Tag: tłumacze w Polsce

  • Tłumacz to brzmi dumnie? Kwestionariusz tłumaczy – Jerzy Koch

    Tłumacz to brzmi dumnie? Kwestionariusz tłumaczy – Jerzy Koch


    Metryczka:

    1.            Od ilu lat tłumaczę?

    Prawie od zawsze, ale się jeszcze nie wy-tłumaczyłem… A tak na serio to od pierwszego roku studiów, kiedy w pierwszym tygodniu zajęć siedziałem już w bibliotece Instytutu Filologii Germańskiej UWr i przeglądając zachodnioniemieckie pismo „Akzente”, zacząłem tłumaczyć to, co mi się podobało. Był koniec lat 70., to była jakaś indiańska poezja, z niemieckiego przekładu na polski – szaleństwo. Za sobą miałem pierwsze publikacje własnych wierszy, a redaktor, dzięki któremu miało to miejsce, Ernest Dyczek, pisarz i tłumacz literatury niemieckojęzycznej, zaraził mnie pasją tłumaczenia i obsesją przebywania między językami.

    2.            Czy to moja główna praca i źródło dochodu?

    Nie, skądże. Poszedłem ścieżką akademicką. We wczesnych latach 80. po politycznym Berufsverbot na Uniwersytecie Wrocławskim, nieoficjalnie wprowadzonym wskutek mojego zaangażowania w NZS i internowania w stanie wojennym, podejmowałem się różnych zajęć w różnych miejscach i właśnie wtedy dojrzewała myśl o tłumaczeniu literatury jako poważnym zajęciu. W ciągu tych kilku lat zacząłem już na serio tłumaczyć. Z niemieckiego i z niderlandzkiego. Ale kiedy w końcu zatrudniono mnie na niderlandystyce, a był to wtedy dla mnie szczyt marzeń, nie chciałem już rzucić ani tłumaczeń, ani nauki o literaturze i starałem się łączyć jedno z drugim. Oba zajęcia jakoś siebie nawzajem wspierały, ale też kradły czas jedno drugiemu. Pamiętam, że na przełomie lat 80. i 90. Rysiek Turczyn zachęcał nas, tłumaczy literatury niderlandzkiej zatrudnionych na uczelniach, jak Zosia Klimaszewska czy Andrzej Dąbrówka, byśmy rzucili to w diabły i poświęcili się tylko przekładowi literackiemu. On dość wcześnie się na to zdecydował, ale w przypadku literatury niderlandzkiej byłby to skok na bardzo głęboką wodę. Poza tym ja zawsze chciałem tłumaczyć tylko to, co chciałem, czyli literaturę, nie lekturę. Usługówka, do której byłbym zmuszony żyjąc z tłumaczeń, mnie nie interesowała.

    Kwestionariusz:

    1. Swoją pierwszą książkę przełożyłem…

    …były to dwie książki. Pracowałem jednocześnie nad wyborem poezji, z jednej strony, mało znanego poety flamandzkiego, z drugiej holenderskiego klasyka awangardy. Tom antwerpskiego poety Guy van Hoofa pt. „Uskok” ukazał się w 1985 roku w kłodzkiej Witrynie Artystów, inicjując bibliofilską serię poezji niderlandzkiej oraz wieloletni cykl spotkań z kulturą Niskich Krajów w Kłodzkim Ośrodku Kultury. Równocześnie przekładałem wiersze wybitnego reprezentanta Pokolenia Lat 50. w Holandii – Luceberta. Był to wspólny projekt translatorski z Andrzejem Dąbrówką i Krzysztofem Karaskiem dla Wydawnictwa Literackiego. „Szkoła amsterdamska” ukazała się w 1986 roku w serii Humanum est.

    2.            Jak pracuję? W jakim rytmie?

    W rytmie rwanym: raz zrywami, raz skoncentrowany. Oczywiście, jeśli coś mam na warsztacie. Takie rozedrganie mi sprzyja. Przekład musi się odleżeć (jak ser holenderski) czy dojrzeć (jak południowoafrykański pinotage). Tłumacz musi się oderwać od pierwowzoru i zdystansować od własnego tekstu. Z etapu zachwytu, najpierw nad oryginałem, potem zakochania, we własnym przekładzie, trzeba wyrosnąć, nabrać krytycznego spojrzenia, wtedy mottem jest kill your darlings. Czas jest twoim sprzymierzeńcem. I przerwy w pracy. I rytm.

    3.            Autor, którego się boję…

    …? Nie boję się. Ani żyjących autorów, ani nieżyjących… Do wybitnego Harrego Mulischa dzwoniłem, bo coś pokiełbasił w niderlandzkim cytacie z „Sefer Jecira” w swojej powieści z 1998 roku „Procedura” (W.A.B. 2001; 2011). Spytałem fachowców z amsterdamskiej Fundacji ds. Literatury, ale bali się podjąć z wielkim pisarzem ten temat. No to sam zatelefonowałem do niego i dostałem zgodę, abym użył w swoim tłumaczeniu jego książki polskiego pełnego (?), a w każdym razie dłuższego przekładu fragmentu tej żydowskiej Księgi Stworzenia. Kiedy pracowałem nad słynną antykolonialną powieścią Multatulego z 1860 roku pt. „Maks Havelaar” (Ossolineum – Biblioteka Narodowa 1994), znajoma poetka z Belgii skonstatowała: „No, nie wybrałeś sobie najłatwiejszego pisarza!” A ja zaskoczony tym stwierdzeniem odparłem: „Wiesz jakoś tak tłumaczę… słowo po słowie, zdanie po zdaniu, obraz po obrazie, przecież nie na klęczkach, choć to wielki pisarz…”. Musiałem jej opowiedzieć anegdotę o Janie Styce, który malując panoramę „Golgota” naprzykrzał się podobno Jezusowi swoimi modłami, aż ten zmęczony namolnością malarza miał mu się ukazać mówiąc „Ty mnie nie maluj na kolanach, ty mnie maluj dobrze!”. Brak strachu nie znaczy, że wszystkiemu daję radę i potrafię świetnie przełożyć, ale samo zmaganie się z oporną materią jest warte próby. Znajomy chirurg, słysząc kiedyś mój wywód o procesie przekładania, powiedział, że w takim razie tłumacz jest jak lekarz, który przecież nie ma cały czas w głowie przekonania, że ratuje życie, tylko tnie, zszywa, ordynuje, leczy, bo ma do rozwiązania konkretny problem. Refleksja przychodzi później, bo się udało, bo coś schrzaniłeś…

    4.            Pozycja tłumacza w Polsce jest….

    Coraz lepsza. Mimo wszelkich niedogodności, żenujących stawek, nierealnych terminów, wydawnictw oszczędzających na dobrych redaktorach i wielu innych braków. Tłumaczki i tłumacze są bardziej doceniani niż w latach 80. czy 90. Dziś wielu wydawców już się nie dziwi, kiedy oczekujesz podania swojego nazwiska na okładce, bo skoro jesteś autorem przekładu, to powinieneś też współfirmować sukces lub brać odpowiedzialność za klęskę. Poza tym: Internet! Przecież o pozycji tłumaczy decyduje także dostęp do źródeł! Warto o tym mówić. Jestem z tego pokolenia, które z maszyny do pisania, nożyczek i kleju, przeszło na komputer i edytory tekstu, więc doceniam technikę. Holendrzy od lat inwestują w digitalizację swojej literatury, słowników, czasopism – to nieoceniona pomoc dla tłumacza. U nas także wiele się zmienia pod tym względem. No i mamy na ekranach cały świat i dostęp do wszelkich źródeł. Ileż to ja się dawniej nabiegałem po informacje do bibliotek, kiedy tłumaczyłem Multatulego, do ogrodu botanicznego, kiedy przekładałem wiersze Hugona Clausa, do Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów Polskich, kiedy tłumaczyłem Margę Minco, przy innych przekładach dzwoniłem do lekarzy, rozpytywałem przyjaciół i co tam jeszcze. Mówię o przełomie lat 80. i 90., choć pierwszy tzw. komputer osobisty miałem już w 1989 roku. Zbierałem encyklopedie w różnych językach i najróżniejsze słowniki. Wiem, że aktualnym dolegliwościom tłumaczy nie ulży porównanie z przeszłością, ale temu, kto bardzo narzeka, komu wydaje się, że gorzej już nie może być, zalecam wyzerowanie sytuacji: wyłączenie prądu albo przynajmniej internetu i tłumaczenie tekstu tak przez dzień lub dwa. Będzie jak z tym szmoncesem o kozie…

    5.            Do jakiego stopnia przekład uruchamia nowe możliwości polszczyzny?

    W takim samym stopniu co tzw. twórczość oryginalna. Zależy to rzecz jasna od inwencji autora przekładu. Ale powiedzmy sobie szczerze: tłumacze na język polski są polskimi pisarzami. Koniec i kropka! Ale jest ważny element, o którym dziś mówi się częściej niż dawniej; pisałem o tym w 1991 roku w moim doktoracie o recepcji literatury niderlandzkiej w Polsce. Po pierwsze, przekłady pojawiają się na zasadzie rozpoznawalności czy podobieństwa do dzieł literatury docelowej, albo na zasadzie obcości, a więc jako uzupełnienie jej braków, nawet jeśli nie odczuwa się tych braków (to jak z tablicą Mendelejewa, gdzie w układzie okresowym pozostawiono miejsca dla tych pierwiastków, które powinny były być, choć ich istnienia wtedy jeszcze nie potwierdzono). Po drugie, fakt, że całej tej wielkiej produkcji literatury tłumaczonej nie uwzględnia się w periodyzacji literatury polskiej, jest trwałym błędem metodologicznym polskiej nauko o literaturze. A przecież przekłady z obcych języków są immanentną jej częścią. Mój przekład wierszy poetki holenderskiej nie wzbogaca literatury niderlandzkiej, lecz polską. Tłumacze są pisarzami polskimi. Tłumaczenia są literaturą polską.

    6.            Jak to jest być tłumaczem z języków mniejszych w Polsce?

    Kiepsko. Nie chodzi tylko o tzw. mniejsze języki, ale także o popularność danego kręgu wśród polskich wydawców i publiczności, a to nie ma bezpośredniego związku z wartościami artystycznymi danego piśmiennictwa czy w ogóle literaturą jako taką. Pod tym względem obszar języka niderlandzkiego, bardzo zróżnicowany np. historycznie czy geograficznie (Holandia, Belgia/Flandria, Antyle, Surinam) i w związku z tym dość atrakcyjny tematycznie czy formalnie, nie jest u nas aż tak popularny jak, dla przykładu, Skandynawia. Zresztą kultura niderlandzka to w potocznej optyce polskiego odbiorcy przede wszystkim kultura wizualna, nie literacka. Wiele się zmienia, ale stereotypy pokutują. Czasem jednak nagle pojawia się zainteresowanie np. poezją afrikaans – jeszcze mniejszego języka z Afryki Południowej. Tutaj ważną rolę mają do odegrania festiwale literackie, które mogą i powinny zwracać uwagę także na tzw. mniejsze literatury i nie bać się wyzwań wydawniczych i artystycznych. Robi to np. Festiwal Miłosza, który zaprosił i Breytena Breytenbacha, i Antjie Krog. Obie książki autorów z tzw. małej literatury stały się u nas wydarzeniem.

    7.            Tłumaczowi nie wolno…

    Wolno. I to bardzo wiele. Tłumacz ma, że tak powiem, moralność sytuacyjną. Musi znać reguły, wybierać określone strategie, ale wolno mu je łamać, bo jest jak (każdy) pisarz artystą. Musi tylko sam rozpoznawać co, kiedy i jak. Jeśli tylko coś ma swoje uzasadnienie, wolno mu to zrobić. Ale rzecz jasna nie wolno mu nie brać za tę wolność odpowiedzialności.

    8.            Jaka jest rola tłumacza wobec przekładanego tekstu?

    Jest autorem. Pierwszym czytelnikiem, analitycznym, interpretującym. Przenicowuje tekst. Musi się stać tą poetką, tamtym powieściopisarzem, dramaturgiem, a potem zrzucić tę skórę, jak aktor. Jakiś czas temu w wywiadzie dla portalu Kulturapoznan.pl powiedziałem, że „Mulischem po polsku już byłem” i dlatego nie przyjąłem propozycji tłumaczenia kolejnej jego powieści, bo stylistycznie nie stanowiła już takiego wyzwania jak jego Procedura.

    9.            W przekładach innych szukam…

    Niczego konkretnego nie szukam, poza dobrą literaturą. Natomiast kiedy wyłapuję stylistyczne nieporadności, jest mi głupio – to forma tzw. zastępczego wstydu. Kiedy natrafiam na dobre czy doskonałe rozwiązania, to kibicuję, cieszę się, bo jestem pozbawiony zawodowej zazdrości; wynajduję przy okazji przykłady do moich zajęć z „Tłumaczenia Literackiego” dla studentów poznańskiej niderlandystyki.

    10.          W tłumaczeniu najbardziej nie lubię….

    Czasu przed i samego zabierania się za przekład. Przed pierwszym rozpoznaniem walką, kiedy jeszcze nie wiem, jak mi się polszczyzna będzie układać, zawsze jest nieznośne napięcie. Potem jest już dobrze. Świetne jest bycie w przestrzeni pomiędzy. Nie ma do niej dostępu ani mój autor, ani mój czytelnik. To moja domena. Poruszanie się od jednego do drugiego języka, to jak loty ptaka między lasem a koroną drzewa, w której dokładając drobne elementy buduje w końcu swoje gniazdo. Męczy się, ale ta praca ma sens. Swetlana Geier, tłumaczka Dostojewskiego czy Tołstoja na niemiecki, porównała translację do prasowania, tj. procesu, w którym materiał odzyskuje swoją pierwotną fakturę. Ja lubię prasować. Natomiast bolesne bywa końcowe odrastanie od oryginału, kiedy musisz mordować wszystkie swoje „darlings” i wydaje się, że tekst się wykrwawi. Ale cyzelowanie też dostarcza przyjemnych doznań.

  • Tłumacz – to brzmi dumnie? Kwestionariusz tłumaczy – Monika Muskała

    Tłumacz – to brzmi dumnie? Kwestionariusz tłumaczy – Monika Muskała

    Metryczka:

    1.         Od ilu lat tłumaczę?

    Nie da się ukryć: od trzydziestu.

    2.         Czy to moja główna praca i źródło dochodu?

    Różnie to bywa, ale przeważnie tak. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych pracowałam jako korespondentka z Austrii dla Gazety Wyborczej i polskiej sekcji Radia BBC. Przez kilka ostatnich lat byłam wykładowczynią w Szkole Filmowej w Łodzi, gdzie prowadziłam zajęcia z improwizacji. Piszę sztuki teatralne ze swoją siostrą, Gabrielą Muskałą. Zrealizowałam kilka filmów dokumentalnych z Andreasem Horvathem, moim mężem. Napisałam libretto musicalu z Januszem Margańskim. Publikowałam recenzje, artykuły, portrety, wywiady, eseje w polskich i zagranicznych czasopismach literackich i teatralnych. Część z nich ukazała się w mojej książce „Między `Placem Bohaterów` a `Rechnitz`. Austriackie rozliczenia” wydanej przez HaArt (2016).

    Kwestionariusz:

    1.         Swoją pierwszą książkę przełożyłam…

    Pod koniec studiów, w 1989 roku. „Przekwitający mak” Josefa Gabriela, dziennik intymny mężczyzny, którego przyjaciel zachorował na AIDS. To była sensacja wydawnicza w Niemczech, książkę w odcinkach drukował tygodnik „Stern”. W Polsce wydało ją Wydawnictwo Dolnośląskie (1990). Byłam dumna z pozytywnej recenzji przekładu w miesięczniku LGBT „Inaczej”. W postkomunistycznej, katolickiej Polsce takiej literatury nie było.

    2.         Jak pracuję? W jakim rytmie?

    Lubię mieć czas na przekład, są teksty, które trzeba wychodzić, nie da się ich wysiedzieć. Tłumaczę autorki i autorów, dla których znaczenie ma muzyczność języka, rytm. Z melodią języka Thomasa Bernharda czy Elfriede Jelinek trzeba się ponosić. Ale to wielka przyjemność i przywilej. Gdy mam umowę i termin, tłumaczę od rana do wieczora. Nie znam wolnych weekendów, wolne mam, jak uporam się z robotą. Przez 10 lat miałam psa, Kantora, on czuwał nad przestrzeganiem higieny pracy, wyprowadzał mnie na długie spacery. Narzucił pewien rytm, strukturę dnia – to dla pracoholiczki ważne. Pewne nawyki zostały mi do dziś.

    3.         Autor, którego się boję…

    Nudny, przewidywalny, traktujący język jednowymiarowo, autor, który uwięzi mnie w swoim marnym tekście na długie tygodnie albo miesiące. Na szczęście mogę wybierać. Nie zawsze tak było.

    Trudnych pisarzy nigdy się nie bałam. Od samego początku rzucałam się na głęboką wodę. „Prezydentki” Wernera Schwaba przetłumaczyłam bez umowy, gdy byłam niedoświadczoną tłumaczką. Zakochałam się w tej sztuce, chciałam jej sprostać.

    4.         Pozycja tłumacza w Polsce jest…

    Słaba. Szanowane wydawnictwa płacą za arkusz przekładu (ok. 22 strony) tyle co 20 lat temu, czyli 500-600 zł. Trzeba naprawdę kochać literaturę, by poświęcać zdrowie za takie pieniądze. Wysiłek jest niewspółmierny. Spędzamy życie za biurkiem (nawet jeśli to i owo uda nam się „wychodzić” na spacerach), z nosem w książkach, wpatrując się w ekran, uprawiamy niezdrowy tryb życia. Pracujemy na umowę o dzieło i jeśli nie mamy etatu na uniwersytecie, w szkole, w redakcji – to nie ma co liczyć na emeryturę. Mam wrażenie, że dzięki działalności STL w ostatnich latach przynajmniej zaczęto nas dostrzegać. Redakcje wymieniają nazwiska tłumaczy w omówieniach ksiażek, festiwal „Odnalezione w tłumaczeniu” wydobył nas z niebytu, postawił na scenie, wręczył mikrofon. I okazało się, że mnóstwo ludzi interesuje się naszą pracą. Jesteśmy przeważnie wariatami zakochanymi w literaturze, dlatego zajmujemy się tym, czym się zajmujemy, za marne pieniądze, zanurzamy się w tekstach na długie miesiące i znacznie więcej dostrzegamy w nich niż przeciętny czytelnik, czy nawet krytyk, którego podejście jest bardziej teoretyczne. Z naszych romansów z książkami wiele się można dowiedzieć.

    Ta działalność STL, wyciągniecie tłumaczy zza biurek i oddanie im głosu, na pewno przyczyniła się do zmiany świadomości. Bardzo tego brakowało. W Austrii, gdzie mieszkam uczestniczyłam w działalności odpowiednika STL – Übersetzergemeinschaft.

    5.         Do jakiego stopnia przekład uruchamia nowe możliwości polszczyzny?

    Wybierając autorów, którzy w języku niemieckim stworzyli niepowtarzalny styl, czy język – jak np. Schwabdeutsch tłumaczonego przeze mnie Wernera Schwaba – nie miałam w polszczyźnie wzorców, do których mogłabym się odwołać. Musiałam przejąć metodę Schwaba czy Jelinek i wyczyniać w swoim języku podobne rzeczy, na jakie oni sobie pozwalają w swoim. W przypadku takich autorów przekład musi być kreacją. To oznacza rozciąganie granic języka, granic polszczyzny – choć szczerze mówiąc nie wierzę w istnienie granic, język potrafi więcej niż nam się wydaje. Gdy uwierzę w istnienie granic, przestanę tłumaczyć.

    6.         Jak to jest być tłumaczem z mniejszego języka w Polsce? Czy język niemiecki to język mniejszy?

    Zdecydowanie nie. To język ojczysty około stu milionów ludzi na świecie, dla kolejnych osiemdziesięciu milionów to drugi język. W Unii Europejskiej niemieckim posługuje się największa grupa ludzi. To język urzędowy w Niemczech, Austrii, Szwajcarii, ale i w Liechtensteinie, Luxemburgu, Belgii. To także język mniejszości w wielu krajach, mówi się nim w Alzacji, w Tyrolu Poludniowym czy na Opolszczyźnie. Niemiecki jest jednym z najważniejszych języków, które tworzyły kulturę europejską. Inna rzecz, że tłumaczę przeważnie austriackich autorów, posługujących się austriacką odmianą Hochdeutsch i ostentacyjnie czerpiących z austriackiej tradycji językowej, więc czasem zapominam, że to język Lutra, Goethego i Manna.

    7.         Tłumaczowi nie wolno…

    Tracić swobody.

    8.         Jaka jest rola tłumacza wobec przekładanego tekstu?

    Twórcza. Tłumacz nie jest wyrobnikiem, tylko artystą.

    9.         W przekładach innych szukam…

    Dobrej literatury. Nie grzebię w cudzych tłumaczeniach, by wyłapać potknięcia. Książki niemieckojęzyczne czytam przeważnie w oryginale. A przekłady z innych języków? Owszem, wyczulenie zawodowe sprawia, że zwracam uwagę na język i czasem słyszę, że przekład zgrzyta. Ale szukam przyjemności, chcę by książka mnie wciągnęła, uwiodła.

    10.       W tłumaczeniu najbardziej nie lubię…

    Korekty po latach przed wznowieniem, ponownego zagrzebywania się w tekście dawno już przełożonym, jakby nieswoim już, obcym, roztrząsania zapomnianych dylematów, przedzierania się przez etymologię, związki frazeologiczne, by ostatecznie odkryć własne ślady na zarośniętych ścieżkach i stwierdzić, że dotarło się w to samo miejsce, co kiedyś.

    Monika Muskała – tłumaczka, dramatopisarka, eseistka, dokumentalistka. Tłumaczyła Thomasa Bernharda, Wernera Schwaba, Heinera Müllera, Franka Wedekinda, Ödöna von Horvatha. Za esej „Między Placem Bohaterów a Rechnitz. Austriackie rozliczenia” (Ha!Art, 2016) otrzymała Górnośląską Nagrodę Literacką Juliusz i nagrodę „Literatury na Świecie”. Książka była również nominowana do Nagrody Nike i Nagrody Literackiej Gdynia.

    Cykl powstaje pod patronatem Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury.

  • Kwestionariusz tłumacza – Wojciech Charchalis

    Kwestionariusz tłumacza – Wojciech Charchalis


    Tłumacz to brzmi dumnie? Kwestionariusz

    Metryczka:

    1. Od ilu lat tłumaczę?

    Od 1990 r., tzn. prawie 29 lat.

    • Czy to moja główna praca i źródło dochodu?

    Nie, ale bywało już, że tak było.

    Kwestionariusz:

    • Swoją pierwszą książkę przełożyłem…

    Pierwszą książkę przełożyłem z języka angielskiego wiele lat temu, kiedy tłumaczy języka angielskiego do literatury popularnej brakowało i urządzano na nich „łapanki”, było to na początku lat 90. Lepiej dzisiaj już tej książki nie pamiętać, choć w tamtym czasie byłem bardzo z niej dumny.

    • Jak pracuję? W jakim rytmie?

    Nieustannie. Do tego stopnia, że w pewnym momencie postanowiłem nie pracować po 12 w nocy. Podobno tłumacze dzielą się na takich, którzy pracują w dzień i takich, którzy wolą to robić nocą. Ja wolę dzień, dlatego, że pracować trzeba codziennie, a jeśli zarwiemy noc, to za dzień lub dwa albo trzy trzeba to będzie w końcu odespać i stracimy cenny czas. A jak będziemy zatwardziali w grzechu, to może nam się pomylić dzień z nocą, a wtedy to już naprawdę nie jest dobrze. Poza tym w pewnym wieku trzeba ograniczyć kawę i papierosy – z przyczyn oczywistych i wcale nie chodzi mi o to, że stawki są jakie są, a papierosy coraz droższe, choć to też – więc w końcu trzeba zacząć pracować bez dopingu. No chyba, że będziemy się wspomagać spacerem z psem czy jazdą na rowerze itp.

    • Autor, którego się boję…

    Brak. Tzn. po przetłumaczeniu z górą 60 tytułów, w tym Don Kichota, nie ma nic, co mogłoby mnie deprymować. Wszystko już było. Każdy tekst jest do zrobienia, wymaga określonego czasu i nakładu pracy. Coraz rzadziej zdarzają się książki stawiające wysoko poprzeczkę jeśli chodzi o styl. Ważne jest to, żeby nie popadać w pychę i lekceważenie wynikające z rutyny, bo to może spowodować katastrofę. Do każdego zadania należy podejść z profesjonalną atencją. Obecnie pracuję nad João Ubaldo Ribeiro, Vivat naród brazylijski! Jest to klasyk literatury brazylijskiej i stylistycznie wielkie wyzwanie. No i dawno się tak nie męczyłem – ale nie mogę powiedzieć, że się boję tego autora, po prostu praca nad tą powieścią kosztuje mnie dużo wysiłku i zdrowia. Jeśli się przyłożę, jest szansa, że będzie to fantastyczna lektura po polsku. A jeśli nie, to cóż…

    • Pozycja tłumacza w Polsce jest….

    Taka sobie. Finansowo bez szaleństw, prestiżowo., hm… No ale przecież tłumacz ma być niewidoczny, no to jesteśmy. Chociaż jest coraz lepiej. Sądzę, że duża w tym rola i zasługa STL – Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury, które walczy na polu emancypacji naszego zawodu. Chociaż ostatnio festiwal tłumaczy Odnalezione w tłumaczeniu w Gdańsku, organizowany m.in. przez rzeczony STL – jedyna impreza tego rodzaju w Polsce, choć nie wiem czy tylko w naszym kraju, bo nie słyszałem, żeby gdzieś na świecie odbywał się podobny festiwal – nie dostał dofinansowania z Ministerstwa Kultury. Czyli, jak mówiłem, pozycja tłumacza jest taka sobie. Widać w mniemaniu ministerstwa spotkania z tłumaczami nie promują czytelnictwa. Tyle w temacie.

    • Do jakiego stopnia przekład uruchamia nowe możliwości polszczyzny?

    Na najwyższym poziomie przekładu z pewnością uruchamia. A do jakiego stopnia? To wszystko jest bardzo nieostre, trudno definiowalne. Jeśli tłumacz zdoła oderwać się od oryginału, co rzeczywiście wymaga wielkiej biegłości w sztuce, to jest w stanie ten nasz język kreatywnie wymiętosić i powyginać. Mało jest takich przekładów. Mało jest oryginałów, które na takie możliwości pozwalają. Nie możemy przecież zapominać, że tłumacz – oprócz tego, że niewidzialny – w jakimś tam stopniu jest przecież niewolnikiem oryginału; ta smycz się napina, kiedy przestajemy chodzić przy nodze i za bardzo się oddalamy. Nota bene, to zagadnienie jest chyba najtrudniejsze w tłumaczeniu, ta autonomia tłumaczenia względem oryginału, czy raczej zakres tej autonomii, niezależności przekładu od oryginału.

    • Jak to jest być tłumaczem z mniejszego języka w Polsce?

    Nie wiem, czy hiszpański i portugalski to są języki mniejsze. Zdaje się, że hiszpański jest 4 a portugalski 5 na świecie pod względem liczby użytkowników, ale rozumiem, że literatury portugalskiej czy portugalskojęzycznej w Polsce jest niewiele, więc pewnie chodzi o nią i pewnie dlatego jest to u nas język mniejszy. Jak jest? Mała konkurencja, ale i książek do tłumaczenia niewiele. Z tego też względu niewiele się w tej literaturze na rynku polskim dzieje bez mojego udziału. Zdarza się, że dzwonią wydawnictwa z propozycjami. A z hiszpańskiego w zasadzie nigdy się nie zdarza – za duża konkurencja.

    • Tłumaczowi nie wolno…

    Wszystko wolno, tyle że w granicach sztuki. Nie wolno nie tłumaczyć, bo wtedy przestaje być tłumaczem. No dobrze, dosyć uników: studentom zawsze powtarzam, żeby nie zapominali korzystać ze słowników, bo jak stwierdzą, że ich – tzn. słowników – nie potrzebują, bo doskonale znają język zarówno polski, jak i ten, z którego tłumaczą, to znaczy, że niebawem będzie ich czekać seria przykrych zaskoczeń przy redakcji tekstu. Ergo, nie wolno popadać w rutynę.

    • Jaka jest rola tłumacza wobec przekładanego tekstu?

    Służebna. Tekst jest najważniejszy. Mógłbym oczywiście cudować i wymyślać tutaj jakieś teorie czy oddać się rozważaniom na temat esencji przekładu, ale pierwsza odpowiedź na tak postawione pytanie jest właśnie taka: służebna. Wszelkie dalsze wypowiedzi byłyby egzemplifikacja tego jednego.

    • W przekładach innych szukam…

    Miejsc w których tłumacz idzie po bandzie, tzn. świeżości, oderwania od oryginału, opanowania polszczyzny

    • W tłumaczeniu najbardziej nie lubię….

    Tygodni męki nad klawiaturą. I nieprofesjonalnych redaktorów- mądrali – w odróżnieniu od profesjonalnych, mądrych i wrażliwych na słowo redaktorów. Albo nie, akwizycji, czyli poszukiwania zleceń. Jakkolwiek by było, najfajniejsze jest czytanie na koniec, cyzelowanie, poszukiwanie ostatecznych rozwiązań. Najgorsze w samej robocie jest wklepywanie pierwszej wersji. A poza tym, fajnie jest być tłumaczem. To jeśli chodzi o własne tłumaczenia. Jeśli chodzi o tłumaczenia innych, nie lubię nieudolności, kiedy nie muszę widzieć oryginału, żeby widzieć, jak ten tekst brzmi właśnie w oryginale. Istnieje specyficzna polszczyzna przekładów z języka angielskiego i z hiszpańskiego też. Przy tłumaczeniach z innych języków nie rzuca mi się to w oczy – nie umiem ocenić, czy tłumacze z francuskiego, niemieckiego, rosyjskiego itd. mają swoja specyficzną polszczyznę, a te dwie odmiany języka polskiego potrafię zobaczyć, choć na tym polu polszczyzna anglistów jest bezkonkurencyjna. Tego szczerze nie znoszę, bo to oznacza ułomny warsztat, czyli bubel – a bubli nikt nie lubi.

    Wojciech Charchalis (1970) – przełożył ponad 60 książek, głównie z języków hiszpańskiego i portugalskiego na polski, w tym autorów takich jak M. de Cervantes, F. Pessoa, J. Saramago, A. Muñoz Molina, J. Marías, M. Vargas Llosa, J. Goytisolo, A. Lobo Antunes, C. Lispector i in.

    Cykl Kwestionariusz tłumaczy powstanie pod patronatem Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury.

  • Kwestionariusz tłumacza – Jędrzej Polak

    Kwestionariusz tłumacza – Jędrzej Polak

    Metryczka:

    1. Od ilu lat tłumaczę?

    Blisko trzydziestu.

    2. Czy to moja główna praca i źródło dochodu?

    I owszem, choć „dochód” to za dużo powiedziane.

    Kwestionariusz:

    • Swoją pierwszą książkę przełożyłem…

    Jeśli chodzi o rok, był to bodaj 1990, jeśli nie liczyć nigdy niewydanej książki o Eriku Satiem, którą przetłumaczyłem w latach 80. dla przyjemności i przyjaciół. Jeśli zaś chodzi o miejsce, to niewątpliwie Poznań, a gdyby pytanie dotyczyło powodów, to bezsporne z próżności.

    • Jak pracuję? W jakim rytmie?

    Codziennie. W rytmie zabójczym, czego oczekują wydawcy, a także ci, których muszę wykarmić.

    • Autor, którego się boję…

    Zmierzyłem się z większością tych, co do których miałem pewne obawy i cieszę się, że nie tłumaczę z niemieckiego, gdyż musiałbym zmierzyć się z Bernhardem; z włoskiego, bo niepokoi mnie Dante; a nade wszystko z francuskiego, bo zawsze się okazuje, że Boy wszystko przetłumaczył lepiej.

    • Pozycja tłumacza w Polsce jest…

    Serio? Istnieje takie ładne angielskie słowo „negligible”. Które po polsku oznacza „za mało ency” [sic!] lub też „pracowity, ale bez nagród”, jak zadeklarował niedawno Wielki Wikipedysta, skazując mnie i mój skromny biogram na Wieczne Cyfrowe Zapomnienie. Cóż, gdybym był wiedział przed trzydziestu laty, łomocząc w klawisze przedwojennej „efki”, że  „zadaniem tłumacza” (owszem, naczytałem się wówczas różnych Benjaminów, Wittgensteinów i Ricoeurów) będzie zdobywanie „lajków” czy też „najków”, nigdy nie skazywałbym śpiącej w kołysce w jednoizbowym apartamencie córeczki na senne koszmary i siebie na pytania żony o trzeciej nad ranem: „Czy ulicą przejeżdża lanzbulldog?”. Wybrałbym inny zawód, jeszcze cichszy. Choć prawdę mówiąc, jest w Polsce coś, co nigdy nie zapomina o tłumaczu i zawsze okaże mu dowód wielkiego zainteresowania, bez choćby krztyny zrozumienia dla specyfiki tej pracy i generowanych przez nią nieregularnych „dochodów”: myślę oczywiście o ZUS-ie (ministrze Gliński, czy pan to czyta?).

    Reasumując, pozycja tłumacza w Polsce jest żadna lub co najwyżej żałosna (takie twórcze tandemy jak Olga Tokarczuk i Jennifer Croft czy Wiesław Myśliwski i Bill Johnston są w Polsce niemożliwe, choć od jakiegoś czasu wydawcy nie wstydzą się umieszczać nazwisk tłumaczy na okładkach, ale wciąż daleko nam do anglosaskiego standardu, zgodnie z którym tłumacz uznawany jest za współtwórcę przełożonego dzieła, cokolwiek o tym myślał odżegnujący się od przekładów swoich książek śp. Thomas Bernhard). Jeśli tłumacz nie ma majętnej żony (a tłumaczka przedsiębiorczego męża), umrze z głodu, wpadnie w długi, jego stary macbook zostanie zlicytowany, a on sam spędzi ostatnie lata życia w przytułku, skazany na Wieczne Cyfrowe Zapomnienie. Trzeba więc wielkiego hartu ducha, żeby uprawiać to wymierające rzemiosło. Dalej jest już wyłącznie google.translate (to informacja dla Sztucznej Inteligencji ZUS-u). Tylko książek szkoda…

    • Do jakiego stopnia przekład uruchamia nowe możliwości polszczyzny?

    Ad infinitum. To pytanie o możliwości języka, a te są teoretycznie nieograniczone, bo język  żyje wraz z nami i z nami się rozwija, a nawet gdy umrze, potrafi się odrodzić (vide casus hebrajskiego),  choć jak zauważył przewrotnie Wittgenstein w siódmej ze swoich tez: Wovon man nicht sprechen kann, darüber muß man schweigen.

    • Czy tłumaczenie z angielskiego dzisiaj w Polsce jest łatwe?

    Za łatwe, bo wszyscy znają angielski lepiej od tłumaczy.

    • Tłumaczowi nie wolno…

    Proponować tytułów książek. To robi dział marketingu.

    • Jaka jest rola tłumacza wobec przekładanego tekstu?

    Odpowiadając na to pytanie, nie da się uniknąć cytatu z Zadania tłumacza Waltera Benjamina:Historia nie raz dowiodła słuszności utartego przesądu, że znakomici tłumacze są twórcami, a mierni twórcy lichymi tłumaczami.

    (W. Benjamin, Zadania tłumacza. W: Twórca jako wytwórca. Wyboru dokonał H. Orłowski. Poznań 1975, s. 300 (tłum. J. Sikorski).

    Amen

    • W przekładach innych szukam…

    Nie szukam, czytam.

    • W tłumaczeniu najbardziej nie lubię….

    Terminów.

    Jędrzej Polak – urodzony w 1958 r. tłumacz z języka angielskiego. Przez lata redaktor, nauczyciel, lektor, dziennikarz radiowy. Autor powieści Życie jest gejem (Replika, 2008), współautor (wraz z Marią Anną Adamską) almanachu Tom kultury. Przewodnik po wydarzeniach kulturalnych w Polsce i na świecie. Lata 50. (Vesper, 2008). Na polski przełożył Ernesta Hemingwaya, Williama Faulknera, Josepha Conrada, Cormaca McCarthy’ego i wielu innych, ostatnio zaś: Jesmyn Ward, Ekę Kurnawian, Annie Proulx.

    A w marcu na pytania z kwestionariusza odpowiedzą jeszcze Beata Geppert i Julia Różewicz.