W grudniu prowadziłam spotkanie
on line z Krzysztofem Vargą, dotyczące jego książki „Dziennik hipopotama”. W
spotkaniu – a właściwie debacie – brali też udział Michał Nogaś i Justyna
Sobolewska, rozmawialiśmy dużo o rynku książki, jego praktykach i wypaczeniach.
Wszystko byłoby świetnie, gdyby nie radośnie pohukujący Varga, potępiający
wszystko w czambuł i domagający się zamknięcie większości wydawnictw, z
wyższością (oraz arogancją płynącą z błogiej nieświadomości) domagający się
publikowania tylko prozy wysokiej.
To spotkanie uświadomiło mi (poza
rozmiarami niewiedzy niektórych aktorów pola literackiego), że ciągle jeszcze w
Polsce żyje i świetnie się ma mit OPUBLIKOWANIA KSIĄŻKI.
Otóż święcie wierzymy, że to, co
wychodzi w okładkach nie tylko ma status nieomal prawdy objawionej, ale że
jeszcze sam fakt publikacji jest wartościowy, wydanie książki po prostu jest
dobre(m).
Ten sposób myślenia dzieli stary
wyjadacz Varga z wieloma młodymi autorami, którzy po to, aby debiutować, biorą
kredyty i oddają rok-dwa z życia. Nie chodzi mi jednak o kredyt na wydanie
książki, ale o kredyt na jej napisanie, a zatem raczej o obszar reportażu niż
prozy. Prozę pisze się wcale nie łatwiej, ani nie szybciej, można jednak uciąć
podróże i kwerendę, jak się na nie kompletnie nie ma forsy. Reportaż, który
przeżywa teraz najazd debiutantów, z całą pewnością bez tego się nie obędzie.
Kryzys prasy, pogłębiający się
ciągle i właściwie stały (a już się wydawało, że jesteśmy na dnie…) w
połączeniu z tym właśnie myśleniem o wydaniu książki jako o jakimś wyróżniku i
rodzaju dobra, nieprawdopodobna ilość osób, próbujących swoich sił w
reportażach, w sumie sprawiają, że rynek zaczyna się tutaj dziwnie chwiać. Autorzy
szukają środków, by móc się utrzymać w czasie pisania, wyjechać do bohaterów,
zrobić reaserch, a wydawnictwa starają się odsiewać płynące szeroką falą propozycje
wydawnicze. Oczywiście, reporterzy mogą starać się o stypendia ministerialne i
miejskie, mogą startować w konkursach. Wydawnictwo Poznańskie do czterech lat
prowadzi Konkurs Reporterski, w 2021 można zgłaszać swoje projekty do 1 marca.
Projekty oceniane są do 24 kwietnia, a nagroda wynosi 15 tysięcy złotych.
Nie wiem – i to jest właściwie
pytanie do moich Czytelników, z których spora część funkcjonuje w tym polu –
czy łatwo jest dostać takie środki? Czy wystarczają one na pisanie? Trochę
próbowałam o to pytać w różnych miejscach i wnioski są dość przerażające: publikowanie
książki, które miało być ratunkiem w sytuacji, gdy drastycznie zmniejszyła się
ilość tytułów drukujących reportaże (wliczając portale i serwisy internetowe),
nie tylko nie przynosi spodziewanych zysków, ale i wymusza wyjątkowo duże nakłady
własne. Nadobecność reportażu sprawia bowiem, że sprzedają się coraz mniejsze
jego nakłady, a to sprawia, że zmniejszają się też zaliczki. Wydawcy boją się ryzykować,
podpisując umowy z debiutantami – choć łatwiej jest doprowadzić tom reportażu
(niż tom prozatorski) do poziomu „wydawalności” i „czytelności”. I nie chodzi
mi tutaj o zarzut wobec młodych, debiutujących twórców, bo to samo można
powiedzieć o Justynie Kopińskiej – jej styl jest płynny jak ruchy c3po.
Ten brak środków na rynku w
przypadku książek, których napisanie wymaga dużo czasu, oznacza, że reporterzy muszą
stać się mistrzami nie tylko tej jednej literackiej formy, ale też specjalistami
od gatunków bardziej przyziemnych. Ewa Winnicka przyznaje: „podstawową umiejętnością młodego
autora jest pisanie projektów, zdobywanie grantów i stypendiów, kolędowanie od
drzwi do drzwi, organizowanie zbiórek czyli zbieranie funduszy z różnych źródeł”.
Ponieważ na wyjazd i „duży projekt” debiutantowi
trudno jest zdobyć środki, to rację ma chyba Katarzyna Kobylarczyk, gdy twierdzi,
że
pierwszą książkę pisze się „przy okazji” – wyjazdu, projektu, jakichś
badań naukowych, własnych nietuzinkowych zainteresowań.
Kamil Bałuk, współpracownik
Instytutu Reportażu i juror w konkursie Wydawnictwa Poznańskiego, podkreśla właśnie
rolę owego pragnienia, przewyższającą rachunek ekonomiczny: „Mało
znam osób, które odmówiły podpisania umowy na książkę reporterską z powodu zbyt
niskiej zaliczki czy ogromnych kosztów dokumentacji. Pragnienie zadebiutowania,
wskoczenia poziom wyżej niż publikacja w prasie, jest zwykle nie do odparcia.
Kiedyś przed debiutem książkowym autorzy mieli zwykle na koncie sporo
publikacji w prasie, dzisiaj to już nie jest konieczne, bo niektóre wydawnictwa
zgłaszają się do potencjalnych autorów po lekturze jednego ich tekstu. Znam
przypadki, że umowę podpisywali ludzie bez opublikowanych dotychczas tekstów, z
samym pomysłem”.
Kiedy prowadziłam spotkanie z
Julianną Jonek-Springer na temat reportażu z odległych miejsc, redaktorka
naczelna Dowodów na Istnienie powiedziała, że pandemia i zakaz podróży zwiększą
zainteresowanie tematami lokalnymi, że na rynku książki za dwa lata pojawi się
fala książek z Polski, analizujących na różne sposoby „nasze życie tutaj”.
Sądzę cynicznie, że taki zwrot ku lokalności będzie miał nie tylko pandemiczne
uzasadnienie, ale też właśnie u jego podstaw będzie leżało myślenie małą skalą
wymuszone przez ograniczone fundusze. Kłopot polega jednak na tym, że pisanie o
sprawach polskich i sąsiedzkich wcale nie jest proste. O tym właśnie opowiada
często Katarzyna Kobylarczyk w czasie spotkań dotyczących jej ostatniej
książki: „Kobiety Nowej Huty. Cegły, perły i petardy” – napisanej właśnie na
temat jej własnej dzielnicy, w dużym stopniu po rozmowach z sąsiadkami (choć
jeszcze przed pandemią). Inna jest relacja reporterów i bohaterów, inny rodzaj
więzi, inna odpowiedzialność. Nie da się umknąć po napisaniu tekstu, nie bardzo
można odmówić pokazania tekstu, nie da się wyostrzyć tez, słów i zdarzeń, by
stały się jaśniejsze dla czytelników, bo autor będzie się spotykał pod
piekarnią ze swoimi postaciami. Albo wyrzucał śmieci do tego samego kosza. A
oni także nie będą tak wolni i nieskrępowani w swoich opowieściach i
zwierzeniach, gdy będą wiedzieć, że książkę przeczyta się w sąsiednich domach. I
co z tego, że to będzie tańsze w produkcji?
I jeszcze jedna rzecz wydaje mi
się tu bardzo ważna, choć wiąże się ona pośrednio z kapitałem i dystrybucją
środków. Chodzi o to, że zmiana, jaka dokonała się, gdy gros reportaży przeszło
z prasy do publikacji książkowych, nie jest tylko zmianą ilościową (zbiór
tekstów zamiast jednego), ale też jakościową, a ta nie wydaje mi się do końca
uświadomiona i zwerbalizowana. Bo gdy reporter publikował tekst np. w „Dużym
Formacie”, w czasach gdy DF miał kilkadziesiąt tysięcy egzemplarzy nakładu
(nostalgiczne wspomnienie), to jego tekst był czytany masowo przez ludzi z
różnych środowisk i to w stosunkowo krótkim czasie (około tygodnia), a zatem
miał szansę wywołać masową reakcję – rodzaj spiętrzenie emocjonalnego,
prowadzącego do publicznej debaty na dany temat, a nawet lepiej – do zmiany –
choćby drobnych przepisów prawa (tak było choćby z tekstem Mariusza Szczygła „Grzeczny
i posłuszny”). W chwili, gdy wydaje się książkę, grupa odbiorców jest dużo
mniejsza (bo nakład średnio wynosi 3-5 tys. egzemplarzy), a lektura dokonuje
się w długim czasie (liczyć trzeba też przecież tych, którzy wypożyczają
książkę z biblioteki kilka lat po jej publikacji). Nie ma co więc liczyć na to
spiętrzenie, reakcję gwałtowną i nasiloną. Autorzy książek reporterskich muszą
zatem przemyśleć nie tylko układ kompozycyjny, który zmienia się, gdy piszą
książkę, ale też funkcje, które ma ich opowieść spełniać. Jeśli publikacja
reportażu w prasie przypomina nam sprint, to publikacja w książce jest raczej
półmaratonem – czyli kompletnie innym rodzajem biegu.
Ten tekst nie chce stawiać tez,
raczej wskazuje miejsca słabe, wymagające refleksji. I stara się uchwycić pewne
zjawiska w zarodku, a nie kogokolwiek sekować. Zapraszam do rozmowy (choć każdy
wpis jest takim zaproszeniem), bo ja jestem spoza branży, w życiu swoim nie
próbowałam napisać reportażu. Nie biegłam też ani sprintu, ani półmaratonu.
Dajcie znać, drodzy Czytelnicy,
jak te sprawy wyglądają z Waszej perspektywy?