Tag: stalinizm

  • Francuskie perfumy w stalinowskim więzieniu

    Francuskie perfumy w stalinowskim więzieniu

    Strzec się trzeba książek wydawanych „na okazję”. Nad historią miłosną dwojga wojennych konspiratorów osadzonych w stalinowskim więzieniu powinniśmy przestać oddychać.  Tymczasem zabije nas ziewanie.

     

    Angelika Kuźniak, Ewelina Karpacz-Oboładze

    Krótka historia o długiej miłości

    Znak 2018

     

    Nauczona bolesnym doświadczeniem idiotycznych historii z kolejnych tomów „dziewczyn….”, nie powinnam była nawet po tę książkę sięgać. Skusiły mnie jednak nazwiska autorek, bo to dobry duet, świetna firma, która już się sprawdziła przy biografii Ewy Demarczyk. A Kuźniak (poza książkami o Papuszy i Stryjeńskiej) jest też współautorką jednego z najlepszych reportaży, jakie ukazały się w Polsce po 1989 – Mojego warszawskiego szału Włodzimierza Nowaka (relacja niemieckiego żołnierza z tłumienia powstania warszawskiego).

    No i klops. Znów wyszła jakaś laurka, pochwała i zachwyt dla cudzej biografii. Hagiografia świeckich. Od serii o „dziewczynach” odróżnia ją chyba tylko brak patriarchalnych pouczeń o pomocniej roli kobiet w dziejach.

    Krótka historia o długiej miłości to przede wszystkim nie jest reportaż, tylko wybór korespondencji miłosnej dwójki osadzonych przeplatany komentarzem reporterskim. Główni bohaterowie poznają się w 1947 roku w więzieniu, najpierw utrzymują kontakt dzięki stukaniu w ścianę, potem – dzięki listom. Wiesława Pajdak wychodzi na wolność wcześniej, ale szybko trafia do więzienia z powrotem, z nowym wyrokiem. Jerzy Śmiechowski, nazywany tu pieszczotliwie Ju, dość długo o tym nie wie: nie wolno przesyłać poczty między więzieniami, kontaktują się zatem dzięki jego ojcu, który pracowicie przepisuje ich listy, opuszczając te części, które mogłyby pognębić syna. Kilka razy ze sobą rozmawiają, ale zawsze przez kratę, siatkę, odgrodzeni kolejnymi restrykcjami władzy. Widzą się zatem dopiero na własnym ślubie, także zorganizowanym w więzieniu, ich świadkiem jest strażniczka. 

    Wewnętrzna dynamika tej opowieści opiera się na przetrwaniu: bohaterowie nie notują refleksji politycznych, starają się (i zawsze osiągają sukces) nie poddawać rozpaczy, zwątpieniu, lękowi. Nigdy nie idą na jakiekolwiek kompromisy ze sobą i z władzą. Osadzony w Rawiczu Ju. uczy się  intensywnie francuskiego, studiuje ekonomię i filozofię. Ona, nieświadomie, wydaje donosicielce w celi jedną ze swych przyjaciółek, która także trafia do więzienia. Nie dowiadujemy się, czy stało się to dla Wiesławy źródłem wyrzutów sumienia, jakiegoś załamania. Oboje wiedzą, że jeśli poddadzą się psychicznie, nie wyjdą z więzienia, korespondencja i ich miłość służy zatem temu, by znaleźć jakiś punkt oparcia, jakąś wartość niezależną od systemu komunistycznego.

    Autorki popełniają tu błąd, który wydaje się właściwy wszystkim popularnym opowieściom non fiction o historii. Otóż z uporem wartym lepszej sprawy wygładzają kanty, prostują różne splątane wątki. Chcą opisać dramatyczną historię miłosną, a jednocześnie uładzają to wszystko, co wychodzi poza schemat grzecznej, pocieszycielskiej bajki dla naiwnych dorosłych. Kuźniak zamienia się w nową Rodziewiczównę. A do wygładzenia to jest sporo, potencjał dramatycznych bardzo duży: bohaterowie wywodzą się z różnych środowisk politycznych, w czasie wojny obracali się w radykalnie innych kręgach – ona należał do NSZ, ona przewoziła pocztę Cyrankiewicza (a więc PPS). Ojciec Wiesławy zostaje aresztowany przed nią, sądzony w Moskwie, skazany potem na pobyt w łagrze, o czym córka nie wie, choć usilnie stara się zdobyć jakiekolwiek informacje. Wojenna przyjaźń z Cyrankiewiczem nie pomaga, wieczny premier odwraca się od rodziny Pajdaków. Matka Wiesławy, a żona Antoniego popełnia samobójstwo w areszcie, zamęczona psychicznie przez śledczych, przekonana, że nigdy nie zobaczy córki i męża. Ale nic to, autorki wtrącają tę historię w jednym akapicie. Ju., osadzony i zakochany, dla Wiesławy się rozwodzi. Ale to także nie jest temat godny bliższego roztrząsania. Wszystkie te głębiny przechodzimy suchą stopą, byle  dalej, ku happy endowi.

    Litościwym milczeniem trzeba pominąć kontekst historyczny, którego w tej książce brakuje, bo ktoś (autorki lub wydawnictwo) wyszedł z założenia, że romans ma być czysty, niezmącony jakimiś odniesieniami do rzeczywistości stalinowskiej, że nie przemówią one do czytelników tego rodzaju literatury. Autorki co jakiś czas przerywają swoimi komentarzami narrację epistolarną, nie robią tego jednak po to, by zwiększyć realizm, zarysować konflikt, pokazać tło, ale by streścić fragmenty historii, która nie została zapisana. Nie dowiadujemy się niczego na temat warunków więziennego życia kobiet, a te, jak pokazują różne studia historyków, były szczególnie trudne i to właśnie codzienne życie w brudzie, bez środków higienicznych stanowiło prawdziwą torturę, łatwiejszą do zniesienia dla mężczyzn. Z tej książki też nie poznamy licznych subtelności epoki, na przykład dlaczego Różański ze szczególną nienawiścią odnosi się do Śmiechowskiego jako członka NSZ – chodzi wszak o antysemityzm tej organizacji, a takiej brzydkie treści nie mogą trafić do budującej historii o wiecznej miłości.

    To paradoks zasługujący na dłuższy tekst: polska literatura, tak absolutnie rozkochana w historii, nie potrafi opowiedzieć o rzeczywistych postaciach, nie potrafi dać czytelnikowi dobrej opowieści o tzw. zwykłych ludziach. Z czego to wynika?

     

     

     

     

  • Wypisy – Osip Mandelsztam

    ***
    Niech mnie wypuści, zwróci już Woroneż –
    Miasto, czy mnie uronisz, czy zabronisz,
    Czy mnie poskromisz, czy poronisz w kurz?
    Woroneż – stróż, Woroneż – Wroński nóż.
    Przekład Stanisław Barańczak

    Osip Mandelsztam, Zeszyty woroneskie, Nikomu ani słowa, Wydawnictwo Literackie 
  • Rododendrony

    Zyta Oryszyn, Ocalenie Atlantydy

    Świat Książki 2012
    Jak wydostać się ze schronu po wojnie? Jak ukryć się przed czujnym klasowo spojrzeniem służb? Jak zacząć życie od nowa w zupełnie nowym miejscu, gdy nie ma się niczego? Na te wszystkie pytania odpowiada Ocalenie Atlantydy, chociaż nie ma się co oszukiwać – pokazywanej tu rzeczywistości daleko do ocalenia.

    Oryszyn mnoży postacie, montuje cały świat – na Ziemiach Odzyskanych w 1946 roku buduje się od nowa wspólnota polska, która zajmuje poniemieckie mienie. Przenosi ona jednak ze Wschodu cały zestaw kompleksów i konfliktów (Łemkowie to Ukraińcy i upowcy, Kwieciński to Żyd, bo wiadomo, jakie to nazwisko, połowa warszawiaków to agenci nowej władzy, a wszędzie czuć rękę niemieckich rewanżystów). Wszyscy bohaterowie powieści wychodzą z wojny poharatani, osieroceni i straumatyzowani, nie są jednak niewinnymi, cierpiącymi ofiarami, bo nawzajem zatruwają sobie życie. Nie ma tu też szans na spokój, szybko zapada żelazna kurtyna, urzędnicy Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, ustrojeni w czarne skórzane kurtki, zaczynają siać postrach. Znikają kolejni obywatele, nikt nie wie, gdzie ich szukać, nikt nie chce o nich mówić. Po 1956 nic się nie zmienia – dzieci dorastają w sierocińcach, głodują, walczą między sobą o resztki z kosza. Ubecja dalej śledzi i prześladuje:

    A potem zaczęli mówić o lokalach ubeków, że niby pustostany, ale wcale pustostanami nie są. Bo jak trzeba kogoś nagrać, dobrze przysposobić, ugłaskać, że by niby kumple, chodź, napij się stary, ale mam naleweczkę palce lizać, nie będziemy czyściochą truć, a choćby i czyściochą, ale za to ze śledzikiem z cebulką jak ta lala, to się go prowadzi do takiego umeblowanego, nawet z lodówką i garami lokalu.

    Daleko tej rzeczywistości do patosu, bo o wojnie, stalinizmie i PRL-u Oryszyn potrafi pisać bez patosu. Wybiera perspektywę żabią – przedstawia świat z punktu widzenia ludu, często medium mówiącym staje się dziecko. Te dwa chwyty sprawiają, że to wszystko, co w powieściach Janusza Krasińskiego pokazane jest jako oczywiste i jednoznacznie złe, tutaj pojawia się jako sugestia, wspomnienie. Oryszyn nie nazywa, ona opisuje i każe nam samym domyślić się, o co chodzi. Często wykorzystuje mechanizmy dziecięcej wyobraźni:

    Wcale nie było jasne, czy Żelazna Kurtyna sięga do nieba, czy tylko do pierwszych byle jakich chmur.  Mietek Szczęsny twierdził, że tylko do pierwszych chmur. Bo jeżeli sięgałaby aż do nieba, to musiałaby w niej być jakieś śluzy czy co, żeby samoloty mogły latać.

    Ocalenie Atlantydy to powieść rzeka, utwór o epickim rozmachu, pozbawiony jednak stricte powieściowej spójności – składa się z kilku opowiadań-rozdziałów, w których poznajemy kolejne postacie, a fabuła obejmuje coraz szersze przestrzenie. Nie będę tutaj specjalnie oryginalna (bo zgadzam się z Dariuszem Nowackim), gdy napiszę, że najlepszy wątek dotyczy rodziny Brylaków. Oryszyny idzie tu bowiem pod prąd tradycyjnego przedstawienia: PRL, którego system pozwalał na osiągnięcie awansu społecznego nizin, tutaj jest przedstawiony jako ustrój, który wymusza degradację: ojciec rodziny, Jan w czasie wojny był dowódcą oddziału AK i nie ujawnił się w 1945 roku, w Waldburgu/Leśnym Brzegu ukrywa się na chłopskich papierach. Jego syn Emil, nosi teraz imię Wacio, teściowa – wykształcona, pochodząca z ziemiaństwa, zostaje Brylak Antośką, która nie ma prawa mówić rododendrony, a jedynie krzaczyska:

    Mama nie zna żadnego francuskiego (…). Mama powinna mówić na przykład tak: idź se Waciu polatać po polu. Albo chodźże Waciu, żwawiej, bo wieje przeciąg. Albo patrzy mama na rododendrony przez okno, ale nam nie wolno wiedzieć, że to rododendrony, nam wolno wiedzieć tyle, że to są takie dziwne krzaki, więc mam mówi, dyć ale śmieszne krzaki, polataj se po polu, Wacek, kole tych dziwnych krzaczysków.   

    Brylak walczy o przeżycie, ale dusi się w nowej formie, babka w niedziele przebiera się w swoje dawne stroje, mówi z wtrętami francuskimi i przedstawia się swoim pierwotnym imieniem. Chłopiec zaś, o czym ojciec nie wie, gardzi nim i jego strachem. Podziwia za to ubeków – za skórzane płaszcze, broń, samochody i wille. Chłopak wychowywany w schizofrenicznym świecie, wierzy w męską prymitywną siłę, imponują mu wyprostowane plecy, odwaga i bojownicza postawa ubeków:

    Swoich łez Wacio nie lubił, bo zawsze znaczyły jedno, że trzeba się bać i uciekać. A uciekać zawsze było przed czym. Ledwie się zapomniało o jednym śmierdzącym moczem i rybimi łuskami strachu, a tu już trzeba było się bać czego innego.

     Zyta Oryszyn po wielu latach po raz kolejny zabrała głos – nie ma co rozważać, czy to ponowny debiut, czy kontynuacja twórczości z lat 70. Ważne jest to, że powieść zdobywa kolejne nagrody, że mówi o PRL-u świetnym językiem, że sięga po takie obrazy i metafory, które przekonują mnie do tego świata, sprawiają, że chcę czytać dalej.