Tag: Szczepan Twardoch

  • 5 powodów, dla których nie warto czytać dziennika Szczepana Twardocha

    5 powodów, dla których nie warto czytać dziennika Szczepana Twardocha

     1. Bo to pochwała chłopackich zabaw z bronią, a nie przepadamy za myśliwymi-łowczymi:

     

    „Wywołują mnie przez megafon.
    – Mister… uhm… Sheshepin… uhm… Twerdoc…? Pealse, go to gate.
    Wiem, o co chodzi. Przy gejcie, jednynym zresztą, czeka pani ochroniarka.
    Nie, droga norweska ochroniarko, nie będę rozkładał tutaj strzelby. No to nie poleci i to ty będziesz miała kłopot. Nie, nie mogę z niech wyjąć zamka. Tak, wiem, ale to nie jest sztucer, z którego można łatwo wyjąć zamek. Strzelbę musiałbym rozłożyć na czynniki pierwsze, a tego robić nie zamierzam (…). Norweżyca polarna jest ładna, chociaż na policzku ma wielkiego, nabrzmiałego pryszcza. Stoję przy niej otępiały i uparty w tym otępieniu”.
     
     2.  Bo katalog z przedmiotów dnia codziennego mógł robić Marcel Proust albo Jarosław Iwaszkiewicz, a gdy robi go pisarz klasy B, to trąci raczej snobizmem i problemami pierwszego świata:
    „Dzień zaczął się tak sobie, ale już prawie wiosna i słońce, więc żeby coś z dnia było, wyciągnąłem z garażu leciwy i błyszczący i kochany szwedzki kabriolet, otwarłem dach i pojechałem na południe (…). Czterdzieści pięć kilometrów, lasy i pola, pusto i prosto, można przycisnąć, posłuchać, jak świszcze turbo, wkręcić silnik na pięć tysięcy, zredukować na zakręcie, przeziębić się, bo marzec. Powkręcałem.
     
                      „Zatrzymałem się koło neogotyckiego kościoła, chociaż nie lubię neogotyku, wysiadłem, paliłem papierosa (…). Chciałem przez chwilę kupić morawskie wino, ale pomyślałem, że w gliwickim sklepie z morawskimi winami kupię przecież  lepsze niż w potravinach w Sudicach. Nic nie kupiłem”.
    3. Bo, jakbyśmy chcieli sobie poczytać sentymentalne i ogólne frazy Ericha Emmanuela Schmitta lub Paolo Coelho, to byśmy sobie ich pożyczyli z biblioteki:
    „A w nowych domach z katalogu z domami naiwny sen o klasie średniej świata Totalnej Demobilizacji, nie ma już robotników, są key accounci i sales repowie, bracia moi i siostry moje udręczone, jest rozpełzające się antymiasto (…). Konfesjonały słuchają małych grzeszków, a pamiętają jeszcze wspaniałych, wielkich grzeszników i teraz zasypiają od tych rozpaczliwych grzeszków, od lepkich niewierności samemu sobie, od ciepłych nienawiści. Grzechy są takie same od zawsze, nie zmienia się substancja człowieczeństwa, ale w obumarłej cywilizacji grzesznicy są mniejszego formatu, podobne jak mniejszego formatu są święci”.
    4. Bo próbuje być jak Nora Roberts i Danielle Steel w jednym, licząc, że zaduma się nad nim czytelnik, który lubi kupować pluszowe czerwone serca:
    „Kobieta, która jest moją żoną, ma wspaniałe trzydzieści jeden lat, a wczoraj miała lat osiemnaście i od tego czasu jestem cichych świadkiem historii jej ciała”.
    Nasuwa się tu jeszcze pytanie, jaki redaktor puszcza frazę „cichy świadek historii jej ciała”?
     
    5. Bo wzruszające w swojej prostocie intelektualnej są wyznania absolwenta filozofii, któremu tok przemyśleń zaburza wiotkię dziewczę:
    „A potem szedłem sobie grudniowym tym Mediolanem, słuchając Contemporary Noise Quintet tak głośno, że zza fortepianu nie było słuchać nawet tramwajów, i pomyślałem sobie, że nie mam żadnej mądrości, którą mógłbym przekazać światu. Chciałbym mieć taką mądrość, ale nie mam. Uśmiechnęła się do mnie dziewczyna w czerwonej sukience i jasnym płaszczu, rozpiętym w pełnej optymizmu prefiguracji kwietnia, szła szybko, stukając obcasami szpilek”.
  • Komu arcydzieło

    Komu arcydzieło

    Arcydzieł nie znajdziemy na żadnej liście bestsellerów, nie było ich w naszych bagażach wakacyjnych, nie zabieramy ich w podróż służbową i codzienną drogę do pracy. Przecież arcydzieło to książka stara, opasła, wymagająca tego rodzaju skupienia, na które – jak nam się wydaje – nie możemy sobie pozwolić na co dzień. Nie kupujemy ich w prezencie bliskim – wszak chcemy im dać coś nowego, interesującego, co pasuje do ich gustów i pasji, a żadnej bliskiej przyjaciółce nie można powiedzieć, że do jej życia uczuciowego pasuje „Pani Bovary”. Szefowi nie damy „Makbeta”, koledze z popołudniowych zajęć „Doktora Faustusa”. Nie wypożyczamy arcydzieł z bibliotek, bo szukamy gatunkowej literatury lekkiej i nowości wydawniczych. Żadna księgarnia nie urządza na nie promocji, ponieważ arcydzieła nie przyciągają uwagi, nie generują ruchu na stronie internetowej, nie zwiększają zainteresowania marką. Jak zrobić promocję na „Beniowskiego”? Można sobie wyobrazić tylko atrakcyjny pakiet 3 w cenie 2, na który składa się Vargas Llosa, Marquez i Cortazar, albo Hamsun, Ibsen i Strindberg. Czy też Bellow, Faulkner i Nabokov − tylko który z nich wtedy byłby trzeci, dorzucany gratis? Mogę ironizować, ale przecież taka akcja wzbudziłaby poczucie dyskomfortu – przecena oznacza przecież, że powieści czegoś brakuje oraz że książka jest produktem, którego ceną (a w domyśle wartością) można sterować.
    Nikt z nas specjalnie nie garnie się do lektury arcydzieł, ale jednocześnie arcydzieła pragniemy, marzy nam się książka, która nas porwie, zwymiata, zmusi do myślenia, otworzy nam oczy i sprawi, że ułożymy na nowo prywatny system wartości.
     
    Moja teza tym razem jest przewrotna: choć marzymy o arcydziele, to ani polscy autorzy nie mają warunków, by arcydzieło napisać, ani polscy czytelnicy nie mają kompetencji, by arcydzieło rozpoznać. Można też odwrócić to zdanie, i także będzie ono słuszne: polscy autorzy nie mają kompetencji, by napisać arcydzieło, a polscy czytelnicy nie mają warunków, by je rozpoznać.
     
    Akt pisania, akt czytania
    Arcydziełem nie jest każdy tekst genialny, o niezwykłej formie i ponadczasowej treści – tych literatura posiada całkiem sporo, arcydzieł zaś niezbyt wiele. Arcydzieło nie powstaje w akcie pisania, nie jest wytworem jednostki, czyli genialnego pisarza. Arcydzieło rodzi się w procesie czytania, w czasie nadbudowywania nad tekstem bazowym naszych kolejnych, ożywiających go interpretacji, dodawania kontekstów, poszerzania znaczeń. Tworzenie arcydzieła to zatem sport grupowy, dyscyplina dla czytelników, zabawa dla nas wszystkich.
    Utwór o wysokiej wartości wymaga przede wszystkim wielokrotnych odczytań i pogłębiania sensów. Wartość arcydzieła polega zaś między innymi i na tym, że można ustawiać je w różnych kontekstach, za jego pomocą oświetlać różne zjawiska z naszej rzeczywistości albo też wydobywać z niego nowe sensy dzięki nowemu kontekstowi. W końcu „Mistrz i Małgorzata” w dobie siarczystego komunizmu była powieścią o stłumieniu wolności słowa, o groteskowości systemu politycznego, o kompromisach sprzedajnych artystów. Dzisiaj zaś czytamy „Mistrza i Małgorzatę” jako powieść o miłości, jako rodzaj literackiej gry z absurdem życia. W poprzednich odczytaniach, które mistrzowsko przeprowadzał w Polsce Adam Drawicz, chodziło o to, z czym walczą diabły. Dzisiaj czytelnik skupia się na tym, kim jest sam Woland i jego słudzy.
    Jaki czytelnik jednak miałby w Polsce stworzyć arcydzieło? Na jakim forum? Z jakiego tekstu? Dzisiaj chcielibyśmy dostać do rąk książkę, która opowiada o życiu w III Rzeczpospolitej, o czasach transformacji, wyjściu z komunizmu i wejściu w brutalny kapitalizm. Żaden tekst jednak nie budzi w nas powszechnego uznania: Miłosz? Nie, bo wziął w czasie wojny litewski paszport? Tuwim? Uciekł w czasie wojny za granicę, a potem współpracował z komunistami. Iwaszkiewicz? No nie, bo ta jego orientacja seksualna… Tak czytamy autorów z XX wieku. Kolejne spory ideologiczny utrącają kandydatów do arcydzieła o ostatniej przemianie systemowej. Czy arcydziełem jest „Weiser Dawidek” Pawła Huellego? Nie bardzo, bo perspektywa dziecka uniewinnia system – mówią zwolennicy twardego rozprawienia się z komunizmem. To może w takim razie „Madame” Antoniego Libery? Nie, bo za dużo to anachronizmu, bo zbyt jaskrawa jest świadomość zła systemu, żaden nastolatek takiej nie mógł posiadać – mówią zwolennicy łagodnego kursu. Tak właśnie, stopniowo i powoli, utrącamy teksty pretendujące do statusu arcydzieła. Arcydzieło rodzi się w kontekście, ale my – mieszkańcy rozpolitykowanego państwa – widzimy w pierwszej kolejności wybraną opcję światopoglądową, zaglądamy autorowi do biurka i łóżka i wyrzucamy go z pozycji, na której postawiły go poprzednie pokolenia.
     
    Marketing a produkcja arcydzieł
    Życie literackie w Polsce w największym stopniu regulowane jest przez ruch wydawniczy, ten zaś poddaje się – bo musi – prawom marketingu. Listy bestsellerów zajęły miejsce opinii i wskazówek krytyków, jednak informacje medialne dotyczące sprzedanej liczby egzemplarzy nie stanowią przecież dobrego podglebia dla jakiegokolwiek arcydzieła. Nie powstanie ono nigdy wtedy, gdy książka żyje przez miesiąc lub maksymalnie kwartał od chwili publikacji do momentu wypchnięcia jej z półek księgarskich. Arcydzieło to tekst, z którym długo się oswajamy, które w jakiś sposób ciągle funkcjonuje w polu naszej uwagi. Nie ma na ten status szans książka, która przelatuje przez księgarnie.
    Trafiająca do sprzedaży książka ma przygotowaną kampanię reklamową, rozpoczyna się ona jeszcze przed wydaniem. Autor o znanym nazwisku może liczyć na recenzję w dużych dziennikach, na portalach i w stacjach radiowych, wszystkie one jednak ukazują się w ciągu dwóch tygodni przed wydaniem lub tuż po nim. Zamożny wydawca za kilkadziesiąt tysięcy złotych wykupuje dla książki miejsce na stołach w największych sieciach księgarskich, rozsyła egzemplarze recenzenckie krytykom, dziennikarzom i blogerom, zbiera ich teksty na osobnej stronie internetowej. Nie ma jednak miejsca na polemikę między krytykami, na spór między redakcjami. Każdy dziennikarz, który pisze o książce, prezentuje ją po prostu swoim czytelnikom, teksty mają charakter informacyjny, a nie refleksyjny, z rzadka krytyczny. Media poświęcają uwagę książkom tylko z okazji wydania, nowość literacka to jest to grzeje, dobrze sprzedaje się też literacki skandal. Nie ma zatem powodu, by pisać o tytułach sprzed kilku lat. Coraz większa ilość autorów – dziennikarzy czy krytyków i blogerów – uprawia z zapałem gatunek, który na własne potrzeby nazywam „misiem”. Jego główną osią, a zazwyczaj i jedyną treścią jest stwierdzenie „podoba mi się/ nie podoba mi się”. Uzasadnienie w „misiu” nie odgrywa zatem już żadnej roli. Spora część autorów internetowych przekonana jest bowiem, że tekst krytyczny składa się ze streszczenia (wątłego) i opinii własnej (skrótowej). Trudno zatem w takiej przestrzeni kreować arcydzieło.
     
    Technika kopiuj – wklej
    Portale internetowe, mniejsze czasopisma często przekopiowują materiały nadesłane przez wydawcę, przepisując słowo w słowo notę opracowaną przez specjalistę od promocji. W ciągu kilku ostatnich lat wielką karierę zrobił nowy gatunek krytyczny – blurb, czyli krótka, jednozdaniowa nota o książce, podpisana przez znaną osobistość lub ważną redakcję. W słowniku blurbowym „arcydzieło” to zasadniczy termin, wymienny często z frazą „niezwykłe dzieło literackie” (to cytat z blurba Stephena Kinga na książce Donny Tartt „Szczygieł”). Nadużywane, staje się przezroczyste, traci zupełnie swoją moc wartościowania. W literaturze gatunkowej istnieje zaś „arcydzieło przydawkowe” (zapożyczam ten zgrabny termin od Andrzej Stoffa), czyli wskazanie, w jakiej grupie dany tekst się wyróżnia. I tak można mówić o arcydziele literatury kryminalnej, sensacyjnej, arcydziele romansu. Pisze się tak o książkach rozrywkowych, często powstających w  serii. Takie arcydzieło przydawkowe sprzeczne jest jednak z samą ideą arcydzieła, które powinno wybijać się z każdego tła, nie istnieć w kontekście innych utworów, a właśnie poza nim. Szczytem absurdu w tej dziedzinie jest wskazywanie „kolejnego arcydzieła skandynawskiej literatury kryminalnej”.
    Miejsce dyskusji krytycznej zajęła zatem mniej lub bardziej rozbudowana informacja handlowa, publiczny obieg informacji o książce w Polsce skurczył się i ograniczył do reprodukowania cudzych teksów, nie ma więc mowy o tym, by z dyskusji o powieści narodziło się jakiekolwiek arcydzieło.
     
    Nasze niskie kompetencje
    Roman Ingarden pisał, że arcydziełem jest taki utwór, który cechuje się zarazem prostotą i krystaliczną harmonią budowy. Wiemy też, że arcydzieła nie da się wyprodukować, nie ma jednej recepty, listy cech i elementów, jakie musi ono zawierać. Często jest tak, że pisarze zapożyczają pewne cechy arcydzieł – używają narracji personalnej, która podnosi wartość powieści Dostojewskiego, sięgają po perspektywę dziecka, która z „Blaszanego bębenka” Grassa uczyniła arcydzieło. Na bohatera wybierają pogrążonego w marzeniach indywidualistę, czyli w jakiś sposób nawiązują do „Don Kichota” – wszystkie te rozwiązania nie czynią jednak ze zwykłej powieści arcydzieła.  Autor arcydzieła nie wie nigdy, że je pisze, utwór staje się arcydziełem często dopiero po jego śmierci, gdy dzieło ożywa. To zatem dyscyplina dla długodystansowców.  
    W „O poznawaniu dzieła literackiego” Ingarden pisze, że czytelnik, bo obcować z arcydziełem, musi wzbić się nad poziom własnej przeciętności, nastawić na wartości, powinna go cechować świeżość odczuwania, nadzwyczaj aktywne życie psychiczne, wewnętrzna wolność i „gotowość do uniezależnienia się do uznawanych dotychczas systemów wartości”. Cóż, obawiam się, że Ingarden, opisując modelowe arcydzieło, opisał też modelowego, nieistniejącego czytelnika. Dzisiaj czytamy na dwa sposoby: incydentalnie lub rozrywkowo – czyli rzadko, w poszukiwaniu oderwania od własnych spraw, wybieramy lekką literaturę gatunkową lub hobbystycznie-hurtowo – czyli z pasją, ale idąc w ilość, a nie jakość, próbujemy czytać na bieżąco to wszystko, co ukazuje się w interesującej nas dziedzinie. Niejeden bloger urządza na koniec miesiąca czy roku podsumowanie, z którego wynika, ile przeczytał tytułów, ile to było stron, na ile stron dziennie przekłada się ta ilość książek. Śmieszą mnie te statystyki i posumowania, zawsze wtedy zastanawiam się, czy możliwy byłby taki dialog między Kazimierzem Wyką i Janem Błońskim. Niestety nie mam komu o tym opowiadać, bo liczba osób, które wiedzą, kim byli Wyka i Błoński, kurczy się coraz bardziej.    
    Ingardenowi zależało na tym, by nasza analiza była wierna dziełu i rozwijająca, ukonkretniająca. Trudno spełnić dzisiaj te kryteria przeciętnemu czytelnikowi również i z tego powodu, że nie ma on podstawowych kompetencji: nie odróżnia fabuły od akcji, nie potrafi nazwać typów narracji, nie wie, jakie są kategorie estetyczne, nie czuje nastroju tekstu (a więc przechodzi suchą stopą przez cały proces edukacji szkolnej). I ten mój zarzut dotyczy czytelników wykształconych, humanistów. Wielu krytyków, pisząc o poezji, charakteryzuje „narratora wiersza”, specjaliści od powieści zajmują się wyłącznie jej linią ideologiczną, bo nie potrafią wskazać żadnych elementów formalnych.  
    W tym roku na zajęciach czytałam ze studentami reportaże Hanny Krall zebrane w tomie „Sześć odcieni bieli” – o tym, że Krall to autorka arcydzieł, nikogo chyba przekonywać nie trzeba. Jeden z nich, zatytułowany „Portret rodziny Z. we wnętrzu” wydał mi się szczególnie atrakcyjny, bo mógłby służyć za definicję ironii w literaturze. Krall przedstawia w nim rytm dnia trzypokoleniowej, wieloosobowej rodziny, stłoczonej na 30 metrach mieszkania. Kończy zaś ten reportaż tak: „Wraca więc do domu w cudownym humorze, bo mało, że ma takie szczęście do ludzi, to jeszcze pan Gutek przyniósł skądś schab karkowy (…). Ona wtedy przenosi się do łazienki. W łazience, która jest niezwykle funkcjonalna, układa na pralce (…) książki, sama siada na sedesie, przysuwa do siebie pojemnik na brudną bieliznę, (…) rozkłada na niej zeszyty i spokojnie zabiera się do sprawdzania wypracowań”. W czasie egzaminu, studenci pytani o to, jaki ton pobrzmiewa w tym tekście, odpowiadali przeważnie, że patos (choć zdaje mi się, że Krall ani razu w swoim życiu nie zastosowała tej kategorii). Co odważniejsi prosi, bym podała im opcje do wyboru…. 
     
    Trzeba uprawiać swój ogródek…
    Nie żałuję, że literatura polska nie wydaje dzisiaj arcydzieł. Ta sytuacja nie wywołuje u mnie lęku, ani tęsknot do wielkiej przeszłości – powrotu do lat 80. XIX wieku, czy do lat 60. XX wieku. Nie wynika to jednak ani z moich silnych nerwów, ani wyjątkowego optymizmu i oczekiwania na poprawę koniunktury literackiej. Chodzi bardziej o cyniczne przeświadczenie, że współczesna literatura polska jest tak słaba, że o arcydziele możemy sobie pomarzyć. Można biadać, że nie ma arcydzieł, gdy średni poziom literatury danego okresu jest wysoki, wyrównany, gdy do miana pisarzy wybitnych kandyduje duże grono i trwa między nim rywalizacja – u nas zaś teraz nędza i posucha, przetrzebiony tłumek pisarzy marzących o pozycji celebrytów, porzucających powieść ambitną dla kryminału, który przyniesie sławę i pieniądze (sprawdzony już przepis Michała Witkowskiego, ostatnio próba Kai Malanowskiej). Kto miałby rywalizować w Polsce o tytuł twórcy arcydzieł? Przecież nie młodzi – Szczepan Twardoch pisze pod trendy literackie, wybiera tylko takie rozwiązania kompozycyjne, które zrozumie przeciętnie wykształcony czytelnik. Pokolenie średnie? Joanna Bator, zamiast pisać powieści, zajęła się opisywaniem swoich strojów na wyprawie na Sri Lankę (przerażająco płytka „Wyspa łza”). Manuela Gretkowska, niegdyś desygnowana na pisarkę wybitną, obsunęła się w tanie, łzawe historyjki i interwencyjne fabuły.
     
    Może ktoś ze starszego pokolenia?  Janusz Głowacki jest pisarzem świetnym, ale ostatnio wydaje tomy felietonów czy scenariusz filmowy – to nie są gatunki, z których powstać może arcydzieło literatury. Eustachy Rylski ciągle nie może przeskoczyć poziomu swojego debiutanckiego „Stankiewicza” z 1984 roku. Jerzy Pilch wypluwa coraz to nowe książki, kolejne coraz słabsze, bo za szybko oddawane do druku. Polska literatura nie jest więc zdolna do wydania arcydzieła także i z tego powodu, że nie ma autora, który miałby w sobie wystarczająco dużo samozaparcia, by nie poddać się mechanizmom rynkowym i nie gonić za poklaskiem, nie upajać się własnym sukcesem. Większość pisarzy to bowiem ofiary swojej własnej marki, poddający się przelotnym modom i trendom literackim, obawiający się podążać swoimi ścieżkami, łasi szybkiego sukcesu. W tym sporcie dla długodystansowców, większość z nich uprawia sprint. We współczesnym życiu literackim widzę tylko jedną autorkę, której postawa przeciwna jest wszystkim moim tezom, która jest zdolna do napisania arcydzieła, która potrafi pisać na długim oddechu, niepomna na mody. To Olga Tokarczuk.
     
    Nie pragnę zatem arcydzieła, marzy mi się dużo więcej średnich, rzemieślniczych i sprawnych utworów, pisanych z szacunkiem dla czytelnika, bez oszukiwania go i wciskania kolejnych modnych tematów. Kolejnych pisanych na szybko, ledwo skleconych historii, przekopiowanych z prasy codziennej. Jak można trafić na arcydzieło w kraju, w którym większość powieści zawiera błędy językowe, interpunkcyjne i stylistyczne, które znajdziemy w okólnikach Centralnej Komisji Egzaminacyjnej? Nie ma szans.

     

     Tekst ten został opublikowany w „Polonistyce”, nr 5/2015 (wrzesień-październik)
  • Moc nazwiska czyli wszystkie twarze pisarza

    Moc nazwiska czyli wszystkie twarze pisarza

    Kilka tygodni temu Michał Witkowski wystąpił publicznie w kapeluszu przystrojonym wzorem przypominającym runy SS, a sprawa ta wywołała skandal nie tylko w środowisku modowym. Wydawnictwo Znak, które kończyło drukować właśnie jego najnowszą powieść „Funf und cfancyś”, zawiesiło wydanie tekstu i rozważa także rozwiązanie umowy z samym Witkowskim. Jak widać więc, wizerunek pisarza stał się naczelnym zagadnieniem współczesnego życia literackiego. Nie jest to zjawisko nowe, bo o stylizowanie się, budowanie dla publiczności oraz potomnych własnego pomnikowego wizerunku dbali już autorzy doby baroku, dzisiaj jednak problem image’u, medialnego oblicza nabiera zupełnie nowych znaczeń.
     
    Ile zostało z romantycznego mitu
    Z przekonania, że życie narzuca kierunek dziełu, że pisze się własnym wnętrzem i w każdym dziele rozprawia z własnymi demonami, romantycy uczynili centralny problem literatury, odrzucając całkowicie dydaktyczne porywy swoich antenatów. Jednak i w ich przypadku nie można mówić o szczerości, bo wyraźnie widać przecież, że byli oni mistrzami w kreowaniu wizerunku. W korespondencji zachowały się portrety genialnych szaleńców, opętanych duchem literatury, niewiele tam trosk o notowania giełdowe, wysokość czynszów, zaliczki od wydawców. Zatem już w chwili, gdy w literaturze ujawniła się postać autora, wraz z nią zawitał problem zarządzania jego wizerunkiem. Rodzi się „spektakl osobowościowy”.
    Ten spadek romantyczny pozostaje dzisiaj wciąż aktywny, z powodu jednak wzrostu ilości mediów, w założeniu romantycznej autentyczności dokonały się istotne przesunięcia. Każdy autor, by osiągnąć sukces, musi budować swoją rozpoznawalność, z własnego nazwiska czyni markę, której identyfikację buduje przez lata. Praca autora zatem jest trudniejsza niż praca romantyków, bo musi on równolegle tworzyć dwa rodzaje tekstu: tekst powieściowy oraz tekst życiowy, w którym to głównym bohaterem jest zawsze on sam, jego nazwisko i biografia. W utworach literackich, wywiadach, felietonach, kwestionariuszach, w czasie spotkań buduje on zatem wciąż dwa portrety: jeden zmienny, czyli związany z danych dziełem, oraz jeden stały – wizerunkowy, wykreowany w równym stopniu, co ten pierwszy. Drugi portret powstaje przez całe życie pisarza, konstruuje się go ze zdarzeń życiowych, przemyśleń, nałogów, związków. O wszystkim tym informuje się w czasie wywiadów, w których pisarz, deklarując całkowitą szczerość i obiecując obnażenie duszy, precyzyjnie i przy użyciu narzędzi literackich, wytwarza swój portret publiczny. Walka między autorami jednej epoki nie toczy się więc wyłącznie o stworzenie najlepszego dzieła, ale trwa też rywalizacja o wyrazistszy, bardziej interesujący wizerunek. Na początku lat 90. Andrzej Stasiuk umacniał swój wizerunek artysty niepokornego, opowiadając o wyroku, jaki odsiedział za uchylanie się od służby wojskowej. Jacek Dehnel kilkanaście lat temu szybko wyrobił sobie nazwisko, bo czytelnicy zapamiętali jego styl dandysa. Michał Witkowski wypłynął jako pierwszy zdeklarowany homoseksualista, który właśnie swoją płciową tożsamość ustawił w centrum powieści. Wojciech Kuczok zaistniał dzięki „Gnojowi”, w którym opisywał przemoc w katolickiej, porządnej rodzinie. Gdy jednak osłabła fala sławy, pozwolił się sfotografować z nagą żoną u boku w kolorowym czasopiśmie.
     
    Wojaczek wiecznie żywy
    We współczesnej kulturze obserwujemy zatem wojnę na biografie, rywalizację autorów, którzy własnym życiem promują dzieło, ujawniają w wywiadach kontekst biograficzny, dramatyczne przeżycia, traumy, lęki i wątpliwości, dające genezę literaturze. Wygrywają ci, którzy prowadzą życie kaskaderów, chorują, umierają młodo, mają na koncie prawdziwe skandale. Wciąż żyje romantyczny mit twórcy, spalającego się z powodu talentu i dlatego poetą wciąż inspirującym pozostaje Rafał Wojaczek, a każdy z młodych prozaików musi przejść (niczym ospę) fascynację Jackiem Kerouackiem i Williamem Burroughsem. Każdemu marzy się też amerykański sen Jerzego Kosińskiego, choć oczywiście bez takiego zakończenia. Pisarz – kaskader literatury, genialny samobójca, poświęcający życie na ołtarzu weny to jeden z mitów naszej kultury. W ramach tego mitu istnieje tylko problem wielkiej literatury i walki z własnymi demonami, nie ma za to w ogóle zagadnienia sprzedaży tekstu, publikowania. Kosiński nie musiał przecież zabiegać o wydawców i przekłady! To sami wydawcy wyrywali mu spod ręki dopiero co ukończony maszynopis.
     
    Menadżer własnej marki
    Skandalem można dzisiaj sprzedać co najwyżej jedną książkę, później każdy z autorów musi zabrać się za ciężką literacką robotę, cyzelowanie tekstu, mało widowiskową pracę przy biurku. Nikt dzisiaj jednak nie zwierza się z niemocy twórczej, opowiada wyłącznie o konieczności zmieszczenia się w wyznaczonych przez wydawcę terminie. O tym, że pisanie to trud, męka, poszukiwanie tematów, języka, godziny spędzone na twardym krześle przed komputerem, przezwyciężanie lenistwa i Bóg wie, jakie jeszcze problemy piszą dzisiaj wyłącznie Ci, którzy znajdują się poza podejrzeniem,  którzy opublikowali niedawno swą kolejną wybitną książkę. Jonathan Franzen o trudnościach z pisaniem opowiada na Book Expo America, w rozmowie zapowiadającej wydanie jego najnowszej powieści. Magdalena Grzebałkowska w artykule opublikowanym w „Książkach. Magazynie do czytania” opowiada o tym, jak to oszalała, decydując się pisać o zakończeniu wojny w Polsce. Wykorzystuje też topos skromności, gdy w całym swoim artykule udowadnia, że jej wiedza o 1945 roku była zbyt mała, powierzchowna, błędna: „Myślałam o nim mgliście, naiwnie i po dziecięcemu”. Grzebałkowska może pozwolić sobie na taką kokieterię literacką, bo do księgarni na początku maja weszła jej reporterska książka, grube tomiszcze, zbierające świetne recenzje.
    Pisanie to dziedzina lifestyle’owa, coś trendy  – taki komunikat wysyłają do czytelników pisarze za pomocą mediów społecznościowych. Za ich pomocą reklamują też  opublikowane fragmenty, wrzucają zdjęcia ze wstępne obróbki: wydruk całości na domowej drukarce, siermiężną okładkę próbnego egzemplarza (jeszcze sprzed ostatecznej korekty), dziękuje wydawnictwu za pomoc i wsparcie. Pokazują, jak wygląda ich biblioteczka, biurko, pokój do pracy. Pozują na tle elegancko (lub nonszalancko) zaaranżowanych blatów.
     
    I tutaj właśnie natrafiamy na mit drugi: pisarza – menadżera własnej marki. To mit nowoczesny: literatura to pewnego rodzaju projekt, przedsięwzięcie, pisarz zaś to stypendysta państwowych instytucji kultury i zachodnich fundacji, szykujący notatki do powieści na MacBooku w kawiarni, zdyscyplinowany gość targów książki, uczestników paneli, debat, autor felietonów w prasie wysokonakładowej, obfotografowywany w RayBanach z grubymi oprawkami. Korzystający z iPhone’a i iPada, jeśli piszący na papierze to tylko w notatniku Moleskine’a, z torbą Michaela Korsa na ramieniu. Pisarz-menadżer dba o stałą obecność swojego nazwiska w mediach, publikuje z żelazną dyscypliną co rok lub dwa lata, bo tylko takie tempo pozwala utrzymać się cały czas w modzie. Pokazuje swoje mieszkanie w kolorowych czasopismach, czyta swoje książki w wersji na audiobooka lub w radiu, ustawia się na ściankach na galach, na Facebooku komentuje sytuację polityczną, wybory, ruchy społeczne. Nie interesuje go skandal, ale umacnianie marki, ciągle pracuje nad kolejnymi utworami oraz nad własną rozpoznawalnością. Zabiega więc o tłumaczenia, wyjeżdża na zagraniczne targi książki, często spotyka się z czytelnikami. W tym micie – dokładnie przeciwnie niż w micie romantyczno-demonicznym – nie istnieje problem weny i oryginalności, cała zaś uwaga przesuwa się na proces wydawania, publikowania, zarabiania na pisaniu.
     
    Pisarz w drodze do Biedronki
    Jak wszystkie mity, zarysowane tutaj dwie postawy, mają niewiele wspólnego z rzeczywistością. Prawda leży gdzieś pośrodku, a rzeczywistość polskiego twórcy literatury często ociera się o biedę. To zatem drugi element mitu romantycznego (obok problemu publicznego wizerunku pisarza), który pozostał ciągle aktualny. W kraju, gdzie żyje więcej pisarzy niż czytelników trudno dorobić się na pisaniu. Astronomiczne zaliczki, jakie podobno otrzymali za swoje książki Jerzy Pilch czy Janusz Głowacki dostępne są niewielu, a i im plotka miejska dodaje jedno zero. Rzeczywistość polskiego pisarza to, jak przyznała Kaja Malanowska, honorarium w wysokości 6800 złotych – takiej wysokości tantiemy otrzymała za swoją książkę, która miała niezłą promocję i zdobyła nominację do Nagrody Nike.
    Wielu autorów przyznaje, że z literatury nie da się utrzymać, dlatego większość z nich pracuje na etatach w szkołach, pisze scenariusze seriali, zabiega o wyjazdy stypendialne i programy rezydencjalne. Jakobe Mansztajn w wywiadach promujących swój drugi tom poetycki opowiada szczerze, że przez kilka lat po debiucie, aby zarobić na życie, pracował w sklepie Ikei jako monter mebli.

    O ile prozaik, jeśli sprzyja mu szczęście, może utrzymać się z pisania, o tyle polski poeta nie ma takich szans. Jedynym ratunkiem dla poetów są zatem nagrody literackie, których jednak nie ma w Polsce tak dużo, by dawały utrzymanie wszystkim piszącym. Poezję drukuje się w bardzo niskich nakładach, często w instytucjach, które z powodów formalnych (np. z powodu dofinasowań ministerialnych) nie mogą sprzedawać książek z zyskiem i nie mają pieniędzy na ich promocję. Najnowszy tom poetycki Jacka Podsiadły wydała (przepięknie!) Brama Grodzka, która jednak nie może dystrybuować tej książki, a jej nakład wyniósł 300 egzemplarzy. Podsiadło otrzymał za nią Wrocławską Nagrodę Poetycką Silesius, jest także nominowany do Nagrody im. Wisławy Szymborskiej i Nagrody Literackiej Nike, niestety sam tekst okazuje się efemerydą.

    Pracujący na etacie w szkole lub domu kultury pisarz robi zatem zakupy w Biedronce, książki pisze w czasie wakacji, bierze urlop bezpłatny, by wyjechać na festiwal literacki lub spotkanie autorskie. Poeta musi jeszcze ustawić się w kolejce do wydawcy, bo liczących się wydawców poetyckich jest tak mało, że publikujący i uznani twórcy muszą czekać na swoją kolej. I znów wydaje się, że jedynym wybawieniem, jedyną dźwignią, która wyrzuci ich ponad grupę i pozwoli przejść do dużych domów wydawniczych jest ich wizerunek, moc nazwiska. Znów zatem trzeba odwołać się do „spektaklu osobowościowego”.
     
    Autentyzm i promocja
    Dlatego właśnie współczesna dyskusja o literaturze zmienia stopniowo swój kierunek. Przeciętny czytelnik nie pyta już o wartość estetyczną utworu, ale o autentyzm autora, chce wiedzieć, czy to, co w powieści zawarte, jest szczerą wypowiedzią (zmienia się więc i kryterium prawdy, prawdziwości dzieła), rzeczywistym sądem autora o otaczającym go świecie, czy też raczej historią wykreowaną w celach marketingowych, uszytą pod nagrody i kolejne trendy literackie. Na ile autentyczne są opowieści o przeszłości rodziny, o śląskich lub kresowych korzeniach, o homoseksualnej tożsamości, traumatycznym dorastaniu, dzieciństwie na wsi? Kolejne wystąpienia pisarzy na festiwalach literackich, w programach telewizyjnych, wpisy w mediach społecznościowych, udzielane przez nich wywiady dają bowiem możliwość wypowiadania się wprost, poza ramami literatury. Nie ma pisarza, który mówiłby o sobie szczerą prawdę, wszyscy tworzą jakiś swój wizerunek, część z nich jednak stylizuje się na autentyczność, ukrywając samą czynność stylizowania. Część zaś podejmuje z odbiorcą grę, stawiając problem autopromocji w centrum, uznając go za zasadnicze działanie, zagadnienie z przestrzeni kultury (jak czyni przywołany we wstępie Michał Witkowski). Czytelnicy według własnego wyczucia oceniają szczerość autorów, z upodobaniem czytają dzienniki i pamiętniki, studiują wywiady, śledzą profile swoich ulubionych pisarzy. Zgadzają się na grę, skandal, ewokowanie własnego ja do zanudzenia, za każdym razem pragną jednak autentyczności. Pisarz pozwolić sobie może na skandal, wybaczymy mu wyrok sądu, niepoprawne politycznie poglądy, słowem wybaczymy wszystko, z wyjątkiem kłamstwa marketingowego. W walce na wizerunki przegrywa nie ten, kto tworzy sobie wizerunek słaby, ale ten, kto przyznaje się do pisania dla pieniędzy, pod publiczkę, do cynicznego wykorzystywania mody na dane zjawisko. I to właśnie w nowej medialnej rzeczywistości jest największy grzech literata.
     
    Robię sobie trzy biografie…

     

    Nie piszę tego tekstu przeciwko pisarzom kreującym swoje wizerunki, lecz przeciwko czytelnikom naiwnym, szukającym szczerej prawdy i czytającym teksty literackie à la lettre. Przeciwko tym święcie przekonanym, że wywiady z pisarzami nie zawierają żadnej pozy, że korespondencja, dzienniki czy pamiętniki powstawały jako teksty intymne, prywatne, całkowicie szczere i autentyczne. Nie ma czegoś takiego, a ten, kto zaczyna pisać, od razu zaczyna też wytwarzać jakiś publiczny wizerunek, zwodzić odbiorcę, ustanawiać kierunki interpretacji. Nie ma więc autentyczności, a jedynie stylizacja na autentyczność. „Robię sobie w listach trzy biografie, każda inna (…) za swój święty obowiązek uważam wytworzenie zamętu w głowach szperaczy i przyczynkarzy do historii sztuki polskiej w drugiej połowie XX w. (…) Nie ma w tym (dbam o to) ani obrazu epoki, ani obrazu mojej psychiki, bo ten, od kiedy się dowiedziałem, że scripta manent, staram się gruntownie zakłamać” − pisał w 1970 r. Zdzisław Beksiński w liście do Marii Turlejskiej. Takie uproszczenia prowadzą bowiem do tego, że nie rozumiemy tekstów literackich (tak było w 1947 roku, gdy część czytelników po publikacji „Pożegnania z Marią” domagała się postawienia Tadeusza Borowskiego przed sądem jako obozowego drania), formułujemy błędne oceny wobec samych pisarzy (rozważamy cechy ich wyglądu i stroju zamiast cech dzieła), wreszcie dajemy sobie zamydlać oczy (gdy czytamy „Kronosa” Gombrowicza w poszukiwaniu nagiej prawdy życia, a dostajemy jedynie katalog chorób i kochanków lub gdy wierzymy Paolo Coelho, który w wywiadach opowiada o metafizycznej głębi swoich płytkich jak kałuża książczyn). Dla dobra własnego intelektu i zdolności poznawczych powinniśmy zatem potraktować literaturę oraz życie literackie jako pole walki i uzbroić się w podejrzliwość.

    Ten artykuł ukazał się w „Polonistyce” (numer lipiec-sierpień 2015)
  • Człowiek, drzewo, sarna, kamień

    Szczepan Twardoch, Drach

     

    Wydawnictwo Literackie 2014
     
    Człowiek, drzewo, sarna,  kamień
    Drach nie jest powieścią ani tak wybitną, jak piszą wielbiciele Twardocha, ani tak trudną, jak chcą jej internetowi krytycy. Twardoch kontynuuje w niej swoją zasadniczą technikę, łączy wątki współczesne z historycznymi, osadza akcję w czasie wojen i niepokojów, znów wybiera schemat trójkąta miłosnego i głównym bohaterem czyni człowieka wyalienowanego. Ponownie także sięga po chwyt opowiadającej o świecie pewnej nadświadomości, istoty obdarzonej wiedzą większą i szerszą niż ludzka. Tym razem jednak na miejsce akcji wybiera Śląsk, w jedno „teraz” ściąga wydarzenia z wojen XIII wieku, I wojny światowej, powstań śląskich i plebiscytów z lat 1919-1920, II wojny światowej oraz początku XXI wieku. Jego bohaterami stają się przedstawiciele rodziny Magnorów i Gemanderów, których losy śledzi przez cały właściwie XX wiek, na plan pierwszy wysuwają się zaś dwaj przedstawiciele tej rodziny – Joseph Magnor, górnik, żołnierz pruski w czasie I wojny oraz jego odległy potomek – Nikodem Gemander, śląski uznany architekt z przełomu XX i XXI wieku.
     
    Nie jest to jednak powieść realistyczna o Śląsku, bo Śląsk spełnia tu właściwie rolę tła. Bohaterami Dracha mogliby stać się ludzie z jakiegokolwiek pogranicza, z przestrzeni wieloetnicznej, rządzonej konfliktami. Twardochowi, dzięki takiej dekoracji, udaje się pokazać życie w ciągłym zagrożeniu, przekrój przez XX wiek, którego rozwinięta cywilizacja i struktury państwowe nie dają żadnego poczucia bezpieczeństwa. Wszyscy są tu dla siebie Inni i Obcy, tworzą sąsiedzkie więzi od pokoleń, ale jednocześnie też dokonują samosądów, napadów i morderstw. W połowie wieku równie łatwo zginąć od pałki i pięści, co w XIII wieku – zdaje się mówić Twardoch.  
     
    Drach to powieść-powódź, napisana z wielkich rozmachem, ale jednocześnie przeładowana, fabuła utopiona w zbyt wielu zdarzeniach, obciążona zbyt wieloma bohaterami. Wszystkie wątki, wszystkie zdarzenia odznaczają się zaś dodatkowo wyjątkową dramatycznością. Twardoch sięga do malowniczych, ale i potwornych wydarzeń historycznych (walka w okopach I wojny, obozy koncentracyjne i marsze śmierci w czasie II wojny, przemoc związana z radzieckim wyzwoleniem, więzienia i śledztwo MBP w okresie powojennym), ale dopełnia je jeszcze melodramatycznymi wątkami osobistymi swych bohaterów. Jakby nie wystarczyła temperatura wywołana historiami wojennymi, Twardoch jeszcze ją podnosi i podkręca, dodając małżeńskie zdrady, osierocone dzieci, przemoc domową, choroby psychiczne i szpitale psychiatryczne, śmiertelne choroby, gwałty i nałogi. Cały ten układ sprawia, że obraz przemocy ulega osłabieniu, a nie wzmocnieniu, bo nadmiar makabry rodzi dystans, zanik współczucia. Hiperbola to ulubiona figura Twardocha, tutaj jednak pojawia się ona na zbyt wielu poziomach, a sam autor osuwa się w niemożliwe do przełknięcia  efekciarstwo. Cały świat przedstawiony, wszystkie relacje między postaciami mają być wygrywane na najwyższej nucie emocjonalnej – miłość, nienawiść, chęć zemsty, chuć i popęd seksualny nie zostają tu ani razu ograniczone, ale zawsze zmierzają do ostatecznego spełnienia. Te wichry namiętności połączone z dramatyczną historią polityczno-społeczną tworzą jednak obraz przesycony,  rozmywający się. I zamiast opowieści parabolicznej wychodzi Twardochowi „Niewolnica Isaura” w śląskich dekoracjach.
     
    Łatwe epatowanie wielkimi emocjami wydaje mi się najważniejszy błędem  widoczny na poziomie organizacji fabuły Dracha, ale nie daje mi spokoju jeszcze jeden kiepski zabieg Twardocha. Otóż pod tą fabularną szarżą ułańską nie kryje się żadna treść głębsza poza banalnym wnioskiem, że historia nie jest procesem sensownym i że człowiek nie ewoluuje, nie uczy się niczego. Twardoch skupiony na tworzeniu atrakcyjnej opowieści, zapomniał, że powinna ona jeszcze o czymś opowiadać. Tytułowa postać – drach oznacza smoka. Tutaj jednak chodzi bardziej o ziemię lub tajemną i mityczną istotę, która trwa w ziemi na przekór wojnom, zniszczeniom i zmianom, rozgrywającym się na jej powierzchni. Sądzę, że autor miał prosty, ale i efektowny pomysł na swą powieść, chciał pokazać opozycję zmiany i trwania, zderzyć powolne trwanie świata z szybkim rytmem współczesnej historii. Zamierzał pokazać różne wymiary – czas lądolodów i smoków oraz czas ludzki. Wszystko to jednak osuwa się w dość ładny obrazek, w komunał. Twardoch chce też zaprzeczyć mitowi postępu, optymistycznej opowieści o ludzkiej ewolucji. Pokazuje zatem, że niewykształcony i niezdolny do autorefleksji Joseph jest tak samo uwięziony w swoim życiu, jak wykształcony i nieustannie rozmyślający nad sobą Nikodem, że człowiek jest tak samo zdeterminowany w swoim życiu jak zwierzę, że stanowimy prostą sumę instynktów i popędów:
     
    Tylko ja wiem, jak bardzo głupi w swej mądrości jest Nikodem Gemander, a jaki mądry w swej ignorancji jest jego pradziad Joseph Magnor, kiedy jedzie do Gleiwitz i nie wie nawet, czy jedzie tam zabić, czy zgwałcić, czy kochać, bo czy pies wie, czego chce, kiedy biegnie za sarną i kiedy wbija zęby w jej pęciny?
     
    Żaden ze wskazanych wyżej problemów nie zostaje w powieści poddany refleksji, ani też polemice. Jest tylko powtórzenie mitu, nie ma jego nowoczesnego przepracowania, nowej opowieści na archetypowe tematy. Twardoch rzuca czytelnikowi kilka mocnych scen na temat przewagi zwierząt nad ludźmi, na temat instynktu, który ważniejszy jest niż rozum. Świnia idąca na rzeź czuje śmierć, sarna odwodzi psy od kryjówki młodych, kozioł sarny zapładnia kolejne samice, szczury szukają pożywienia. To ludzie walczą ze sobą, wymyślają ideologie, granice, paszporty, i ciągle uprawiają seks. Z perspektywy dracha zaś to wszystko nie ma znaczenia, w równym stopniu ludzie i zwierzęta skazani są na instynkty, śmierć, rozpuszczenie się w sokach ziemi. Bardzo to oczywiście atrakcyjna koncepcja, ale gdy wyciągnie się ją spod tego spiętrzenia zdarzeń i postaci, okazuje się dość prosta.
     
    Najnowsza powieść Szczepana Twardocha została zaplanowana już jako bestseller, przeprowadzono też odpowiednią akcję promocyjną, autor udzielił szeregu wywiadów, w których próbował nie odpowiadać na pytanie o znaczenie tytułu. Podobnie jak kilku tylko innych polskich pisarzy (Michał Witkowski, Marek Krajewski, Zygmunt Miłoszewski) Twardoch ma ambicje zdobycia uwagi czytelników okazjonalnych, ludzi, którzy po książkę sięgają rzadko, skuszeni szumem medialnym. Ta próba podboju nowego obszaru rynku wyraźnie widoczna jest i w samej książce i w jej recepcji. Dla wielu odbiorców bowiem Drach jest zbyt trudny, hermetyczny, skomplikowany na poziomie wypowiedzenia (bo dialogi prowadzone po wasserpolsku i niemiecku nie mają przekładu w przypisach), ale też na poziomie kompozycji, bo Twardoch w poszczególnych akapitach przeskakuje niekiedy o setki lub przynajmniej dziesiątki lat, opowiada symultanicznie o obu dwudziestowiecznych wojnach, postaciach z różnych pokoleń. Taki zaś tok narracyjny okazuje się dla niewyrobionego czytelnika zbyt trudny. Być może zatem i problem, który Twardoch wpisuje w swą powieść obliczony został na intelekt czytelników sporadycznych? A moje wątpliwości nie mają znaczenia, bo czytelnik wyrobiony może sobie czytać Tołstoja?
    Dłuższa wersja tego tekstu ukazała się w „Twórczości”.