Tag: Roald Dahl

  • Mentalność kłusownika. Roalda Dahla przygody z Panem Lisem

    Mentalność kłusownika. Roalda Dahla przygody z Panem Lisem

    Najbardziej autobiograficzna z książek dla dzieci Roalda Dahla – pisze jego biograf o Fantastycznym Panu Lisie. Ale też pierwsza po kilku latach milczenia po śmierci córki, antywojenna, klasowo świadoma, proekologiczna. A do tego makabryczna i zabawna. Moja rodzina ją uwielbia.

    Za kilka dni ukaże się w Znak Emotikon nowe wydanie jednej z ulubionych książek mojego syna – Fantastyczny Pan Lis to opowieść, którą czytaliśmy wiele raz i połowa z nas (to znaczy ja) ze łzami w oczach i śmiechem równocześnie.

    Fabuła jest zadziwiająco prosta: trzech farmerów nie może znieść kradzieży, jakich dopuszcza się Pan Lis i postanawia go zabić. Tylko Dahl mógł wymyślić, żeby z takiego tematu wyprowadzić historię dla dzieci. Zwłaszcza że Gnojek, Blagier i Szparag najpierw zasadzają się z bronią przy norze lisiej rodziny, a później próbują go wygrzebać koparkami, przekopują więc całe wzgórze. W końcu zaś organizują obławę składającą się z ponad stu ludzi, otaczających lisie wzgórze z ostrymi narzędziami i strzelbami. Makabra, która sprawia, że każde dziecko – przyzwyczajone do łagodnych historyjek z morałem, czarno-białymi postaciami i budującym zakończeniem – przestaje oddychać w trakcie lektury. Lisowi oczywiście udaje się przeżyć i oszukać, okraść farmerów. Zakończenie pokazuje triumf rodziny, gdy lisy, borsuki, króliki, łasice i krety uczują wspólnie, ciesząc się, że mogą wreszcie odetchnąć, nakarmić żony i dzieci, zapewnić im byt i bezpieczeństwo. Taką scenę widzi czytające dziecko, ale to nie koniec tej historii, a właściwie dopiero jej początek – i ona nadaje się już tylko dla dorosłych.

    Dahl zaczął pisać Fantastycznego Pana Lisa w 1968 roku, pod koniec dekady, która pozwoliła mu zaistnieć, rozwinąć skrzydła jako autorowi. Przestał być wtedy poszukującym pisarzem, utrzymankiem żony-aktorki. Gdy siadał do Fantastycznego Pana Lisa, miał już na koncie Jamesa i wielką brzoskwinię oraz Charliego i fabrykę czekolady, ostro negocjował z wydawcą zaliczkę i procent od sprzedaży kolejnych książek. W latach 60. urodziło mu się dwoje dzieci – Theo i Ofelia. Ale ten okres stanowił połączenie lat tłustych i chudych, bo poza tymi sukcesami, Dahl odchorowywał także wielką klęskę – śmierć w 1962 roku najstarszej córki, 7-letniej Olivii. I to jej właśnie dedykowany jest Fantastyczny Pan Lis. Dziewczynka zmarła z powodu odry, jaką zaraziła się w szkole. W tym okresie testowano już szczepionkę przeciwko odrze, jednak była ona trudno dostępna, sprowadzana zza granicy i przyjaciel rodziny, lekarz uznał, że należy podać ją jedynie najmłodszemu dziecku – Theo. Olivii i jej młodszej siostrze Tessie lekarz zalecił przechorowanie odry, uznając że to wzmocni ich odporność. Nikt nie zdawał sobie sprawy z powikłań, jakie odra wywołała u dziewczynki, tymczasem utrata przytomności, drgawki i śmierć następowały w ciągu kilkunastu godzin. Dahl jechał sam za karetką, potem chwilę rozmawiał z córką i wyszedł ze szpitala. Gdy do niego wrócił, dotknął już tylko ciepłego ciała nakrytego prześcieradłem. Piszę o tym tyle dlatego, że Fantastyczny Pan Lis dedykowany jest właśnie Olivii, że książka ta wyszła 8 lat po śmierci dziewczynki (BFG także jej jest dedykowany, a ukazał się ponad 20 lat po jej śmierci). W scenie, w której lisy ukrywają się w norze, kopią całą rodziną coraz głębiej, by umknąć koparkom farmerów, a małe liski są coraz bardziej osłabione z wysiłku, głodu i pragnienia, powraca echo bezsilności Dahla. Po śmierci córki miał powiedzieć do jednego ze swoich przyjaciół, że nie największy ból sprawia mu szybkość śmierci Olivii, fakt, że nie zdążył nawet o nią zawalczyć. W tym sensie Fantastyczny Pani Lis to rodzaj ukrytego trenu, bo Dahl pozwala swojemu bohaterowi podjąć działanie i wygrać, ocalić wszystkich. Pan Lis wpada na pomysł, którędy można się przekopać. I odnosi sukces – dokładnie odwrotnie niż sam Dahl, który nawet nie wiedział, że oto staje w godzinie próby. Ta bezsilność była dla niego akurat kompletnie obcym uczuciem – ten lotnik z czasu wojny, amant, szpieg, pisarz i biznesmen był jednym z największych awanturników swojej epoki. Jego biograf, Donald Stutton pisze, że Dahla i Pana Lisa łączy „mentalność kłusownika” – i zdanej się, że to właśnie jej najbardziej bał się wydawca.

    Sądzę, że Dahl należy do wąskiego grona pisarzy dziecięcych, którzy nie tylko prowadzili życie zgoła niegodne naśladowania, ale też byli mordercami (choć sankcjonowanymi przez prawo). Dahl zestrzeliwał samoloty jako żołnierz, w czasie wojny, ale czynów tych nie traktował lekko i znów echo tych wyborów powraca w Fantastycznym Panu Lisie. Pierwsza wersja tej opowieści miała bowiem bardzo mocno antywojenną wymowę: gdy Borsuk pyta, czy można uzasadnić kradzież, jakiej dopuszczają się na farmach Gnojka, Blagiera i Szparaga, Pan Lis miał odpowiedzieć:

    Boggis, Bunce i Bean wyszli, żeby nas zabić. Chyba to pojmujecie, co? Wypowiedzieli nam wojnę. A na wojnie nie ma czegoś takiego jak kradzież. Kiedy jeden kraj bije się z drugim krajem, jak zazwyczaj się to dzieje tam na górze, to czy generał mówi do swoich żołnierzy: nie wolno wam niczego ukraść wrogowi?” „Jasne, że nie” – odparł Borsuk. „Robią rzeczy gorsze od kradzieży” – powiedział pan Lis. „Bombardują, wysadzają w powietrze, zabijają i wychodzą ze skóry, żeby zniszczyć to, co ma wróg. Ale ani ty, ani ja nie zniżymy się do tego. Nie spalimy kurnika Boggisa ani spiżarni Bunce’a. A moglibyśmy, gdybyśmy zechcieli. Ale tego nie zrobimy. Nie przyszłoby nam to do głowy…

    Wydawca uznał jednak, że ten fragment jest zbyt ostry, wymierzony w politykę prowojenną zogniskowaną na Wietnamie. Dahl zgodził się go usunąć, bo zależało mu na tym, by wydawca pozostawił lisa-złodzieja jako głównego bohatera, by nie łagodził, ani nie zmieniał scen lisiej kradzieży. Wydawca, Random House, z kolei obawiał się fali krytyki ze strony rodziców i rozważał w ogóle odrzucenie tej propozycji wydawniczej. Stanęło jednak na tym, że redaktor podsunął Dahlowi pomysł niewielkiej stosunkowo zmiany – Pan Lis mógł kraść, ale tylko w piwniczkach, spiżarniach i kurnikach Gnojka, Blagiera i Szparaga, nie zaś w supermarkecie. W ten sposób udało się ocalić klasowy wymiar tej historii i jej wymowę antykapitalistyczną: bo Pan Lis to przecież symbol biedy, która zazdrości bogactwu i chce trochę majątku uszczknąć dla siebie, nie po to jednak, by się wzbogacić, ale by utrzymać się przy życiu i wykarmić rodzinę. Przy tym genialny jest zmysł dydaktyczny Dahla, który potrafi bawić i uczyć w sposób subtelny. Mój syn, krytycznie nastawiony do wszystkich moralizujących opowieści, kupuje tę konwencję dahlowską (z dzikim chichotem dodaje przy tym, że najbardziej lubi Pana Lisa właśnie dlatego, że udaje mu się wszystkich oszukać. Nie wiem jeszcze, na kogo mój syn wyrośnie – na Karola Marksa, Robin Hooda czy zwykłego pensjonariusza Montelupich).

    Ważny jest tu jeszcze jeden wątek, którego nie wyłapali pierwsi czytelnicy, a który dzisiaj wydaje się ewidentny i pierwszoplanowy: Dahl-żołnierz dokonuje tu zrównania polowania na zwierzęta z wojną, stawia znak równości między tymi dwoma rodzajami przemocy. Farmerzy to przecież w pierwszej kolejności agresywni myśliwi, zasadzający się na lisa, nienawidzący go z powodu jego natury, organizujący wielką ofensywę przeciwko zwierzęciu i jego rodzinie. Każdy czytelnik staje zaś po stronie Pana Lisa i zgłodniałych lisiątek, skazanych na śmierć przez pragnących bogacić się ponad miarę Blagiera, Gnojka i Szparaga, łaknących krwi i futra, ohydnych, śmierdzących i rozwrzeszczanych. Nie ma zatem znaczenia, kogo lub co próbuje się zabić, bo liczy się samo pragnienie zadania śmierci.

    O ile uwielbiam książki Dahla, nie przepadałam jakoś wcześniej za nim samym. Wydawał mi się dość odpychającym kobieciarzem, uzależnionym od adrenaliny karierowiczem. Ale dzisiaj, dzień po Dniu Ojca, myślę o nim zgoła inaczej, głównie dlatego, że przeryłam się przez kilka jego biografii. Otóż Dahl był ojcem zupełnie niepasującym do normy swoich czasów. Pisał w domu, opiekował się dziećmi, gdy żona wyjeżdżała na plan filmowy. Gotował dla siebie i córki. Dopiero kiedy rodzina się powiększyła, zatrudniono nianię do dzieci, a on wybudował sobie w ogrodzie chatę, w której zaszywał się, by pisać. Rano jednak odwoził dzieci do szkoły, robił przerwę na lunch, który także spożywał z dziećmi. Był ojcem dostępnym i osiągalnym, ojcem, który znał świat dzieci, bo nie tylko sam był dużym dzieckiem, ale także dlatego, że ze swoimi dziećmi czas spędzał. Jego żona, Pat, charakteryzowała go jako „ojca bardzo matczynego”. Jak wspomina jedna z przyjaciółek jego córki, Tessy:

    Żadni ojcowie nie odwozili swoich dzieci do szkoły i nie byli tak aktywnie zaangażowani w życie rodzinne… Nikt nie miał ojca, który w ciągu tygodnia w porze lunchu przebywał w domu. Było to bardzo nietypowe zachowanie w społeczeństwie, które było bardzo konwencjonalne (cytat za biografią autorstwa Donalda Sturrocka Mistrz opowieści, przeł. Maria Makuch, Znak Emotikon 2016).

    Inaczej go dzisiaj sobie wyobrażam, inaczej też myślę o tym, co kryje się za historią Fantastycznego Pana Lisa. Cholera, znów nabrałam ochoty, by przeczytać tę książkę. Może Jeż da się namówić? A jeśli nie będzie chciał czytać, to chociaż zrobimy sobie tekst z wiedzy o książkach Dahla – na stronie www.roalddahl.pl jest ich pełno (to jest też strona fundacji, powołanej przez wdowę po Dahlu, zajmującej się m. innymi opieką nad ciężko chorymi dziećmi). O wynikach testów nie będę Państwa informować, od razu załóżcie, że Jeż mnie rozniesie.

    Roadl Dahl, Fantastyczny Pan Lis

    przeł. Katarzyna Szczepańska-Kowalczuk,

    Znak Emotikon 2020

  • 5 książkowych prezentów dla dzieci i 2 antyprezenty

    5 książkowych prezentów dla dzieci i 2 antyprezenty

    Lista osobista, bez żadnych nowości. Stare i sprawdzone w ciągu kilka lat czytania. Zdążycie jeszcze przed Mikołajem, jeśli tych książek jeszcze nie macie.

    1. Roald Dahl, Charlie i fabryka czekolady, przeł. Magda Heydel i Wanda Heydel, SIW Znak – pouczenie moralne tak niezwykle subtelne i zabawne, że większość autorów mogłaby się od Dahla uczyć. Historie absurdalne, absolutne odjazdy, które jednocześnie rządzą się żelazną logiką. Nie mogę czytać scen sprzed momentu, gdy Charlie znajduje czekoladę. Zawsze płaczę, kiedy Dahl opisuje, jak Charlie słabnie z głodu, jak nie ma siły się poruszać, jak rodzina oddaje mu ostatnie kąski z zupy. Dahl trafia u mnie na emocjonalną nutę zawsze. Mam też problem, kiedy czytamy o tym, jak Pan Lis z dziećmi (z innej genialnej powieści) ukrywa się przed ludźmi rozkopującymi jego norę. To jest coming out – płaczę, gdy czytam Dahla.
    2. Michael Ende, Momo, przeł. Ryszard Wojnakowski, SIW Znak – Szarzy Panowie, mała Momo, bezdomna dziewczynka, która mieszka w ruinach antycznego teatru, ludzie w pośpiechu, oddalający się od siebie. Niewiele jest chyba książek tak poważnych, głębokich: o potrzebie ciepła, o samotności, o przyjaźni. W powieściach dla dorosłych te wątki zawsze wychodzą jak banał. A tu – mistrzostwo świata.
    3. Michael Ende, Niekończąca się historia, przeł. Ryszard Wojnakowski, SIW Znak – po tej książce także dorośli będą chodzić spać przy świetle. Ale jaka tu jest fraza, jakie przygody, jaki świat przedstawiony! Rozmowa Atreju z wilkołakiem, w czasie której dowiaduje się, że mieszkańcy Fantazjany przechodzą do świata ludzi jako ich kłamstwa, to najbardziej zakręcony dialog filozoficzny, jaki w życiu czytałam. I ten dziki, pusty, przegrany śmiech wilkołaka na koniec sceny. O mamo, co za książka!
    4. Ann-Cath. Vestly, 8+2 i ciężarówka, przeł. Adela Skrentni, Dwie Siostry. Uwaga, uwaga, fajna książka o BIEDZIE. Świetna opowieść dla dzieci z naszych średniozamożnych rodzin w modelu 2+3 maksymalnie, o 8 dzieci i rodzicach, mieszkających w 2 pokojach. Jest też babcia, która w młodości była służącą, nie odwiedza rodziny za często, bo ją na to nie stać. I niewiele się zmienia w kolejnych tomach, rodzina przeprowadza się do małego domku w lesie, daleko poza miastem, toaleta jest na polu, dzieci na wypoczynek jadą na pace nieogrzewanej ciężarówki, wannę w łazience widzą u kolegi z bloku. Cała historia ustawiona jest tak, że im nie współczujemy, nie ma pobudzić ciągot filantropijnych, ale chodzi o obserwowanie różnych zabaw, uczenie się świata razem z nimi. A świat poznają tu dzieci od 2 do kilkunastu lat, więc można czytać i z małymi, i z większymi dziećmi.
    5. Astrid Lindgren, Ronja, córka zbójnika, przeł. Anna Węgleńska, Nasza Księgarnia – jaka to jest genialna opowieść dla dziewczyn i dla chłopaków równocześnie. Rozbójnicy i gender, taki to powinno mieć dzisiaj podtytuł. Co ja wam będę pisać, tego się nie da opowiedzieć.  Zupełnie inna, zawieszona poza czasem, prawda o relacji rodzic-dziecko, o tym, że się zawodzimy, o tym, że nie spełniamy swoich oczekiwań nawzajem. Niezwykle piękna i bolesna jednocześnie.

    Lista książek, które odradzam, zaczyna się za to od przygód Mikołajka (Sempé i Gościnny, w Polsce najpierw Nasza Księgarnia, potem SIW Znak). Kiedyś to było śmieszne, ale bardzo się postarzało. Nie nadaje się już dla dzieci – bo skupiają się głównie na tym, jak chłopaki się tłuką. Szydzi z dzieci z nadwagą, ośmiesza nauczycieli, którzy ciągle dają kary i rodziców, którzy co jakiś czas muszą też dzieciom przywalić.

    To nie jest lektura dla dziewczynek, bo zupełnie o nich nie opowiada. Nie jest też dla chłopców, bo ciągle chodzi o bicie i niszczenie, albo o kłótnie.

    Nie nadaje się też za bardzo dla dorosłych, bo matka Mikołajka ciągle grozi, że wróci do rodzinnego domu, a jej mąż ma pretensje, że wydaje za dużo na dom. Słaby raczej model rodzinny. Czytam te opowieści teraz jako pewnego rodzaju dokument z epoki, jako historię o Francji lat 60., z modą na citroeny, tradycyjnym modelem rodziny i absolutną unifikacją. To jest świat, który za chwilę pęknie, zmieni się. Pojawią się imigranci, kobiety pójdą do pracy, będzie rewolucja obyczajowa, paryski maj. A na razie jest cisza.

    Jest jeszcze jeden tytuł, super popularny, który wydaje mi się wyjątkowo słaby – Magiczne drzewo Andrzeja Maleszki (SIW Znak). Nie dość, że wydawany w sposób, który urąga grafice, z brzydkimi, komputerowo machniętymi ilustracjami, przyprawiającymi o skurcze gałek ocznych, to treść przyprawia o skurcze mózgu. Kilkanaście tomów przygód dzieci, o których niczego się nie dowiadujemy, bo ciągle widzimy je jako figury działające, w ruchu. Maleszka – zgodnie z instrukcją Alfreda Hitchcocka – zaczyna od trzęsienia ziemi, a potem jest już tylko mocniej. Przygody pędzą, niebezpieczeństwo ciągle narasta, zagrożone życie wisi ciągle na włosku. Przy lekturze kolejnych tomów jesteśmy w stanie przewidzieć, co się stanie dalej, bo permutacja rozwiązań fabularnych jest w końcu ograniczona. A nie ma nic gorszego niż nudna przygodówka.

    Nie ma tu żadnych obserwacji życia społecznego, obrazów ze świata, refleksji, portretów psychologicznych bohaterów. Jest za to, dość głęboko ukryta, nauka: o tym, że trzeba działać tak, żeby dorośli się niczego nie domyślili, że trzeba ich oszukiwać lub ich unikać. Że wolno zabierać ze sklepów jedzenie i ubrania (bo kolejne przygody rozciągają się w czasie, dzieci podróżują samodzielnie po hotelach, popadają w tarapaty i są głodne). Że jeśli się czegoś chce, to można sobie to wyczarować – co dotyczy też dorosłych, bo mama głównych bohaterów wyprawkę szkolną organizuje, siadając na magicznym krześle i zgłaszając całą listę potrzeb.

    Gdybym była złośliwa, napisałabym, że Maleszka ma też ograniczone słownictwo: onomatopeje ograniczają się do TRACH, nie ma ani bam, ani bum, ani łubudu. Wszystko robi trach. Ale nie jestem złośliwa, więc tylko mimochodem wspominam o tej nędzy językowej.

    Kiedy to piszę, mój syn mocno protestuje: najnowszy tom kupił sobie za własne pieniądze i jest wielkim fanem całej serii. Wymienia ją obok różnych tytułów Astrid Lindgren. Wiecie, jak to jest, kiedy własne potomstwo wbija nóż w serce??

    Zdjęcie: Thandy Yung on Unsplash