Tag: reportaż

  • Przeciwko betonowej kostce i jej mieszkańcom

    Przeciwko betonowej kostce i jej mieszkańcom

    Dorota Brauntsch, Domy bezdomne

    Dowody na Istnienie 2019

    Przyznam, że bardzo czekałam na tę książkę. Niepotrzebnie, bo nie tylko jest to reportaż słaby literacko, przestylizowany i ucukrowany za pomocą językowych koszmarków, ale stanowi także dowód na dziwny snobizm kulturowy oraz zamknięty horyzont poznawczy. To ciekawe, że o wsi polskiej można pisać w sposób snobistyczny.

    Piszę ten tekst ze sporym opóźnieniem, bo długo zastanawiałam się, czy jest powinno się źle pisać o debiucie, w końcu powinniśmy dawać szansę. Ale biorąc pod uwagę dużą ilość recenzji oraz bezkrytyczne przyjęcie Domów bezdomnych, uznałam, że należy to zrobić.

    Brauntsch wybiera temat niezwykle intrygujący – ceglane domy pszczyńskiej wsi, stawiane od połowy XIX do połowy XX wieku. Jest to pościg za ginącą architekturą, częściowo zniszczoną przez wojnę, częściowo zaś przez samych mieszkańców i ich potomków, którzy zamarzyli o domach z pustaków, symbolu nowoczesności. Autorka próbuje więc uchwycić na fotografii i w tekście ten ulotny fenomen, zapisać trochę jego historię, a trochę stworzyć tren dla pszczyńskiego domu i kultury śląskich chłopów z tego regionu. Przedstawia zatem historię okolicy, nakłada dwa filtry: historii politycznej oraz przemian architektonicznych. Kłopot polega jednak na tym, że sama staje całkowicie po stronie owej odchodzącej formacji, nie analizuje zmian, nie próbuje zrozumieć, pokazać, wyjaśnić, dlaczego kolejne pokolenia próbują przyspieszyć rozpad domów odziedziczonych po dziadkach. Wybiera zatem postawę snobistyczną i w dziwny sposób staje się rzeczniczką architektów, konserwatorów zabytków, zamożnych właścicieli, próbujących restaurować pszczyńskie domy przeciwko mieszkańcom tej okolicy pozbawionych kapitału kulturowego oraz ekonomicznego. Nie bierze pod uwagę tych kryteriów, nie stara się rozumieć ludzi, których – jak sama pisze – wychowano bez tożsamości, nie mają zatem jak wykształcić potrzebny zachowywania kulturowego dziedzictwa. Brauntsch chce udowodnić, że prawdziwe życie tkwi w przeszłości: symbolizują je stare drzewa, domy, piwniczki, ganki. Bardzo to piękny, ale też niestety naiwny wniosek. To owe relikty przypominają o wiejskim, ubogim, ale zarazem rodzinnym, uporządkowanym życiu. Jasne, cudnie. Pszczyńska cegła staje się wartością nadrzędną, giną pod nią opowieści o prawdziwej wiejskiej biedzie, głodzie i słabym wykształceniu – bo nie pasują do tezy o połączeniu tożsamości i architektury. Kontekst kulturowy, który doprowadził w XIX wieku do wykształcenia tej formacji architektonicznej, jest waloryzowany jednoznacznie pozytywnie. Wszystkie późniejsze zmiany polityczno-społeczne są już negatywne. O ile autorka rozpisuje się szeroko nad zjawiskami determinującymi powstanie takiej formacji, o tyle krytycznie przedstawia wszystko to, co stało się później. Niestety to nie jest takie proste, procesów historycznych nie da się podzielić na pozytywne i negatywne, zaakceptować części, a część odrzucić i potraktować lekceważąco. Na uwagę zasługują u autorki ci bohaterowie, którzy mieszkają na granicy puszczy, dbają o żubry w XX-leciu, ich wnuki to już tylko nierozumne ofiary historii. To dziwne przełożenie ma charakter nostalgiczno-muzealny – okres przed 1945 Brauntsch przedstawia w ramach uwznioślającego wspomnienia.  Udaje jej się osiągnąć efekt paradoksalny – mam ochotę bronić mieszkańców domów z pustaka, przypomnieć, że zachowanie tożsamości, restaurowanie starej architektury to rodzaj luksusu, zarówno na poziomie ekonomicznym, jak i społecznym. Nie sądzę zaś, że w latach 70. i 80. Polaków było na taki luksus stać. I mój wniosek nie służy tu usprawiedliwieniu, jest raczej obserwacją z porządku socjologicznego, myślenie zaś, dominujące w Domach bezdomnych, że ludzie powinni byli przezwyciężyć pewne uwarunkowania epoki, wydaje mi się poważnym anachronizmem historycznym. W Anglii można pielęgnować czterystuletnie trawniki. W Polsce nie mamy na to szans, ale reportaż daje przestrzeń, żeby przemyśleć takie uwarunkowania, pokazać, jak lokalizacja geopolityczna definiuje tożsamość, jak zmienia się myślenie o nowoczesności i komforcie wraz z kolejnymi epokami. Dlaczego w pewnym momencie wyobrażono sobie, że właśnie pustak jest lepszy, że dom odziedziczony po dziadkach trzeba zaorać? Nie znajduję tutaj odpowiedzi na te pytania.

    Domy bezdomne uświadamiają przez przypadek właściwie, że nie ma w Polsce takiego tematu historycznego, który nie byłby grząski, nie stanowiłby próby dla wrażliwości społecznej autora. Oczywiście niedoścignionym wzorem jest tutaj Miedzianka. Historia znikania Filipa Springera (a to przecież też był jego debiut – nie chodzi zatem o brak literacko-reporterskiego obycia), gdybyśmy jednak zestawili te dwa reportaże, zobaczylibyśmy, że łączy je temat, ale jednocześnie Springerowi udało się uniknąć wszystkich pułapek i mielizn na poziomie obserwacji i ocen społecznych, w które Dorota Brauntsch wmaszerowała po pas. Spinger uniknął także stylu, który szybko po jego Miedziance stał się dominującą dykcją polskiego, zwłaszcza młodego reportażu. Brauntsch także tutaj okazuje się słabsza od niego, bo posługuje się płynnie tą dykcją – ale robi to już sprawnie naprawdę wielu autorów. Otrzymujemy więc krótkie, rwane zdania, dużo równoważników, obserwacje zamierzone jako naiwne zachwyty nad światem, mnóstwo kropek. I znów, jak ta idiotka wołająca na puszczy, muszę napisać, że mistrzynią kropki jest Hanna Krall, ale nie każdy ładując 40 zdań do jednego akapitu, osiąga ten sam efekt. Kluczowa wydaje mi się coraz bardziej świadomość, ujawniająca się u niektórych reporterów, że trzeba się z tego języka wyzwolić. Tak robi właśnie Joanna Gierak Onoszko, która w swojej książce o Kanadzie dokonuje symbolicznego zabicia ojca, czyli właśnie przełamania dykcji polskiej szkoły reportażu.

    Coraz częściej mam wrażenie, że reportaż to fantazmatyczny gatunek polskiej klasy średniej, która wyobraża sobie, że za jego pomocą zbliża się do prawdziwego życia, wsi, biedy i wszystkiego co mieści się poniżej owej warstwy średniej. To jest właśnie dobry przykład na tę tezę, choć zasługuje ona na dłuższą refleksję (i więcej nazwisk powinno tu trafić). Napiszę o tym jeszcze.

    Zdjęcie: Mahir Uysal on Unsplashh

  • Retro literatura cz. 4 – Hanna Krall

    Retro literatura cz. 4 – Hanna Krall

    Na naszej liście starych książek do lektury razem z Rafałem Hetmanem umieściliśmy też Hannę Krall. To autorka, której nie trzeba nikomu przedstawiać, ale chcieliśmy dzisiaj przypomnieć jej reportaż sprzed jakichś 50 lat – a właściwie jeden tekst ze zbioru.

    „Kobiety w kolorze lila” Hanny Krall

    To reportaż, który znajduje się w debiutanckiej książce Hanny Krall, „Na Wschód od Arbatu” z 1972 roku. Jeśli uważacie, że Swietłana Aleksijewicz rozwala system, to nie czytaliście jeszcze „Kobiet w kolorze lila” – a napisała go bardzo młoda Krall, w samym środku mrocznego PRL-u, gdy nikomu nie przychodziło do głowy, by opowiadać o zaangażowaniu kobiet w wojnę. Tymczasem Krall zderza tu różne plany czasowe: fragmenty z radzieckiej prasy z lat 20. i 30., opis wystawy światowej ze strojami Diora w ZSRR i modę na lakierki w kolorze lila, wspomnienie wysiłku wojennego kobiet, nazwanych „Bohaterami Związku Radzieckiego”.

    Ironia miesza się z mową ezopową, bo tylko tak można obejść zapisy cenzury, pokazać gigantyczną odwagę tych kobiet z czasu wojny i powojenną beznadzieję: smętne życie u boku mężów alkoholików, biedę, słabe zaopatrzenie, konieczność kombinowania, by zdobyć materiał na sukienkę. I powolne wymieranie bohaterek-lotniczek, które nie dożywają swoich dni w glorii i chwale. To one jednak ciągle są duchami opiekuńczymi dla obywateli radzieckich – to do nich pisze się listy z prośbą o wstawiennictwo lub interwencję, choć czasem brak im siły, by zadbać o własne życie, jakby ich energia życiowa zakończyła się w 1945.

    Widać w rym reportażu, jak Krall wypracowuje swój mistrzowski styl, nie ma tu żadnej debiutanckiej nieporadności, wielosłowia, niepewności. Krall od razu ukazuje się jako świadoma, uformowana autorka. Ale też pojawiają się tu takie nuty, które potem reporterka radykalnie ograniczy, zakopie głęboko między zdaniami: patos, utożsamienie, mocne współczucie, kobiece błahostki.

    Aleksijewicz mogłaby Krall czyścić lakierki. 

    Wznowienie „Na Wschód od Arbatu” wydały Dowody na Istnienie w 2014 roku.


  • Wychować Polaków do luksusu

    Czy krytyka literacka może wziąć na warsztat reportaż? Co wtedy odkryje? Jak oceniać tekst, który ma przede wszystkim funkcje poznawcze? Czy można pisać o reportażu i nie zajmować się fact checkingiem? Oto próba.

    Na pierwszy ogień: Olga Gitkiewicz i jej książka „Nie hańbi” o pracy w Polsce.

     

    Zastanawiam się, z czego wynika szkicowość tego zbioru. Od odpowiedzi na to pytanie zależy jego ocena. „Nie hańbi” to pierwsza książka w dorobku Gitkiewicz, a więc może chodzi o rodzaj tremy debiutantki? Poszukiwanie formy i głosu? Mam nadzieję, że to pretekstowe poruszanie się wśród różnych tematów nie wyrasta z przekonania, że takiej lektury – łatwej, niezbyt dokuczliwej, dynamicznej – wymaga czytelnik. Za dużo dzisiaj takich cięć na rynku książki, a pisanie pod wyobrażone oczekiwania czytelnika stanowi największą słabość polskiego rynku wydawniczego, ogranicza i podcina skrzydła autora, skazując go na podrzędną rolę. Z reguły też nie jest to przepis na hit i bestseller (wbrew przekonaniom działów promocji) – nagrodzona Nike książka reporterska „Żeby nie było śladów” Cezarego Łazarewicza długo powstawała bez wydawcy, a sam autor zarzekał się, że wyda ją na powielaczu, jeśli będzie musiał.

    I druga jeszcze słabość „Nie hańbi” – styl polskiej szkoły reportażu ze wszystkimi jego wadami. Ostre cięcia wzmacniają dynamikę tekstu i ułatwiają lekturę, ale też wywołują wrażenie niedokończonego, urwanego wywodu. Skrótowość prowadzi często do pretekstowości, swobodne przemieszczanie się między poszczególnymi zagadnieniami w obrębie większego tematu rodzi uczucie chaosu i wszystkoizmu, aluzyjność sprawia, że mamy wrażenie obcowania z niedokończonym tekstem. Zacieranie perspektywy czasowej, które pojawia się tutaj w opowieści o nędzy, głodzie i bezrobociu 20-lecia międzywojennego, ma dwie funkcje: skraca dystans, wciąga czytelnika, pokazuje mu prawdziwe życie w odległej historii, ale jest też dość ryzykownym zabiegiem w kraju, w którym coraz wyraźniejszy jest analfabetyzm historyczny. Dlatego warto zakotwiczyć reportaż w epoce, wskazać daty i miejsca, by nie utrudniać czytelnikowi odbioru tekstu.

    Książka Gitkiewicz przypomina mi trochę pokaz jazdy figurowej na lodzie: piruety są, skoki są. Wszystko to porządnie wykonane. Problem polega jednak na tym, że reportaż (i to jeszcze książkowy, a nie prasowy!) wymaga innego rodzaju aktywności. Owszem, trzeba wyjść na lód, ale po to, żeby wykopać przerębel i posiedzieć nad nim z wędką.

    Całość tekstu tutaj: Wychować Polaków do luksusu.

     

    Zdjęcie:  Daniel Hansen on Unsplash.

  • Mały Polak – duży zbrodniarz

    Mały Polak – duży zbrodniarz

    „Syrop z piołunu” to książka bardzo ważna, a zarazem zła. Rezultat będzie przeciwskuteczny: zamiast przypomnieć Polakom o budzącej wstyd akcji Wisła, da amunicję wszystkim tym, którzy takiej pamięci nie chcą.

    Paweł Smoleński, specjalizujący się poniekąd w etnicznych konfliktach, wojnach rozgrywanych na pograniczach, tym razem wraca do relacji polsko-ukraińskich (pisał o tym 2001 roku w Pochówku dla rezuna). Teraz interesuje go właściwie tylko jedno wydarzenie – akcja Wisła i deportacja na Ziemie Odzyskane i Mazury 140 tysięcy Ukraińców, których w ciągu kilku miesięcy 1947 roku wyrzucono z ziem sąsiadujących z USRR.

    Dlaczego to jest książka ważna? Bo Smoleński ma talent do wiercenia dziur w sumieniu, przypominaniu tego, co z wygody zostało zapomniane, zaglądania pod podszewkę różnych ustaleń, mitów, konwencji. I tak jest tutaj: pokazuje zaskakujące porozumienie, jakie nowa władza ludowa, ta ze stalinowskiego nadania, zawarła z oficerami z XX-lecia międzywojennego, byłymi legionistami, wykształconymi we Francji demokratami – okazuje się, że nienawiść polska do Ukraińców łączyła nawet najbardziej odległe grupy światopoglądowe. Smoleński pyta też o motywację żołnierzy z różnych szczebli awansu, którzy w akcji deportacyjnej brali udział, pokazuje nacjonalizm i żądzę zemsty za Wołyń, ale też pragnienie wykazania się, jakie cechowało świeżo przyjętych żółtodziobów, zasłuchanych we frontowe historie starszych towarzyszy. To jest właściwie pytanie, które zasługuje na dłużą refleksję, wykraczającą chyba poza reportaż: do jakiego stopnia za okrucieństwo wobec ludności cywilnej odpowiada takie pragnienie zdobycia szlifów, męskiej inicjacji w wojnę?

    Smoleński wylicza po kolei mity, które władza ludowa umacniała w latach 40., żeby pokazać racjonalność, sprawiedliwość i konieczność deportacji ludności ukraińskiej. Wymienia je jednak wraz z innymi mitami propagandowymi i jest to zabieg świetny. Nieubłagana logika pokazuje, że Polacy albo od razu odrzucali propagandowe kłamstwa, albo weryfikowali je na przestrzeni lat – w dalszym ciągu zaś wierzą wyłącznie w te, które dotyczą relacji polsko-ukraińskich, czyli takie, które pozwalają im nie rozliczać się z niewygodną, wstydliwą przeszłością. Pokutuje zatem mit o zaciekłej wojnie między UPA a polską armią (a UPA ledwo zipała, odcięta od zaopatrzenia i broni), o przygotowaniach do nowej wojny, o tym, że w obliczu silnego poparcia u ludności cywilnej nie istniał inny sposób pokonania partyzanckich oddziałów. Tymczasem Smoleński cytuje dokumenty, w których wyraźnie pisze się o konieczności „rozwiązania problemu ukraińskiego w Polsce”. Umówmy się, że takie słowa zapisane 5 lata po konferencji w Wannsee, w czasie której mówiono o potrzebie rozwiązania kwestii żydowskiej, brzmią upiornie. Nikt jednak nie widział wtedy podobieństwa między nimi. Dzisiaj jednak powinno być już inaczej.

    Cała ta książka składa się z takich paradoksów, które autor wydobywa, pokazuje zaskakujące paralele między akcjami, które Polacy uważają za przestępstwa przeciwko ludzkości, a tymi, które sami podejmowali. W XX-leciu burzono cerkwie i przymuszano dzieci do nauki w polskich szkołach, po wojnie, zainspirowani sposobem, w jakim w epoce stalinowskiej przeprowadzano czystki, podjęto działania na szerszą skalę – to także wielkie oskarżenie. Naród, który uważa się za ofiarę Stalina, jakże chętnie podejmuje tu taki sam sposób działań: 4 godzina na pakowanie, potem marsz do punktów zbiórki i pociągi towarowe jadące tygodniami w nowe miejsca osiedlenia. Całe to oskarżenie moralne, historyczne, studium uników, które do dzisiaj potrafimy świetnie uskuteczniać (Wołyń, którym wszyscy wycierają sobie usta), traci jednak na znaczeniu, gdy patrzymy na całość tej reporterskiej książki.

    Przykro było patrzeć, gdy Jacek Hugo-Bader sam skutecznie podkopał swoją karierę reporterską. Ale gdy z jakichś tajemniczych powodów Paweł Smoleński daje czytelnikowi książkę niedorobioną, płaską, słabo udokumentowaną, to już zaczynam zastanawiać się, czy to nie jest jakiś większy problem. Zbytnia pewność siebie mistrzów? Talent daje prawo do niechlujstwa? Skąd ta nonszalancja?

    Po pierwsze: świadectwa, przywołane w tej książce, pochodzą z materiałów, jakie Smoleński zebrał 16 lat temu, a więc są odpryskiem „Pochówku dla rezuna”. Nie zarzuciłabym autorowi lenistwa, gdyby nie fakt, że w tekście wielokrotnie widać takie opuszczanie gardy, pójście na łatwiznę. Smoleński stosunkowo rzadko powołuje się na dokumenty z epoki, często za to na teksty innych reporterów i to teksty z „Dużego Formatu”, które albo cytuje, albo wplata w swą opowieść jako materiał źródłowy (a to przecież nie jest źródło, tylko właśnie już jego opracowanie, kolejny stopień zapośredniczenia). Na tej samej zasadzie przywołuje tezy Grzegorza Motyki i kilku innych  historyków – specjalistów od relacji polsko-ukraińskich. Ale wychodzi nam z tego reportaż napisany przy biurku, w bibliotece, reportaż żerujący na cudzych badaniach, wnioskach i przykładach. To zarzut drugi. Mało pisze sam, lubi cytować, oddaje głos innym w stopniu, który właściwie pozwala mówi o centonie – cały rozdział „Wybaczajcie” składa się z zestawienia obszernych cytatów z kazań, jakie wygłaszali dostojnicy Kościoła i Cerkwi, nawołując do pojednania i wybaczenia. Bez komentarza autorskiego, bez kontry lub puetny, po prostu nabijanie znaków. „Bardzo prosi staruszek” to z kolei zestawienie cytatów z listów, jakie ukraińscy repatrianci piszą do urzędników państwowych, prosząc o uznanie ich krzywd (najczęściej z wczesnego dzieciństwa) – Smoleński zderza cytaty, rozbudowuje obrazy dziecięcego cierpienia i samotności na starość, tym długim szeregiem cytatów chce wzmóc wrażenie autentyczności, próbuje uobecnić głos bohaterów, którego w tej książce nie ma za dużo.  Podobnie w rozdziale „Mam przed oczami niewinne dzieciątka”, w którym przytacza przykłady współczesnych polskich zachowań nacjonalistycznych i sposoby, w jakie władza bagatelizuje narastanie antyukraińskiej przemocy. To także cytaty – tym razem z doniesień medialnych. Taki patchwork – szkoda tylko, że tak często wykorzystuje ten sam chwyt, znika właściwie jego głos, skoro trzy pełne rozdziały na 221 stron w całości składają się z kombinacji cytatów.

    Zarzut czwarty – z mojej perspektywy najważniejszy – Smoleński używa retoryki właściwej prawicowym konserwatystom. Wiem, że właściwością jego stylu jest nonszalancja, gotowość do ferowania wyroków, budowanie napięcia między jawną autorską wypowiedzią, a całkowitym ukryciem się, czasem jednak te luźne cugle sprawiają, że cała konstrukcja ponosi. Tak dzieje się na przykład wtedy, gdy Smoleński przedstawia biografię generała Karola Świerczewskiego – bohatera doby PRL-u, męczennika walk z Ukraińcami. Kładzie nacisk na jego kulturową obcość, wysługiwanie się władzy komunistycznej i pisze w końcu „etniczny Polak”. No do cholery ciężkiej, jak zaczniemy na dużą skalę akcję dzielenia i oczyszczania, to nikt nie będzie miał zaszczytu przynależności do tej wspólnoty. Będzie czysta, heroiczna, ale dość mała i wątła – n’est-ce pas? Zdaje się, że i biednego Smoleńskiego dotknął język i zabiegi retoryczne dzisiejszej władzy. Dobry reportaż, dobra opowieść o przeszłości uchyla się od takich łatwych podziałów, grzebie w motywacjach, opowiada o narodowych czarnych owcach i bękartach, bo ich historia więcej mówi o przeszłości niż biografie kryształowych bohaterów.

    Ta kaleka formalna, jaką jest „Syrop z piołunu”, źle działa na dwa sposoby: po pierwsze podważa dorobek autora, bo wszystkie płytkie prześlizgnięcia w niej zawarte skutecznie pozwalają kwestionować jego obecny warsztat, po drugie – dają broń do ręki wszystkim tym, którzy będą chcieli podważyć oskarżycielskie tezy zwarte w książce. Takie piruety polska krytyka – robiona na blogach i przez różnych historyków – jest w stanie wykonać (co trochę zaskakuje, bo polska krytyka to nie jest najbardziej zwinna baletnica), gdy chce ocalić stereotyp polskiej ofiary, taki mit małego Polaka, który genialnie wyśmiał Adam Lipszyc w swoim tekście „Polak Mały i fantazja impotencji” (w „Tekstach Drugich”).To Polacy przecież są ofiarami historii, ergo sami nie mogli wyrządzić żadnego zła.

    Paweł Smoleński, Syrop z piołunu

    Czarne 2017

  • Z notatek głodzonego krytyka

    Z notatek głodzonego krytyka

    Zaczęłam czytać książki z mojej jesiennej listy, tak jak Państwu obiecywałam.
    Na pierwszy ogień poszły trzy, wydane najwcześniej, ale też te, na które nie mogłam się najbardziej doczekać. I tak – Akuszerka Kettu jest genialna, choć też potworna i przerażająca. Choć opowiada o wojnie, nie ma tu żadnej pochwały przemocy, żadnego uroku wojny i grzesznej satysfakcji dla czytelnika. Kettu pisze o tym, do czego posuwa się kobieta, by walczyć o miłość i by ocalić swoje dziecko – a jest gotowa na wszystko.
    Więcej przeczytają Państwo w mojej recenzji w „Polityce”, a potem na blogu. Zachowuję rozliczne zachwyty na dłuższy tekst.
     
    Z pozostałych lektur teraz relacja na gorąco, bo są długie i muszę sobie uporządkować w głowie to, co chcę o nich napisać. Springer zaskakuje po raz kolejny, przy czym po raz drugi w sposób negatywny. Świetny, spostrzegawczy, ciężko pracujący autor oddaje w nasze ręce tom, który pokazuje absolutną wirtuozerię reporterską. Opisuje byłe miasta wojewódzkie, wybiera za każdym razem jakieś inne ujęcie: mamy tu reportaże biograficzne, refleksyjne, historyczne, oparte na emocjach lub na analizie gospodarki, portrety, relacje z podróży. Cała paleta możliwości, całe spektrum gatunków. Ale za każdym razem 3-4 strony i skok do następnego miasta, do następnego tekstu. Galopem przez Polskę, po plasterku cienkim tylko tych refleksji. Każdy z tych szkiców można byłoby rozpisać na wielki esej, ale znów, tak jak w Księdze zachwytów, kończymy ten posiłek głodni. Springer stał się autorem obowiązkowym, absolutnym must-read na polskim rynku wydawniczym. Wstyd, gdy inteligent nie zna Springera. Ale dlaczego czytanie Springera staje się coraz łatwiejsze?

     

    Po trzecie, Witold Szabłowski i Sprawiedliwi zdrajcy. Znów wielki fachura, świetny reporter, powściągający emocje, nieskory do łatwych ocen i pochopnych sądów. O ile jednak dystansuje się do emocji własnych, o tyle na ckliwą nutę próbuje wygrywać na emocjach czytelnika, a ponieważ zna się na reportażu, to mu się to udaje, o zgrozo. W chwili, gdy coraz więcej mówi się publicznie, że Ukraińcy powinni przeprosić za Wołyń, że bez tego ani rusz, że nam, niewinnym ofiarom, się należy, Szabłowski tworzy słodki obrazek o tym, jak sobie wszyscy pomagali. Teraz nie czas na takie książki! Nie da się tego gniewu podsycanego przez media i polityków przypudrować i przywalić takimi sentymentalnymi obrazkami! Mam straszny kłopot z tą książką, bo uważam, że jest dobrze napisana i przez to właśnie może wyrządzić wiele złego. Szabłowski daje nam łatwe rozwiązania: Polacy byli dumni i zarozumiali i dlatego Ukraińcy ich nienawidzili, ale wielu pomogło Polakom w czasie masakr i rzezi. No serio? Tak będziemy generalizować? Jak tylko opadnie mi to ciśnienie, które urywa mi powoli uszy, napiszę o tym jakiś wielki tekst, bo to co robi Szabłowski jest działaniem na szkodę polityki pamięci. Znów rządzi mną głód – chcę rozdrapywania ran, a nie głaskania, chcę wgryzania się we wspólną pamięć, a nie opowieści o ratowanych kobietach i dzieciach. 
  • Pamięć cię skrzywdzi

    Włodzimierz Nowak, Niemiec. Wszystkie ucieczki Zygfryda

    Agora 2016
    To kolejna niewygodna reporterska książka Włodzimierza Nowaka, niewygodna chyba nawet bardziej niż Obwód głowy, który o doświadczeniach II wojny światowej opowiadał z niemieckiej perspektywy. Tym razem bohaterem Nowaka jest Zygfryd Kapela, syn Polaka i Niemki, urodzony na Ziemiach Odzyskanych tuż po wojnie, niebieski ptak i niespokojny duch. Wychowywany za pomocą ojcowskiego pasa, karany za każde wspomnienie niemieckich korzeni, marzy tylko o tym, by uciec z beznadziei PRL-u na Zachód. Idzie do wojska, podejmuje pracę pogranicznika tylko po to, by rozpoznać trasy przerzutowe, możliwe drogi ucieczki. Próbuje uciec na południe, przez Austrię, potem do Niemiec. Zatrzymany, postrzelony, aresztowany, wraca do Polski. Podejmuje pracę palacza w pegieerze, zapisuje się do Solidarności, awansuje na przewodniczącego OPZZ w Zielonej Górze. W latach 80., gdy coraz łatwiej wyjechać na Zachód, służby wciąż odmawiają mu paszportu. Kapela godzi się na największe kompromisy moralne, podejmuje współpracę z SB, donosi na swoich kolegów o towarzyszy z Solidarności, licząc, że w końcu wypuszczą go za granicę.

    Nowak, opowiadając o splątanych losach Kapeli, snuje tak naprawdę trzy różne opowieści: o Niemcach pozostałych w Polsce po zakończeniu wojny i o tym, jak traktowali ich Polacy, o dylematach moralnych towarzyszących zaangażowaniu politycznemu lat 70. i 80., o historii opozycji i Solidarności na terenach wiejskich, w pegieerach.

    Ważna jest deklaracja autora:
    Nie lubię pisać o bohaterach, do których nie można się przytulić, poddać ich opowieści jak spokojnej rzece. Tu, przy Kapeli, trzeba ciągle uważać. Ale im bardzie mnie to męczy, tym wyraźniej widzę, że trzeba to opowiedzieć do końca. Że tak należy. 

    Skąd to poczucie obowiązku? Wierności niewygodnej, często skłamanej opowieści osobistej? Bo Polacy są coś winni Niemcom, bo to ich cmentarze zrównywali z ziemią i stawiali na nich magazyny – jak opowiada Kapela o miejscowości Wilenko (przed wojną Zion). Bo należy wreszcie pokazać historię antybohatera, Niemca uwięzionego w Polsce wbrew jego woli, Polaka, uwikłanego w relację władzy i ludu, próbującego wytyczyć własną ścieżkę w ciągle zmieniającej się strefie wpływów. Kapela to jednocześnie postać przeciętna i nieprzeciętna zarazem: słabo wykształcony, obarczony dość wcześnie rodziną, poszukujący jakiejkolwiek pracy, doskonale rozumie sytuację pracowników pegieerów, bo jego światopogląd w niewielkim tylko stopniu odbiega od ich horyzontu. Ale jednocześnie staje się w pewnym momencie ludowym trybunem: szybko zyskuje zaufanie współobywateli, ma łatwość zjednywania sobie ludzi, świetnie przemawia. Nie jest to jednak drugi Wałęsa, bo bardzo szybko ugina się pod naciskiem SB i szeroko opowiada o ludziach Solidarności, z którymi się spotyka. Najważniejszy jest bowiem paszport, możliwość ucieczki z Polski. Korzenie tego pragnienia powrotu do korzeni, „do macierzy” niemieckiej Nowak odkrywa w teście dość późno, Kapelą kieruje nie tylko tęsknota za wymyśloną przez babkę sielankową wspólnotą niemiecką, ale też wielkie poczucie krzywdy, zdrady, która dotknęła jego rodzinę w końca wojny. Matka, zgwałcona przez żołnierzy radzieckich, ledwo przeżyła rok 1945. Ojciec, próbując pomścić krzywdę żony, uwikłał się w zależność od milicji, z której też musiał uciekać, obawiając się zemsty współtowarzyszy. Ich związek – nawiązany w czasie wojny i szalenie niebezpieczny – po wojnie także rodzi szereg problemów. Hildegarda zostaje Helą, Zygfryd zamienia się w Zbigniewa, ojciec zakazuje rodzinie mówić po niemiecku.

    Wydobywszy się z takiego kotła pamięci Zygfryd aktywnie i histerycznie szuka swojego miejsca. W latach 70. Jest hipisem i cinkciarzem, pogranicznikiem i więźniem izolowanym w celi. Nigdzie nie może znaleźć swojego miejsca. Nie ma swoich wyrazistych oglądów, bo ciągle stawia się w pozycji przeciwnika,  lawiruje, kluczy, awansuje i jest brutalnie dymisjonowany.

    Nowak tworzy historię bohatera i zdrajcy, niejednoznaczną, nieprzyjemną, prowokującą. Wybiera człowieka, który nie pasuje do żadnego systemu, do żadnej opcji politycznej. Człowieka, obdarzonego taką biografią, która okazuje się z dzisiejszej perspektywy nieoperacyjna. Na tym właśnie polega doskonałość tego reportażu – polityczna i socjologiczna nieoperacyjność losu Kapeli służy żywiołowi opowieści. Niejasna i trudna do interpretacji biografia Kapeli, jego skłonność do uciekania w dygresje i  koloryzowania podkreśla wszystkie punkty niejednoznaczne polskiej historii. Nie da się go zamknąć w ramach gotowych obrazów pamięci historycznej, co tym samym przekłada się na pewnego rodzaju wolność poznawczą. Czytelnik podąża za Kapelą, może wypracować własną  perspektywę, musi wybrać, czy Kapela to postać tragiczna, do końca wierna sobie i powikłanym losom rodzinnym, pielęgnująca swoją skomplikowaną tożsamość, czy też tchórz, uciekinier, oszust?

     

    Ten tekst ukazał się wcześniej na stronie internetowej Instytutu Książki