Tag: ranking

  • Dziesięć najlepszych książek dziecięcych

    Dziesięć najlepszych książek dziecięcych

    Tylko 41 procent Polaków czyta książki, co daje ponad 22 miliony nieczytających. Pytanie zatem, jak sprawić, żebyśmy nie weszli z powrotem na drzewa, staje się coraz bardziej palące. Wydaje się, że odpowiedź jest tylko jedna: nauczyć nasze dzieci, że książka to najlepsza zabawka, że to jedyna zabawka, która zostaje z człowiekiem na całe życie. Czytajmy więc zatem naszym dzieciom książki najlepsze, książki ładne i mądre, książki, w których nie znajdziemy systemu nakazowo-zakazowego, tępej dydaktyki, nudnych pouczeń. Poniżej lista 10 najciekawszych i najlepszych książkę dziecięcych, wydawanych w wielkich i małych wydawnictwach, długich i krótkich, estetycznie wyrafinowanych i rozwichrzonych, z dłuższymi tekstami i książek wyłącznie obrazowych. Wszystkie one pokazują dzieci w zabawie, opisują przygody uczłowieczonych zwierząt i nie ma w nich słowa na temat tego, że trzeba być grzecznym i myć rączki. Książki z poniższej listy są uniwersalne – te, w których bohaterkami są dziewczynki, świetnie nadają się też dla chłopców, a te o chłopakach to genialna lektura dla dziewcząt. Nic tu nie jest różowe, ani nie strzela z karabinu.

    1. Proszę mnie przytulić – napisał Przemysław Wechterowicz, ilustracje Emilia Dziubak, wyd. Ezop Agencja Autorska

    Tata-miś i synek-miś postanawiają poprawić sobie humor i przytulać różne zwierzęta w lesie. W drodze zastanawiają się, co jest lepsze: być synem tak fajnego ojca, czy ojcem tak fajnego syna. Misie idą przez las i przytulają kolejne – cyniczne lub przestraszone − zwierzątka. Ta książka to miód na serce każdego smutnego dziecka i zmęczonego rodzica, to przypomnienie, co jest najważniejsze.

    Przytulanie zawsze pomaga i czytanie o przytulaniu też, zwłaszcza że to bardzo piękna i dowcipna książka.

    1. Przygody Bolusia (3 tomy) – Barbro Lindgren, ilustracje Olof Landström, wydawnictwo Zakamarki

    Boluś najbardziej lubi bawić się patykami i ziemniakami, ma przytulankę Chrumtaska, musi uciekać przed trzema klawymi knurkami w piłkarskich korkach, marzy o smoczku. Ma też braciszka i obaj zakochani są w Klarze. Boluś gotów jest na wielkie poświęcenie, by Klara wzięła go na kolana, choć długo nie może u niej siedzieć, bo to nudne.

    To świetna książka o różnych lękach (o zazdrości o młodsze rodzeństwo, o lęku separacyjnym i lęku przed ciemnością, potrzebie znalezienia swojego miejsca i posiadania osobistej przestrzeni), opowiedziana jednak w bardzo zabawny sposób. Nie ma tu nachalnej dydaktyki, żadnych pouczeń. Tylko Boluś, braciszek i Chrumtasek. Wielbiciele Bolusia, a jest ich legion, wiedzą o czym mówię!

    1. Auto – napisał i ilustrował Jan Bajtlik – wydawnictwo Dwie Siostry

    „Dzisiaj za kierowcą siedzę ja. A mama woła: Tylko nie parkuj na dywanie” – tak pisze o zabawie samochodem Jana Bajtlik, jeden z najlepszych młodych polskich autorów książek dziecięcych. Wyrazista kreska, lekko abstrakcyjny rysunek nawiązujący do sposobu rysowania dzieci. Żadnych wypieszczonych, gładkich linii. Świetna, miejska historia dla wszystkich maluchów z obsesją na punkcie motoryzacji i ich rodziców.

    Bajtlik opowiada prostą historię o tym, jak używa się samochodu – tankuje, popycha na drodze, zmienia opony, włącza światła, robi to jednak w fantastyczny sposób, używa prostych i obrazowych porównań. O zepsutym aucie: „Czasami silnik skrzeczy jak dziki zwierz”.

    Książeczka dla małych dzieci, jednak często zdarza się, że te starsze za Chiny Ludowe nie pozwalają usunąć jej z półki (oto moc przywiązania do literatury).

    Kolejne książki Bajtlika także powinnam wpisać na tę listę.

    1. Pan Brumm obchodzi urodziny – napisał Daniel Napp – wyd. Bona

    „Co za wspaniały dzień – powiedział pan Brumm, budząc się rano. – Słońce świeci, jest weekend, a jedyne, co mam dzisiaj w planie, to zjeść obfite śniadanko, a potem wypróbować w ogrodzie wytrzymałość hamaka”. Umówmy się – tak zaczyna się opowieść naszych marzeń. Pan Brumm zapomniał jednak o swoich urodzinach, nachodzi go banda przyjaciół, którzy liczą na urodzinowe przyjęcie. Pan Brumm zabiera ich zatem na łąkę i wymyśla dziwne, spontaniczne zabawy. Jak zwykle jednak udaje im się zniszczyć własność Ryjka i przyjęcie zamienia się w pracę w gospodarstwie – „rolnicze przyjęcie urodzinowe pana Brumma”.

    Pan Brumm to postać zabawna i dziwaczna – dorosły niedźwiedź, który ma wszystkie cechy dziecka, jest też zapominalski i nieco gamoniowaty. Przyjaźni się z Kaszalotem – złotą rybką pływającą w okrągłym akwarium, które nie przeszkadza mu w prowadzeniu lokomotywy, na przykład.

    Cały cykl przygód pana Brumma można polecić dzieciom, bo biednego niedźwiedzia ciągle spotykają jakieś nieszczęścia i niespodzianki (czytaj: przygody), z których w ostatnim momencie udaje mu się uratować. W jeziorze napotyka potwora, wjeżdża lokomotywą w kurnik Ryjka, musi urządzić Boże Narodzenie, choć nie ma z czego. Świetne, często dość absurdalne historie z konkretnym morałem, który wyłożony jest zawsze w sposób dowcipny i subtelny, bez nachalnej dydaktyki.

    1. W mieście – tekst i ilustracje Ali Mitgutsch, wydawnictwo Tatarak

    Kolejna ze świetnych, wartych polecenia książek obrazkowych. Tutaj wszystkie sceny rozgrywają się w mieście – na lotnisku, basenie, targowisku, w parku, zoo i sklepie. Nocą i za dnia, latem i zimą. Łatwo o tym opowiadać, bo wszystko to sceny znane dziecku z życia codziennego, a jednocześnie – przez swoje tematyczne powiązanie – ułatwiające opowiadanie. Realistyczna kreska, mnóstwo obrazków, humor, dystans i kilka scen dla gagatków: nocą do jednego z okien zakrada się złodziej, w innym widać całującą się parę, w zoo wrona przebija balonik, ktoś sika do basenu, albo wpycha kolegę. Nas jarmarku kot zasadza się na stoisko rybne, chudy mąż niesie stos paczek za grubą żoną. Nie ma nudy.

    1. Gruffalo – tekst Julia Donaldson, ilustracje Axel Scheffler – wyd. Eneduerabe

    „Mała mysz w ciemnym lesie chciała raz zażyć ruchu. Kiedy lis ją zobaczył, zaburczało mu w brzuchu” – tak zaczyna się opowieść o myszce, która musi pokonać wszystkie leśne drapieżniki, także potwornego Gruffalo. Bardzo zabawna, ale i pouczająca historia o tym, jak poradzić sobie za pomocą sprytu, jak pokonać silniejszego. Gruffalo ma też drugi poziom – opowiada o tym, jak stwarza się świat za pomocą słowa, bo mysz próbuje pokonać zagrażające jej zwierzęta opowieścią o potwornym Gruffalo, którego cechy wymyśla na poczekaniu. Prawdziwe przerażenie dopada ją jednak, gdy okazuje się, że to co wymyśliła, istnieje…

    Tomasz Pindel twierdzi, że ta opowieść spełnia wszystkie założenia gatunkowe bajki, analizuje ją też za pomocą Morfologii bajki Proppa.

    1. Na budowie – ilustracje Stephen Lomp – wyd. Babaryba

    Jeden z ciekawszych picture booków ostatniego czasu – bogata, ale nieprzeładowana, pełna śmiesznych, często przewrotnych scenek lektura.  Rodzice Mimika zlecają budowę domu na nowym osiedlu, prace na budowie wrą, choć jeden z robotników – Affe ciągle stoi w kolejce do ubikacji. Jeż z córką odnajduje kości dinozaura, babcia Pudela z uwiązanym na smyczy jamnikiem spaceruje po rozkopach. Kotek Urlopek wyleguje się na każdej dostępnej powierzchni, Mimik ucieka rodzicom na dach, pawian-szalony motocyklista flirtuje z małpką okularnicą. Na kolejnych stronach widać dziesiątki scen i postaci, o których można opowiadać godzinami.

    Wydawnictwo Babaryba pokazuje, jak wydać dobrą książkę obrazkową na fali zapoczątkowanej przez Mizielińskich. W zalewie takich publikacji widać jednak, że to trudny gatunek, bo na stronie trzeba umieścić wiele scen i postaci, ale jednocześnie nie przeładować. Babaryba wypada świetnie.

    1. Opowiem ci mamo, co robią auta tekst Marcin Brykczyński, ilustracje Artur Nowicki – wydawnictwo Nasza Księgarnia

    „Spójrzmy, jakie są powody,

    Że się tłoczą samochody?” – otwiera kartonową, dużą opowieść o przygodach samochodów: w korku w mieście, w polu, w warsztacie i w czasie wypadku, w salonie samochodowym i na przejściu granicznym, w czasie pustynnego rajdu i w śnieżycy. To właśnie – w przeciwieństwie do przygód samochodu Franka (tu wstawić link) – świetny przykład na to, jak przygotować personifikację pojazdów, których maski przypominają twarze, ale nie powodują koszmarów. Na stronie tytułowej trzy auta sięgają po książki, kombajn nosi na głowie chusteczkę zawiązaną na wszystkich rogach, przemytnicy na granicy mają na przedniej szybie opaski złoczyńców, zepsuta limuzyna ma maskę przewiązaną szalikiem. Zabawna, lekka, bogata w szczegóły (motoryzacyjne) lektura – pozbawiona prawie w ogóle tekstu, która uczy dzieci opowiadać o zdarzeniach, ale też o emocjach.

    W warsztacie zawieruszył się widelec,  gdzie indziej trzeba policzyć wszystkie traktory, albo też na granicy dopasować elementy samochodów do całości, czy znaleźć wszystkie różnice między dwoma obrazkami. Mnóstwo zabawy z książką, która rośnie z dzieckiem i pozwala znajdować ciągle nowe elementy, wymyślać nowe zadania.

    1. Siri i okropna świnka – napisała Tiina Nopola, ilustracje Mervi Lidmann, wydawnictwo Wilga.

    Należący do Siri króliczek kończy swój ziemski żywot, wyeksploatowany do cna przez uczuciową właścicielkę. Dziewczynka oddaje go jednak do kliniki dla pluszaków i czeka niecierpliwie na jego powrót. W międzyczasie dostaje zastępczą przytulankę – małą świnkę. Świnka jest jednak obca i groźna, przywiązanie do królika nie pozwala zaakceptować innej maskotki. Książka dla wszystkich tych, którzy mają swoje najdroższe misie i dla ich rodziców, którzy nocą w pośpiechu i z błyskiem szaleństwa w oku próbują wyprać i zreperować owe przytulanki, by na rano były suche i nie usypywały watoliny.

    Świetna, fińska historia o dziewczynce, której najlepszymi przyjaciółmi są chłopcy: Mały Otto, Średni Otto i Duży Otto oraz Kerttu, dziewczynka hodująca biedronkę o imieniu Pchła (o tym drobnym semantycznym nieporozumieniu traktuje osobna część).

    1. Ja nie chcę do przedszkola – Stephanie Blake – wydawnictwo Dwie Siostry

    Oswajanie lęków to jedno z głównych zadań książek dziecięcych. Najczęściej jednak dorośli autorzy wybierają fabuły dydaktyczne i porządnickie, nudne z perspektywy dziecka. Tymczasem Stephanie Blake w tej książce w świetny sposób nie tylko oswaja przedszkole, ale daje też szansę, żeby oswoić lęk przed nim. Znany z kontrowersyjnej książki Kupa siku króliczek Henio tym razem na wszystkie propozycje związane z przedszkolem odpowiada wciąż: „co to, to nie” i robi to w różnych tonacjach i sytuacjach. Początkowo przerażony i oporny już w ciągu pierwszego dnia zakochuje się w swoim przedszkolu i nie bardzo ma ochotę wracać do domu. Lekka, zabawna historia, z fantastycznym i sprytnym układem graficznym, dająca szanse na poważne domowe rozmowy.

     

  • Dziesięć najgorszych książek dziecięcych

    Dziesięć najgorszych książek dziecięcych

    Książka dziecięca – wbrew temu, co myśli część wydawców i czytelników – to jedna z najważniejszych sfer współczesnego życia: o ile starsza część społeczeństwa buduje swój światopogląd dzięki mediom społecznościowym, to wychowanie małych dzieci odbywa się w dalszym ciągu w dużym stopniu dzięki książce. Zatem każda głupia i ogłupiająca książka czytana trzylatkowi szkodzi bardziej niż zła książka dla dorosłych.

    Nie ma się co dziwić, że dziewczynki wyrastają na bezradne, różowe lale, jeśli taki wzór propaguje literatura, nic dziwnego też, że każdy chłopiec biega z karabinem i śni o rozwalaniu wrogich dywizji (czyli kolegów z przedszkola), jeśli takimi fabułami częstuje się go co wieczór. Książka dla dzieci to zatem teren ważny i wrażliwy, często jednak traktowany jak ziemia niczyja, zajęty przez książki durne i prymitywne. Wszyscy rodzice mają chyba w swoim domu półeczkę, mały schowek, do którego trafiają książki, które dzieci otrzymały w prezencie, ale ich lektura grozi stałą utratą zdolności intelektualnych.

    Nie wprowadziłam tu na listę żadnej książki z nurtu „baśnie na dobranoc”, czy z licznych wydań Biblii dla najmłodszych – choć wszyscy, którzy czytają dzieciom wiedzą, że to są także (a może przede wszystkim) kopalnie brzydoty, przestrzenie, w których ożywa to, co najgorszego w polskiej grafice. Jest to jednak temat tak rozległy, że zasługuje na osobne opracowanie.

    Z góry odpieram zarzut, że wyżywam się na małych wydawnictwa – literatura dziecięca to sfera zdominowana wyłącznie przez małe wydawnictwa. To, że w wydawnictwie pracują dwie osoby i nie ma pieniędzy na kosztowne produkcje, nie daje przecież przyzwolenia, żeby wydawać książki ohydne. Poza tym na liście znajduje się wiele książek wydanych przez gigantów: Muzę, Olesiejuka, Wilgę (czyli Foksal). Olesiejuk to najzamożniejszy wydawca, ze świetną siecią dystrybucyjną, co wcale nie przekłada się na wysoki estetyczny poziom jego publikacji.

    Poniżej moja krótka i subiektywna lista, do której kryterium wyboru była przede wszystkim treść – infantylna, stereotypowa, reprodukująca bezmyślnie przestarzałe wzorce, ogłupiająca rodziców lub dająca dzieciom zły przykład.

    1. Polskie symbole narodowe – opracowanie tekstu Jarosław Szarek.

    Jeśli komuś się wydaje, że pierwsza książka w programie Cała Polska czyta dzieciom, albo ministerialny pierwszy podręcznik są brzydkie, powinien zobaczyć, jakie publikacje wydaje Instytut Pamięci Narodowej (z noty copyrightowej dowiadujemy się, że winna jest tu przede wszystkim Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, bo to ona zleciła realizację tego projektu). Jakieś biedne dzieciątka z przerostem główek i uśmiechów informują z każdej strony dość autorytarnie, że każdy, nawet najmniejszy Polak musi znać hymn, że biały kolor na fladze oznacza czystość (nie dowiadujemy się, o jaki rodzaj czystości chodzi tu dokładnie), a „czerwony wyraża waleczność, odwagę i krew przelaną przez Rodaków na polach bitew w obronie naszej Ojczyzny” – zachowałam oryginalny zapis, bo wiadomo, że waleczność Rodaków może spełniać się tylko na jeden sposób, czyli w walce zbrojnej, nie ma przecież innych możliwości służenia Ojczyźnie. Kolejne kartonowe strony podają skrót z historii Polski – sami mężczyźni (z przerostem dolnej szczęki i niskimi czołami) na koniach, które dość mocno przypominają osły: najpierw Lech widzi orła na tle zachodzącego nieba, potem husaria, potem Józef Wybicki i sportowcy na stadionie.

    Komisja Ścigania Zbrodni przeciw Narodowi Polskiemu nie konsultowała jednak książki z żadnym pedagogiem, bo wydała książkę na kartonie, z wysuwającymi się obrazkami, a więc dla małych dzieci, natomiast w tekście używa się sformułowań trudnych – nie tylko dekalog narodowy w wersji jak z elementarza, ale też odniesienia historyczne – do zaborów i tworzenia Legionów we Włoszech 200 lat temu.

    Komisja powinna zatem wziąć pod lupę swoje własne działania.

    1. Mała Cyganeczka, Wioletta Piasecka

    Z okładki spogląda na nas Dżasmina z disneyowskiej bajki o Alladynie, ale to tylko „nawiązanie”, bo bohaterką jest Lalka, mała Cyganeczka. Opowieść ta jest nie tylko brzydka, naiwna i wyjątkowo pretensjonalna, ale też bardzo groźna, bo utrwala stereotypy, choć robi to oczywiście w zbożnym celu. Gdy tabor cygański przybywa do wsi, wszyscy chowają dzieci w domach i nie pozwalają im wychodzić. Ojciec polskiej dziewczynki zamyka zwierzęta, spuszcza psa z łańcucha. Mała zaś jest przekonana, że Cyganie ją porwą. Później ten katalog rozwija się dalej: Cyganie „nie są jak my”, Lala zazdrości Marysi umiejętności czytania i pisania, nie może się tego nauczyć, bo kobietom w taborze nie wolno. Zupełnie nie zauważyłabym tej prymitywnej książki z ilustracjami przypominającymi komiksy dla dorosłych w „Angorze”, gdyby nie fakt, że ta publikacja została umieszczona na liście lektur dla najmłodszych w Wielkim Maratonie Czytelniczym organizowanym przez wojewódzką bibliotekę w Gdańsku. Nikt nie zabroni pisania i wydawania takich rzeczy, ale żeby czynić z nich lekturę?

    Nie dziwię się teraz, czemu upada czytelnictwo. Gdyby ktoś mi kazał czytać taką książkę, chętnie sięgnęłabym po „Mortal Kombat”, żeby to jakoś przepracować.

    1. Wóz strażacki Jacka i cała seria wydawnicza „Mały chłopiec”

    Wszyscy rodzice małych dzieci znają te potworną serię, bo Olesiejuk to wydawnictwo o najlepszej chyba sieci dystrybucyjnej. Straszą te książki z półek hipermarketów, z witryn kiosków i sklepów z odzieżą dziecięcą. Kłopot z nimi polega na tym jednak, że są żałośnie prymitywne, że tłumaczeniom francuskich wierszyków na polski brakuje nie tylko rytmu, ale i rymu (co ucho dziecięce wychwytuje natychmiast). Powstałe zaś mimochodem treści sprawiają, że dorosły czytelnik nie wie, czy ma się czerwienić i czy za czytanie na głos nie grozi mu paragraf:

    „Pospiesz się, Jacku! Okamgnienie i już zajmują dom płomienie.

    – Jacku, powstrzymaj katastrofę!

    – Julio, wytrzymaj jeszcze trochę!

    Aż nagle woda z węża wytrysła

    I ugasiła pożar natychmiast”.

    1. Juleczka mała laleczka, napisała Ramona Nadobnik-Piętka

    To taka książka, która najpierw powoduje ból oczu, a potem mózgu. Brzydkie ilustracje świetnie jednak współgrają z głupim tekstem. Zdrobnienia doprowadzają dorosłego czytelnika do szewskiej pasji, dziecko łamie sobie język próbując te wszystkie –szka i czka powtórzyć:

    „Już zrobili kroczków sporo

    Kiedy doszli nad jezioro (…)

    Nagle płynąc w dal po fali,

    zobaczyli brzeg w oddali”.

    Juleczka ma złotą grzywę i zadarty nosek, suknię z falbanami, „trenik, żabocik, rękawki” – oto jak wyobraża sobie autorka porządną dziewczynkę. Julcia nie może daleko podróżować, bo suknia się brudzi (ah!, suspens). Czytelnik musi siedzieć grzecznie (czytaj: nieruchomo) i słuchać jej opowieści, później lalka i kotek grzecznie spacerują. Nie jest więc to książka dla małych, nerwowych brudasków o słabych nerwach, ani dla ich nieodpornych rodziców.

    1. Nadchodzi słoniątko – napisała Magdalena Zarębska, ilustracje Katarzyna Krakowiak.

    Książka wydana w serii „Czytamy bez mamy”, jej lektura jest jednak tak traumatyczna, że powinna odbywać się w towarzystwie całej rodziny i psychologów klinicznych. Całość utrzymana w pastelowych barwach, które jednak sprawiają wrażenie głębokich halucynacji. W odzyskaniu trzeźwego spojrzenia nie pomaga też ostatni rysunek – stad śpiących słoni przypomina cmentarzysko sflaczałych słoni. Małe słoniątko odczuwa świat, przebywając jeszcze w brzuchu mamy – abstrakcyjnym różowym bąblu, brzuch ciężarnej głaszczą słoniątka i słonice ze stada. Gdy przybywa starszy brat, dowiadujemy się za to, że: „Brat nie potrafił głaskać”, po przecież poważne samce nie zajmują się takimi głupotami. Stado składa się wyłącznie z samic i ich potomków, oni też witają małego na świecie, a gdy są niegrzeczni, matki uspokajają ich uderzeniami w głowę. Jak wiadomo, to zawsze pomaga.

    1. Przygody samochodu Franka – cały cykl. Autor: Elżbieta Wójcik.

    Autorce chyba coś się pomyliło. Książki dla dzieci mają być PROSTE, ale nie PROSTACKIE. Tutaj zaś zachodzi dokładnie ten drugi przypadek – we wszystkich częściach auto Franek przeżywa takie przygody, że nawet 3-latek nastawiony na jednowątkową fabułę, zdezorientowany czeka na puentę – nie doczeka się jednak. Franek jedzie odebrać paczkę z dworca, Franek jedzie na lotnisko, Franek zwiedza muzeum. Stoi w korku, wyciąga inne auta z rowu. Tej ubogiej treści nie rekompensuje grafika, bo rysunki są tak paskudne, że dorosłemu oczy ropieją w trakcie lektury. Każde auto mówi – spod masek pojawiają się jakieś tajemnicze półgębki, każdy element zarysowany mocnym, dławiącym kolorem.

    1. W wesołych wierszykach o zdrowych nawykach, napisał Adam Opaliński

    Jak wiadomo, największym kłopotem wieku dziecięcego są brudne rączki i niechęć do mycia ząbków. Im to właśnie poświęcona jest ta wyjątkowo brzydka książka. Dydaktyczna i umoralniająca ma pokazywać, jak ważna jest codzienna higiena:

    „weź się za czystość trochę

    Sąsiadom swym sprawisz radochę” – autor wprowadza rym zgoła wyrafinowany. I dalej:

    „Jak przekonać cię mam

    Do higienicznych przemian” – tutaj już akcent naturalny dla języka polskiego musi się poddać woli autora.

    Cztery zebrane tu wierszyki okazują się nudne i łopatologiczne: małpka je za dużo bananów, wiewiórka ma brudne zęby – słowem Sodomia i Gomoria. Ciągle pokutuje przekonanie, że dzieci to jakieś istoty o niższym intelekcie, wymagające banalnych przykładów i kompozycji prostej jak konstrukcja cepa, jej zastosowanie widać w tym tekście. Po lekturze tej książki nikt, ale to nikt nie zmusi mnie, żebym umyła rączki.

    1. Tupcio Chrupcio musi iść do przedszkola – Eliza Piotrowska

    Cała seria o Tupciu Chrupciu wydaje się dość podejrzana, ten tom jednak nawet na jej tle wyróżnia się niekorzystnie: mama Tupcia wysyła syna do przedszkola, bo sama musi iść do pracy. Zrozpaczonemu synkowi tłumaczy, że musi pracować, bo rodzina nie ma pieniędzy. Gdyby nie ta potrzeba ekonomiczna, nigdy przecież nie zostawiałaby syna. Bardzo nie lubię książek, które umacniają stereotypy, które pokazują, że prawdziwe potrzeby kobiet ograniczają się do pielęgnowania ogniska domowego. Tata Tupcia Chrupcia wykonuje pracę intelektualną, mama zostaje robotnicą w fabryce cukierków i na pocieszenie przynosi synkowi worek słodyczy. Matka każdy swój powrót do domu musi przecież dziecku wynagrodzić i odkupić swe winy. Mamy więc matkę przykutą do taśmy i syna z dziurawymi zębami.

    1. Mój pierwszy alfabet. Kim będę – tekst i ilustracje Krzysztof Kiełbasiński

    Połączenie dwóch klasycznych gatunków – książki o alfabecie i książki o zawodach. Tutaj jednak wyjątkowo nieciekawe: wierszyki bez sensu, infantylne, zbyt abstrakcyjne. Jak wytłumaczyć dziecku wierszyk o jubilerze:

    „Pan jubiler był w galerii

    Na wystawie biżuterii.

    Oglądając kosztowności,

    Aż rumienił się z zazdrości”.

    Stereotypowe, bo M to musi przecież być modelka: „Ćwiczy kroki oraz grację, z wdziękiem nosi swe kreacje”, pod U – urzędniczka, która zgubiła pieczątkę. Szał. Na miejscu dzieci nie wybrałabym żadnego zawodu z tej listy. Tuwim to to nie jest.

    1. Wiersze dla dzieci grzecznych i niegrzecznych – Irena Suchorzewska, Muza

    Suchorzewska to autorka klasyk, jednak to wydanie i ten dobór tekstów pokazuje, że nawet klasyka się starzeje. Właściwie już tytuł daje do myślenia, bo wprowadza najbardziej zasadniczy i zarazem idiotyczny podział dzieci na grzeczne i niegrzeczne, na te, które zasługują na nagrodę i na te, które powinna spotkać jakaś kara.

    Zebrane tu przez wydawcę wiersze są literacko świetne, rytmiczne, obrazowe, zabawne. Tym gorzej właściwie, bo ich treść, przekaz, jaki niosą, jest absolutnie przerażający, bo te wiersze to małe ramotki, stygmatyzujące, niedostosowane do współczesnych realiów i wartości – uczą, że nie wolno mówić nie (choć dzisiaj staramy się nauczyć dzieci właśnie tego, dla ich własnego bezpieczeństwa), że nie wolno opowiadać, co się dzieje w domu, że należy odczepić się od matki i nie prosić jej o pomoc, że trzeba być czystym i zjadać cały obiadek. Uderza w tej książce zrównanie różnych zupełnie poziomów zachowań: brudne ręce są tu takim samym przestępstwem jak kłótnie z innymi dziećmi i ich bicie – Muza oddaje nam więc do rąk podręcznik małego pruskiego sierżanta. Po trzecie zaś, i to chyba przede wszystkim sprawiło, że tę pięknie wydaną, świetnie ilustrowaną książkę umieściłam na liście książek najgorszych, zastanawia mnie wpisane w tekst przekonanie, że dziecko nie jest podmiotem, że ma się podporządkować, nagiąć do woli dorosłego, że ma przyjąć i zastosować dorosły system wartości.

    Muza wydaje teraz cykl zatytułowany „Poczytajki pomagajki”, do którego piszą najlepsi autorzy, jednak, o ironio – cały system wartości tego cyklu stoi w całkowitej sprzeczności z książką Suchorzewskiej.