Tag: reportaż

  • Wydrążona ziemia

    Beata Chomątowska, Stacja Muranów, Czarne 2012
    Filip Springer, Miedzianka. Historia znikania, Czarne 2011
     
     
     
     
    Zarówno Springer, jak i Chomątowska piszą o ruinach i gruzach, o wydrążonej ziemi, na której w kolejnych dekadach próbuje się budować na nowo. Ta figura właśnie – ziemi wydrążonej − staje się w ich opowieści kluczowa dla myślenia o naszej przeszłości, stanowi pewnego rodzaju synekdochę określającą wyobrażenie PRL-u. Pozwala ona obojgu autorom pokazać w całym skomplikowaniu powiązanie tożsamości własnej i wrogiej, splot wspomnień katów i ofiar, odtworzyć wreszcie dialektykę pamięci i zapominania, prześledzić manipulacje, którym podlegała polska pamięć kulturowa. Ta pamięć, którą przedstawiają reportażyści, stoi w sprzeczności z mitem odbudowy, ale też mitem walki (który zastąpił mit odbudowy w naszej pamięci zbiorowej po 1989 roku). Figura wydrążonej ziemi każe się bowiem skupić na tym, co zniszczone i nienaprawione, na pracy, którą kolejni „zwycięzcy” wkładają w zatarcie śladów poprzedników, na gruzach, jałowych polach, zamkniętych kopalniach i rozkradzionych fabrykach, zmienionych nazwach geograficznych. U Chomątowskiej pierwszy ślad tej figury pojawia się na początku opowieści, gdy próbuje uchwycić istotę Muranowa jako miejsca-po-getcie. Springer pisze zaś:
     
    Wkrótce Karl Heinz Friebe dowiaduje się też, że Kupferberg nie jest Kupferbergiem. Jego nowa nazwa to Miedziana Góra. Jannowitz staje się Janowicami, Rudelstadt to Ciechanowice, Marzdorf to Marciszów, a Waltersdorf to Mniszków.
     
    To bardzo ważny cytat, bo pokazuje, jak za pomocą gestów administracyjnych zmienia się tożsamość miejsc i jak rozpoczyna się budowanie nowej pamięci zbiorowej. Chomątowska i Springer mówią bowiem to, co coraz głośniej rozbrzmiewa w publicystyce, badaniach naukowych i historiografii – podkreślają, że głównym doświadczeniem wojennym Polaków jest przesiedlenie. I natychmiast dodają, że nie jest to wyłącznie doświadczenie Polaków jako ofiar, repatriantów usuwanych przymusowo z Wilna i Lwowa, ale że jest to również doświadczenie wejścia do cudzego domu, zajęcia cudzego mienia. Jak lapidarnie pisze Ryszard Nycz, polskie społeczeństwo powojenne to „społeczeństwo przesiedlone, zdeterytorializowane, zdyslokowane”, jednak nasza pamięć kulturowa nie zachowała takiego doświadczenia. W PRL-u o repatriacji, przesuwaniu granic nie mówiono. Ustalenie granicy zachodniej przedstawiano jako odzyskanie „ziem odwiecznie piastowskich”, wszelkie wzmianki o usuwaniu żywiołu polskiego ze Wschodu w latach 1944-1946 cenzurowano. Tymczasem w perspektywie badaczy, to właśnie przesiedlenie okazuje się najważniejszą konsekwencją II wojny światowej, zdarzeniem, które w największym stopniu zmieniło losy Europy i ciągle ujawnia swoje kolejne skutki. Jak pisze Keith Lowe, wszystkie czystki etniczne, które miały miejsce po 1945 roku w Europie, wyrosły z rozpadu idei stabilnych społeczeństw, jaki dokonał się w trakcie działań zbrojnych. Okazuje się zatem, że dwa porządki dyskursu – komunistyczny, skupiony na budowaniu nowego ładu oraz demokratyczny, zajęty rozliczaniem z komunizmem i systemową transformacją – usunęły poza pole refleksji istotne doświadczenie wojenne. Ono zaś, niewypowiedziane i odsuwane w niepamięć, staje się nieprzepracowaną traumą. W reportażach Chomątowskiej i Springera właściwie wszyscy bohaterowie to ludzie przesiedleni – Springer pokazuje wypędzenie Niemców i osiedlanie w ich domach Polaków. Obraz Polaków jako wypędzających kłócił się z wyobrażeniem Polaków jako skrzywdzonych przez historię tragicznych ofiar, a taki obraz właśnie utrwalała propaganda PRL-u. Tymczasem w Miedziance autor unika łatwych ocen, daleki jest od tak pojmowanej sprawiedliwości dziejowej. W rozdziałach opisujących koniec wojny sięga po perspektywę dziecięcego bohatera, pół-sieroty, głodnego, żebrzącego o mleko Karla Heinza Friebego:
     
    Nagle alarm, na niebie radzieckie samoloty, ludzie wybiegają na zewnątrz. Jest zima, śnieg, w oddali jakieś miasto. Biegną, samoloty są coraz bliżej. Karl trzyma siostrzyczkę za jedną rękę, a matkę za drugą. Najbardziej boi się tego, że puści którąś z nich.
     
    To właśnie mały Hans, zanim jeszcze zostanie ostatecznie przepędzony ze swojego domu, będzie musiał nauczyć się nowych nazw miejscowości i ulic. Stanie się świadkiem nie tylko wojny, ale i modelowania rzeczywistości przez zwycięzców, pisania nowej historii:
     
    Karl szybko liczy, że w jednym pociągu zmieści się całe miasteczko, a nawet dwa. Mogliby zatrzasnąć cały Kupferberg w wagonach i powieźć to wszystko na Zachód. Ale miasteczko zostaje. To tylko oni znikają.
     
     Później zaś opowieść o wypędzeniu Niemców zostaje więc uzupełniona historią o polskiej biedzie, o konieczności zdobywania wszystkiego na nowo. I znów narracja ta ustanawiana jest jako rodzaj kontroopowieści wobec dominującego w polskiej pamięci przeszłości przekonania, że ziemie poniemieckie stanowiły w okresie powojennym krainę mlekiem i miodem płynącą.
     
    Chomątowska udowadnia, że nie tylko na obszarach przygranicznych odbywały się wędrówki ludów: nowa dzielnica posługuje się nową topografią, znika wiele nazw ulic lub przynajmniej zmieniają one kierunek i przebieg. Nie ma już przedwojennych Nalewek, Tłomackiego, Tamki,  na nowym Muranowie zamieszkują nowi mieszkańcy – ludzie z awansu, ale też przesiedleni, wrzuceni w miejski krajobraz, otrzymujący przydział na mieszkanie:
     
    Na przykład Stanisław Korycki, lakiernik z Mostostalu, wyróżniony tytułem przodownika pracy przy budowie trasy W–Z, a mimo to gnieżdżący się dotąd w jednym pokoju razem z żoną, dzieckiem i bratem. Albo Marian Jackowski, kontroler w Miejskich Zakładach Komunikacyjnych, przesiedlony z przeznaczonego do rozbiórki domu na Litewskiej.
     
    Zasadniczym elementem naszej powojennej pamięci w perspektywie Chomątowskiej i Springera jest gruz: pagórki, które pozostały po zburzonym getcie, leje i zapadliska po nigdy nie zbadanych dokładnie piwnicach, poniemieckie domy i cmentarze, kopalniane osuwiska i zapomniane szyby, hałdy ziemi, przytłaczające małe dolnośląskie miasteczko. Jednocześnie zgliszcza te mają wymiar symboliczny, bo przywołują pamięć niechcianą, wspomnienie grup etnicznych, które nie mieściły się w komunistycznym projekcie Polski powojennej. Wraz z pozostałościami po niemieckich cmentarzach i żydowskich kamienicach usuwano zatem pamięć o przedwojennych mieszkańcach terenów nowej Polski. Znikanie gruzów miało wymiar nie tylko polityczny, ale też etyczny, bowiem umacniający swoją władzę komuniści pozwolili na profanację, na rozbudowę kurników i przydomowych komórek dzięki cegłom wywiezionym z getta czy tablicom nagrobnym zapisanych gotykiem. Springer cytuje też polskie pisma urzędowe: „germańskie plugastwo” ma być tak traktowane, by zechciało „samo uciekać z nowych terenów Polski”. Wraz z gruzem rugowano też wspomnienia wstydliwe, w których to Polacy wchodzili w rolę agresorów, szabrowali pożydowskie mienie czy skuwali ściany w poniemieckich domach w poszukiwaniu ukrytego złota. Jednym z celów młodych reportażystów jest więc przypomnienie cywilnych ofiar wojny – mieszkańców gett żydowskich i wypędzonych Niemców, umieszczenie ich w obrazie przeszłości obok polskiej martyrologii, której pamięć forsowano w dobie PRL-u jako zasadnicze doświadczenie wojenne. Chomątowska dobitnie podkreśla, że Muranów stał się dla komunistów sceną, na której odgrywali propagandowy spektakl, że pamięć Holocaustu wraz z opowieścią o polskim antysemityzmie była dla nich zbędna, niemożliwa do opracowania, została więc przykryta opowieścią o wojnie polsko-niemieckiej. Dlatego też modelowano historię: gdy wznoszono kolejne bloki Muranowa i pisano o zwycięstwie właściwego nurtu historii, to jednocześnie rozwiązywano Bund. Narastały też przejawy antysemityzmu, które zaowocowały w połowie lat 50. wielką falą żydowskiej emigracji. Sterowana odgórnie amnezja przynosiła skutki i nowi mieszkańcy Muranowa – przesiedleni z innych obszarów Polski, pozbawieni wykształcenia i wiedzy historycznej − nie wiedzieli, dlaczego teren dzielnicy jest tak pofałdowany.
     
    Miedziankę i Stacja Muranów, opisujące zupełnie różne zjawiska z polskiej, nieodległej jeszcze przeszłości, łączy pragnienie odkłamania pamięci, odkrycia tych problemów, zdarzeń i osób, które w ramach różnych strategii politycznych były dyskredytowane i przemilczane, czyli przede wszystkim dotyczących etnicznego oczyszczania ziem polskich po wojnie i przyzwolenia na prowadzenie rabunkowej gospodarki. Metafora wydrążonej ziemi u Springera wiąże się w sposób naturalny z pracami w kopalni, z wydobywaniem węgla oraz uranu, a na poziomie symbolicznym z modelowaniem społeczeństwa: pozbawionego poczucia bezpieczeństwa, niepotrzebnego i przerzuconego na „nowy odcinek”. Ludzi można drążyć niczym ziemię, formować, dowolnie eksploatować. Większość Niemców, którzy w 1945 roku jeszcze nie uciekli, podejrzewano o przynależność do nazistowskiej partyzantki, przesłuchiwano, więziono, umieszczano w obozach i wysiedlano. W latach 50. w rolę niewygodnych ofiar weszli Polacy – w oficjalnych rejestrach nie zaznaczano, ile osób zmarło z powodu napromieniowania w czasie pracy w kopalni uranu w Miedziance, ile szantażowano i zwalniano, a ile torturowano lub zamordowano, bo przecież uran wydobywano na potrzeby zbrojeniowe Związku Radzieckiego. Nikt nie wie, ile robotnic – podobnych do Barbary Wójcik – zostało zgwałconych przez pracowników Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, którzy traktowali przyzakładowe kwatery jak domy publiczne. W działającej przez cztery lata kopalni nikt nie ostrzegał przed szkodliwym promieniowaniem, górników aresztowano za drobiny urobku znalezione w odzieży, donosicieli wynagradzano zaś pracą przy lepszej ścianie. Nie zmieniano warunków zatrudnienia ciężarnym wywożącym codziennie wagoniki uranu na powierzchnię, bo rąk do pracy wciąż brakowało − nawet karne bataliony tworzone z więźniów politycznych i żołnierzy nie były w stanie zaspokoić potrzeb kopalni.
     
    U Chomątowskiej wydrążona ziemia to gruzy po powstaniu w getcie, ale też pozostałości obozu koncentracyjnego KL Warschau i osamotnione, ocalałe z wojny kamienice. W odniesieniu do okresu powojennego autorka rysuje paradoksalną wizję ziemi zarówno wydrążonej, jak i nasyconej krwią, pełnej ludzkich szczątków. Jest to więc znak braku, klęski, śmierci. Jednakże gruzy i ruiny z 1945 roku w pamięci kultury zapisały się w dwuznaczny sposób: nie tylko jako symbol zniszczenia, ale także jako szansa, pole eksploracji, szabrowniczego bogacenia się. Gruzy, jak widzi je zatem Chomątowska, to przestrzeń ukrytego bogactwa, czekająca na swoich odkrywców. Na te dwa znaczenia nakłada zaś autorka jeszcze obraz trzeci – dawnego getta jako kłopotu administracyjnego, bo dla władz hałdy gruzu stanowią wyłącznie problem, wymuszają skomplikowane roboty porządkowe, na które nie ma przecież środków oraz konieczność opracowania nowego planu zabudowy. Zainteresowaniem instytucji państwowych cieszył się wyłącznie nazistowski obóz pracy, w którym MBP przetrzymywało aresztowanych AK-owców.
     

     

    Stacja Muranów i Miedziankamają charakter subwersywny wobec głównego nurtu pamięci społecznej, starają się ożywić inną pamięć kulturową, uruchomić nowe treści, wprowadzić do opowieści o przeszłości nowe grupy społeczne. Oczywiście, żaden tekst nie ma wartości rewelatorskiej w sensie historycznym, ale każdy ukazuje słabo znany wycinek przeszłości, odsłania nowy kontekst zdarzeń, albo też przybliża rzadko obecne w głównym nurcie treści. Bohaterami obu reportaży stają się takie grupy, które rzadko bywały tematem literackim: u Springera są to górnicy z Dolnego Śląska, z okolic Jeleniej Góry, a nie z wielkich budów socjalizmu. Miedzianka i jej prowincjonalny świat zajmują miejsce zarezerwowane do tej pory w polskiej literaturze dla Katowic, Nowej Huty czy Stoczni Gdańskiej.
     
     
     
    Powyższy tekst to fragment dużego eseju, który ukazał się w najnowszym numerze „Fa-artu” (4/2015)
  • Jak zmarnować reporterski temat, tego uczy Lipiński

    Jak zmarnować reporterski temat, tego uczy Lipiński

    Piotr Lipiński, Bicia nie trzeba ich było uczyć, Czarne 2016
    Czytałam ostatnio dwie książki reporterskie dotyczące polskiej najnowszej historii – Lipińskiego o procesach stalinowskich prokuratorów i Łazarewicza o sprawie Grzegorza Przemyka. Dwa polskie reportaże o śledztwie i procesie, dwie opowieści o tym, jak stawiając przed sądem jednostkę, oskarża się jednocześnie i rozlicza Polskę komunistyczną. Różnica jest tylko jedna – książki Lipińskiego nie należy czytać, podczas gdy książka Łazarewicza to lektura obowiązkowa.
     
    Obie książki wywołują wielkie emocje, zamiarem obu jest przedstawienie czytelnikowi przeszłości w zbliżeniu, rozliczenie przeszłości sprzed 1989 roku oraz pokazanie, jak działała system prawny w latach 90., gdy próbowano wracać do spraw z przeszłości. Lipiński odwołuje się do procesu z 1994 roku, w którym na ławie oskarżonych zasiedli przedstawiciele Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, którzy w latach 40. i 50. odpowiadali za budowę gigantycznego i bardzo efektywnego aparatu terroru, którzy odpowiadali za tortury, znęcanie się i łamanie niewinnie oskarżonych. Cezary Łazarewicz próbuje zrekonstruować przebieg pobicia i śmierci Grzegorza Przemyka, a także śledztwa i mataczeń wokół niego, następnie procesu, który odbył się w 1984 roku oraz ponownego procesu z 1995 roku.
     
    Pozornie tylko są to to tematy, które zrobią się same, lecz w gruncie rzeczy – szalenie trudne wątki, wymagające umiejętności opracowania materiału sądowego, umiejętności snucia opowieści, posiadania wiedzy psychologicznej, ale też wiedzy o tym, o czym jeszcze chce się opowiedzieć, poza wątkiem głównym zawsze przecież pojawia się tło, w tym tle zaś to wszystko, co autor zamierzenie lub niezamierzenie umieszcza. Nad tym materiałem w stopniu doskonałym panuje Łazarewicz (o nim jeszcze napiszę), podczas gdy Lipiński nie radzi sobie z nim w ogóle.
     
    Bicia nie trzeba ich było uczyć to wznowienie reportażu wydanego w 1997 roku. Lipiński miał 25 lat, gdy przeprowadził swoje rozmowy z Adamem Humerem, ostatnim wiernym komunistą, oddanym śledczym MBP. Zapis rozmów, które młody reporter prowadzi w mokotowskim więzieniu z emerytowanym śledztwem miał pokazać czytelnikowi zaślepienie Humera, jego oddanie systemowi, ale i zakłamanie, bo nie chce przyznać się do tego, jak potworne metody dopuszczał w śledztwie, choć wielu świadków zeznawało już przeciwko niemu i tortury te zostały udowodnione. Lipiński nie widzi jednak, że oddaje też czytelnikowi do rąk książkę o swojej porażce, nie potrafi bowiem ani wydobyć z Humera przyznania się do winy, ani wyjaśnienia, dlaczego dopuszczał takie metody. Lipiński wciąż pyta, Humer nie odpowiada, albo mówi to, co sam chce. Młody dziennikarski szczawik dławi się swoim poczucie słuszności, a my wraz z nim, bo przecież pomimo jego nieudolności, stoimy po jego stronie, bo tu znajduje się racja moralna. Lipiński powinien zatem pójść w inną stronę, próbować stworzyć portret psychologiczny tego śledczego-kata, pokazać, jak to możliwe, że w latach 90., po tylu ujawnionych zbrodniach komunizmu, nadużyciach jednostek i całego systemu, wciąż można być mu wiernym, wciąż można powtarzać hasła propagandowe z lat 40! (np. frazy o tym, że MBP prowadziło wojnę przeciwko obszarnikom, a nie przeciwko polskiemu społeczeństwu, że bicie aresztowanych miało umocnić władzę ludową). Lipiński pisze ze świętym oburzeniem, głosem  trybuna ludowego woła „oskarżam”, a jednocześnie nie potrafi narysować choćby hipotetycznego portretu swego głównego oskarżonego – Humera.  To jest właśnie obowiązek Lipińskiego, który popełnia też i błąd drugi – w nowym wydaniu nic nie poprawia, choć nie ma już 25, a 49 lat i jego wiedza o świecie, mamy taką nadzieję, trochę się już pogłębiła. Delikatnie rzecz ujmując, Lipiński to nie jest Teresa Torańska, a Bicia nie trzeba ich było uczyć to nie jest nowa wersja Onych, to miejscami naiwna, miejscami okrutna opowieść o śledztwie. Naiwna, bo zbyt proste są podziały i oceny moralne, które stosuje Lipiński, okrutna, bo gdyby mu się bardziej chciało, gdyby miał w sobie więcej wrażliwości, mógłby napisać świetny reportaż o starości AK-owców, o ich chorobach, samotności, walce o dobre imię. Tymczasem pojawiają się oni jednak przede wszystkim jako głosy prawdy, jako świadkowie na sali sądowej.
     
    I tak dostajemy reportaż śledczo-historyczny pełen niespełnionych obietnicy, nieudanych wybiegów, niezrealizowanych szans. Fatalnie, że taki świetny temat zmarnowany został w ten sposób. 
  • Czym na wojnie zajmowali się dziadkowie

    Czym na wojnie zajmowali się dziadkowie

    Włodzimierz Nowak, Obwód głowy, Dowody na Istnienie 2015
    To już drugie wydanie książki Nowaka, pierwsze ukazało się w 2006 roku w wydawnictwie Czarne. Teraz Nowak dopisał do niej obszerne posłowie, które jednak zmienia w dużym stopniu sens tej książki, przesuwa akcenty, pokazuje też, jak żyje reportaż (teoretycznie przecież gatunek doraźny i prasowy). Otóż w 2006 roku czytałam Obwód głowy jak opis pogranicza polsko-niemieckiego, historię wstrząsów gospodarczych, zderzenie Europ dwóch prędkości. Jednym z najważniejszych zjawisk, jak ukazywały te opowieści, była żelazna kurtyna, blizna po niej, resentymenty bliskich sąsiadów. Tak czytałam teksty: Adam z Ewką żyli w raju czy Brzegi coraz bliżej, rybka daleko.
     
    Inna jest zupełnie lektura po kolejnych kilku latach, w dużym stopniu dzięki dodanemu przez Nowaka tekstowi Co ja mogę zrobić dla Niemców. Zapiski z podróży z Obwodem głowy, bo ten każe dostrzec inne zjawiska. Na plan pierwszy wysuwa się pamięć o wojnie, doświadczenia polskie i niemieckie, trwałe urazy i próby pojednania. Nowak opowiada o tym, jak przyjmowano go w Niemczech w czasie spotkań autorskich. Gospodarczo-społeczne rozważania usuwają się w cień, a na plan pierwszy wychodzą historie Kobiety z Wildehaged (o samobójstwach Niemek w 1945 roku) i Mój warszawski szał (o Niemcu, który tłumił powstanie warszawskie).  Nowak pokazuje, jak słuchano fragmentów tekstów (w skupieniu, z półprzymkniętymi oczami), jak wylewano żale, przerywano milczenie. Oto bowiem nowym bohaterem Obwodu głowy, którego nie widziałam wcześniej, staje się milczenie − milczenie które ciąży na trzecim pokoleniu Niemców i sprawia, że wnuki nie potrafią poradzić sobie z tym, czym na wojnie zajmowali się ich dziadkowie. Dziadkowie, wymierający powoli, czekający kresu swoich dni w domach opieki, opowiadają swoje życie pielęgniarkom. Ich opowieści są zaś tak drastyczne, że pracownice te kieruje się na zajęcia psychologiczne:
     
    Słyszałem, że te pielęgniarki przechodzą specjalne szko­lenie, żeby nie zabiły ich okrucieństwa i potworności, jakie opowiadają umierający staruszkowie z pokolenia sprawców. – Niech pani myśli wtedy o czymś innym – uczył pielęg­niarkę psycholog – na przykład jakie syn ma dziś lekcje, czy wziął śniadanie do szkoły, co kupić, co było w telewizji…
    Tak umierający nazista spotyka pielęgniarkę przeszko­loną w niesłuchaniu. Spowiedź trafia w pustkę.
     
    W polskim myśleniu o doświadczeniu wojny w centralnym miejscu ustawia się powstanie 1944 i  obozy koncentracyjne, w Obwodzie głowy istotniejsze jest jednak cierpienie jednostkowe i prywatne, mało znane problemy: odbieranie dzieci o aryjskim wyglądzie i przekazywanie ich nowym, niemieckim matkom, gwałty zadawane przez żołnierzy. Nowak nie zapomina o banalnej z pozoru prawdzie, że wojna dotyka nie tylko mężczyzn:
     
    Mężczyźni byli słabi i kobiety musiały same sobie radzić, odbudowywać kraj. Nie tylko ulice i domy, ale także tych złamanych mężczyzn, swoich mężów. Żeby mężczyzna znowu mógł usiąść przy stole jako głowa rodziny. Za to wszystko płaciły milczeniem.  
     

    Widać wiec wyraźnie, że problem pamięci, ułożenia sobie życia po traumie, przekazania

    doświadczenia kolejnym pokoleniom wysuwa się na plan pierwszy. To nie jest zadanie, które można odłożyć i zająć się wzrostem gospodarczym. O tym, że tutaj właśnie czeka nas prawdziwa praca, niech świadczą słowa czytelnika, które z Internetu przepisuje Nowak w posłowiu:

     

     

    „ŻADEN NIEMIEC NIE BĘDZIE MOIM BRATEM ZERO POJEDANIA ZERO WYBACZENIA MOGĘ ICH TYLKO TOLEROWAĆ BO TEN NARÓD NIC SIĘ NIE ZMIENIA DALEJ MASZERUJE TYLKO W DOMU!!!”.
  • Czy widziała pani grób Tamerlana?

    Hanna Krall, Na wschód od Arbatu
    Dowody na Istnienie 2015
    Na wschód od Arbatu to zbiór stary, pochodzący z końca lat 60., wydany w PRL-u tylko dwukrotnie. Krall pisała te reportaże rosyjskie, gdy przebywała w Moskwie jako żona przy mężu – Jerzy Szperkowicz wyjechał do ZSRR jako korespondent  „Życia Warszawy”. Krall zbierała materiały do swoich tekstów i wysyłała je do „Polityki”.
     
    Zebrane tutaj teksty przeznaczone były do publikacji w spętanej cenzurą prasie polskiej, stąd też część z nich może się wydawać dzisiaj zbyt zawoalowana. Krzywdę robi jednak tej książce Mariusz Szczygieł, gdy pisze, że Na wschód od Arbatu nie pokazuje nam dzisiaj ZSRR, że „to książka o sposobie pisania o Związku Radzieckim”. Rozumiem, że chciałby książki ostrzejszej, bardziej krytycznej, jak mówi sama Krall – „bardziej uczciwej”. Sądzę jednak, że Kobiety w kolorze lila, najlepszy chyba tekst z tego zbioru, usprawiedliwia wszystkie kompromisy i mowę ezopową.
     
    Ten reportaż opowiada o kobietach w Związku Radzieckim, o robotnicach i lotniczkach z Armii Czerwonej, odznaczonych bohaterkach, które dwadzieścia lat po wojnie próbują radzić sobie z życiem. Kolor lila i lakierki damskie są tu symbolem elegancji i kobiecości, dwóch przywilejów, do których kobiety radzieckie zasadniczo nie mają prawa. Krall pisze zaś w zakończeniu:
     
    Za wszystko, co przeszły, czego nie mogły przeżyć, czego nie zdążyły mieć – należą im się wszystkie lakierki świata i wszystkie kostiumiki „dżersi”, nawet w kolorze liliowym.
     
    Nie dość, że jest tu cała Krall – ironia, niedopowiedzenie, sympatia i dystans do bohaterów, skrótowa fraza, skupienie na szczególe – to jeszcze maluje ona niezwykle subtelny, precyzyjny i plastyczny portret kobiet uwikłanych w historię. Portret, którym Hanna Krall pokonuje o całą długość wszystkie Łączniki, Sybiraczki i inne sentymentalne i głupiutkie opowieści o udziale kobiet w wojnie, które produkują na wyścigi różne polskie wydawnictwa. Sądzę, że o żołnierkach równie dobrze pisze tylko Swietłana Aleksijewicz. Bohaterki Kobiet w kolorze lila to byłe żołnierki, których odwagę, poświęcenie, siostrzaną więź obserwujemy dwadzieścia lat po wojnie, gdy toczą walkę z rzeczywistością socjalistyczną. Krall pokazuje je jako odznaczone bohaterki, świeckie święte, w fabrykach i na osiedlach wyjednujące łaski dla szarych obywateli. One same zaś nie mają odwagi upomnieć się o swoje życie, przywileje dla siebie. Tymczasem uhonorowane bohaterki nie są bowiem już kobietami, a „Bohaterami Związku Radzieckiego”, którzy nie mają prawa do rozwodu i alimentów, większego mieszkania, przyzwoitych mebli, wizyty u fryzjera.
     
    System komunistyczny, nastawiony zaś na produkcję zbrojeniową, uderza w kobiety, to one padają bowiem ofiarą słabej aprowizacji. Ubrania najlepiej kupować na prowincji, w czasie wycieczek, bo potem nikt nie pyta, czy widziała pani grób Tamerlana, ale gdzie kupiła pani te lakierki. Ten jeden reportaż, o czasie, gdy bohaterki są zmęczone, wystarczyłby, by uznać Na wschód od Arbatu za książkę ciągle aktualną, bo nie jest to wcale studium dla potencjalnych reportażystów, jak zdaje się sugerować Szczygieł.  Obok tego reportażu znaleźć tu można jednak kilka innych świetnych tekstów – o szachistach, którzy w grze odnajdują tę przejrzystość zasad, której brakujemy życiu społeczno-politycznemu ZSRR. Krall nie dość, że opisuje ich jak gwiazdy rocka, celebrytów w blasku fleszy, to pokazuje jeszcze, że ucieczka w świat ściśle wytyczonych reguł jest często jedynym wyjściem z totalitarnej opresji. Pierwszy reportaż, Kawałek chleba, można czytać w dwóch perspektywach – jako opowieść o Polakach, którzy osiedli na Syberii, ginęli w 1937 i latach 40., teraz zaś mieszają się stopniowo z Buriatami i Rosjanami. Ale dla mnie jest to również tekst o obecnej Polonii – w USA czy każdym innym miejscu, gdzie żyje drugie i trzecie pokolenie emigrantów. Zapominające stopniowo język przodków, utrwalające w wyobraźni obraz Polski jako kraju sielsko-ubogiego.
    Jerzy Szperkowicz w posłowiu pisze, że Krall „poluje na upatrzonego”, podąża za swoimi tematami i obojętna jest na te, modne i aktualne. Szuka swoich obrazów, innych historii. Ta jej indywidualna ścieżka sprawia właśnie, że teksty z lat 60., pisane pod ciśnieniem cenzury (można byłoby pokusić się tutaj o jeszcze inny wątek rozważań – jak cenzura, którą musiała ominąć Krall, by dotrzeć do czytelnika, wpłynął na kształt jej tekstów), wciąż są inspirujące. Widać to wyraźnie w tym tomie, który choć cieniutki, jest gęsty od znaczeń. 
  • Najlepiej malują matematycy i fizycy

    Hanna Krall, Sześć odcieni bieli i inne historie

    Dowody na Istnienie 2015
     
    Reklamowanie Hanny Krall jest zajęciem dość idiotycznym i niepotrzebnym, ale Sześć odcieni bieli wydaje się wyróżniać w i tak genialnym dorobku autorki. To książka zbierająca reportaże z lat 70. i 80., w których widać fascynujące zderzenie: teksty głęboko osadzone w paździerzowym PRL-u, są jednocześnie ostre i aktualne, z nowoczesnym rysem psychologicznym i mistrzowską ironią.
     
    Fascynująca jest historia stojąca za zgromadzonymi tutaj tekstami – bo Sześć odcieni bieli gromadzi teksty z trzech tomów Krall. Pierwszy, pod tym samym tytułem, ukazał się w 1978 roku. Drugi, zatytułowany Trudności ze wstawaniem, wyszedł w nielegalnym, drugim obiegu w 1988 i zawierał dwa tomy reportaży z lat 80. (Katar sienny i Szczęście Marianny Głaz), których publikację państwowa cenzura powtrzymała w ostatniej chwili, mieląc większość z nakładu wydrukowanego przez Wydawnictwo Literackie. Jak podają Dowody na Istnienie w nocie wydawniczej:  wydrukowane już książki w latach 80. zniszczono, a skład drukarski przetopiono. Cóż, jak widać rację miał Bułhakow, gdy pisał „Rękopisy nie płoną”.
    Krall używa nowomowy przeciwko PRL-owi. Zawsze wprowadza ją jako mowę cudzą, ustawia cytaty tak, by szydzić z polityki społecznej, z oficjalnego dyskursu chwalącego rozwój i postęp społeczny. W jej reportażach zderzają się „pozytywne czynniki rozwojowe” oraz „pewne skrajności”. Według oficjalnej prasy PRL-u „pewne skrajności” to margines socjalistycznej rzeczywistości, tymczasem Krall zmienia tę proporcję, obnaża stojące za nią kłamstwo. Reportaż Nieuwiara czy teksty o skazanych przestępcach kryminalnych udowadniają wyraźnie, że „pozytywne czynniki rozwojowe” nie istnieją, że społeczeństwo pije, bije, kradnie i wiesza się, pogrąża się w anomii. Krall wyławia bezbłędnie te marginalizowane i pozornie nieistotne „pewne skrajności”, by postawić je w centrum swojej narracji. Pokazuje powszechną zawiść, materializm społeczeństwa skazanego na walkę o każdy domowy przedmiot, zabobon i giętkość światopoglądową, podporządkowanie władzy i przysięgi na krzyż i krew. Zawiedzie się jednak ten, kto szukałby u niej sensacyjnej kroniki kryminalnej, bo Krall najbardziej interesuje szary człowiek – emeryt uprawiający ogródek, żona dawnego stachanowca, nadmiernie wykształcona pracownica spółdzielni chałupniczej, hodowca gołębi, oszustka żyjąca za pożyczane notorycznie pieniądze, czytająca autorce wiersze Ewy Lipskiej jako własne.   
     
    Mistrzowskie Trudności ze wstawaniem opowiadają o chłopaku, który pisze donosy w 1978 roku, a jednocześnie czyta Herberta i obiecuje sobie, że nie weźmie za donosy pieniędzy. Dolly Korewa to historia kobiety wyrzuconej z uniwersytetu w 1968 roku, zmuszonej do podjęcia pracy fizycznej. Niczym bohater Kundery, Dolly zaczyna malować mieszkania, organizuje ekipę złożoną z samych inteligentów. Skład brygady malarzy zmienia się jednak w zależności od represji, a w 1976 zasilają ją nowi bezrobotni. Katar siennywykracza daleko poza reportaż ku literaturze i fikcji, komplikuje formę. To opowieść o wiejskiej nauczycielce, którą rzeczywistość przyprawia o tytułowy katar sienny. Miłość na Fabrycznymopowiada o konkubinacie na biednym, robotniczym osiedlu, o przyzwoleniu społecznym na bicie rodziny, męskie picie. Romans prowincjonalny – o związku dwojga robotników, którzy swój romans muszą wpasować w życie zakładowego kolektywu i szare PRL-owskie realia.
     
    O stylu Krall pisze się często, że to „ascetyczna jednolitość”, że cechuje ją skrót, kontrast, opis detalu, narracja personalna. Jak pokazuje lektura Sześciu odcieni bieli, ta technika się nie starzeje, ciągle jest nowoczesna i ostra. Ten zbiór czytać można jak szereg małych arcydzieł – Nieuwiara opowiada o zbrodni, której całą książkę poświęcił  Wiesław Łuka (Nie oświadczam się). Krall pisze zupełnie inaczej niż Łuka, jest lapidarna, bardziej skrótowa. Pewne jej zdania nie pozwalają zasnąć w nocy: „jak się morduje, to się trochę trzeźwieje” – mówi jeden z jej bohaterów. Ta technika opowiadania cudzym głosem jest ciągle mocna, daje piorunujący efekt. Równie wstrząsający, choć zdecydowanie bardziej kameralny jest reportaż Haj nabyty o bezradnych rodzicach-robotnikach obserwujących powolne pogrążanie się syna w narkotykowym nałogu. Tutaj właśnie rysuje się, charakterystyczna dla Krall, umiejętność przejścia od wąskiej, indywidualnej historii do szerokiego uogólnienia. Przypalający trawę i eksperymentujący z heroiną chłopak uważa bowiem, że brak porozumienia między nim a rodzicami wynika z faktu, że starsze pokolenie przyzwyczajone jest do życia w jarzmie, do poprzestawania na małym. Ojczym cieszy się, że wylosował dywan, bo tylko 6 rzucono na całą fabrykę, matka żyje w trybie: praca, dom, „dziennik” w telewizji, jest  zadowolona, gdy dostaje obraz Matki Boskiej. Syn-narkoman ocenia ich:
     
    Myślą, że sami to wybrali, że chcą. Albo może chcą naprawdę, bo nic innego, żadnego innego życia nie wyobrażają sobie.  
     
    Widać tutaj zatem niezwykłą woltę, bo najtrzeźwiej myślący okazuje się tu chłopak stale myślący o gandzi. Jego sądy są najbardziej przenikliwe.
     
    W latach 90. często pisano, że polski reportaż dzieli się na linię Kapuścińskiego i linię Krall. Linia Kapuścińskiego to reportaż historyczno-polityczny, pokazujący uwikłanie człowieka w system, tymczasem linia Krall to linia społeczno-obyczajowa, skupiona na życiu codziennym, a nie na świecie politycznym. Ta teoria wydawała mi się zawsze krzywdząca i upraszczająca, niesprawiedliwa wobec Krall. Właśnie w Sześciu odcieniach bieli widać wyraźnie, że autorka potrafi opisywać wielką politykę, nie wychodząc poza opis małego mieszkanka, w którym rezyduje 6 dorosłych osób – tak dzieje się właśnie w Portrecie rodziny Z. we wnętrzu. Mało kto potrafi tak przedstawiać biedę, jak Hanna Krall i bieda u niej ma wymiar nie tylko społeczny (choć oczywiście reportaż ten jest oskarżeniem polityki PZPR), ale szerzej – egzystencjalny. Krall pokazuje bowiem, jak zawężają się perspektywy życiowe ludzi pogrążonych w biedzie, w jakich warunkach muszą oni funkcjonować: pobudka o 4 rano, droga pieszo do stacji kolejowej, dojazd do warszawskich fabryk, powrót do domu po zmierzchu. Gdzieniegdzie tylko przewija się pytanie o samobójstwo, które nigdy jednak nie staje się zagadnieniem pierwszoplanowym. Jego stała obecność wprowadza tu jednak dramatyczny wymiar, pokazuje tragiczną głębię życia robotniczego.
    Trudno w ogóle spuentować ten tom, znaleźć jakąś myśl podsumowującą całość. Lepiej czytać Krall ciągle na nowo i jej kolejne tomy. 
  • Prawdziwe życie jest tutaj

    100/XX. Antologia polskiego reportażu XX wieku, pod red. Mariusza Szczygła
    Czarne 2014
    Sam pomysł na tę książkę był świetny, ale też ryzykowny z rynkowego punktu widzenia: Polacy kupują stosunkowo mało antologii czy tematycznych zbiorów tekstów, wolimy jednego autora. Tutaj zaś autorów jest 100, dwa tomy opasłe, książka droga i ciężka. Ale wydaje się, że Szczygieł wraz ze swoimi współpracownikami stworzył rodzaj evergreena, do którego trzeba będzie się odwoływać – czy to w życiu literackim, czy to w kolejnych, innych wyborach reportaży.

    Trudno oceniać wartość tej publikacji, bo składają się na nią teksty najciekawszych autorów ostatnich 100 lat, teksty o bardzo zróżnicowanej tematyce i problematyce. Łatwiej zapytać raczej, jak czytać ten zbiór – tematami? dekadami? autorami? Nie jest to bowiem całość, którą można pochłonąć na raz. Ja czytałam autorami – najpierw nazwiska najbardziej szokujące, negatywni bohaterowie polskiej historii, od których Szczygieł nie stroni: Wanda Wasilewska, Ferdynand Goethel, Edmund Osmańczyk, Jerzy Urban. Później wróciłam do początku wieku, gdy reportaże wychodziły spod piór pisarzy, na marginesie ich pracy twórczej – reportaż Marii Rodziewiczówny czy Juliusza Kaden-Bandrowskiego z I wojny światowej, Władysława Reymonta z prześladowaniach unitów czy tekst Stefana Żeromskiego o plebiscycie z 1920. Jeszcze później czytałam moich ulubionych autorów – Jacka Hugo-Badera, Lidię Ostałowską, Małgorzatę Szejnert, ale też reportaże o PRL-u, bo to temat wyjątkowo interesujący – zapis ze środka systemu, z wnętrza socjalistycznego państwa.  

    W wielu tekstach wyraźnie ukazuje się historia Polski i to jeszcze widziana z perspektywy ludzkiej, z dołu, a nie z perspektywy politycznych szczytów: właśnie plebiscyt na Mazowszu i strajk we Wrześni, a nie decyzje Belwederu. Także przemiany społeczne, rejestrowane przez reportaż, odgrywają tutaj ważną rolę: Małgorzata Szejnert pisze o warunkach, w jakich żyje w PRL polska arystokracja, Barbara Pietkiewicz – o homoseksualistach w komunistycznej Polsce, w 1992 roku Barbara Stanisławczyk i Dariusz Wilczak pokazują sposób myślenia byłych ubeków (to jeden z najbardziej wstrząsających tekstów w tym zbiorze). Obraz życia różnych grup składa się na gigantyczny mozaikowy obraz, mówi, kim byliśmy i jaka była nasza świadomość. Wiele tekstów ma charakter zaangażowany, to właściwie teksty interwencyjne: Jerzy Lovell próbuje wskazać przyczyny przemocy i znieprawienia młodzieży pod koniec lat 60.,  Włodzimierz Nowak opisuje życie na „dzikim Zachodzie” czyli przy granicy polsko-niemieckiej w latach 90.

    Szczygieł we wstępie zwierza się, że chciał zamieścić w zbiorze reportaż o każdym z najważniejszych wydarzeń historycznych. Ze zdziwieniem odkrył jednak, że w wielu wypadkach takich tekstów nie ma – nikt nie napisał reportażu o odzyskaniu niepodległości w 1918. Nie wydaje mi się to jednak dziwne, bo ta sama prawidłowość dotyczy literatury – o powstaniu listopadowym napisał dopiero Wyspiański, o powstaniu styczniowym dopiero dzieci i wnuki powstańców. Do dziś nie ma też wielkiej powieści o transformacji ustrojowej lat 90. Poza tym zaś taki układ, jaki otrzymaliśmy, wydaje się znacznie ciekawszy, reportaże o wydarzeniach historycznych układałyby się w dość nudny ciąg, i nie widać byłoby tego, co wydaje się najciekawsze – prawdziwego, codziennego życia, które tutaj właśnie się ujawnia w każdym tekście.

    Szczygieł stroni od dydaktyki, ale wydaje mi się, że Antologia…ma też walory podręcznika literatury non-fiction: zawarto tu bowiem teksty przełomowe, często ważne dla przemian społecznych i rozwoju tego nurtu piśmiennictwa. Do takich tekstów należą z całą pewnością reportaż Józefa Mackiewicza o mordowaniu Żydów w podwileńskich Ponarach z 1945 roku, czy tekst Ryszarda Kapuścińskiego o Nowej Hucie z 1955 roku. Oba przeszły do historii literatury faktu choć z zupełnie innych powodów. Szczygieł, poprzez swój wybór, buduje więc pewnego rodzaju kanon. Warto sięgnąć, żeby zobaczyć, co w nim umieścił.