Tag: Uncategorized

  • 8 książek bardzo grubych na wakacje

    8 książek bardzo grubych na wakacje

     

    Z jakichś tajemniczych powodów wszyscy piszą, że w wakacje należy czytać literaturę lekką, pozwalającą odetchnąć, poprawiającą nastrój. Jest dokładnie odwrotnie – to jedyny moment, kiedy mamy czas na czytanie i kiedy mamy więcej czasu na myślenie o czymś poza codziennymi obowiązkami.
     
    Poniżej lista 8 bardzo grubych książek. Część z nich czyta się szybko i przyjemnie, część bardzo boli, część czyta się szybko, ale długo trawi. Żadna nie jest już hitem-bestsellerm-topką, ale dzięki temu widać ich wartość, łatwiej też je pożyczyć z biblioteki albo od znajomych. To są prawdziwe hity na wakacje:
    1.Stacja Muranów Beaty Chomątowskiej (Czarne 2013) – świetnie napisana, bolesna książka o dzielnicy, która była gettem, a potem stała się robotniczą wizytówką Warszawy. Chomątowska ma fantastyczny dar opowiadania: o przedwojennych Nalewkach, getcie, czynie ludowym, pamięci i zapominaniu. Książka, którą czyta się przez 2 tygodnie, a potem nosi w sobie przez bardzo długi czas. Pisałam o niej tutaj.  
     
    2.Ścieżki północy Richarda Flanagana (Wydawnictwo Literackie 2015, przekł. Maciej Świerkocki) – najlepsza proza, jaką czytałam w ciągu ostatnich kilku lat. Niby romans, niby powieść wojenna. Flanagan opowiada o odpowiedzialności moralnej za wojnę, o pamięci i obowiązku świadczenia o zmarłych, o braterstwie broni, ale też o zakazanej namiętności. Napisana i przetłumaczona tak, że płynie się przez tekst, zanurza w nim i powoli wypływa po 500 stronach. Pisałam o nim wcześniej tutaj.
     
    3.Diabeł baskijski Zygmunta Haupta (Czytelnik 2007, Czarne 2016) – jeden z niesłusznie zapomnianych klasyków polskiej prozy. Książka wielka, piękna, o życiu w świecie, do którego nie można wrócić, bo zmiotła go wojna i nowe granice. O miłości i śmierci Haupt opowiada tak, jakby to były rzeczy materialne, konkretne. Nie ma u niego żadnego niepotrzebnego słowa. To jest nie tylko lektura wakacyjna, ale też lektura obowiązkowa dla wszystkich tych, którzy chcą pisać. Tutaj mój duży tekst o Haupcie.
     
    4.Leningrad. Oblężenie i symfoniaBriana Moynahana (WAB 2016, przekł. Jerzy Korpanty) – słabo znamy historię wojny w ZSRR, choć wszyscy wiedzą, że oblężenie Leningradu to jedna z największych legend wojennych. Tutaj Moynahan nie tylko opowiada o tym, jak żyło się w oblężonym mieście, ale też o tym, jak wyglądało życie artysty w sowieckim społeczeństwie, o tym, czy muzyka naprawdę daje wolność.
     
    5.Odbicie Wojciecha Nowickiego (Czarne 2015) – do lektury powolnej, bo Nowicki daje nam olbrzymi esej o fotografii, sztuce, przedstawieniu jako takim. Nie ma tu żadnego przyspieszonego kroku, efekciarskich chwytów retorycznych. Nowicki wgryza się w temat sztuki, nie błyszczy, a każe powoli przebijać się przez przywoływane obrazy.
     
    6.Rzeczywistość poprzecierana Piotra Pazińskiego (Austeria 2015) – o wielkich żydowskich intelektualistach, o mało znanej w Polsce literaturze jidysz, o literaturze po Zagładzie, o tym, jak pisarz artysta w każdej swojej książce próbuje zastąpić Boga i wykreować nowy tekst święty. Książka, którą czytałam zimą, ale wciąż po nią sięgam. Tutaj duży tekst o Pazińskim
     
    7. Usypać góry. Historie z PolesiaMałgorzaty Szejnert (Znak 2015) – bo Szejnert to mistrzyni opowieści o szczegółach zwykłego życia, które pod jej piórem układają się w monumentalną historię. Tylko ona potrafi ruszyć na poszukiwanie ruin, zapadłych domów w zapomnianych wsiach i potopionych wraków i skonstruować z tych resztek, śmieci historii pasjonującą opowieść o przeszłości Polesia, o splatających się żywiołach wielu nacji, o ludzkich ambicjach i porażkach.
     
    8.Iksowie Gyorgy Spiro (WAB 2013) – perspektywa zewnętrza zawsze służy, a Węgier Spiro po raz kolejny udowadnia, że nie boi się polskiej historii i nie klęka przed naszym romantyzmem. W Mesjaszach pisał o polskiej polistopadowej emigracji, w Iksach bierze na warsztat epokę Wojciecha Bogusławskiego, teatr i Warszawę początku XIX wieku. Opowiada genialną historię o okresie, który w podręcznikach do historii traktowany jest jako przerywnik między rozbiorami i zawieruchą napoleońską. Wgryza się głęboko i boleśnie w polską przeszłość.

     

     

  • Ranking „Pressa”

    Miło mi poinformować, że Książki na ostro znalazły się na V miejscu na liście 15 najlepszych blogów o książkach w rankingu opublikowanym we wrześniowym numerze magazynu „Press”. Otrzymały także największą liczbę punktów za wartość merytoryczną. 


  • Czy widziała pani grób Tamerlana?

    Hanna Krall, Na wschód od Arbatu
    Dowody na Istnienie 2015
    Na wschód od Arbatu to zbiór stary, pochodzący z końca lat 60., wydany w PRL-u tylko dwukrotnie. Krall pisała te reportaże rosyjskie, gdy przebywała w Moskwie jako żona przy mężu – Jerzy Szperkowicz wyjechał do ZSRR jako korespondent  „Życia Warszawy”. Krall zbierała materiały do swoich tekstów i wysyłała je do „Polityki”.
     
    Zebrane tutaj teksty przeznaczone były do publikacji w spętanej cenzurą prasie polskiej, stąd też część z nich może się wydawać dzisiaj zbyt zawoalowana. Krzywdę robi jednak tej książce Mariusz Szczygieł, gdy pisze, że Na wschód od Arbatu nie pokazuje nam dzisiaj ZSRR, że „to książka o sposobie pisania o Związku Radzieckim”. Rozumiem, że chciałby książki ostrzejszej, bardziej krytycznej, jak mówi sama Krall – „bardziej uczciwej”. Sądzę jednak, że Kobiety w kolorze lila, najlepszy chyba tekst z tego zbioru, usprawiedliwia wszystkie kompromisy i mowę ezopową.
     
    Ten reportaż opowiada o kobietach w Związku Radzieckim, o robotnicach i lotniczkach z Armii Czerwonej, odznaczonych bohaterkach, które dwadzieścia lat po wojnie próbują radzić sobie z życiem. Kolor lila i lakierki damskie są tu symbolem elegancji i kobiecości, dwóch przywilejów, do których kobiety radzieckie zasadniczo nie mają prawa. Krall pisze zaś w zakończeniu:
     
    Za wszystko, co przeszły, czego nie mogły przeżyć, czego nie zdążyły mieć – należą im się wszystkie lakierki świata i wszystkie kostiumiki „dżersi”, nawet w kolorze liliowym.
     
    Nie dość, że jest tu cała Krall – ironia, niedopowiedzenie, sympatia i dystans do bohaterów, skrótowa fraza, skupienie na szczególe – to jeszcze maluje ona niezwykle subtelny, precyzyjny i plastyczny portret kobiet uwikłanych w historię. Portret, którym Hanna Krall pokonuje o całą długość wszystkie Łączniki, Sybiraczki i inne sentymentalne i głupiutkie opowieści o udziale kobiet w wojnie, które produkują na wyścigi różne polskie wydawnictwa. Sądzę, że o żołnierkach równie dobrze pisze tylko Swietłana Aleksijewicz. Bohaterki Kobiet w kolorze lila to byłe żołnierki, których odwagę, poświęcenie, siostrzaną więź obserwujemy dwadzieścia lat po wojnie, gdy toczą walkę z rzeczywistością socjalistyczną. Krall pokazuje je jako odznaczone bohaterki, świeckie święte, w fabrykach i na osiedlach wyjednujące łaski dla szarych obywateli. One same zaś nie mają odwagi upomnieć się o swoje życie, przywileje dla siebie. Tymczasem uhonorowane bohaterki nie są bowiem już kobietami, a „Bohaterami Związku Radzieckiego”, którzy nie mają prawa do rozwodu i alimentów, większego mieszkania, przyzwoitych mebli, wizyty u fryzjera.
     
    System komunistyczny, nastawiony zaś na produkcję zbrojeniową, uderza w kobiety, to one padają bowiem ofiarą słabej aprowizacji. Ubrania najlepiej kupować na prowincji, w czasie wycieczek, bo potem nikt nie pyta, czy widziała pani grób Tamerlana, ale gdzie kupiła pani te lakierki. Ten jeden reportaż, o czasie, gdy bohaterki są zmęczone, wystarczyłby, by uznać Na wschód od Arbatu za książkę ciągle aktualną, bo nie jest to wcale studium dla potencjalnych reportażystów, jak zdaje się sugerować Szczygieł.  Obok tego reportażu znaleźć tu można jednak kilka innych świetnych tekstów – o szachistach, którzy w grze odnajdują tę przejrzystość zasad, której brakujemy życiu społeczno-politycznemu ZSRR. Krall nie dość, że opisuje ich jak gwiazdy rocka, celebrytów w blasku fleszy, to pokazuje jeszcze, że ucieczka w świat ściśle wytyczonych reguł jest często jedynym wyjściem z totalitarnej opresji. Pierwszy reportaż, Kawałek chleba, można czytać w dwóch perspektywach – jako opowieść o Polakach, którzy osiedli na Syberii, ginęli w 1937 i latach 40., teraz zaś mieszają się stopniowo z Buriatami i Rosjanami. Ale dla mnie jest to również tekst o obecnej Polonii – w USA czy każdym innym miejscu, gdzie żyje drugie i trzecie pokolenie emigrantów. Zapominające stopniowo język przodków, utrwalające w wyobraźni obraz Polski jako kraju sielsko-ubogiego.
    Jerzy Szperkowicz w posłowiu pisze, że Krall „poluje na upatrzonego”, podąża za swoimi tematami i obojętna jest na te, modne i aktualne. Szuka swoich obrazów, innych historii. Ta jej indywidualna ścieżka sprawia właśnie, że teksty z lat 60., pisane pod ciśnieniem cenzury (można byłoby pokusić się tutaj o jeszcze inny wątek rozważań – jak cenzura, którą musiała ominąć Krall, by dotrzeć do czytelnika, wpłynął na kształt jej tekstów), wciąż są inspirujące. Widać to wyraźnie w tym tomie, który choć cieniutki, jest gęsty od znaczeń. 
  • Literatura gówniarska

    Muszę przyznać, że mam pecha ostatnio do polskiej powieści: w krótkich odstępach czasu w ciągu ostatnich dwóch miesięcy wpadłam na trzy fatalne książki, które wyszły spod pióra autorów cenionych i uważanych za wyjątkowo utalentowanych: Masakrę Krzysztofa Vargi, Zuzę albo czas oddalenia Jerzego Pilcha i Czarne serce Janusza Andermana. Wszystkie te trzy powieści łączy szereg cech wspólnych, wszystkie też mają, z mojej perspektywy, podobne słabości, wywołują też podobną nudę i irytację. Dlatego też pozwalam sobie na tekst przekrojowy, poświęcony im wspólnie – choć każda oczywiście zasługuje na to, by zjechać ją osobno.


    Anderman opowiada historię polskiego dziennikarza na stałe pracującego we Francji. Przyjeżdża do Polski tuż po 10 kwietnia 2010 roku i z bliska obserwuje zachowania tłumu, pisze duży artykuł dla swojego wydawcy, kupuje też brulion, w którym spisuje swoją historię sprzed 20 lat. Jako młody działacz opozycyjny został internowany, pamięta wiele historii z tego okresu i wokół tego wątku koncentruje się jego opowieść. Pod koniec PRL-u został jednak oskarżony o zabójstwo swojej narzeczonej, w procesie poszlakowym uniewinniony, nie pamięta jednak, czy Wandę zabił, czy też jednak zrobił to włamywacz. Nie pamięta, bo lata 80. spędził na gazie, zmniejszając tylko czasem stopień upojenia.
     
    Pilch w Zuzie… opowiada o romansie młodziutkiej prostytutki i chorego słynnego pisarza – Pilchowego alter ego. Z perspektywy stałego klienta różnych prostytutek próbuje przeanalizować ten związek, prawdopodobieństwo jego utrzymania i przyczyny klęski. Szuka w relacji z dziewczyną tego wszystkiego, czego jemu samemu brakuje: jej bezmyślność ma być odpowiedzią na jego nadmierny intelektualizm i skłonność do introspekcji, jej siła i żywotność na jego chorobę i słabość. Jej młodość na  jego starość itp.  Zuza jest oczywiście mityczną prostytutką, panienką, o jakiej marzy każdy gówniarz – ona lubi swój zawód, oddaje mu się z absolutnym oddaniem i nie wyobraża sobie życia bez niego. Cóż…
     
    Mistrzem gówniarstwa okazuje się jednak Varga w Masakrze, budując postać swojego bohatera jako wiecznego chłopca, rockowego muzyka, odbijającego się w życiu niczym wolny elektron. Stefan łaknie prawdziwego życia, emocji, przywiązania. Ucieka jednak w picie, łatwy seks z panienkami, którego odwiedzają jego garderobę, ciągle przeprasza i obiecuje poprawę. W ostatniej scenie łka nad elementarzem Falskiego, który zabiera z pokoju własnych dzieci.
     

    Każda z tych trzech powieści udaje, że jest tekstem nośnym, uniwersalnym, poświęconym niepokojom egzystencjalnym przeżywanym przez każdego człowieka. Główny bohater Masakry pije nałogowo, bo nie potrafi znaleźć w życiu niczego na tyle wartościowego, by go od picia odciągnęło, narrator Zuzy… szuka lekarstwa na świadomość śmierci, próbuje zagłuszyć stopniowe osuwanie się w chorobę i samotność. Czarne serce Andermana zaś to powieść o niepewności i braku zakorzenienia, o zamknięciu na drugiego człowieka i skupieniu na sobie. Jednocześnie jednak są to wszystko powieści o podstarzałych facetach, którzy w ramionach prostytutek szukają pocieszenia i odpuszczenia win, niezdolnych do zaangażowania. To historia o egocentrycznych typach, życiowych nieudacznikach, zawsze wybierających łatwe wyjście. Jeśli coś ich w ogóle absorbuje, to zawsze są to wielkie problemy: postępujący upadek sztuki (Masakra), histeria po 10 kwietnia i niezdolność społeczeństwa do rozliczenia się z komunistyczną przeszłością (Czarne serce), choroba (Zuza…). Wszyscy bohaterowie są projektowani w tych powieściach na cierpiących tytanów, na poświęcających się za świat bohaterów lub pokrzywdzone niewinnie ofiary. Gdy przyjrzeć im się jednak bliżej, okazuje się, że za każdym razem to po prostu nieodpowiedzialni, obawiający się zaangażowania i udziału w świecie gówniarze. W każdej z tej powieści pojawia się postać prostytutki – obawiam się jednak, że nie każdy autor, który pisze o prostytutkach to Dostojewski.

     
    Martwi mnie ten przedziwny zwyczaj sprzedawania opowieści o niedorosłych chłopaczkach jako powieści uniwersalnych. Żaden z przywoływanych tu autorów nie napisał nowej Dżumy, w której faktycznie doktor Rieux, a większych chyba jeszcze stopniu Rambert, jest Każdym.  Nawet podejrzanemu o morderstwo dziennikarzowi z powieści Andermana wiele brakuje do camusowego Cottarda.  Te męskie światki nie urastają do relacji, jakie opisuje Camus.
     
    Drugi kłopot mój wiąże się z innym rodzaje oszustwa: każdy z przywoływanych tu znakomitych i uznanych pisarzy oszukuje czytelnika, oddając mu do rąk słabą powieść, powieść udającą wysoką, wymagającą literaturę. Każdy z tych utworów utrzymany jest w stylu i poetyce danego autora – Czarne serce to kolejna typowa powieść Andermana, skonstruowana według jego przepisu: z aspołecznym bohaterem, uwikłanym w toksyczną relację, krytykującym otaczający go świat i wyalienowanym. Anderman jak mało który polski pisarz, słyszy język ulicy, potrafi go skopiować i wyśmiać, wiadomo więc, że pojawić się muszą passusy, w których ożyje ta karykatura życia społecznego. I tak jest – długie opisy scen rozgrywających się  przed Pałacem Prezydenckim w 2010 roku, rodzajowe scenki z Białołęki, dialogi więźniów kryminalnych i internowanych w 1980.  Wszystko to jednak znamy, czytaliśmy już wcześniej, Anderman – mistrz cierpkich i gorzkich opowieści, nie pisze powieści, jakiej byśmy już u niego nie czytali.
     
    To samo zobaczymy u Pilcha – Zuza… kontynuuje tu wątki zapoczątkowane w ostatnich dziennikach i w powieści Wiele demonów. Zapowiadać ma wielką autobiograficzną opowieść, którą Wydawnictwo Literackie wypuści w 2016 roku – po tym, co przeczytałam ostatnio, nie chce mi się po nią sięgać. Zuza… spełniać miała zadanie marketingowe, pokazać czytelnikowi, że autor pisze i walczy, że obecny jest na rynku literackim. Przyniosła jednak efekt odwrotny: dostaliśmy jakiś dziwny, dość krępujący czytelnika brudnopis, szkicyk powieściowy. Kolejne wywiady z Pilchem, kolejne jego utwory informują przede wszystkim o postępie choroby, ich wartość literacka jest symboliczna. Moje współczucie dla autora nie przenosi się jednak na zachwyt coraz słabszymi tekstami. Męski żarcik o tym, jak to z nowo poznaną prostytutką trzeba „przełamać loda” powtarzany wielokrotnie w Zuzie… sprawia, że i ten tekst można spokojnie zaliczyć do literatury gówniarskiej. I tutaj jednak mamy wszystko to, co już u Pilcha czytaliśmy: zachwyt nad młodymi dziewczętami, subtelną autoironię, przeciwstawienie Wisły i Warszawy, figurę surowej matki. Żadnej wartości dodanej, za to 120 stron powtórek.
     
    Varga czyni dokładnie tak samo – znów typowy dla niego bohater uwikłany w swoje osobiste piekiełko, skoncentrowany na sobie i wspominający z łezką w oku durną i chmurną młodość, rozgadanie, krytyka społeczna i polityczna z elementami ostrej satyry, wysoka poza i dystans autora, który ustawia się ponad krytykowaną rzeczywistością. Tu dodałabym jednak jeszcze jeden zarzut porozbijania 500-stronnicowej powieści na małe kawałeczki, ale na ten temat opublikuję tekst osobny.
     
    Wszyscy ci uznani autorzy wyszli z przekonania, że chcemy przeczytać to, co już u nich czytaliśmy, że wystarczy zapakować znane ich chwyty w nową fabułę, wrzucić nowy blurb, żeby sprzedać nową książkę. A to jest właśnie czyste literackie oszustwo – nie ma tu bowiem żadnej pisarskiej ewolucji, żadnego literackiego wysiłku, mierzenia się z formą. Każdy z nich jest świadomy tego, za co ceni go publiczność i sądzi, że tej publiczności należy podać kolejny placek według znanego przepisu.
     
    Myślę jednak, że jest coś nowego w tych książkach – otóż są gorsze od ich poprzednich, słabsze, głupsze – gówniarskie właśnie. Piszę to z tym większym żalem, że uwielbiam Andermana, wysoko cenię Pilcha i martwi mnie ich słaba forma albo wyrachowanie, z jakim oddają w wydawnictwie powieści-kity, powieści dla innych gówniarzy.    

     

  • Książka na zakręcie

    W ostatnich latach coraz częściej mówi się o kryzysie czytelnictwa: alarmują fatalne wyniki badań narodowego czytelnictwa, publicyści straszą, że zniknie książka papierowa, że nasze dzieci czytać będą wyłącznie treści internetowe. W pesymizm wpędzają rankingi najlepiej sprzedających się książek: rządzi na nich trylogia o młodej dziennikarce ze słabością do pejcza i podobne wzorowane na niej opowieści. Polską prozą reprezentują słabe stylistycznie przygody właścicielki pensjonatu nad rozlewiskiem. Czy zatem książka jako taka jest za zakręcie? Czy polski rynek literacki okazuje się słabszy, gorszy niż ten zachodni?

    Zawsze, gdy czytam, że we Francji jakiś tytuł sprzedał się w nakładzie 800 tysięcy egzemplarzy, w Polsce zaś rozeszło się jedynie 22 tysiące (przypadek niezwykłej, skandalizującej powieści „Łaskawe” Jonathana Littella. Jak na polskie warunki to był hit – dla porównania to samo wydawnictwo w tym samym roku sprzedało 17 tys. egzemplarzy „Lodu” Jacka Dukaja), zastanawiam się, czy nasze słabsze wyniki są rezultatem niechęci wobec książki. Czy to, że mało czytamy, stanowi efekt wtórnej analfabetyzacji, niechęci do tak nudnego i niedochodowego zajęcia jak czytanie? Czy też za przyczynę należy uznać raczej zmierzch paradygmatu kultury druku? Zmiany w tempie życia? Konkurencyjne wobec książki sposoby tekstowej komunikacji? A może to po prostu rezultat biedy? Takiej biedy, której nie widać z perspektywy centrum dużego miasta, a którą widzi każdy mieszkaniec miasta powiatowego. Nie można wszak wierzyć, że stopniowe odchodzenie od książek (albo też znikanie książek) wynika jedynie ze społecznej niechęci.
     
    Na początek trochę otrzeźwiających danych: w Polsce wydaje się średnio 30 tysięcy tytułów  rocznie, w tym tylko 5 tysięcy można zaliczyć do beletrystyki. Większość z nich to literatura tłumaczona, najczęściej zresztą z angielskiego, średni nakład powieści to między 3 a 5 tysięcy egzemplarzy (dla porównania tomy poetyckie ukazują się w nakładzie 300-500 egzemplarzy). Książka z roku na rok drożeje, dzisiaj średnio kosztuje 37 złotych brutto. W Polsce w 2012 roku działało około 2 tysięcy księgarni stacjonarnych, w Internecie istnieje 550 księgarni. Czyta tylko 32 procent społeczeństwa. Najgorzej jest na wsi − 50 procent mieszkańców wsi nie sięga po książkę wcale. To lapidarne zestawienie przekłada się na oczywiste wnioski – nie czytamy, bo książki są za drogie, bo za 37 złotych można kupić dziecku ubranie albo trampki, albo kilka kilogramów proszku do prania, albo dwa szkolne bilety do kina, albo zamówić trzy-cztery kawy w kawiarni. Każdy z nas ma swój przelicznik. Nie czytają mieszkańcy wsi, bo są najubożsi, bo dla nich 37 złotych to stosunkowo znacznie wyższa kwota.
     
    Otóż nic nie jest takie proste − proszę jeszcze raz popatrzeć na te statystyki. Owszem, nie czytają mieszkańcy wsi, a książki są drogie, ale wynika z nich także, że nie czyta 25 procent inteligencji, że nie czytają prawnicy, lekarze, dziennikarze, aktorzy, nauczyciele, inżynierowie, muzycy, filmowcy, menadżerowie, naukowcy, księża, politycy, psychologowie.  Przywoływany tu raport jest alarmujący także dlatego, że w czasie badań pytano o lekturę przynajmniej jednej książki rocznie (więcej niż 7 książek rocznie czyta jedynie 12 procent społeczeństwa). Oznacza to (i tutaj powinny zadrżeć nie tylko nasze humanistyczne dusze, ale i wszyscy ci, którzy ustawiają się w kolejce do lekarza, szukają porady prawników lub liczą na rzetelne informacje w serwisach telewizyjnych), że 25 procent pracowników nie doskonali się zawodowo, nie czyta literatury profesjonalnej, nie aktualizuje swojej wiedzy, nie uczy się niczego nowego. Nie jest więc to zatem tylko kłopot naszego wolnego czasu i tego, że społeczeństwo głupieje po godzinie 17, poddając się władzy szklanego ekranu. Durniejemy także między 9 a 17, pracując ciągle w oparciu o wiedzę, którą zdobyliśmy w czasie studiów. Nie czytają zatem ludzie, których stać na kupno książek, dla których 37 złotych to cena lunchu, jedno wejście do aquaparku, 2 smakowe latte w Warszawie. Nie czytają mieszkańcy dużych miast, mający łatwy dostęp do bibliotek oraz do oferty instytucji kultury, zapraszani na spotkania autorskie, promocyjne, dyskusje panelowe i wieczory poezji. Oznacza to, że nie istnieje w Polsce społeczeństwo wiedzy, tak hucznie anonsowane w różnych raportach, stanowiące też powód do dumy wielu polityków. To właśnie jego istnienie miało nam zagwarantować wysoką pozycję w Europie. Cóż…
     
    Cena książki nie jest barierą ostateczną, najważniejszą. Nie czytamy bowiem i tego, co znajdziemy za darmo w Internecie. Badania pokazują bowiem, że 33 procent osób korzystających z sieci nie czyta tekstów dłuższych niż „trzy ekrany komputera”. W Internecie zaś śledzimy tylko te treści, które nas interesują, są aktualne, bezpłatne, podane w nowoczesnej formie (a więc teoretycznie mają te wszystkie zalety, których nie ma przestarzała, papierowa, napisana archaicznym językiem książka – jak choćby taka jedna długa o gryce i dzięcielinie).  Dlaczego zatem nie czytamy tego, co nas interesuje, dlaczego wybieramy treści krótkie, powierzchowne, często przepisane z innych portali?
     
    Sprawdźmy jeszcze inne przekonanie – wielu nauczycieli skarży się, że młodzież nie czyta. Statystyki mówią jednak, że młodzież czyta dużo więcej niż dorośli, częściej też korzysta z bibliotek. 70 procent nastolatków wypożycza książki, tymczasem tylko 24 dorosłych potrafi znaleźć drogę do biblioteki. Jak pisze w ostatnim numerze „Książek. Magazynu do czytania” Jacek Dukaj, współczesna literatura młodzieżowa stała się dzisiaj wzorcem opowieści – tzw. young adult, czyli właśnie powieści dla starszej młodzieży rządzą we wszystkich rankingach bestsellerów. Sięgają po nie coraz częściej i dorośli, wiele osób szuka w nich przygody, oddechu, fantazji, wszystkiego tego, czego nie da nam gospodyni domowa zamieniona w drapieżną dominatrix.
     
    Okazuje się zatem, że żyjemy w dobie kryzysu czytelnictwa i rynku książki, ma on jednak zupełnie inny kształt, niż pokazują nam to media. Wydaje się też, że – co zakrawa na paradoks absolutny – za kryzys czytelnictwa w dużym stopniu odpowiada rynek wydawniczy i media właśnie. Książka na rynku wydawniczym funkcjonuje jako nowość przez 30 dni: wtedy jest recenzowana, omawiana w telewizji (w tych kilku krótkich programach, które próbują opowiadać o literaturze), czytana we fragmentach w stacjach radiowych. Wtedy pojawia się na blogach i portalach kulturalnych. Wtedy ujmuje się ją w statystykach – sprzedaży, bestsellerów miesiąca. Później znika. Niewielu jednak czytelników nieprofesjonalnych, nie zajmujących się zawodowo książką, jest w stanie za tym rytmem nadążyć. Większość książek zaś ukazuje się jesienią, przed targami książki w Krakowie, przed sezonem prezentowo-świątecznym. Łatwo gubiący się czytelnik staje wtedy w obliczu jeszcze większego problemu, musi odnaleźć się w morzu książek od jakiegoś czasu ustawionych już na półkach księgarskich i w nacierającej na niego fali nowości. Nowość można kupić w promocji, bo wydawcy chcą przyciągnąć uwagę czytelników. Nie ma jednak promocji na książki sprzed roku lub dwóch, na książki, których nie zdążyliśmy przeczytać zimą i chętnie kupilibyśmy na wakacje. Przed wakacjami jednak prasa atakuje  nas zestawieniami plażowych kryminałów i opowieści o wakacyjnej miłości, ginie więc gdzieś ta poważna proza, którą wydaje się jesienią, jakby ludzie w temperaturze powyżej 15 stopni Celsjusza tracili nagle część zdolności intelektualnych. Gdzie szukać zatem porady? Znów posłużę się tu wynikami badań czytelnictwa: dla 64 procent czytelników najważniejsze jest nazwisko autora i temat książki. Wielbiciele Władimira Sorokina czy Philipa Rotha w ciemno mogą sięgać po ich kolejne książki, młodzi chłopcy wypożyczają wyłącznie produkcje Fabryki Słów, dziewczęta od deski do deski czytają „Pretty Little Liars”, dziesięcio- i dwunastolatki pochłaniają przygody Percy’ego Jacksona, kobiety zaczytują się Magdaleną Tulli i Alice Munro. Ważne są także opinie na forach internetowych i sądy naszych znajomych, najbardziej efektywny rodzaj marketingu, czyli marketing szeptany. Tylko 15 procent czytelników sugeruje się opinią krytyki. Pozostajemy więc rozdarci między infantylnym i efekciarskim językiem marketingowych specjalistów oraz naukowym, hermetycznym językiem krytyki. Każda książka jest „największym wydarzeniem XXI wieku”, „bestsellerem rozchwytywanym w USA”, „historią mrożącą krew w żyłach”, „pełną ciepła i humoru opowieścią”. Nie mamy za to dostępu do wypowiedzi krytyki profesjonalnej, bo rytm publikacji czasopism jest odwrotnie proporcjonalny do rytmu publikacji wydawniczych. Sięgamy więc po wypowiedzi na forach i okazuje się, że o dramatycznej książce Anny Janko „Mała zagłada” opowiadającej o śmierci jej dziadków w pacyfikowanej przez Wehrmacht wsi pisze się tak: „Ostatnio miałem okazję przeczytać tą książkę i szczerze polecam każdemu. Jest tam dramat, trochę powagi i ogólnie bardzo ciekawa fabuła. Polecam każdemu kto lubi książki, gdzie się dzieje dobra akcja i wszystko wygląda bardzo autentycznie”. W takiej krótkiej wypowiedzi widać pomieszanie wszystkich kategorii, niezrozumienie zasadniczych problemów, o jakich pisze autorka.
     
    Książka zatem znalazła się na zakręcie i jest to zakręt niezwykle ostry, biegnący nad przepaścią. Nie trafiła tam jednak sama, bo to my ją tam umieściliśmy, uznając czytanie za czynność trudną, elitarną, wymagającą specjalnego stanu umysłu, którego na co dzień nie potrafimy osiągnąć. Coraz trudniej zabrać się do lektury, coraz trudniej też czytać długo i bez przerw. Odciąga nas natłok informacji przepływający obok, szereg urządzeń elektronicznych i tysiące znajdujących się w nich aplikacji. Czytanie książki – jak pisze Jacek Dukaj – staje się coraz trudniejsze, bo posługując się w ciągu dnia wieloma urządzeniami, filtrując wiadomości i przeskakując z jednej aplikacji do drugiej, nie potrafimy się skupić na książce, bo ta nie ma żadnych dodatkowych opcji. Służy wyłącznie do czytania. Wymaga koncentracji, nie podpowiada, nie zawiadamia, nie przypomina. Nie dzwoni i nie świeci (nawet w wersji elektronicznej).
     
    Tymczasem książki pozwalają nam oderwać się od życia, wyjść z kieratu, w którym kręcimy się codziennie. Uczą nas słów potrzebnych, by opisać nasze własne emocje, to dzięki losom bohaterów literackich rozpoznajemy nasze własne doświadczenie egzystencjalne. To z nich czerpiemy wiedzę o świecie, zderzamy się z cudzą myślą, konfrontujemy nasze poglądy w perspektywą zupełnie innych ludzi. To one daję nam poczucie wspólnoty, pokazują przeszłość i projektują przyszłość. To one przechowują języki, których ostatni użytkownicy pomarli, to one też płoną na stosach, gdy stają się niewygodne i niebezpieczne. To o ich treści dyskutują rodzice, obawiając się by dzieci nie sięgnęły po niewłaściwe treści.
     
    O tym wszystkim zapominamy i wikłamy się w dyskusje, czy przetrwa książka papierowa, czy zastąpią ją czytniki, czy zapach papieru i jego faktura nie jest integralną częścią literatury. Kłócimy się o to, co warto czytać, czy można pokazać się publicznie (czyli w tramwaju, autobusie i pociągu) z powieścią o wampirach.  Złośliwie analizujemy braki i lęki osób, które czytają harlequiny. Otóż wydaje mi się, że w epoce, gdy bez książki obywa się 26 milionów Polaków, nie ma znaczenia,  na jakim nośniku czytamy i jaki rodzaj literatury wybieramy. Ważne, że w ogóle czytamy. Wybieram więc powieści Michała Witkowskiego i prozę Andrzeja Stasiuka zamiast „Faktu”, Zadie Smith i Olgę Tokarczuk zamiast „Na wspólnej”, Henninga Mankella czy powieści Daniela Odiji zamiast „W11”, Johna le Carré czy Ryszarda Ćwirleja zamiast „Uwagi”, wolę powieści Sylwii Chutnik i poezję Justyny Bargielskiej od serialu „Przyjaciółki”.
     
    Ten tekst ukazał się w „Polonistyce”, nr 3/2015. 

     

  • Pół samobójstwa i inne figury karkołomne

    Anna Janko, Mała zagłada
     Wydawnictwo Literackie 2015
    Coraz silniej rozwija się w Polsce literatura non-fiction, której tematem staje się wojna widziana oczami kolejnych pokoleń. Nie chodzi zatem o przybliżenie zdarzeń II wojny światowej, ale o ukazanie pamięci kulturowej, o przedstawienie sposobów pamiętania i upamiętniania zdarzeń. Pokolenie tych, którzy wojnę przeżyli, ustępuje drugiemu pokoleniu – urodzonym po wojnie, żyjącym w cieniu cudzych wspomnień. Pamięć kulturowa drugiego pokolenia ocalonych z Holocaustu to dzisiaj temat nie tylko refleksji literackiej, ale i naukowej. Coraz więcej pisze się też o innych przeżyciach drugiego pokolenia – o sierotach wojennych, dzieciach repatriantów, potomkach wypędzonych.
     
    O sprawiedliwość dla tych, którzy przeżyli pacyfikację wsi upomina się Anna Janko w swoim szalenie kontrowersyjnym eseju Mała zagłada. Punktem wyjścia dla jej refleksji historycznej jest pacyfikacja Soch na Zamojszczyźnie w czerwcu 1943 roku, w której zginęli jej dziadkowie wraz z większością mieszkańców wsi. Przeżyła trójka dzieci Ferenców, w tym Teresa – matka Anny Janko. W czasie pacyfikacji Teresa ma 9 lat, musi zaopiekować się dwójką młodszego rodzeństwa, zająć się nimi później w kolejnych sierocińcach. Janko opisuje trudną młodość i dorosłość matki, osieroconej i skazanej na przyspieszone dorastanie. Dorosła Teresa staje się jednak w paradoksalny sposób córką swojej córki, to mała Anna musi się opiekować matką, która ciągle żyje pamięcią wydarzeń wojennych. Mała zagłada jest zatem próbą opowiedzenia historii matki, ale też terapeutycznego oczyszczenia z odziedziczonej traumy. Ta część eseju jest bardzo spójna, wyrazista, mocna także z psychologicznego punktu widzenia. Mała zagłada staje się bardzo złą literaturą dopiero wtedy, gdy Anna Janko stara się do historii swojej matki dopisać szeroki kontekst. Teresa Ferenc opowiada bowiem córce o przeszłości jako o doświadczeniu dziecka, nie zna danych, nie interesuje jej polityczne ani historyczne tło, nie uruchamia wszystkich skomplikowanych narzędzi poznawczych. Te wprowadza Janko, szukając dla opowieści matki poszerzenia, wyjaśnienia, potwierdzenia.
     
    Ten drugi tor opowieści wprowadza jednak takie treści, uruchamia taki język i ten rodzaj emocji, który przekreśla nieomal wartość opowieści o matce. Janko, starając się zbudować w świadomości czytelnika pewną ramę, próbując unaocznić mu cierpienie osieroconych dzieci i zło wojny, często posługuje się szantażem emocjonalnym, nie cofa przed żadnym chwytem retorycznym wywołującym zaangażowanie uczuciowe. Sama pisze zresztą otwarcie: „Wszystko, co nami wstrząsa, musi być pojedyncze i mieć swoje imię”. Dlatego właśnie w Małej zagładziedominuje wyliczenie i zbliżenie – autorka wprowadza całe szeregi imion pomordowanych czy osieroconych, powtarza opisy analogicznych sytuacji cierpienia po to właśnie, by wywołać emocjonalną odpowiedź czytelnika, epatuje bólem i przemocą. Tymczasem o wojnie napisano tyle, że liczy się nie tylko to, co mówi (a Janko nie mówi niczego nowego), ale właśnie, jak o tym opowiada.  
     
    Skupiając się zaś tak bardzo na wywołaniu uczuć, zapomina autorka o intelektualnym porządku refleksji, sama tym uczuciom się poddaje. Mała zagłada stanowi też rodzaj pamiętnika, w którym Janko zapisuje przemyślenia dotyczące kolejnych filmów wojennych, spektakli, książek, dokumentów, muzeów. Notuje skrupulatnie swoje wrażenia z wizyt w obozach, przebieg rozmów z ocalonymi w Sochach, za każdym razem jednak osuwa się w banał, zarzuca czytelnika histerycznymi puentami. O strachu pisze tak:
     
    Bo czy można ubrać w słowa pustkę, która wyje? Pustkę, która wyje, biegnąc na oślep? Pustkę, która wyje i biegnie na oślep, nie ruszając się z miejsca? Jak płonący lód pali i ziębi zarazem? Od czegoś takiego słowa odpadają jak papierowe strzałki. Właściwie zanim dolecą, to już się spalą. Nie ma słów.
     
    Ten karkołomny stylistycznie fragment jest niestety reprezentatywny dla całości tekstu.
     
    Poczucie winy, skomplikowaną sytuację córki Amona Gotha przedstawia Janko następująco:
    A nienawiść do siebie jest jak pół samobójstwa, jakby się było w ciąży z własną śmiercią.
     
    O nazistowskiej technice rozstrzeliwań:
    Tymczasem oni szli sobie dalej i strzelali dalej, szczególnie zawzięci nie byli, robili swoją robotę, zabijali zwyczajnie, tak jak krowa je trawę.  
     
    Te cytaty najlepiej pokazują rozwichrzony styl, pomieszanie pozornej nonszalancji i cynizmu z sentymentalnymi, kulawymi metaforami.
     
    Opowieść Anny Janko wzbudza kontrowersje – wiele osób bowiem uważa, że nie wolno krytykować tej słabo napisanej historii, że chroni ją temat. Z jakichś tajemniczych, pozaliterackich powodów czytelnicy uważają, że nie można patrzeć krytycznie na opowieść poruszającą temat tak ważny, osobisty. Otóż można. Bo ja nie krytykuję doświadczeń Anny Janko, a tekst, który wydała. Jej opowieść wpisuje się bowiem w dość niestety rozległy nurt kiczu wojennego. Żaden temat – a tym bardziej temat tak istotny – nie usprawiedliwia histerycznego i kwiecistego zarazem języka, nieuporządkowania, chaotycznej formy, prymitywizowania wniosków. Anna Janko szantażuje czytelników, narzucając im swoje emocje, dążąc do takiego usytuowania swojej narracji, która może być analizowana wyłącznie na poziomie emocji: Janko chce naszego współczucia, a nie intelektualnej recepcji – wbrew temu, o czym mówi w licznych wywiadach.
     
    Stawką w Małej zagładzie nie jest odkrywanie prawdy o przeszłości, ale forsowanie własnej wizji. Autorka nie chce dyskusji o pamięci drugiego pokolenia, o dziedziczeniu traumy, o ramach pamięci kulturowej i o tym, w jaki sposób pamięć kulturowa musi przedstawicielom drugiego pokolenia ocalonych zastąpić rodzinne wspomnienia. Kształt jej opowieści nie daje szans na dyskusję, bo jakikolwiek sprzeciw od razu umieszcza krytyka po stronie okrutników bez serca, zimnych formalistów. Cóż, chętnie sama ustawiam się w tym gronie.  
     
     Mała zagłada to zła, ckliwa opowieść o II wojnie światowej, której chaotycznej formy sam temat w żaden sposób nie usprawiedliwia. Anna Janko to tutaj druga Kossak-Szczucka, bardzo słuszna i bardzo sentymentalna, wybielająca polską przeszłość, jednocześnie osuwająca  się w banał.
     
    Ten tekst w pierwotnej, dłuższej wersji ukazał się w „Twórczości”.