Tag: recenzja

  • Strzeżone osiedle i ukraińska sprzątaczka

    Strzeżone osiedle i ukraińska sprzątaczka

    Wojciech Chmielarz, Osiedle marzeń
    Czarne 2016
    Na większość kryminałów żal mi czasu. Jest tyle innych książek, tyle innych zagadek stawia literatura, że nie pociąga mnie poszukiwanie mordercy wciąż na nowo. Zwłaszcza jeśli straszą mnie z półek księgarskich książki tak słabe, jak te Katarzyny Bondy. Od kilku lat czynię jednak wyjątek dla Wojciecha Chmielarza i kolejnych tomów o pracy komisarza Mortki. Osiedle marzeń to czwarta część serii, choć można ją czytać, nie znając poprzednich.
     
    Komisarz Mortka – antypatyczny bohater, rozwodnik, warszawski śledczy, mrukliwy, obsesyjny perfekcjonista, tym razem musi rozwiązać sprawę morderstwa studentki, której ciało zostaje odnalezione na warszawskim strzeżonym osiedlu. Dziewczyna uciekała z walizką ubrań, przed śmiercią została zgwałcona. Policja podejrzewa wszystkich mieszkańców zamkniętego osiedla, ale też ochroniarza na śmieciowej umowie, jego szefa – wymuskanego, ale oślizgłego administratora, ukraińską sprzątaczkę pracującą na czarno. Chmielarz śmiało rysuje przekrój społeczeństwa: od tępawych mięśniaków pracujących na zlecenie gangsterów, przez śliczne i ambitne studentki, które w Warszawie robią karierę przez łóżko, po sfrustrowane żony upper middle class i ich niewychowanych, aroganckich mężów.
     
    W poprzednich kryminałach (pisałam o nich tu i tu) o Mortce rozwiązanie śledztwa zawsze przynosiło kompletny zwrot: sądziliśmy, że intryga dotyczy seryjnego mordercy, a okazywało się, że ma źródła ekonomiczne. Chmielarz, młody autor, okazuje się pisarzem na wyraz cynicznym jeśli chodzi o konstrukcje powieściowe – zawsze chodzi o pieniądze, o ambicje, o kariery. To fantastyczny pomysł na grę z konwencją amerykańskich i skandynawskich kryminałów, nie łudźmy się przecież: statystycznie to właśnie pieniądze częściej są przyczyną zbrodni. Jego kryminały można czytać także, jako studium przemocy ekonomicznej – kto ma kasę, ten ma władzę: warszawski gangster wymienia kochanki, studenci marzą, by mieć pieniądze na rozkręcenie start upu, polskie gospodynie pomiatają ukraińskimi sprzątaczkami (choć tutaj walka o perfekcyjne sprzątanie zmienia się często w walkę o pamięć o Wołyniu). Marzenia bohaterów Chmielarza także mają charakter wymierny i finansowy – Ziemowit Ziemiański, ochroniarz gangstera, pragnie spokojnego życia, które wyobraża sobie jako zarządzanie dwoma sklepami Żabki. Cóż, jaki kraj, takie marzenia.
     
    W trzeciej części cyklu, zatytułowanej Przejęcie, pojawiła się aspirantka Sucha – odpychająca młoda kobieta, nowa partnerka Mortki. Od razu widać było, że jako postać ma większy potencjał – i to potwierdza się w nowym tomie. Sucha jest zdecydowanie bardziej barwna niż inne postaci, silniejsza, ciekawsza. Dawno nie spotkałam się z bohaterką, która byłaby jednocześnie akseksualna i tak cielesna jednocześnie, tak skłonna do przemocy fizycznej, a jednocześnie idealistyczna, tak zimna i gorąca. Zobaczymy, co Chmielarz zrobi z nią dalej.
     

     

    W Osiedlu marzeń równie ważny co intryga kryminalna, jest portret społeczeństwa. I chyba pierwszy raz Chmielarz lepiej wypada jako pisarz-realista niż autor kryminału. Wątek ten jest poprowadzony gorzej niż w poprzednich jego książkach, natomiast studium społeczne wydaje mi się dużo lepsze niż wcześniej. Zamknięte osiedle i wypuszczające się z niego na zewnątrz kłącza wyraźnie pokazują, co autor myśli o kraju nad Wisłą. Jest okrutny w swoich ocenach, daje nam rysunek surowy, krytyczny. Pokazuje korpoludek, sprzedajnych dziennikarzy, nową grupę – „sfokusowaną” na sukces i posługującą się gwarą coachów od motywacji (te sceny są fantastyczne – dowcipne i złośliwe zarazem), matki nie potrafiące ochronić własnych dzieci (świetne ścięcie mitu Matki-Polki). Ciekawy jest też wątek gangstera rządzącego warszawką – ma ochotę na wino, ale musi pić wódę, bo wino osłabiłoby jego wizerunek. Nie ma ochoty na seks z piersiastą blondyną, ale to znowu stawiałoby go w złym świetle. Chmielarzowi nie chodzi tylko o niską moralność całego społeczeństwa, o brak szacunku dla władzy, brak ideałów i gotowość do sprzedawania wszystkiego, o obojętność na los własnych dzieci, zakłamanie – choć to z pewnością by wystarczyło. To, co uderza w jego rysunku, to przekonanie, że Polacy potrafią patrzeć na siebie nawzajem i na innych (choć tu innymi są jeszcze tylko Ukraińcy) wyłącznie w relacji siły, że zawsze muszą określić swą pozycję wobec drugiego w układzie pionowym: kto jest silniejszy, kto ma więcej władzy, kto ma lepszą pozycję? I zajmuje ich to, jak się dostać na tę lepszą pozycję, a często też: jak zepchnąć drugiego z jego pozycji. Ten wiosek i potwierdzające go sceny wynoszą powieści Chmielarza ponad popularne kryminały, dają nam coś więcej – a takie przecież jest zadanie tego gatunku: osądzają rzeczywistość.  
  • Książka dla Adasia Miauczyńskiego

    Obrażenia. Pobici z Polską,
    Wielka Litera 2016
     
    Aktualność, która wyróżnia ten zbiór na tle innych pozycji non fiction, jest zarówno jego mocną stroną, jak i możne okazać się jego największą słabością.
     
    7 reportaży o bolączkach współczesnego społeczeństwa polskiego, jego wadach, uprzedzeniach, kłopotach systemowych, frustracjach prywatnych. 8 autorów reprezentujących najmłodsze, ale już doświadczone, pokolenie reporterskie. Autorzy ci podtykają Polakom pod nos lustro – chcielibyśmy, żeby było to krzywe zwierciadło, tyle tu bowiem złości, ksenofobii, bezmyślności, zawiści, przemocy, bezsilności, wreszcie głupoty w stanie czystym. Niestety, kolejne historie pokazują, że to jest realistyczne zwierciadło, to przechadzające się po gościńcu. Wlekły pisze o tym, jak łatwo obrazić uczucia religijne Polaka, jak symbolika katolicka zagarnia przestrzeń publiczną; Rejmer pokazuje małą miejscowość, w której znajduje się ośrodek dla uchodźców, Jabłońska zajęła się sprawą wiejskiej dziewczyny zmieniającej płeć; Wójcińska wzięła na warsztat problem tożsamości polskiej i tego, jak ambiwalentnie rozdzielamy prawo do niej, Puto i Szczerek przekopali się przez polski internet, żeby pokazać, jak tworzy się w nim język nienawiści; Kicińska opisała dysfunkcyjną rodzinę, w której matka staje się ofiarą przemocy domowej; Wasielewski zaś pokazuje krótkie spotkanie 30-latków, ujawniające absolutny kryzys męskości.
     
    Lapidarnie zarysowuję tylko tematy, które pojawiają się w Obrażeniach. W każdym z reportaży ujawnia się jednak zawsze więcej niż jeden problem: gdy Rejmer pisze o stosunku Polaków do uchodźców, zahacza także o kryzysy ekonomiczny, konflikt religijny, zderzenie między światem wykreowanym przez media a rzeczywistością za oknem, arogancję władzy, która wskazuje lokację ośrodka bez konsultacji społecznych. Gdy Puto i Szczerek piszą o komentarzach internetowych (a takich tekstów powstało ostatnio mnóstwo), to nie tylko interesuje ich, za co obrażamy innych, ale też kim są obrażający, jak obrażają: rano i po południu, w tygodniu a nie w weekendy, bo praca i życie rodzinne odciągają jednak hejterów od internetu. Kicińska pokazuje transfer lęku w rodzinie, bezradność matki, która nie wie, jak sprzeciwić się mężowi-prześladowcy, ale i obojętność organów władzy, które nie potrafią radzić sobie z przemocą w rodzinie.
     
    Czytanie tej książki nie jest przyjemną czynnością, a dzieje się tak z jednego powodu: wszystkie te teksty zostały skonstruowane w taki sposób, byśmy nie mogli osiągnąć komfortu, zająć żadnej bezpiecznej pozycji, wycofać się i z dystansu oceniać opisywane zdarzenia. Nie ma takiej grupy, której nie dotknąłby chociaż jeden problem, chociaż jedna przywara – a więc krótko: nie da się przed tą książką ukryć. Nie ma też takiego miejsca, które wolne byłoby od przywoływanych tu wad: wieś jest nietolerancyjna i skąpa, małe miasteczko – ksenofobiczne i naiwne, daje się prowadzić mediom, duże miasto – pełne sfrustrowanych nienawistników, wypisujących w interencie obsceniczne komentarze pod adresem bliźnich.
     
    Można Obrażeniom zarzucić, że autorzy nie wychodzą poza problemy, które znamy z prasy i telewizji, że ograniczają się do kwestii, które media wałkują na co dzień. PO pierwsze jednak wydaje się, że dokładnie taki był cel tego zbioru. Po drugie zaś, to ograniczenie do końca nie jest prawdziwe – każdy uważny czytelnik zobaczy, że długie reportaże dają mu większy, głębszy wgląd. Obrażenia pokazują pojedyncze historie, poszczególne przypadki, a więc mówią nam o świecie więcej, nie pozwalają też na zachowanie obojętności (która jest właściwa każdemu widzowi serwisu telewizyjnego). Dzisiaj to jest książka gorąca i aktualna, bardzo gorzka, sroga w krytyce społecznej, przerażająca w swych diagnozach. Zobaczymy za kilka lat, czy dalej będzie grzała.

     

  • Bomba już tyka

    Artur Domosławski, Wykluczeni
    Wielka Litera 2016
    To świetna lektura na polskie Święto Pracy – spędzane przy grillu święto samozadowolenia. To także świetna lektura na każdą inną chwilę, bo Domosławski z całą mocą oskarża gospodarkę neoliberalną, pochyla się nad losem najuboższych, wykluczonych, zniewolonych, pomordowanych i porwanych. Ale po kolei.
     
    Choć przez ostatnie kilka lat, czego blog stanowi najlepszy dowód, ciągle czytam polskie non-fiction, to dawno już nie miałam w ręku tekstu, który tak daleko odchodzi od polskiej szkoły reportażu. I ta odmiana daje niezwykłą przyjemność. Domosławski nie pochyla się nad szczegółem, szuka uogólnienia, nie stroni od wykładu, ważny u niego jest głos narratora, podróżnika, reportera, głos jego samego. Nie jest to jednak nigdy wykład naukowy, historyczny, czy publicystyczny skrót. Domosławski ciąży bowiem ku oskarżeniu, i to nie konkretnych ludzi, układów politycznych (choć część jego tekstów ma charakter reportaży śledczych i ważna tu jest wina konkretnych osób), ale wypracowanych mechanizmów sprawowania władzy, organizowania życia politycznego. W kolejnych tekstach pokazuje, że ustanowione nowe prawo podlega błyskawicznej erozji, jak reguły, które miały poprawić warunki życia, ułatwić przestrzeganie prawa, prowadzą do demoralizacji i śmierci. W Brazylii wojsko, wynagradzane za potyczki z partyzantami, zaczyna mordować ludzi luźnych z ubogich dzielnic, by podnieść rachunek „głów”. Wojskowe najazdy na fawele miały wyzwolić je spod wpływów gangów, a sprawiały, że w dzielnicach pojawiały się nieoficjalne i nielegalne milicje wymuszające haracz za ochronę, a mieszkańcy nie byli w stanie płacić rachunków za prąd i wodę (bo wolne fawele są inaczej opodatkowywane niż fawele uznane za niebezpieczne). W Ciudad Juarez kobiety zdobyły pracę w fabrykach i uniezależniły się od władzy mężów, ale za swą wolność przyszło im zapłacić najwyższą cenę – za nasilającą się falę kobietobójstw odpowiada pokolenie ich synów, porzuconych w domach, samotnie oczekujących na powrót matek z montowni. W Izraelu sąd pozwolił Beduinom korzystać z wodociągów poprowadzonych, by nawadniały zielone osiedla osadników, ale jednocześnie nakazano im płacić tak wysokie rachunki, że koczowników na nie stać. Z tych krótkich przykładów wyłania się już wyraźny obraz metody Domosławskiego – nie chodzi przecież o to, że wojsko gdzieś walczy z partyzantką, ale o to, że wykluczonymi stają się ludzie, których dobija wysokość rachunków, których nie stać na bieżącą wodę, których usuwa się, by ich domy nie szpeciły krajobrazu. Wtedy też rośnie gniew i frustracja społeczna, wzmaga się nieufność. W opowieści o miastach Południa ważniejsze od partykularnych historii jest oskarżenie wymierzone w system kapitalistyczny, w organizacje, które mają za zadanie walczyć z biedą – to przeciwko nim właśnie pisze autor Gorączki latynoamerykańskiej. W tę historię jest wpisany i drugi przeciwnik, a jest nim samozadowolenie Zachodu, także nasze-polskie. Można byłoby napisać, że Domosławski uświadamia, jak wielkim przywilejem jest możliwość korzystania z Facebooka, ale jego opowieść nie zasługuje na takie truizmy. Nie każdemu bohaterowi reportażu dana jest bowiem praca i nie każda praca pozwala się wydobyć z nędzy. Na nic zdają się zatem liberalne i protestanckie przekonania, że wystarczy prowadzić się przyzwoicie i ciężko pracować, by żyć dostatnio. Ci, którzy chcą ciężko pracować, w świecie Domosławskiego trafiają na plantacje latyfundystów, gdzie pracują jako niewolnicy, wciąż odrabiając swoje utrzymanie i transport na miejsce. Młode dziewczyny kończą jako naćpane prostytutki, choć wcale nie taki los dla siebie planowały. Ostrożne, pilne i ambitne, nie mają prawa głosu, gdy porywa się je z ulicy. Domosławski uderza w naszą obojętność, ale i w ciekawość tych miejsc, która sprawia, że biura podróży organizują popularne favela tour. Tymczasem fawela to nie przestrzeń do safari dla bogatych białych Europejczyków. To bomba zegarowa, która już tyka: w niedalekiej przyszłości do miast, a właściwie do otaczających je faweli przeprowadzi się dwa miliardy osób i to one wreszcie ruszą na sytą i zamożną resztę świata.
     
    Dzięki Domosławskiemu można odrobić lekcję z wrażliwości społecznej, można też zacząć wydobywać się z polskiego zaścianka (a właściwie grillowego ogródka), bo rządzi u niego perspektywa marko, spojrzenie ponadnarodowe, uniwersalizujące. Możemy nauczyć się wiele na temat współczesnych konfliktów, które rozgrywa się na poziomie ekonomicznym. Domosławski też od razu każe nam za tę wiedzę zapłacić: poczuciem bezpieczeństwa, komfortem psychicznym, pewnością, że znamy wszystkie recepty na naprawę świata. I to jest chyba największa zaleta tej książki, która leczy ze złudzeń i wybija z rytmu.

     

  • Powieść popularna, ale nieprzyjemna

    Powieść popularna, ale nieprzyjemna

    Wojciech Chmielarz, Wampir
    Czarne 2015
    Intrygująca jest nowa powieść Wojciecha Chmielarza. Nie do końca jednak z powodu fabuły, a bardziej z powodu gry z konwencją kryminalną, którą autor Farmy lalek uprawia od początku swojej twórczości. W Wampirze śledztwo dotyczy samobójstwa młodego chłopaka, który skoczył z gliwickiego wieżowca. Matka wynajmuje detektywa, bo nie dopuszcza do siebie myśli, że syn mógł się zabić, miał przecież studiować, znaleźć sobie dziewczynę, ułożyć życie.
     
    Przede wszystkim mamy tu do czynienia z wyjątkowo ohydną postacią pierwszoplanową. Gatunek przewiduje, że głównym bohaterem zostaje postać pozytywna, nawet jeśli to cyniczny, znużony życiem detektyw. Wszystkich śledczych charakteryzuje pewien kręgosłup moralny, wątpliwości etyczne, czy przynajmniej świadomość dawno utraconych przekonań moralnych, wiedza o tym, jak powinno być. Tymczasem detektyw Dawid Wolski nie na żadnych z tej cech, to materialista nastawiony na wyciskanie kasy z klientów, brudas, abnegat, egoista i szantażysta. To także młody chłopak, który namawia swoją dziewczynę do aborcji, wciąż też wykorzystuje jej uczucie i naiwne oczekiwanie na jego zmianę, dojrzałość. Chmielarzowi udaje się zatem obsadzić absolutnego sukinsyna w roli tego, kto zgodnie z wymogami konwencji ma przywrócić ład.
     
    Punkt drugi zmiany – intryga kryminalna, w której nie pojawia się w ogóle policja, nie ma żadnego inspektora, żadnego Jakuba Mortki, którego znamy z wcześniejszych powieści Chmielarza. Całą sprawę rozwiązuje, miotając się i błądząc, Wolski, który jednak sam do końca nie rozumie wszystkich motywacji innych postaci, nie zna wszystkich przebiegów zdarzeń. Za każdym razem działa jednak z niskich powodów, żeby zdobyć więcej pieniędzy, uratować własną skórę, wykręcić się od odpowiedzialności lub zaszantażować innych.
     
    Po trzecie zaś – zestawienie wyłącznie odpychających postaci: nastoletnia prostytutka, znudzona zdradzająca żona, mąż rogacz, który marzy o zemście na niewiernej, oziębła, kostyczna matka domniemanego samobójcy. Chłopak, wokół śmierci którego toczy się śledztwo, to diler, pozer, histeryk, pozbawiony kręgosłupa moralnego egocentryk. Wolskiemu w pewnym momencie pomaga zmęczony rodziną i obowiązkami młody bankowiec. I on jednak okazuje się wyjątkowym przyjemniaczkiem:  handluje trawą, którą przechowuje w mieszkaniu, a zarobione pieniądze wydaje na gry, zamiast na dziecko. Nie ma w Wampirze ani jednego bohatera, z którym czytelnik chciałby się identyfikować, ani też takiego, którego darzyłby sympatią. Takie tło zdarzeń ustawia sobie Chmielarz, próbując pokazać czytelnikowi, że nawet w tak trudnych warunkach potrafi zmontować wiarygodną, wciągającą intrygę.
     

     

    Wampir budzi sprzeczne uczucia odbiorców, widziałam opinie bardzo pozytywne, ale też wiele tekstów negatywnych, które zarzucają kryminałowi zupełnie różne wady, braki na różnych polach. Autor broni się zaś, argumentując, że Wampir nie ma nic wspólnego z cyklem o Mortce, że to zupełnie różne typy kryminału. Zastanawiam się, na ile owe krytyczne uwagi wynikają właśnie z przełamywania konwencji. Czyżby Chmielarz posłał swemu czytelnikowi zbyt wysoką piłkę?  
  • Dać imię zmarłemu

    Dać imię zmarłemu

    Kamel Daoud, Sprawa Meursaulta
    Karakter 2015
    przekład Małgorzata Szczurek
    Błąkam się po plaży z pistoletem w dłoni, szukając pierwszego lepszego podobnego do mnie Araba, żeby go zabić– pisze w ostatnim rozdziale swojej powieści Kamel Daoud. Powieści o winie, karze, grzechu, ale też samotności, gniewie i wykluczeniu. O podziale na lepszych i gorszych, na białych i kolorowych, na Francuzów i Arabów, na wierzących i niewierzących. Po brutalnej i absurdalnej śmierci brata z ręki białego główny bohater, Harun, pozostaje sam z matką, ta zaś wychowuje chłopca w cieniu pamięci zmarłego. Sama na zawsze już pozostaje w żałobie, syna zaś przekonuje, że śmierć Musy trzeba w jakiś sposób pomścić. W międzyczasie w Algierii upada kolonializm, Francuzi wycofują się, pozostawiając puste, czekające na osiedlenie domy. Harun wraz z matką zajmują jeden taki niewielki domek i pewnego dnia, krótko po zakończeniu działań wojennych, mordują białego, Francuza, który pojawił się na podwórku. Zbrodnia nie pociąga za sobą żadnych konsekwencji, po kilku rozmowach z żandarmami Harun zostaje zwolniony do domu. Nikogo nie interesuje wyjaśnienie zagadki zaginięcia Josepha. Taka jest rama fabularna – Harun siedzi w barze i opowiada w nieskończoność o swoim życiu, gniewie, żalu, związkach z kobietami, trudnych relacjach z matką, a przede wszystkim o okolicznościach śmierci brata. Jako wielki bezimienny pojawia się w tej powieści Albert Camus jako autor Obcego, zamordowany brat Haruna to bezimienny Arab, który ginie na początku wybitnej francuskiej powieści, zabity bez powodu, z nadmiaru słońca i przygnębienia życiem. Camus, egzystencjalizm, kultura francuska, cywilizacja europejska, chrześcijaństwo to konteksty, które Daoud wmontowuje w swoją prostą historię fabularną.  
     
    Rzadko trafia się tekst, który były tak gęsty znaczeniowo, tak genialny artystycznie, jednocześnie egzotyczny i uniwersalny, zanurzony w świecie arabskim i zrozumiały dla Europejczyków. Tak prosty w opisie świata i jednocześnie misterny, erudycyjny. Daoud buduje obraz obcy tradycji europejskiej, a ciągle w niej zanurzony, przedstawia zupełnie inną perspektywę kulturową, kompletnie obce nam doświadczenia, a jednocześnie wciąż sięga po porównania z dziedzictwem europejskim.
     
    Można czytać tę powieść na dwóch poziomach i za każdym razem będzie to lektura pasjonująca: można widzieć u Daouda przede wszystkim polemikę z tekstami kultury albo podążać tropem odwołań mitycznych. Zabójstwo brata, proces, poczucie winy stanowią bowiem obsesje Haruna. Ciągle odwołuje się on do Camusa i Meursaulta jako jego bohatera, których czyni odpowiedzialnymi za zbrodnię na swym bracie. Mamy tu więc zderzenie kultury algierskiej, kolonialnej i niższej oraz kultury francuskiej, metropolitalnej i wyższej. Jednocześnie jednak nie ma innego języka niż język francuski, niż ten język, którego mistrzem był Camus. Daoud sam wybiera francuski na język swojej opowieści, buduje fabułę jako dopowiedzenie powieści francuskiego egzystencjalisty, jej rewers. U Camusa ginie anonimowy człowiek, w Daouda ma on twarz, rodzinę, nazwisko, przynależy do pewnej kultury. Daoud przychodzi jako drugi, jako arabski autor, który musi wybrać język, by pisać, a żaden wybór nie nasuwa się automatycznie. Sięgając po francuski, musi orientować się wobec dawnej metropolii, postanawia więc sproblematyzować ten swój gest, rozpisać wydarzenie, w którym dokonuje się bezpośrednie zderzenie kultur.
     
    Zabójca stał się sławny, a jego historia jest napisana zbyt dobrze, bym miał ją naśladować. To jego język. Dlatego uczynię to, co robiło się w tym kraju po odzyskaniu niepodległości: ze starego domu kolonizatorów kamień po kamieniu zbuduję swój dom, swój język
     
    Na poziomie mitycznym nie chodzi o polityczne zderzenie dwóch konkretnych kultur, ale o rozbudowanie i przekształcenie biblijnej opowieści o Ablu i Kainie:
     
    To historia Kaina i Abla, tyle że u schyłku ludzkości, nie u jej początków. Teraz lepiej to rozumiesz, prawda? To nie jest banalna historia przebaczenia albo zemsty, to przekleństwo, pułapka.
     
    Daoud pokazuje, że nienawiść jest dziedziczona, przekazywana przez pokolenia, że zbrodnia, której dopuszcza się on sam, czy Meursault to efekt bycia kierowanym przez przeszłość.  Matka wpaja Harunowi nienawiść do obcych, sprawia, że wymierza cios:
     
    To ona prowadziła moją rękę, podczas gdy Musa prowadził jej rękę, i tak dalej, aż do Abla lub jego brata.
     
    Nie chodzi zatem o znalezienie winnego, bo winni są wszyscy, każdy kieruje się nienawiścią, nie ma końca fali odwetu. Algieria jest pełna grobów i nasycona krwią, ten ciąg zbrodni wcale się jednak nie skończył – taką diagnozę stawia Daoud. Pułapka widoczna zarówno na płaszczyźnie postkolonialnej relacji Algieria-Francja, jak i na płaszczyźnie metafizycznej, nie sposób przecież wskazać pierwszego winnego i nie da się wyjść z tego konfliktu.
     

     

    Genialna historia, szalenie aktualna politycznie i jednocześnie literatura najwyższej próby. 
  • Nie marnuję wody. Jestem patriotą

    Nie marnuję wody. Jestem patriotą

    Joanna Olech, Edgar Bąk, Kto ty jesteś?

    Wytwórnia 2013
    Trudno opowiedzieć dzieciom o pojęciach abstrakcyjnych, jeszcze trudniej zaś opowiadać w Polsce o patriotyzmie, bo to chyba najtrudniejszy dla nas rodzaj abstrakcji. Tymczasem Joanna Olech konstruuje opowieść o patriotyzmie przez pryzmat jego przejawów – wybiera postawy i czynności, które dziecku wydadzą się oczywiste: oszczędzanie wody, zbieranie śmieci, pielęgnowanie języka, kasowanie biletu. Wszystkie te zachowania mają pokazać, że patriotyzm realizuje się poprzez zwykłą troskę o otoczenie, tworzenie wspólnoty i podtrzymywanie więzi społecznych.
     
    Olech wybiera na przemian formy żeńskie i męskie, pisze o patriotach i patriotkach, o tym, że trzeba słuchać opowieści dziadków, rozmawiać z nimi gwarą, żeby zachować wszystkie odrębności, które składają się na polszczyznę. Pisze też o tym, czego nie należy robić – bić, wyzywać, ściągać na sprawdzianach. Kładzie nacisk na życie wspólnoty, na codzienny wkład w jej tworzenie i pielęgnowanie – zamalowywanie napisów na murach, sprzątanie po psie, sadzenie drzew, porządkowanie zapomnianych cmentarzy. Za pomocą przyziemnych aktywności pozwala oswoić abstrakcję, przenieść patriotyzm z dziedziny niewyobrażalnych pojęć do doświadczenia codziennego. Wprowadza też małego Polaka-patriotę w życie nie tyle narodu, co społeczeństwa, w życie wspólnoty połączonej innymi i mocniejszymi więzami niż tylko fakt urodzenia w tym samym państwie.

    Jednocześnie czytać można tę książeczkę jako podręcznik dla dorosłych – jako przypomnienie, czym jest patriotyzm inny niż stadionowy i bojówkarski. Bo opowieść Olech to właśnie wywód na temat nowoczesnego społeczeństwa i nowoczesnego narodu, który nie idzie od razu na wojnę (o tej dominującej tradycji przypomina tytuł książki pochodzący z wierszyka Bełzy), ale w pokojowych warunkach pielęgnuje swój patriotyzm. Wspólnota jest tutaj ważniejsza niż naród, bo o budowę wspólnoty przecież chodzi, o więzi i zaufanie społeczne. Patriotyzm to także wiedza o historii i dlatego pisze Olech: „Wiem, skąd się wziął francuski cesarz w naszym hymnie. I o co chodzi z tym przewodem. Jestem patriotką”.
     
    To książka z 2013 roku, ale piszę o niej teraz, w sezonie zakupów przedświątecznych, bo warto ją mieć i warto podarować dzieciakom. Dzięki niej nie tylko nabrać można dystansu, ale i przypomnieć sobie, czym naprawdę jest patriotyzm.