Tag: rynek książki

  • Popyt i podaż

    Popyt i podaż

    W grudniu prowadziłam spotkanie on line z Krzysztofem Vargą, dotyczące jego książki „Dziennik hipopotama”. W spotkaniu – a właściwie debacie – brali też udział Michał Nogaś i Justyna Sobolewska, rozmawialiśmy dużo o rynku książki, jego praktykach i wypaczeniach. Wszystko byłoby świetnie, gdyby nie radośnie pohukujący Varga, potępiający wszystko w czambuł i domagający się zamknięcie większości wydawnictw, z wyższością (oraz arogancją płynącą z błogiej nieświadomości) domagający się publikowania tylko prozy wysokiej.

    To spotkanie uświadomiło mi (poza rozmiarami niewiedzy niektórych aktorów pola literackiego), że ciągle jeszcze w Polsce żyje i świetnie się ma mit OPUBLIKOWANIA KSIĄŻKI.

    Otóż święcie wierzymy, że to, co wychodzi w okładkach nie tylko ma status nieomal prawdy objawionej, ale że jeszcze sam fakt publikacji jest wartościowy, wydanie książki po prostu jest dobre(m).

    Ten sposób myślenia dzieli stary wyjadacz Varga z wieloma młodymi autorami, którzy po to, aby debiutować, biorą kredyty i oddają rok-dwa z życia. Nie chodzi mi jednak o kredyt na wydanie książki, ale o kredyt na jej napisanie, a zatem raczej o obszar reportażu niż prozy. Prozę pisze się wcale nie łatwiej, ani nie szybciej, można jednak uciąć podróże i kwerendę, jak się na nie kompletnie nie ma forsy. Reportaż, który przeżywa teraz najazd debiutantów, z całą pewnością bez tego się nie obędzie.

    Kryzys prasy, pogłębiający się ciągle i właściwie stały (a już się wydawało, że jesteśmy na dnie…) w połączeniu z tym właśnie myśleniem o wydaniu książki jako o jakimś wyróżniku i rodzaju dobra, nieprawdopodobna ilość osób, próbujących swoich sił w reportażach, w sumie sprawiają, że rynek zaczyna się tutaj dziwnie chwiać. Autorzy szukają środków, by móc się utrzymać w czasie pisania, wyjechać do bohaterów, zrobić reaserch, a wydawnictwa starają się odsiewać płynące szeroką falą propozycje wydawnicze. Oczywiście, reporterzy mogą starać się o stypendia ministerialne i miejskie, mogą startować w konkursach. Wydawnictwo Poznańskie do czterech lat prowadzi Konkurs Reporterski, w 2021 można zgłaszać swoje projekty do 1 marca. Projekty oceniane są do 24 kwietnia, a nagroda wynosi 15 tysięcy złotych.

    Nie wiem – i to jest właściwie pytanie do moich Czytelników, z których spora część funkcjonuje w tym polu – czy łatwo jest dostać takie środki? Czy wystarczają one na pisanie? Trochę próbowałam o to pytać w różnych miejscach i wnioski są dość przerażające: publikowanie książki, które miało być ratunkiem w sytuacji, gdy drastycznie zmniejszyła się ilość tytułów drukujących reportaże (wliczając portale i serwisy internetowe), nie tylko nie przynosi spodziewanych zysków, ale i wymusza wyjątkowo duże nakłady własne. Nadobecność reportażu sprawia bowiem, że sprzedają się coraz mniejsze jego nakłady, a to sprawia, że zmniejszają się też zaliczki. Wydawcy boją się ryzykować, podpisując umowy z debiutantami – choć łatwiej jest doprowadzić tom reportażu (niż tom prozatorski) do poziomu „wydawalności” i „czytelności”. I nie chodzi mi tutaj o zarzut wobec młodych, debiutujących twórców, bo to samo można powiedzieć o Justynie Kopińskiej – jej styl jest płynny jak ruchy c3po.

    Ten brak środków na rynku w przypadku książek, których napisanie wymaga dużo czasu, oznacza, że reporterzy muszą stać się mistrzami nie tylko tej jednej literackiej formy, ale też specjalistami od gatunków bardziej przyziemnych. Ewa Winnicka przyznaje: „podstawową umiejętnością młodego autora jest pisanie projektów, zdobywanie grantów i stypendiów, kolędowanie od drzwi do drzwi, organizowanie zbiórek czyli zbieranie funduszy z różnych źródeł”.

    Ponieważ na wyjazd i „duży projekt” debiutantowi trudno jest zdobyć środki, to rację ma chyba Katarzyna Kobylarczyk, gdy twierdzi, że pierwszą książkę pisze się „przy okazji” – wyjazdu, projektu, jakichś badań naukowych, własnych nietuzinkowych zainteresowań.

    Kamil Bałuk, współpracownik Instytutu Reportażu i juror w konkursie Wydawnictwa Poznańskiego, podkreśla właśnie rolę owego pragnienia, przewyższającą rachunek ekonomiczny: „Mało znam osób, które odmówiły podpisania umowy na książkę reporterską z powodu zbyt niskiej zaliczki czy ogromnych kosztów dokumentacji. Pragnienie zadebiutowania, wskoczenia poziom wyżej niż publikacja w prasie, jest zwykle nie do odparcia. Kiedyś przed debiutem książkowym autorzy mieli zwykle na koncie sporo publikacji w prasie, dzisiaj to już nie jest konieczne, bo niektóre wydawnictwa zgłaszają się do potencjalnych autorów po lekturze jednego ich tekstu. Znam przypadki, że umowę podpisywali ludzie bez opublikowanych dotychczas tekstów, z samym pomysłem”.

    Kiedy prowadziłam spotkanie z Julianną Jonek-Springer na temat reportażu z odległych miejsc, redaktorka naczelna Dowodów na Istnienie powiedziała, że pandemia i zakaz podróży zwiększą zainteresowanie tematami lokalnymi, że na rynku książki za dwa lata pojawi się fala książek z Polski, analizujących na różne sposoby „nasze życie tutaj”. Sądzę cynicznie, że taki zwrot ku lokalności będzie miał nie tylko pandemiczne uzasadnienie, ale też właśnie u jego podstaw będzie leżało myślenie małą skalą wymuszone przez ograniczone fundusze. Kłopot polega jednak na tym, że pisanie o sprawach polskich i sąsiedzkich wcale nie jest proste. O tym właśnie opowiada często Katarzyna Kobylarczyk w czasie spotkań dotyczących jej ostatniej książki: „Kobiety Nowej Huty. Cegły, perły i petardy” – napisanej właśnie na temat jej własnej dzielnicy, w dużym stopniu po rozmowach z sąsiadkami (choć jeszcze przed pandemią). Inna jest relacja reporterów i bohaterów, inny rodzaj więzi, inna odpowiedzialność. Nie da się umknąć po napisaniu tekstu, nie bardzo można odmówić pokazania tekstu, nie da się wyostrzyć tez, słów i zdarzeń, by stały się jaśniejsze dla czytelników, bo autor będzie się spotykał pod piekarnią ze swoimi postaciami. Albo wyrzucał śmieci do tego samego kosza. A oni także nie będą tak wolni i nieskrępowani w swoich opowieściach i zwierzeniach, gdy będą wiedzieć, że książkę przeczyta się w sąsiednich domach. I co z tego, że to będzie tańsze w produkcji?

    I jeszcze jedna rzecz wydaje mi się tu bardzo ważna, choć wiąże się ona pośrednio z kapitałem i dystrybucją środków. Chodzi o to, że zmiana, jaka dokonała się, gdy gros reportaży przeszło z prasy do publikacji książkowych, nie jest tylko zmianą ilościową (zbiór tekstów zamiast jednego), ale też jakościową, a ta nie wydaje mi się do końca uświadomiona i zwerbalizowana. Bo gdy reporter publikował tekst np. w „Dużym Formacie”, w czasach gdy DF miał kilkadziesiąt tysięcy egzemplarzy nakładu (nostalgiczne wspomnienie), to jego tekst był czytany masowo przez ludzi z różnych środowisk i to w stosunkowo krótkim czasie (około tygodnia), a zatem miał szansę wywołać masową reakcję – rodzaj spiętrzenie emocjonalnego, prowadzącego do publicznej debaty na dany temat, a nawet lepiej – do zmiany – choćby drobnych przepisów prawa (tak było choćby z tekstem Mariusza Szczygła „Grzeczny i posłuszny”). W chwili, gdy wydaje się książkę, grupa odbiorców jest dużo mniejsza (bo nakład średnio wynosi 3-5 tys. egzemplarzy), a lektura dokonuje się w długim czasie (liczyć trzeba też przecież tych, którzy wypożyczają książkę z biblioteki kilka lat po jej publikacji). Nie ma co więc liczyć na to spiętrzenie, reakcję gwałtowną i nasiloną. Autorzy książek reporterskich muszą zatem przemyśleć nie tylko układ kompozycyjny, który zmienia się, gdy piszą książkę, ale też funkcje, które ma ich opowieść spełniać. Jeśli publikacja reportażu w prasie przypomina nam sprint, to publikacja w książce jest raczej półmaratonem – czyli kompletnie innym rodzajem biegu.

    Ten tekst nie chce stawiać tez, raczej wskazuje miejsca słabe, wymagające refleksji. I stara się uchwycić pewne zjawiska w zarodku, a nie kogokolwiek sekować. Zapraszam do rozmowy (choć każdy wpis jest takim zaproszeniem), bo ja jestem spoza branży, w życiu swoim nie próbowałam napisać reportażu. Nie biegłam też ani sprintu, ani półmaratonu.

    Dajcie znać, drodzy Czytelnicy, jak te sprawy wyglądają z Waszej perspektywy?

  • Między rynkiem a ministerstwem

    Między rynkiem a ministerstwem

    Ministerialna dyrektywa nakazuje, by nauczyciele zajęli się w większym stopniu wychowaniem do wartości. Powinni też w większym stopniu zająć się propagowaniem klasycznej literatury. Uciekłabym z takiej szkoły natychmiast.

    Nauczyciele języka polskiego poruszają się dzisiaj w trzech przestrzeniach: zawieszeni między kursem historii literatury, współczesną twórczością literacką i wskazaniami ministerstwa edukacji dotyczącymi priorytetów w nauczaniu, próbują wytyczyć dla siebie i uczniów w miarę pewną ścieżkę. Zrównoważyć nakaz wychowania do wartości i konieczność wykładania literatury dawnej – średnio atrakcyjnej dla większości młodzieży, której znaczenie próbujemy przybliżyć często przez kontekst literatury najnowszej. Poezja romantyczna – tak, ale może w zderzeniu z Jackiem Podsiadłą i Marcinem Świetlickim, poezja barokowa – owszem, ale w zestawieniu z nowymi wierszami Romana Honeta, opisy Dzikich Pól u Sienkiewicza zrównoważone prozą Andrzeja Stasiuka. Trudno jednak wybrać dobry tekst współczesny, gdy na rynku wydawniczym roi się od bestsellerów, gdy bibliotekarze bezradnie rozkładają ręce, bo jesienią spada na nich istny deszcz nowości, a nad głowami wszystkich unosi się miecz ministerialny – wartości.

    Rynku książki ucieczka od wartości

    Konia z rzędem temu, kto na rynku wydawniczym znajdzie jakiekolwiek wartości. Termin „wartości”, wymieniany zwłaszcza w kontekście wychowania, marketingowcom wieje nudą. Wszyscy oni wolą mówić o prądach i nurtach. Wartości źle się kojarzą wydawcom, którzy szukają nowych talentów, chcą się wstrzelić w najnowsze nurty. W większości wydawnictw ten sposób myślenia znajduje swoje potwierdzenie już w nazwach stanowisk pracowników, odszedł w przeszłość redaktor literacki z prawdziwego zdarzenia, dzisiaj jego miejsce zajął redaktor nabywający, redaktor wyszukujący tytuły, którego zadaniem jest inicjowanie procesów wydawniczych. Na wartości nie ma tu miejsca, bo literatura przestaje kojarzyć się z kulturą, a staje się wąską i dość snobistyczną dziedziną w oceanie life-style’u. A w nim nie ma znaczenia wartość, raczej moda, trend, zmiana. Wygrywa nie ten, kto trafi na świetną powieść, a ten, kto wyczuje nowy trend – tak jak było z „50 twarzami Greya”. Jeśli pojawia się gdzieś hasło „wartości”, to działy marketingu akceptujące treść noty na książkę (w branży mówi się: „dać akcept”), pozwolą go użyć tylko w formule „autor porusza wartości uniwersalne” nawet jeśli bliżej nie wiadomo, o jakie wartości chodzi. Gdy spotykają Państwo taki banał w wypracowaniach szkolnych, w ruch idą czerwone długopisy. Na rynku wydawniczym jest to zaś jedyny kontekst, w jakim wartości można jeszcze sprzedać. Sprzedaż właśnie jest tutaj ważna i wydaje się, że to jedyna wartość nieprzemijająca, jej więc podporządkowane są wszystkie ruchy – dotyczące zarówno poszukiwania nowych tytułów do wydania, jak i ich promowania.

    Śmierć wielkich moralistów

    Promocja właśnie boi się tego, co tradycyjne, znane. Liczy się przede wszystkim skandal, przekroczenie tabu, a właściwie wykroczenie tylko jedną stopą, bo polski czytelnik nie lubi być wyrzucany poza obręb swoich przyzwyczajeń: powiew nowości – tak, ale nic więcej. Nikt odpowiedzialny za sprzedaż nie nazwie żadnego autora wielkim moralistą, bo takie miano byłoby ostatecznym gwoździem do trumny. Moralność na rynku funkcjonuje trochę na podobieństwo cnoty z wiersza Herberta – to stara panna, nad wyraz nieatrakcyjna i pachnąca naftaliną. Kto chciałby kupować dzisiaj o niej książki…  Wszystkie wydawnictwa są jednak przedsiębiorstwami i trudno im się dziwić, że ratują się jak mogą, że sięgają po najdziwniejsze sposoby, by książkę sprzedać. W gruncie rzeczy odpowiadają tylko na potrzeby czytelników. Czyli to my chcemy czegoś nowego, innego – to my głosujemy w tej sprawie, kupując te, a nie inne książki. Chcemy skandalu, namiętnego romansu, krwawego kryminału, monologu alkoholika, afery politycznej, psychologicznych trzewi, pozbawionej wstydu historii autobiograficznej.

    Wartości subwersywne

    Jeśli na rynku wydawniczym ostatnich lat pojawia się literatura wartościowa i o wartościach opowiadająca, to opiera się ona przede wszystkim na wartościach subwersywnych, a nie na wartościach głównego nurtu, których upowszechniania tak pragnie ministerstwo. Znużeni tysiącami opowieści o przeszłości, chcemy usłyszeć inny głos, taką narrację, która do tej pory nie mogła się przebić. Subwersywny głos, czyli nie tylko głos inny, ale przede wszystkim zupełnie różny, ustawiony w kontrze do tych wszystkich znanych historii, wywrotowy. Opowieść o wojnie nie jest już od dawna historią o patriotycznym poświęceniu walczących. Sięgnijmy po kilka głośnych tytułów: Anna Dziewit-Meller w swej drugiej powieści, zatytułowanej „Góra Tajget” opowiada o II wojnie światowej na Śląsku. Nie ma u niej jednak tradycyjnych wątków związanych z wojną, bo zdecydowanie bardziej interesuje ją historia dotąd rzadko obecna, historia cierpienia kobiet i dzieci. Tytułowa góra była w Sparcie miejscem, z którego strącano w przepaść niepełnosprawne dzieci, w powieści zaś to metafora nazistowskiego projektu oczyszczania społeczeństwa – wszystkie dzieci z problemami odsyłane są do specjalnego ośrodka w Lublińcu, gdzie dokonuje się ich eksterminacji. Głównym bohaterem jest u Dziewit-Meller Ryś, chłopiec oddany do szpitala przez drugiego męża matki, uznany w domu za element zbędny. Druga ważna postać to Zefka, dziewczyna zgwałcona przez czerwonoarmiejców, jej historia włącza się zaś w coraz żywiej obecny w kulturze nurt narracji o losach kobiet w czasie wojny. Sceny gwałtu, komplikacji ciążowych, porodu, pozwala zbudować oskarżenie – kobiece oskarżenie przemocy, jaką stosują mężczyźni wobec podbitego narodu. Dziewit-Meller nie pisze o poświęceniu dla ojczyzny, ale o cierpieniu indywidualnym, pozbawionym celu i sensu, o ludziach słabych, o których pamięć nikt właściwie się nie upomina, a którzy sami nie są w stanie zabrać głosu.

    Podobnie działa „Sońka” Ignacego Karpowicza – opowiada o młodej, pozbawionej elementarnego wykształcenia dziewczynie z kresowej wsi. Zakochuje się w esesmanie, rodzi mu dziecko, za co wieś ją karze. Karpowicz opowiada w sposób subwersywny właśnie – wybiera na swą bohaterkę kobietę, prostą chłopkę, przedstawia zwykłe życie wojenne – głód, chłód, kontyngenty, ciężką pracę w gospodarstwie, wreszcie przemoc, jakiej doświadcza dziewczyna. Gwałci ją ojciec, gwałci ją chłop ze wsi – to właśnie kara za romans z Niemcem. Joachim, esesman odpowiedzialny za masakry Żydów, jest tu paradoksalnie jedynym mężczyzną, który jej nie krzywdzi. Karpowicz pyta zatem o to, jakie wartości znosi wojna, a jakie w jej czasie pozostają trwałe, jak przebiega granica nienawiści etnicznej i co ją konstruuje. Nade wszystko zaś pokazuje nam zupełnie inny świat – gdy męska perspektywa ustępuje kobiecej, zmienia się cały system wartości, a niektóre kategorie, oczywiste dla postaci męskich, z kobiecego punktu widzenia zupełnie nie mają wartości. Inne zaś – jak wartość życia samego w sobie, własne dziecko i konieczność ratowania go za wszelką cenę – ujawniają się dużo mocniej.

    W pewnym sensie subwersywny jest także eseistyczno-reporterski styl Ziemowita Szczerka, jednego z najgłośniejszych pisarzy młodego pokolenia. Ostrze narracji Szczerka zwraca się przeciwko mitom kresowym i polskiej nostalgii, która każe chociażby mówić wciąż o Lwowie „nasz Lwów”. Dwie jego książki, „Przyjdzie Mordor i nas zje” oraz wydany w ubiegłym roku „Tatuaż z tryzubem” pokazują relacje polsko-ukraińskie w zupełnie innej, nienostalgicznej konwencji. Sama zaś nostalgia, tęsknota do Polski od morza do morza oraz poczucie wyższości wobec Ukraińców stają się obiektem kpiny w pierwszym z tych tytułów. Szczerek potwierdza bowiem jedną ważną prawdę – każda wartość ustalana jest wszak przez kontekst i to, co w XIX wiecznych powieściach Kraszewskiego i Rodziewiczówny, w XX-wiecznych tekstach Odojewskiego, Stempowskiego i Vincenza, okazuje się ożywcze, budujące, a także opozycyjne wobec krótkiej pamięci lansowanej przez propagandę komunistyczną, w XXI wieku staje się karykaturą. Tęsknota do szlacheckich Kresów, do dworku polskiego na ukraińskim stepie żywiona przez polskich turystów ma charakter groteskowy, zwłaszcza że podróże na Ukrainę często mają nam rekompensować nie tęsknotę za przeszłością, a niskie poczucie wartości wobec Europy Zachodniej. Szczerek mówi, że traktujemy Ukrainę jak państwo gorszej kategorii, niższej rangi, że na Ukrainie to my stajemy się Zachodem, leczymy swoje kompleksy. „Przyjdzie Mordor i nas zje” pokazuje, że wartości z czasem degenerują się, jeśli stale nie pracuje się nad ich definicją, jeśli nie podchodzi się do nich w sposób krytyczny i własnych postaw nie ocenia się z dystansem.

     

    Błogie sny urzędników ministerialnych

    Polityka oświatowa w roku 2016/2017 ma się realizować przede wszystkim poprzez wychowanie do wartości. Wiele osób zastanawia się nad znaczeniem tego priorytetu MEN – jego obecność sugeruje bowiem, że wychowania do wartości nie było wcześniej, że nauczyciele zajmowali się czym innym. Tymczasem każdy z Państwa przyznać musi, że to właśnie owe wartości często pętały nam ręce w procesie nauczania języka polskiego. Gdyby nie one, moglibyśmy pokazać przecież uczniom takie teksty, że ujrzeliby literaturę w zupełnie innym świetle, problem niskiego poziomu czytelnictwa rozwiązałby się sam, bo młodzież pomknęłaby jak na skrzydłach do bibliotek, by zapytać o Emila Zolę, markiza de Sade’a, Izaaka Babla, Philipa Rotha, czy choćby sonety z innej części Krymu Mickiewicza. Wszyscy jednak, którzy poważnie traktują swój zawód, starali się już wcześniej uczyć tak, by pokazać wartości i by przedstawić ich znaczenie w rozwoju kultury na przestrzeni wieków. Okazuje się chyba jednak, że szkoła robi zbyt mało w walce o wartości i powinna bardziej się do tej walki przyłożyć.

    Na lekcjach języka polskiego, zwłaszcza w liceum, gdy porządek narracji narzuca historia literatury, o wartościach opowiadać będzie nad wyraz trudno. Nowe władze MEN chcą przecież, by kształtowanie dotyczyło przede wszystkim postaw patriotycznych, te zaś nie mają charakteru obiektywnego. W każdej epoce miłość do ojczyzny definiowana jest przecież zupełnie inaczej. Polska historia ostatnich 150 lat to przecież walka dwóch modeli kulturowych, których jądro dotyczy właśnie miłości do ojczyzny i obowiązków wobec niej. Postawy romantyczne opierające się na konieczności walki, zawsze miały  silniejszy ładunek, bardziej wyrazisty przekaz. Pozytywistyczne postulaty miały słabszy wydźwięk, orientowały się przecież poprzez negację wzorca romantycznego. Szkoła polska, która i tak ma wystarczającą ilość problemów, wciągana jest zatem teraz w spór dwóch modeli kultury, którego nie rozstrzygnęli, ani nie potrafili rozbroić najwięksi polscy myśliciele, a któremu zaś kilkudziesięciu autorów poświęciło swoje książki: nie udało się to ani Prusowi, ani Brzozowskiemu, ani Janion, ani Kijowskiemu. To wyraźna słabość priorytetu ministerialnego, jeśli będziemy go rozpatrywać na poziomie kulturowym.

     

    Literatura nie lubi spłaszczania

    Nauczanie języka polskiego przez pryzmat kształcenia postaw jest w ogóle dość trudne, bo przedmiot ten pracuje na styku sztuki wysokiej i dydaktyki. Arcydzieła, jak widać w czasie lektury, nie bronią w sposób kategoryczny żadnej wartości. Sądzę, że można ten wniosek zaostrzyć: jednym z kryterium wybitności dzieła literackiego jest właśnie mechanizm zaprzeczania, swoista wewnętrzna dekonstrukcja. W „Czarodziejskiej górze” ani polityka, ani miłość nie mają mocy ocalającej, nie znajdziemy tu żadnej wartości pewnej, mocnej, zwycięskiej. Każda wartość w arcydziele ulega zaprzeczeniu, podmyciu, osłabieniu, jej nosicielami stają się błądzący, grzeszący bohaterowie. Tak dzieje się u Bułhakowa, gdy w obronie wartości chrześcijańskich stają cudzołożący mistrz i Małgorzata, tak pisze Kafka, który uśmierca swojego biernego bohatera w „Procesie”, bo tylko taka śmierć może pokazać wartość życia zaangażowanego.

    Popatrzmy na arcydzieło niekwestionowane, ale przez uczniów nielubiane czyli „Nad Niemnem”: Orzeszkowa stworzyła powieść tak wielowymiarową, że zawężanie jej do studium wartości nie tylko krzywdzi czytelnika (bo uczniom każe się czytać długie diatryby Benedykta i Witolda), ale też zawęża wymowę tekstu. Cała historia, choć oczywiście niesie ze sobą olbrzymi i skomplikowany świat wartości, opowiada o kryzysie rozumianym na wielu płaszczyznach: tło wyznacza świat po klęsce powstania styczniowego, która przetrąciła kręgosłup ziemiaństwa, zmusiła też ocalonych, by przyjęli nowe role. Kobiety-wdowy muszą wypełniać męskie obowiązki, podczas gdy mężczyźni – jak wskazuje Ewa Graczyk – zostali ustawieni w roli do tej pory przypisywanej kobietom – roli „łataczy” walczących o resztki majątków. Graczyk pisze o nich po prostu: „stali się podmiotami przegranymi, skazanymi na mozolny i często daremny trud” i by poprzeć swoją argumentację przytacza fragmenty, w których Orzeszkowa nazywa Benedykta Korczyńskiego Penelopą. Nie koniec to kryzysów w „Nad Niemnem”, ważny jest przecież także kryzys ojcostwa: porzucone, osierocone dzieci, potomstwo niesamodzielnych ojców to ważni i liczni bohaterowie powieści: Orzelski, Kiryłło, Darski nie mają przecież żadnego wpływu na swoje dzieci, nie zajmują się nimi, nie utrzymują też z nimi żadnej więzi. Nawet Benedykt, który zastępuje Justynie ojca, nie wypytuje dziewczyny, skąd wraca w środku nocy po uciecze z imienin ciotki. Postać samej Justyny także wiąże się z kryzysem – kryzysem kasty ziemiańskiej wynikającym z jej próżniaczego trybu życia, oderwania od wiejskości, pracy, społeczeństwa. Graczyk podkreśla, że w myśli Orzeszkowej miejscem najbardziej wartościowym jest dwór Kiryłłowej w Olszynce, bo to miejsce spełniające najważniejsze funkcje: „Produkować i rodzić, wytwarzać i wychowywać, słuchać i słyszeć, szeleścić i szeptać – wszystkie te czynności, procesy, zdarzenia znajdują się tutaj blisko siebie, ciasno do siebie przytulone, w tym niewielkim domu, w jego kuchni, koszu i kołysce”. Taki byłby więc drugi klucz interpretacyjny „Nad Niemnem”, ciekawszy chyba dla uczniów także z powodów egzystencjalnych, mieszczący się bowiem w ich horyzoncie doświadczenia i poznania, bliższy niż model powstańczy, niemniej zaś patriotyczny. Nie możemy po niego jednak sięgnąć, jeśli będziemy musieli kształtować postawy. Bo jak je kształtować, opowiadając o paśmie kryzysów?

    Świadomość właściwego literaturze osłabiania wartości staje się często tym elementem, który z tekstu czyni arcydzieło – spójrzmy choćby na „Fantazego” i „Beniowskiego” – oba te utwory pracują przecież na ironii, na kwestionowaniu pewnego zastanego systemu wartości. Im bardziej wartość ujawnia się w tekście jako pewna, konkretna, im więcej ma mocy ocalającej, tym schodzimy niżej na poziomie estetycznym, tym bliżej nam do taniej dydaktyki. Wiara w ocalającą moc wspólnoty, wyraźny wykład na temat postaw i wartości to nieodzowne cechy powieści produkcyjnych z lat 50., w których przeciwko proletariuszom występował bliżej niezidentyfikowany wróg klasowy, a powieść miała za zadanie wychować nowego obywatela.

    Wyraźnie widać więc, że literatura, która wciąż kokietuje czytelników swym pragnieniem opisania wartości, w gruncie rzeczy nie przepada za jednoznacznym przekazem, każdy bowiem jasny sygnał, wyrazista definicja, wyraźny wybór i długi umoralniający wykład niszczą jej wartość.

    A zatem ministerstwo dało akcept dla wartości. Ciekawe tylko, co z tym akceptem zrobi rynek i szkoła.

     

    Korzystała z:

    Ewa Graczyk, Od Żmichowskiej do Masłowskiej. O pisarstwie w nadwiślańskim kraju, Wydawnictwo Uniwersytetu Gdańskiego 2013

     

    Do lektury:

    Anna Dziewit-Meller, Góra Tajget, Wielka Litera, Warszawa 2016

    Ignacy Karpowicz, Sońka, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014

    Ziemowit Szczerek, Przyjdzie Mordor i nas zje, Korporacja Ha-art., Kraków 2013

     

     

    Tekst ukazał się w „Polonistyce” nr 6/2016