Tag: reportaż

  • Egzorcyzmy

    Egzorcyzmy

    Kiedy ponad 20 lat temu przeprowadzałam się z krakowskiego Kazimierza do Huty, towarzyszyła mi ulga – wreszcie zero grobów, przejętych, zasiedlonych po Żydach mieszkań, czysta historia, robotnicza dzielnica. Nie udało się jednak – w tej starej części Nowej Huty, w której stoi mój blok, na początku lat 40. działał obóz. Przetrzymywano w nim radzieckich więźniów i żydowskie kobiety. Codziennie pędzono ich do pracy przy lotnisku w Czyżynach, po wykonanej pracy obóz – a wraz z nim robotnicy – został zlikwidowany. Kiedy napisała o tym „Gazeta Wyborcza”, powołując się m. in. na świadectwa chłopów zamieszkujących pobliską wieś, Mogiłę, przez dość długi czas źle spaliśmy. Nagle pod nami pojawiła się krew. Pod domem, balkonem, piwnicą, pod ławką przed blokiem, który miał mieć tylko robotniczą historię.

    Właśnie taki jest punkt wyjścia w zbiorze Reszki, jego bohaterowie tanio kupują dom na prowincji. Dopiero w czasie kolędy dowiadują się od proboszcza, dlaczego dokładnie dom miał tak atrakcyjną cenę: w jego sąsiedztwie w czasie wojny zamordowano żydowskiego krawca i jego dwóch synów, skrwawiona ziemia nie pozwoliła już polskiej rodzinie zaznać szczęścia. To jest punkt wyjścia, bardzo konkretny i przyziemny, z którego Reszka tka całą swoją historię – o dziedziczeniu traumy, o zaklinaniu klątwy, o lęku i wyrzutach sumienia kolejnych pokoleń, które jednak nie przeszkadzają chodzić po podwórku z wykrywaczem metalu.

    Znów punktem wyjścia jest polska współodpowiedzialność za Zagładę, wyprowadzanie małych chłopców, oddanych na przechowanie, do lasu. Ale Reszkę interesuje nie tylko okres wojenny, bo dużo więcej uwagi poświęca na analizowanie śledztw powojennych, czasem skazujących, czasem uniewinniających. Grzebie w aktach, zbiera wnioski, pokazuje dziury, niedociągnięcia, pośpiech śledczych. Nie ogranicza się do przedstawienia faktów. Zderza ze sobą zeznania, akta sądowe, wspomnienia świadków, rodzinne legendy i współczesne narracje mieszkańców. Szczególnie interesujący jest rozdźwięk między materiałem dowodowym a wyrokiem uniewinniającym oraz między pamięcią rodziny ofiar a pamięcią potomków sprawców.

    To nie jest pierwszy reportaż o ludowym antysemityzmie polskim, ale bardzo ciekawa – i chyba jedna z pierwszych – próba przyjrzeniu się ludowym próbom późniejszego nadania sensu tym wydarzeniom, także w wymiarze rodzinnym, w pamięci domowej. Do jakiego stopnia za alkoholizm, przemoc, więzienia, zawały i udary, wypadki przy pracy odpowiada tak naprawdę zabójstwo w stodole dokonane przez dziadka? Coś co w moim, nieudolnym streszczeniu brzmi jak banialuka i zabobon, w precyzyjnie skonstruowanych reportażach Reszki okazuje się jednym z ciekawszych tropów w refleksji nad pamięcią czasu wojny. No i jeszcze, o ironio, ten „czas wojny”, powoływanie się na straszliwą rzeczywistość wojenną, powraca tu w opowieściach wnuków bardzo często, jako rodzaj usprawiedliwienia przodków.

    Reszka ma niezwykły talent, to wiadomo, mistrzostwo osiągnął w „Płuczkach”, diabelskiej książce na diabelski temat (ale też niektóre historie z „Białych płatków, złotego środka” dalej leżą mi ciężką łapą na głowie). Mechanika jego talentu opiera się na tym, że potrafi bardzo abstrakcyjną, mglistą, mało uchwytną ideę przekuć na konkret, na plastyczne działanie, na opis konkretnych zachowań. Tak jest też i w „Tym domu już nie straszy” – kolejne antysemickie mity, tym razem o umierających Żydach rzucających klątwę, o cenie, którą kolejne pokolenia muszą zapłacić za dziadków-morderców, o domach, w których straszą duchy żydowskich dzieci i ich rodziców, Reszka ubiera w bardzo solidne reportaże śledcze.

    Zasadniczo nie znoszę jednego chwytu nadużywanego przez polski reportaż, czyli uobecniania autora, który nagle wjeżdża w tekst, opisuje swoje kroki, rozmowy, ustawia się „tu i teraz” w historii. Jego obecność, sprana i zasadniczo bardzo efekciarska, powinna służyć umocnieniu faktów, ich uprawomocnieniu, pokazaniu warsztatu. W polskiej wersji ma jednak nadzwyczaj często znamiona narcystyczne. Inaczej jest u Reszki – jego obecność w zebranych tu trzech tekstach (w czwartym się nie ujawnia) spełnia wiele ciekawych funkcji: po 1. Konfrontuje słowa i zachowania swoich rozmówców, sądzi ich po prostu, choć nie zabiera głosu, po 2. Pokazuje, jak łatwo w gruncie rzeczy namierzyć postaci z przeszłości, zderzyć różne wersje faktów, ujawnić nieścisłości w zeznaniach, wreszcie po 3. Przynosi ulgę potomkom, dopowiadając historie ich przodków, podsuwając dokumenty, rozwiązując zagadki z przeszłości.  

    „W tym domu już nie straszy” jest wspaniale skomponowane, oszczędne, z czterema tekstami na jeden temat, oświetlającymi go z różnych stron. Znów mocna historia, choć pozornie widmowa, poświęcona wielopokoleniowej traumie, chorobom i wypadkom, którym ulegają zarówno potomkowie tych, co mordowali i tych, co ratowali.

    Mało jest autorów, których traktuję serio, kiedy pytają, czy na pewno istnieje dobro i zło, jak są wynagradzane, Reszka należy jednak do tego wąskiego grona, choć po lekturze jego książki nie pamiętam innych nazwisk.

     

    Paweł Piotr Reszka, W tym domu już nie straszy

    Agora 2026

    Tekst powstał w ramach współpracy z wydawcą książki. 

  • Tyle wiemy o sobie

    Tyle wiemy o sobie

    Gregor Ziemer, Jak wychować nazistę. Reportaż o fanatycznej edukacji

    Przekład: Anna Dorota Kamińska

    Znak 2021

    Nie chciałam pisać o tej książce, bo wydawało mi się, że nic nowego już nie da dodać się do tematu źródeł i mechanizmów faszystowskiego zła. Ale kiedy kilka tygodni temu jeden ze strażników pilnujących szczelności polskiej granicy na oczach spragnionych uchodźców wylewał wodę mineralną na ziemię, a w tym tygodniu zatrzymano w Krakowie kredę, której dzieci używały do rysowania przed siedzibą PiS, odkryłam jednak z rozpaczą, że ciągle nie przerobiliśmy tej lekcji jak należy.  

    No więc Ziemer pokazuje w swoich zapisach, jak hodowano młodzież w Niemczech pod koniec lat 30.: wszyscy muszą należeć do jakichś organizacji nazistowskich, bo czas wolny i niezależność nie sprzyjają wzmacnianiu zbiorowych wartości, młodzi nie zrzeszeni traktowani są zaś jak wrogowie i przestępcy. Odwróceniu uległy konserwatywne wartości: zachęca się młodzież do przed- i pozamałżeńskiego seksu, bo państwu najbardziej zależy na materiale genetycznym, trzeba się mnożyć na potęgę. Chłopcy będą żołnierzami, dziewczyny urodzą żołnierzy. Rodzina ma wartość na tyle, na ile jej członkowie angażują się w ruch państwowy. Ale uczy się w szkołach też rzeczy praktycznych, przygotowując młode pokolenie na trud wojenny: jak ugotować obiad za grosze, jak wykorzystać resztki, jak prowadzić dom w stylu spartańskim. 

    Ta przyziemna, ciężkawa strona życia nikogo jednak nie razi, bo młodzi wierzą w mit, śpiewają pieśni ku czci niedawno zamordowanych męczenników, ćwiczą ciało, odbywają nocne rytuały przy pochodniach, stają się jednocześnie Zygfrydem i Jezusem, każdy ma gen zbawiciela narodu niemieckiego. Jezus zresztą to zły przykład, bo wszystkie święte księgi się pali w czasie ceremonii umacniania nowego porządku. I choć kilka osób milknie, gdy agitator rzuca na stos Biblię, to jednak nikomu nie przychodzi do głowy go powstrzymać. 

    Autor tych wszystkich historii przebywał w Niemczech pod koniec lat 30. jak dyrektor Szkoły Amerykańskiej i to pozwalało mu na podróżowanie po kraju i obserwowanie sposobów nauczania. Nie jest to jednak opowieść do końca pełna, lecz pełniejszej nie dostaniemy: młodzi Niemcy, wychowani w absolutnym posłuszeństwie, obawiają się pokazywać obcemu, czym się zajmują, wyjaśniać mu znaczenie swoich rytuałów. Czują, że to ktoś spoza, kto ich nie zrozumie i może wykorzystać zdobytą wiedzę przeciwko nim. 

    Mnie jednak co innego zastanawia – opowiadałam już o tym trochę w live na Instagramie – skąd wzięli się wszyscy fanatyczni pedagodzy, wszystkie te przerażające nauczycielki eugeniki, wykładające w instytutach dla panien teorie rasowe, zachęcające do prokreacji na chwałę Hitlera, cytujące z pamięci obszerne fragmenty „Mein Kampf”? Hitler zdobył władzę w Bundestagu w 1933 roku, kilka lat wcześniej nazistowski pucz w Monachium nie powiódł się, NSDAP rozwiązano, a samego Hitlera skazano na 5 lat więzienia. Czyli wystarczyło jakieś 15 lat, by przeorać całkowicie społeczeństwo, by zindoktrynować pokolenie średnie do tego stopnia, że z przekonaniem podjęło ono obowiązek kształcenia młodzieży urodzonej w okolicach puczu. 

    I to jest dla mnie najbardziej przerażający wniosek, ta wiedza o krótkim okresie, który wystarczy, by całkowicie odmienić oblicze społeczeństwa, by je zradykalizować, nauczyć fanatyzmu, wdrukować poczucie słuszności. 

    Dawno nie czytałam książki tak starej i jednocześnie aktualnej, komentującej tak dokładnie rzeczywistość za oknem. 

     

  • Gorzko

    Gorzko

    Jerzy Szperkowicz, Wrócę przed nocą,

    Znak 2021

    Nie wiem, czy istnieje taki gatunek jak reportaż autobiograficzny, ale gdyby istniał z pewnością należałoby do niego zaliczyć dwie świetne książki: „Dom z dwiema wieżami” Macieja Zaremby-Bielawskiego i „Wrócę przed nocą” Jerzego Szperkowicza, która wczoraj miała swoją premierę. 

    Skojarzenie książki Szperkowicza z autobiograficznym wspomnieniem Zaremby-Bielawskiego nie jest przypadkowe: obaj traktują opowieść o swoim życiu jako punkt wyjścia do rozważań o historii, a właściwie o jej zaklętym kole, fatalizmie i niewoli losu. Szperkowicz, inaczej jednak niż Zaremba-Bielawski, nie sięga po wątki żydowskie, te pojawiają się jako odległe tło jego historii. Nie, cała rodzinna opowieść rozgrywa się na pograniczu polsko—litewsko-białoruskim, na dawnych Kresach. To zastanawiające, jak książka tak strasznie niepoprawna politycznie, tak ciężka, może być jednocześnie tak niezwykle nowoczesna, progresywna jeśli chodzi o zawarty w niej światopogląd i obrazowanie. 

    Fabuła jest właściwie dojmująco prosta: ziemiańska rodzina Szperkowiczów tuła się w czasie wojny, opuszcza rodzinny majątek, ukrywa u rodziny, bo uczynny sąsiad ostrzega przed lokalnymi partyzantami, którzy zamierzają całą rodzinę zlikwidować. Rodzice z dwójką podrośniętych już trochę dzieci pakują się na wóz i pod pretekstem wyjazdu do krewnych na imieniny, opuszczają dom. Matka w zaawansowanej ciąży, u bliskiej przyjaciółki ukrywa trochę odzieży, kosztowności, jakieś pieniądze. Gdy najmłodsza córka ma 3 miesiące, matka wyrusza do domu przyjaciółki, 18 km dalej, by przynieść trochę tych rzeczy, by zapłacić krewnym za opiekę. I choć obiecuje, że wróci przed nocą, to do domu nie wraca nigdy, a jej mąż, przedwcześnie posiwiały opiekun trzech sierot, zostaje wyciągnięty z domu miesiąc później. Banalne, takich wojennych, kresowych historii znamy mnóstwo. Tylko że Szperkowicz, dawniej świetny dziennikarz, nie tylko nie zapomniał fachu, ale też – mam wrażenie – udoskonalił go, podciągnął, dostosował do  wymagań współczesnych czytelników. Jednocześnie jednak bierze ich pod włos, bo nie spełnia oczekiwań, a daje w zamian swoją historię. Przez większą część dorosłego życia, wracając wiele razy do kilku wiosek, będzie próbował się dowiedzieć, w jaki sposób zakończyli życie jego rodzice i gdzie porzucono ciała. 

    Jej polityczna niepoprawność polega na tym, że Szperkowicz po latach śledztwa, odbijając się od ludzi, którzy rodziców pamiętali, byli ich sąsiadami, pomagali im lub szkodzili, od ich dzieci, enkawudzistów, stetryczałych starców i ich cnych potomków, stawia mocną tezę: Białoruś będzie musiała się kiedyś zmierzyć ze swą pamięcią wojny ojczyźnianej, mitem heroicznej partyzantki, która zwalczała Niemca. Na tym micie zbudowana została tożsamość Białorusi jako republiki radzieckiej i ten mit dalej jest twórczy, bo daje energię opozycji demokratycznej. Tymczasem Szperkowicz pokazuje zupełnie inną historię – powszechnej grabieży, gwałtów, mordów – nie tylko na polskich posiadaczach ziemskich, ale też sąsiadach, przypadkowych podróżnikach podejrzewanych o szpiegostwo, niewinnych kobietach i dzieciach. I żeby potwierdzić tę swoją wywrotową tezę podaje konkretne dane, choć ogranicza do wąskiego wycinka mapy, do kilku wsi sąsiadujących z dawnym majątkiem rodziny. 

    Choć Szperkowicz kilka razy stwierdza, że w czasie prowadzonego przez lata śledztwa syn wygrywa w nim z reporterem, to jednocześnie w tle wątku głównego pojawiają się inne obrazy destrukcji, nie powiązane z konfliktem klasowym i etnicznym. Ważny tu jest i wątek żydowski: w drugim, a właściwie nawet trzecim planie za ukrywającymi się Szperkowiczami, którzy zmieniają miejsce zamieszkania, nie chcą poddać się wywózce na Wschód, pojawiają się widma Żydów skrywających się w ziemiankach, nocą żebrzących o jedzenie, rozbudowujących całą podziemną sieć labiryntów, bunkrów i składów, które w końcu w ramach krwawej rzezi przejmują partyzanci białoruscy. I równie istotna jest tu przyroda, ginący, trzebiony wciąż las, jakby demon historii rozszalał się na całego i nie ograniczał wyłącznie do ludzkich ofiar. 

    Mnie w tej książce kręci jeszcze jedno – choć Szperkowicz wraca do miejsc rodzinnych, szuka w archiwach śladów majątków, krewnych, utraconych i podzielonych dóbr, to nie ma tu ani kropli sentymentalnego wspomnienia przeszłości, żadnego nostalgicznego kolorowania i upiększania. To jest książka na wielu poziomach gorzka, bo rozprawia się on w kilku słowach z przekonaniem o misji cywilizacyjnej Polaków na Kresach. Nie ma w nim żadnej klasowej wyższości (choć kilka razy próbuje, jak sądzi sprytnie, wykorzystać swój status majątkowy, by zdobyć informacje od ubogich i schorowanych rozmówców), nie ma przekonaniu o barbarzyństwie lokalnej społeczności i cywilizacyjnej wyższości Polaków. Ostatnio grzebię w różnych tekstach o Europie Wschodniej i Kresach i nawet nie wiecie, jaki ten mit jest żywy i jak śmiesznie dzisiaj brzmią tęsknoty potomków dawnej szlachty. 

    Dzisiaj nasuwam mi się jeszcze jeden klucz do tej opowieści – klucz klasowy. Szperkowicz nie pudruje przeszłości, nie snuje sielankowej historii o przedwojennym wspólnym życiu dworu i czworaków wiejskich. Szukając śladów przodków, precyzyjnie umieszcza ich na stopniach hierarchii społecznej, pokazuje, co mieli, czego im brakowało, na czym zbili majątek, jak go stracili, jak traktowali chłopów, czego się bali ze strony służby, jak sobie radzili, by nie eskalować konfliktów. Wyraźnie określa stosunek między powoli ubożejącymi Szperkowiczami i przysłanymi przez niemieckich okupantów pracownikami, którzy zaciekle bronią ideologii komunistycznej, przywołuje kuchenne kłótnie o Katyń. Nie gubi z oczu tej perspektywy ludowej historii, bo peerelowska szkoła pozornego egalitaryzmu wystarczająco mocno go chyba przećwiczyła. Scena męczarni i śmierci matki nie daje się czytać w porządku rozliczenia dawnej służby dworskiej z dziedziczką, bo po pierwsze pozycja rodziny była zbyt niska, po drugie, podobny, okrutny los spotykał także osoby o wiejskim pochodzeniu, mordowane pod zarzutem szpiegostwa, kułactwa itp. I – najważniejsze – Szperkowicz nigdy nie występuje tu z pozycji uprzywilejowanego dziedzica, zawsze określa swoją sytuację, z precyzją księgowego określa różnice między upadłym wzorem i wsią.  

    Nie jest to historia Antygony, nie jest to też historia Elektry, która szuka pomsty. W starym już Szperkowiczu żyje za to ciągle nieukołysana tęsknota za matką, która miała wrócić, której oddalającą postać cały czas ma w pamięci. O ile jednak jego styl jest radykalnie różny od języka, jaki zbudowała jego żona, Hanna Krall, to poziom epatowania emocjami jest podo

  • Poza margines

    Poza margines

    W czasie przygotowań do Wielkanocy w Kościele odbywa się symboliczna ceremonia obmycia stóp. Ma przypominać o cnocie pokory i o najmniejszych tego świata. Jeśli ktoś chce poczytać o prawdziwych najmniejszych to polecam bohaterów reportaży Domosławskiego: wyklętych, wykluczonych, na marginesie społecznym i ekonomicznym (a często poza nim). Domosławski pokazuje, że tam, gdzie my widzimy nędzę i kres, wyrastają osobne światy, złożone, wielopiętrowe, bo nędza jest stopniowalna. Jego reportaże łączą się z biografiami: bo i Kapuściński i Bauman właśnie o tych najuboższych, wyrzuconych poza tor historii chcieli dbać, nimi się zajmowali (pomijam szczerość i powodzenie tych projektów). Pisarstwo Domosławskiego to ciekawy projekt, kompletny, ciągle pogłębiany, drążony z różnych stron. I to taki, który skupia się na mało popularnym temacie biedy i pogardy wobec tej biedy. I jakoś bardziej wydaje mi się szczery niż gwiazdorstwo Caparrosa.

  • Popyt i podaż

    Popyt i podaż

    W grudniu prowadziłam spotkanie on line z Krzysztofem Vargą, dotyczące jego książki „Dziennik hipopotama”. W spotkaniu – a właściwie debacie – brali też udział Michał Nogaś i Justyna Sobolewska, rozmawialiśmy dużo o rynku książki, jego praktykach i wypaczeniach. Wszystko byłoby świetnie, gdyby nie radośnie pohukujący Varga, potępiający wszystko w czambuł i domagający się zamknięcie większości wydawnictw, z wyższością (oraz arogancją płynącą z błogiej nieświadomości) domagający się publikowania tylko prozy wysokiej.

    To spotkanie uświadomiło mi (poza rozmiarami niewiedzy niektórych aktorów pola literackiego), że ciągle jeszcze w Polsce żyje i świetnie się ma mit OPUBLIKOWANIA KSIĄŻKI.

    Otóż święcie wierzymy, że to, co wychodzi w okładkach nie tylko ma status nieomal prawdy objawionej, ale że jeszcze sam fakt publikacji jest wartościowy, wydanie książki po prostu jest dobre(m).

    Ten sposób myślenia dzieli stary wyjadacz Varga z wieloma młodymi autorami, którzy po to, aby debiutować, biorą kredyty i oddają rok-dwa z życia. Nie chodzi mi jednak o kredyt na wydanie książki, ale o kredyt na jej napisanie, a zatem raczej o obszar reportażu niż prozy. Prozę pisze się wcale nie łatwiej, ani nie szybciej, można jednak uciąć podróże i kwerendę, jak się na nie kompletnie nie ma forsy. Reportaż, który przeżywa teraz najazd debiutantów, z całą pewnością bez tego się nie obędzie.

    Kryzys prasy, pogłębiający się ciągle i właściwie stały (a już się wydawało, że jesteśmy na dnie…) w połączeniu z tym właśnie myśleniem o wydaniu książki jako o jakimś wyróżniku i rodzaju dobra, nieprawdopodobna ilość osób, próbujących swoich sił w reportażach, w sumie sprawiają, że rynek zaczyna się tutaj dziwnie chwiać. Autorzy szukają środków, by móc się utrzymać w czasie pisania, wyjechać do bohaterów, zrobić reaserch, a wydawnictwa starają się odsiewać płynące szeroką falą propozycje wydawnicze. Oczywiście, reporterzy mogą starać się o stypendia ministerialne i miejskie, mogą startować w konkursach. Wydawnictwo Poznańskie do czterech lat prowadzi Konkurs Reporterski, w 2021 można zgłaszać swoje projekty do 1 marca. Projekty oceniane są do 24 kwietnia, a nagroda wynosi 15 tysięcy złotych.

    Nie wiem – i to jest właściwie pytanie do moich Czytelników, z których spora część funkcjonuje w tym polu – czy łatwo jest dostać takie środki? Czy wystarczają one na pisanie? Trochę próbowałam o to pytać w różnych miejscach i wnioski są dość przerażające: publikowanie książki, które miało być ratunkiem w sytuacji, gdy drastycznie zmniejszyła się ilość tytułów drukujących reportaże (wliczając portale i serwisy internetowe), nie tylko nie przynosi spodziewanych zysków, ale i wymusza wyjątkowo duże nakłady własne. Nadobecność reportażu sprawia bowiem, że sprzedają się coraz mniejsze jego nakłady, a to sprawia, że zmniejszają się też zaliczki. Wydawcy boją się ryzykować, podpisując umowy z debiutantami – choć łatwiej jest doprowadzić tom reportażu (niż tom prozatorski) do poziomu „wydawalności” i „czytelności”. I nie chodzi mi tutaj o zarzut wobec młodych, debiutujących twórców, bo to samo można powiedzieć o Justynie Kopińskiej – jej styl jest płynny jak ruchy c3po.

    Ten brak środków na rynku w przypadku książek, których napisanie wymaga dużo czasu, oznacza, że reporterzy muszą stać się mistrzami nie tylko tej jednej literackiej formy, ale też specjalistami od gatunków bardziej przyziemnych. Ewa Winnicka przyznaje: „podstawową umiejętnością młodego autora jest pisanie projektów, zdobywanie grantów i stypendiów, kolędowanie od drzwi do drzwi, organizowanie zbiórek czyli zbieranie funduszy z różnych źródeł”.

    Ponieważ na wyjazd i „duży projekt” debiutantowi trudno jest zdobyć środki, to rację ma chyba Katarzyna Kobylarczyk, gdy twierdzi, że pierwszą książkę pisze się „przy okazji” – wyjazdu, projektu, jakichś badań naukowych, własnych nietuzinkowych zainteresowań.

    Kamil Bałuk, współpracownik Instytutu Reportażu i juror w konkursie Wydawnictwa Poznańskiego, podkreśla właśnie rolę owego pragnienia, przewyższającą rachunek ekonomiczny: „Mało znam osób, które odmówiły podpisania umowy na książkę reporterską z powodu zbyt niskiej zaliczki czy ogromnych kosztów dokumentacji. Pragnienie zadebiutowania, wskoczenia poziom wyżej niż publikacja w prasie, jest zwykle nie do odparcia. Kiedyś przed debiutem książkowym autorzy mieli zwykle na koncie sporo publikacji w prasie, dzisiaj to już nie jest konieczne, bo niektóre wydawnictwa zgłaszają się do potencjalnych autorów po lekturze jednego ich tekstu. Znam przypadki, że umowę podpisywali ludzie bez opublikowanych dotychczas tekstów, z samym pomysłem”.

    Kiedy prowadziłam spotkanie z Julianną Jonek-Springer na temat reportażu z odległych miejsc, redaktorka naczelna Dowodów na Istnienie powiedziała, że pandemia i zakaz podróży zwiększą zainteresowanie tematami lokalnymi, że na rynku książki za dwa lata pojawi się fala książek z Polski, analizujących na różne sposoby „nasze życie tutaj”. Sądzę cynicznie, że taki zwrot ku lokalności będzie miał nie tylko pandemiczne uzasadnienie, ale też właśnie u jego podstaw będzie leżało myślenie małą skalą wymuszone przez ograniczone fundusze. Kłopot polega jednak na tym, że pisanie o sprawach polskich i sąsiedzkich wcale nie jest proste. O tym właśnie opowiada często Katarzyna Kobylarczyk w czasie spotkań dotyczących jej ostatniej książki: „Kobiety Nowej Huty. Cegły, perły i petardy” – napisanej właśnie na temat jej własnej dzielnicy, w dużym stopniu po rozmowach z sąsiadkami (choć jeszcze przed pandemią). Inna jest relacja reporterów i bohaterów, inny rodzaj więzi, inna odpowiedzialność. Nie da się umknąć po napisaniu tekstu, nie bardzo można odmówić pokazania tekstu, nie da się wyostrzyć tez, słów i zdarzeń, by stały się jaśniejsze dla czytelników, bo autor będzie się spotykał pod piekarnią ze swoimi postaciami. Albo wyrzucał śmieci do tego samego kosza. A oni także nie będą tak wolni i nieskrępowani w swoich opowieściach i zwierzeniach, gdy będą wiedzieć, że książkę przeczyta się w sąsiednich domach. I co z tego, że to będzie tańsze w produkcji?

    I jeszcze jedna rzecz wydaje mi się tu bardzo ważna, choć wiąże się ona pośrednio z kapitałem i dystrybucją środków. Chodzi o to, że zmiana, jaka dokonała się, gdy gros reportaży przeszło z prasy do publikacji książkowych, nie jest tylko zmianą ilościową (zbiór tekstów zamiast jednego), ale też jakościową, a ta nie wydaje mi się do końca uświadomiona i zwerbalizowana. Bo gdy reporter publikował tekst np. w „Dużym Formacie”, w czasach gdy DF miał kilkadziesiąt tysięcy egzemplarzy nakładu (nostalgiczne wspomnienie), to jego tekst był czytany masowo przez ludzi z różnych środowisk i to w stosunkowo krótkim czasie (około tygodnia), a zatem miał szansę wywołać masową reakcję – rodzaj spiętrzenie emocjonalnego, prowadzącego do publicznej debaty na dany temat, a nawet lepiej – do zmiany – choćby drobnych przepisów prawa (tak było choćby z tekstem Mariusza Szczygła „Grzeczny i posłuszny”). W chwili, gdy wydaje się książkę, grupa odbiorców jest dużo mniejsza (bo nakład średnio wynosi 3-5 tys. egzemplarzy), a lektura dokonuje się w długim czasie (liczyć trzeba też przecież tych, którzy wypożyczają książkę z biblioteki kilka lat po jej publikacji). Nie ma co więc liczyć na to spiętrzenie, reakcję gwałtowną i nasiloną. Autorzy książek reporterskich muszą zatem przemyśleć nie tylko układ kompozycyjny, który zmienia się, gdy piszą książkę, ale też funkcje, które ma ich opowieść spełniać. Jeśli publikacja reportażu w prasie przypomina nam sprint, to publikacja w książce jest raczej półmaratonem – czyli kompletnie innym rodzajem biegu.

    Ten tekst nie chce stawiać tez, raczej wskazuje miejsca słabe, wymagające refleksji. I stara się uchwycić pewne zjawiska w zarodku, a nie kogokolwiek sekować. Zapraszam do rozmowy (choć każdy wpis jest takim zaproszeniem), bo ja jestem spoza branży, w życiu swoim nie próbowałam napisać reportażu. Nie biegłam też ani sprintu, ani półmaratonu.

    Dajcie znać, drodzy Czytelnicy, jak te sprawy wyglądają z Waszej perspektywy?

  • Gorgonowa, a nie Sadowska – pamięć XX-lecia dzisiaj. Spotkanie z Wojtkiem Szotem

    Gorgonowa, a nie Sadowska – pamięć XX-lecia dzisiaj. Spotkanie z Wojtkiem Szotem

    Prowadzenie spotkania z kimś, kogo się dobrze zna, jest zawsze trudne. Bo trzeba uważać, żeby nie nawiązywać do wspólnych dyskusji, sporów, rozpoczętych wcześniej tematów. I unikać porozumiewawczych chichotów. Na szczęście ani Wojciech Szot, ani ja nie chichoczemy. A wspólne dyskusje mi się przydały, bo wiedziałam, że autor ma rozpracowaną całą teorię pisania reportażu i warto o to zapytać.

    Jeśli będą Państwo mieli czas, polecam bardzo to spotkanie, bo Szot wypracowuje tutaj nową jakość – całość projektu to książka i spotkanie z autorem. Sam tekst nie wystarcza, bo autor bardzo się pilnuje, żeby nie dopuszczać do tekstu swoich komentarzy, uwag osobistych, jakichkolwiek uwspółcześniających, aktualizujących mrugnięć okiem. Nie ma w książce żadnych odniesień do współczesności, analogii, nie ma uwag warsztatowych, ani jednego zdania o tym, jak to Szot idzie przez hol biblioteki w poszukiwaniu dokumentów (autotematyczna plaga współczesnego reportażu).

    Zaczęliśmy od rozmowy o symbolach pamięci XX-lecia międzywojennego. Bo oto do historii przeszła Gorgonowa, podejrzewana i skazana za morderstwo, a nie Sadowska – lekarka, działaczka społeczna i lesbijka. A potem było już tylko ostrzej.