiec-imigrant? A może Niemiec nawrócony potajemnie na islam? Właśnie o takich uprzedzeniach, o dzieleniu obywateli na dwie kategorie – starych i zasiedziałych oraz młodych i niebezpiecznych, „nieprawdziwych Europejczykach” opowiada Grjasowa i nagle jej powieść nie jest tylko melodramatem, a staje się tekstem realistycznym, ostrym atakiem wymierzonym w starą Europę. I chyba można jej wierzyć, bo losy bohaterów stanowią powtórzenie biografii autorki: urodzonej w Baku, a osiadłej w Niemczech po licznych przeprowadzkach (mieszkała w Polsce, Rosji i Izraelu).
     
    A więc najpierw powieść o imigrantach w Europie: Masza – główna bohaterka – to córka żydowskich uciekinierów z Azerbejdżanu, pianistki i inżyniera. Studiuje w Niemczech, by został tłumaczką, chciałaby pracować dla ONZ jako tłumacz kabinowy, przekłada płynnie teksty z francuskiego, niemieckiego, angielskiego i rosyjskiego. Grjasnowa komplikuje maksymalnie tożsamość swojej bohaterki, ale robi to po to, by czytelnik nie był w stanie wymyślić żadnego stereotypu, w którym dałoby się zamknąć jej los. Rodzice Maszy lękają  się o życie w ogarniętym wojną domową Górskim Karabachu, gdzie na konflikt polityczny nakłada się konflikt etniczny między Azerami i Ormianami. Są Żydami, ale boją się wyjechać do Izraela, USA nie dają im wizy, Niemcy okazują się jedynym państwem, które gotowe jest przyjąć takich emigrantów. Ironia historii polega zatem na tym, że życie Maszy ratuje państwo, z którego uciekali jej dziadkowie i które uśmierciło sporą część jej dalszej rodziny. Nie ma tu żadnej prostej recepty, żadne państwo nie pozwoli się Maszy poczuć u siebie. Nie znajduje też zakorzenienia w żadnym języku, bo chcąc ułatwić innym porozumienie – taka jest przecież funkcja tłumacza (tutaj właściwie należałoby popatrzeć na jej studia i pracę przez pryzmat freudowski) – ćwiczy do znudzenia wszystkie znane języki, dobiera kolejne kursy doskonalące. Wszystkie zna perfekcyjnie, ale żaden nie może jej dać oparcia.
     
    Dziewczyna wyjeżdża w końcu do Izraela, ale nie jest to pielgrzymka do kraju przodków, ani podróż w poszukiwaniu tożsamości, lecz raczej ucieczka z Europy, próba spojrzenia z dystansu na całe dotychczasowe życie, uleczenie się z rozpaczy po śmierci ukochanego. Izrael żadnego potrzebnego dystansu jej jednak nie daje, bo to kraj ogarnięty wojną, w którym na każdym kroku widać żołnierzy, w którym wojna stanowi doświadczenie kolejnych – nawet najmłodszych – pokoleń. Na lotnisku Masza traci laptop skonfiskowany przez wojskowych. Komputer zostaje rozstrzelany, bo może zawierać podejrzane treści i to pierwszy krok dziewczyny w nowy wymiar wojny i inne konflikty etniczne, niż te, które pamięta z Europy.
    A teraz powieść o miłości: Masza nie ma swojej ojczyzny, nie ma swojego języka, nie ma swojej tożsamości (bo nie jest ani Rosjanką, ani Żydówką, choć tak chcą ją widzieć niektórzy). Szuka domu w męskich ramionach, próbuje zbudować stabilny związek najpierw z młodym Arabem, potem z Niemcem, z żadnym z nich nie potrafi jednak porozumieć się w pełni, bo wychowany we wschodnich Niemczech Elisza nie rozumie traumy imigrantki, wypędzonej Żydówki, skoro sam ciągle jest u siebie. Sami tymczasem – arabski narzeczony – wybiera ucieczkę do USA, które jednak nie chcą go przyjąć ze względu na arabskie pochodzenie. Fakt, że chłopak urodził się w Niemczech, płynnie mówi po angielsku, robi doktorat o idealizmie Kanta nie usuwa go z kręgu podejrzanych. Masza pragnie spokoju, marzy o życiu w miejscu, gdzie nikt nie ginie, ale nawet Zachodnia Europa XXI wieku nie daje jej takiej stałości. Sami porzuca ją, by ścigać swoje marzenia, od Eliszy odsuwa się sama, bo dzielą ich zasadnicze doświadczania. Masza nie chce dzielić się opowieściami o wojnie domowej, on zaś wie, że to, co wtedy widziała i przeżyła, stanowi klucz do jej psychiki.
     
    I choć w tej powieści niewiele się dzieje, to jednocześnie Grjasnowa na wiele sposobów udowadnia tezę, że nie ma szans na miłość i zakorzenienie, że w życie wchodzą kolejne pokolenia skrzywdzone przez wojnę. I w końcu udowadnia, że Europa Zachodnia w najmniejszym stopniu nie jest tak otwarta i tolerancyjna, jak się prezentuje innym, że rządzą nią lęki i uprzedzenia i że ciągle dzieli obywateli na dwie kategorie.