Tag: przekład

  • Po co tłumacze

    Po co tłumacze

    Po pierwszych doświadczeniach pracy w kapitule Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus mogę stwierdzić, że wiatr jest potrzebny, przewiew i ruch. I nie piszę tego z perspektywy mieszkanki niecki krakowskiej, ale jako osoba, która przeczytała pół regału nadsyłanych książek, w sporej części tłumaczeń.

    Bo osoby piszące sięgnąć mogą tylko tak daleko, jak im pozwoli na to przekład – chyba że decydują się od razu pisać w języku zrozumiałym dla większości.

    W jednej z nominowanych powieści, autorstwa Leelo Tungal z Estonii (wydawnictwo KEW, przekł. Marty Petrykiewicz), jest taki fragment, gdy dziewczynka czeka na list od matki uwięzionej w łagrze. Wypatruje go, nie może się doczekać. List w końcu przychodzi, ale mała nie może go zrozumieć, bo więźniowie łagrów mogą pisać tylko po rosyjsku, żeby cenzura obozowa miała nad nimi pełną kontrolę.

    Żebyśmy wszyscy nie musieli zatem pisać i czytać po rosyjsku, albo w języku jakiegokolwiek innego imperium, potrzebni są tłumacze: tacy, którzy wiedzą, co się wydaje świetnego, świeżego, którzy potrafią rozpoznać rytm frazy, ukryty żart. Którzy będą sami próbowali przełożyć na inny język wszystkie skomplikowane zaszyte sensy, oddać wieloznaczności.

    Można takie umiejętności ćwiczyć, można się sieciować – w przestrzeni tłumaczeniowej i autorskiej taki program organizuje CELA – Connecting Emerging Literary Artists. Od kilku lat owoce tej pracy z udziałem polskich tłumaczy można obserwować na Conrad Festival i strasznie jestem ciekawa, kto i z czym będzie gościł w tym roku.

    Spotkania są 2: 24.10 i 25.10, Spółdzielnia Ogniwo i Pałac Potockich. Weźcie, chodźcie, nie ma tam nic po rosyjsku, przeciwnie – spotkanie z osobami piszącymi prowadzi Jerzy Jarniewicz, będzie po jarniewiczowsku 😉

    Gdyby nie praca tłumacka, laureat Angelusa, Darko Cvijetić, nie brzmiałby tak świetnie, nie byłby tak dramatyczny, tak szarpiący za serce. A tymczasem w przekładzie Doroty Jovanki Cirlić brzmi jakby miał zaraz wyszarpać z serca ostatnią strunę.

    Ale jest też dużo młodszych, którzy robią tu świetną robotę – właśnie wczoraj wpadła mi na biurko nowa książka Zofii Bałdygi – jej książka poetycka, ale Bałdyga tłumaczy też przecież ze słowackiego i czeskiego, prezentuje polskim czytelnikom antologie zbierające bardzo ciekawe nazwiska.

    Współpraca: Kraków Miasto Literatury Unesco.

  • Encyklopedia całego świata

    Encyklopedia całego świata

    W baroku, kiedy upowszechniła się (stosunkowo i tylko wśród szlachty) umiejętność czytania i pisania, oprócz mody na pamiętniki pojawiła się też moda na pisanie encyklopedii – rozszerzanie świata i jego coraz powszechniejsze zwiedzanie sprawiało, że próbowano uporządkować świat w całym jego bogactwie, usystematyzować i stworzyć odpowiednie definicje.

    Z pierwszą polską książką słoweńskiej poetki, Anji Golob, jest dokładnie tak samo. Wykonuje ona gest dokładnie przeciwny do większości współczesnych poetów i poetek, bo na poziomie tematów nie dąży do selekcji. Żadnego ograniczenia, raczej właśnie próba zagarnięcia wszystkiego, stworzenia jakiejś książki totalnej, w której wszystkie przeskoki myślowe, całe nasze ADHD kultury, która nie może się skoncentrować dłużej na niczym, znajdują swój zapis. To jednak, co robi Golob na poziomie konstrukcji i języka z barokowym zachłyśnięciem światem nie ma nic wspólnego, bo poetka za pomocą bardzo nowoczesnych środków, zdań krótkich i szybkich, tworzy niezwykle jasną i klarowną opowieść. Nie ma u niej też odruchu porządkowania i układania, żadnych symetrii i przeciwieństwa, bo ich miejsce zajmuje świadoma próba stworzenia chaosu, oddania zawrotu głowy. Sama lektura sprawia, że czytelnik i czytelniczka mogą się poczuć przestymulowani, naćpani obrazami poetyckimi. Overload i veritgo to dwa klucze to tej książki. Golob tak montuje swoje wiersze, zestawia w takiej kolejności, by uniemożliwić jakąkolwiek próbę interpretacji porządkującej, szukającej ładu. Bo po wierszach lingwistycznych, które bawią się zapisem i powtórzeniem, mają wyraźny kształt i ważną rolę pełni w nich zapis, pojawia się wiersz o przesadzaniu kwiatów, który właściwie wcale wierszem nie jest. Ale nie jest to wcale skok ku wątkom ekologicznym (są w tej książce rozsiane i ważne wiersze na ten temat), bo zaraz na poły ironiczne, na poły serio wezwanie do Jamesa Bonda, by ratował nie tylko królową. I tak Golob toczy ten tom, który bardzo porządnie skomponowaną książką, gruntownie przemyślaną.

    Świetne są jej wiersze o seksie i ciele, inkluzywny zapis doświadczenia seksualnego, pasji, pożądania, daleko odbiegający od stereotypów heteroseksualnych. Jakąś złość w sobie niosą wiersze o miłości – bo raz po raz powraca serce jako organ, serce jako symbol – ale za każdym razem Golob opracowuje temat tak, by nie dało się sformułować żadnego zdania twierdzącego i trzeba się zatrzymać dokładnie w tym miejscu, w jakiś rozkroku i rozedrganiu, którego chce autorka.

    Zastanawiam się, czy moje skojarzenie z XVII-wieczną encyklopedią ma sens, bo myślę też, że można próbować ująć pomysł Golob poprzez skojarzenie z porządkiem scrollowania w mediach społecznościowych. Jej wiersze układają się w taką właśnie chaotyczną całość, jakbyśmy placem i wzrokiem przebiegali przez ścianę główną naszych profili, odczytywali posty znajomych na przeróżne tematy, utrzymane w zupełnie niepowiązanych ze sobą tonach. Nie lubię jednak porównywania poezji do Facebooka, głównie dlatego, że wszyscy piszą wiersze o SM, ale nikt tego dobrze nie potrafi zrobić. Zwłaszcza że układ tego tomu, wprowadzony tu dobór tematów nie mają nic wspólnego z przypadkiem, wiele za to z żelazną dyscypliną i dystansem do pisania, a tych dwóch rzeczy na Facebooku akurat nikt nigdy nie widział.

     

    Na osobny temat zasługuje Miłosz Biedrzycki jako tłumacz tego tomu, a właściwie jego wybory translatologiczne. Kompletnie nie jestem teraz gotowa na napisanie tego tekstu, ale wrzucam tylko wątek: Biedrzycki, którego książki poetyckie popchnęły polską poezję na nowe tory, czytany dzisiaj i ustawiany w poezji mistrza przez poetów i poetki z urodzonych na przełomie lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych, sięga w przekładach po poetki, kobiety piszące mocnym głosem o kobiecym doświadczeniu świata, o ciele, wyraziste feministyczne głosy. Ale to na inną okazję.

    Anja Golob

    Didaskalia do oddechu

    Instytut Kultury Miejskiej 2022

    Tom Anji Golob w przekładzie Marleny Grudy i Miłosza Biedrzyckiego jest nominowany do Europejskiego Poety Wolności w tym roku.

    Partnerem tego cyklu, prezentującego wszystkie finałowe książki, jest Instytut Kultury Miejskiej w Gdańsku, organizator Nagrody.

     

  • Powieść o przejrzewaniu

    Powieść o przejrzewaniu

    Bohater, który próbuje wycofać się z życia, zmniejszyć jego ciężar społeczny, psychologiczny, emocjonalny – powoli przygotowuje się do samobójstwa, bo tylko takie wyjście ostateczne z tego świata jest możliwe. Jednocześnie zachwyca się 14 odmianami hummusu i chyba zaczyna wierzyć w boga. Czysty Houellebecq, ale jakby jakiś inny: liryczny, wycofany.

    Michel Houellebecq, Serotonina, WAB 2019

    Przekład: Beata Gepper

    To jest krótka książka o nienawiści do życia, pisana z perspektywy 46-latka, który przedstawia się nam jak starzec. Florent-Claude ma już dość, na nic nie czeka, życie go uwiera, ludzie drażnią, nie ma energii, żeby zmagać się z otoczeniem. Stymulują go już tylko leki antydepresyjne, dzięki potężnym dawkom do mózgu ciągle jeszcze wydziela się tytułowa serotonina. Jedyny wysiłek, do jakiego jest zdolny, to stopniowa likwidacja życia: odejście z pracy, wypowiedzenie mieszkania, przeprowadzka do hotelu z jedną walizką. Z ostatnią kochanką związek rozpadł się do tego stopnia, że nie musi jej nawet informować o ostatecznym odejściu. Ciągle myśli o samobójstwie, ale nie może go popełnić, bo po ojcu pozostał mu spory jeszcze majątek, musi wydać pieniądze, by nie pozostawiać ich państwu (jak większość postaci Houellebeqa, ten także nienawidzi instytucji państwa). Jest to więc, jak widać z tego powierzchownego streszczania, opowieść o kłopotach pierwszego świata: zamożny, biały heteroseksualny mężczyzna nienawidzi swojej egzystencji. Houellebecq zdaje sobie z tego sprawę, szydzi oczywiście w dużym stopniu z tej konwencji i od razu rzuca swego bohatera w drugą: opowieść o dawnych miłościach, wspominanie młodości, kolejnych związków z kobietami, które go ukształtowały, zbudowały w pewien sposób, ale które zdradził i sam rozbił związki z nimi. 

    Tę konwencję także podważa – suitę śmierci rozbija ironia, kpina, szyderstwo: autor drwi ze swego bohatera, uciekającego od śmierci w konsumpcję, zachwyconego zaopatrzeniem paryskim marketów, odmianami hummusu, ilością wina. Już sam punkt wyjścia jest przecież komediowy: Florent chce się zabić, ale musi czekać, aż skończy się odziedziczona forsa.

    Oczywiście cała ta podróż sentymentalna jest wyłącznie pretekstem do opowiadania o tym, jak człowiek nie jest w stanie wyjść ze swoich lęków, jak walczy o własną niezależność – tym silniejszej im bardziej jest zaangażowany emocjonalnie. Houellebecq, jak we wcześniejszych powieściach, zderza swego bohatera z systemem politycznym i społecznym – Florent jest agronomem, pracuje w ministerstwie rolnictwa, zajmuje się przez lata programami wsparcia dla rolnictwa francuskiego i rolnictwem europejskim. Ten wątek polityczny jest tu jednak opracowany dość krótko, Florent odchodzi z pracy, bo nienawidzi biurokratycznej machiny, czuje, jak stopniowo wysysa ona z niego siły, a sama praca jest kompletnie bezcelowa, przepisy skonstruowane w idiotyczny sposób. Same old, same old.

    Houellebecq bierze na warsztat formułę powieści o starości i dokonuje na niej kilku ostrych cięć: wprowadza młodszego bohatera i każe mu myśleć o samobójstwie. Ta powieść jest tak odległa od afirmacji życia, jak to tylko możliwe. A jednocześnie pobrzmiewa tu fałszywy głos, który udaje łabędzi śpiew.  autor z premedytacją zepsuł kilka nut, żeby pokazać podważanie konwencji. Tę suitę śmierci rozbija ironia, kpina, szyderstwo: autor drwi ze swego bohatera, uciekającego od śmierci w konsumpcję, zachwyconego zaopatrzeniem paryskim marketów, odmianami hummusu, ilością wina. Jego nałogowi palacza poświęca całe strony, opowiadając jak wykręca czujniki dymu w hotelach, jak układa rytm dnia pod papieroski. Już sam punkt wyjścia jest przecież komediowy: Florent chce się zabić, ale musi czekać, aż skończy się odziedziczona forsa.

    Appendix:

    Miarą wartości człowieka w Serotoninie jest jego świadomość nieznośności życia oraz radykalizm środków, jakie podejmuje, by sobie z nim poradzić. To właśnie zawsze irytuje mnie u Houellebecqa i to wskazałabym jako prawdziwy dowód mizoginii autora: nie wzruszają mnie jego seksistowskie kawałki, bo one spełniają konkretną funkcję – zwłaszcza zaś ważne są w tej powieści. Poza tym jeśli szokuje nas (jako czytelników) seks i u Zyty Rudzkiej, i u Michela Houellebecqa, to – jakby to powiedzieć? – nie oni źle piszą o seksie, tylko my to źle czytamy. Tymczasem prawdziwa otchłań pogardy rozciąga się w Serotoninie właśnie w wątku konfrontacji z życiem: Florent uważa życie samo za idiotyzm, porzuca pracę, marzy o takim mieszkaniu, które ma wewnętrzny zsyp i nie musi wychodzić ze śmieciami, a wszystkie zakupy zamierza robić przez internet, co oznacza, że nie będzie miał już żadnych kontaktów z otoczeniem. Każdy – a właściwie każda, kto nie dostrzega beznadziei, jest dla Houellebecqa kretynką bez wartości. Jedna z jego dawnych kochanek nałogowo pije, ale według Florenta robi to z powodu freudowskiego konfliktu z matką, a nie z powodu spleenu. Inna marzy o rodzinie – to dopiero mieszczański system wartości! Jeszcze inna – Yuzu, którą pogardza najbardziej – nałogowo uprawia seks w wersji swingerskiej, ze zwierzętami, wieloma mężczyznami na raz, chodzi głównie o seks mechaniczny, z upokorzeniem, na granicy ryzyka. Florent uważa ją jednak za pustą lalę pozbawioną moralności, bezmyślną do granic. Czeka ją, jak uważa, sprawiedliwa kara, gdy skończą jej się jego pieniądze i będzie musiała wrócić do rodziców w Japonii, gdzie zostanie natychmiast i bez pytania wydana za mąż.

    Od razu wyjaśniam: nie irytuje mnie ten wątek dlatego, że domagam się od Houellebeqa poprawności politycznej (chociaż korona by mu się może nie obsunęła). Literatura nie podlega tym kategoriom, a na pewno nie w tym sensie jak na przykład dziennikarstwo i życie publiczne. Mierzi mnie takie ustawienie perspektywy, bo w gruncie rzeczy jest ono szalenie wsteczne literacko i kulturowo: powieść o dojrzewaniu, Bildunsroman, przez wielki operowała bohaterem męskim, który miał być czytany jako Everyman, choć umówmy się, dojrzewanie chłopców i dziewcząt przebiega radyklanie inaczej. Ten sam błąd popełnia dzisiaj Houellebecq, który ustawia nam bohatera męskiego w pozycji uniwersalnej, podczas gdy postaci kobiet są partykularne, silnie zindywidualizowane i ich biografie nie mają szerszego przełożenia. Dziwny tradycjonalizm u pisarza, który chce wytyczać nowe kierunki, eksperymentuje z formą, i jest niesłychanie czuły na efektywność własnej skandaliczności. Gdy tylko widzi, że czytelnik przyzwyczaja się do jego szokowania, sięga po nowe środki, by tylko zbić nas z pantałyku, byśmy stale mieli go za genialnego pornografa. Genialnego, ale ciągle pornografa.

    Zdjęcie: Katarzyna Urbanek, Unsplash.

  • Kwestionariusz tłumaczy

    Kwestionariusz tłumaczy

    „Poeta – brzmi dumnie, autor – brzmi dumnie, tłumacz – po prostu brzmi” – pisze Jerzy Jarniewicz w swoim eseju „Tłumacz między innymi”. I przypomina o tym, że tłumacz jest niezbędnym ogniwem w łańcuchu wydawniczym, że nie da się zapomnieć o jego pracy i jego rozwiązaniach, bo to dzięki jego wysiłkowi polszczyzna staje się bardziej elastyczna, przyjmuje nowe zwroty, rozszerza się i zmienia. Jarniewicza interesuje miejsce w hierarchii, jakie powinien zająć tłumacz – czy to współautor tekstu, a może autor ale na innych zasadach?  

    W ciągu ostatnich kilku lat wydano kilka tomów rozmów z tłumaczami („Wte i wewte” Adama Pluszki, tom rozmów Zofii Zaleskiej, ukazało się też kilka esejów – książka Małgorzaty Łukasiewicz, zbiorowe wydanie tekstów z „Literatury na świecie” pt. „O nich tutaj”). Czy zmieniły one jednak świadomość czytelnika na temat tłumaczenia? Zastanawiałam się nad tym i poprosiłam wielu tłumaczy, by wypełnili kwestionariusz z kilkoma prostymi pytaniami. Ich status w hierarchii życia literackiego przekłada się przecież też na warunki ekonomiczne, jednak „awans” finansowy na tym polu nie jest duży. A może jako awans należy rozumieć dostęp do lepszych tytułów? Możliwość wyboru ciekawych pozycji? A jak wygląda układanie kalendarza? Bo przecież polski rynek wydawniczy ma krótki oddech i wszyscy chcą mieć książkę na wczoraj – w przekładzie to raczej niemożliwe.

    W tym kontekście ciekawi mnie najbardziej los tłumaczy z języków mniejszych: tzn. każdego innego niż język angielski. Jak ich warunki pracy różnią się od tych, w jakich pracują angliści? O ile tłumacze z „mniejszych” języków mają do zagospodarowania stosunkowo wąskie pole, o tyle tłumacze z angielskiego zmagają się z najniższymi stawkami i największą konkurencją, często także najmniej profesjonalną, „bo angielski każdy zna”. 

    Jak pisał Tomasz Warczok w 2015 roku (ale w oparciu o dane z 2013 r.), tłumaczenia stanowią w Polsce 19% rynku wydawniczego, przy czym więcej przekładów wydawano w nurcie literatury popularnej niż „literatury pięknej” (kryminały 71% przekładów, podczas gdy przekłady to tylko 48% literatury wysokiej). W tej dziedzinie rządzi angielski – 59%, tuż za nim francuski i niemiecki, ale rozrzut jest ogromny, bo oba te języki dają w sumie 16%!

    Zapraszam zatem do lektury, zobaczmy, co tłumacze mają do powiedzenia po kilku latach walki o dostrzeżenie i uznanie.

    Na pierwszy ogień – Justyna Czechowska, tłumaczka z języka szwedzkiego i norweskiego, prezeska Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury, animatorka kultury, autorka artykułów, antologii i wywiadów. Współzałożycielka Fundacji na rzecz Badań Literackich i Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury. Przełożona przez nią książka Kristin Berget „Der ganze Weg” znalazła się w finale drugiej edycji konkursu Europejski Poeta Wolności. Laureatka Nagrody im. Wisławy Szymborskiej za przekład poetycki w 2018 roku (tomu „Przejdź do historii” Linn Hansen). Od 2015 r. współtworzy program Gdańskich Spotkań Tłumaczy Literatury „Odnalezione w tłumaczeniu”.

    Tłumacz to brzmi dumnie? Kwestionariusz – Justyna Czechowska

    Metryczka:

    1. Od ilu lat tłumaczę?

    Debiutowałam w 2004 roku. 2.

    2. Czy to moja główna działalność i źródło dochodu?

    Od pięciu lat, tak.

    Kwestionariusz:

    • Swoją pierwszą książkę przełożyłam…

    Czy to jest pytanie o mój „mit założycielski”? Bo dla mnie ważniejsze były pierwsze tłumaczone wiersze, nie przetłumaczone, a tłumaczone właśnie, bo to był proces, który wcale nie doprowadził do publikacji. Mój debiut translatorski to opowiadanie Stiga Dagermana „Tysiąc lat u Boga”  opublikowane w kwartalniku FA-art. Pierwsza książka pojawiła się kilka lat później.

    • Jak pracuję? W jakim rytmie?

    Przedpołudnie to dla mnie najbardziej twórcza część dnia. Domownicy wychodzą do pracy i do szkoły, ja robię sobie drugą kawę, siadam do komputera i intensywnie pracuję przez kilka godzin. Co drugi dzień staram się przed pracą wyjść na dłuższy spacer. Jeśli książka wymaga większego skupienia lub czytania na głos, blokuję wszelkie środki komunikacji. Najczęściej jednak odbieram telefony i między akapitami odpowiadam na maile.

    Inaczej jest z poezją i prozą poetycką, te tłumaczę wszędzie i zawsze. Całymi dniami powtarzam w głowie jedno zdanie, nie ważne, idąc, jadąc, gotując. Budzę się w nocy i wstaję, żeby zapisać jakieś słowo. Wciąż tylko o tym mówię. Szukam inspiracji w innych książkach, czytam to, co czytają moje autorki i bohaterki, oglądam ich filmy, słucham słuchowisk i wywiadów. No, nieźle się wkręcam.

    • Autor, którego się boję…

    To miałby być taki, którego boję się przełożyć? Nie udaję przed sobą, a tym bardziej nie chciałabym udawać przed czytelnikiem, jeśli uznam, że nie podołam tekstowi albo że ktoś inny zrobi to lepiej, nie tłumaczę go.

    •       Pozycja tłumacza w Polsce jest….

    Coraz lepsza, szczególnie jeśli chodzi o widoczność. Przez ostatnie lata zaczęły nas doceniać media i gremia rozdające nagrody. W Gdańsku powstał festiwal Odnalezione w tłumaczeniu, podczas którego tłumacze rozmawiają o przekładzie literackim, cztery edycje pokazały, że zainteresowanie naszym zawodem rośnie. Organizowany od dziesięciu lat w Warszawie Międzynarodowy Dzień Tłumacza (30 września) przyciąga grubo ponad stuosobową publiczność. To się rzadko zdarza na imprezach literackich. Stowarzyszenie Tłumaczy Literatury, które w tym roku będzie obchodzić dziesięciolecie swojej działalności, może się pochwalić wieloma wspaniałymi akcjami: od czterech lat przyznajemy nagrodę Lew Hieronima dla najbardziej przyjaznego tłumaczom wydawcy. Nasza różowa przypinka z napisem „Szekspir nie pisał po polsku” jest hitem każdych Targów Książki. STL jest członkiem CEATL, europejskiej organizacji zrzeszającej stowarzyszenia tłumaczy, okazuje się, że pod wieloma względami przodujemy w porównaniu z tłumaczami w Europie. W ostatnich latach wiele naszych nazwisk pojawiło się na okładkach książek. Niestety, wciąż zarabiamy kilkakrotnie mniej niż nasi koledzy we Francji i Niemczech, a umowy proponowane przez większość polskich wydawców pozostawiają wiele do życzenia.

    • Do jakiego stopnia przekład uruchamia nowe możliwości polszczyzny?

    Kiedy tłumaczę powieść, która niespecjalnie folguje sobie w szwedczyźnie, to i polszczyzna niewiele na tym zyska. Zdarzyło mi się natomiast tłumaczyć prozę poetycką i poezję, gdzie coś się dzieje w języku, w wyobraźni i pamięci autora, wtedy jego/jej wyobrażone i zapamiętane, czy dlaczego nie przez niego/nią zapomniane, zostaje zapisane w jakimś języku, który trudno posądzać o jakąkolwiek przynależność narodową. Nie wiem, czy to jasne, ale zdarza mi się słyszeć, co autor mówi i ja to chcę tak samo powiedzieć po polsku, czy raczej tak, żeby polski czytelnik poczuł to samo, co ja podczas lektury oryginalnego tekstu. Wtedy rzadko myślę o tym, co na to słowniki i strażnicy poprawności językowej. Jeśli autor zrobił coś niezależnie od słowników, to i mnie wolno.

    Chcę wierzyć, że to, co najczęściej zdarza się w przekładzie to poszerzenie desygnatów. Że dzięki Tove Jansson język polski inaczej niż wcześniej wyobraża sobie „morze”, „wyspę” czy „archipelag”. Że dzięki Idzie Linde krajobraz północnej Szwecji zaistniał inaczej w języku polskim. Nie mówiąc o Linn Hansen, której poemat namieszał, choćby na moment, w znaczeniu słowa „historia”.

    • Jak to jest być tłumaczem z „małego” języka w Polsce?

    Hmm, nie mam porównania, bo tłumaczę tylko z jednego języka, w dodatku nie wiem, czy wciąż tak małego, jeśli przyjrzeć się ilości przekładanych tytułów. Literatura szwedzka to po angielskiej, hiszpańskiej i francuskiej jedna z najczęściej tłumaczonych na polski literatur. Na pewno mam więcej pracy i więcej, że tak powiem, pola do popisu niż moi koledzy i koleżanki w Szwecji tłumaczący z polskiego. Niestety, efektem ubocznym wielkiej popularności szwedzkiej literatury na świecie jest coraz węższy rynek przekładów w Szwecji. Z rzadka ukazuje się tam polski tom wierszy lub książka historyczna, ostatnio udało się opublikować Nałkowską i Schulza. Podczas, gdy ja mam czasem pięć, czasem siedem książek rocznie.   

    • Tłumaczowi nie wolno…

    Zapominać o kręgosłupie, to bardzo cenne narzędzie pracy.

    • Jaka jest rola tłumacza wobec przekładanego tekstu?

    Wsłuchać się w jego oddech i bicie serca, dotrzymać mu kroku…

    • W przekładach innych szukam…

    Genialnych rozwiązań i inspiracji.

    • W tłumaczeniu najbardziej nie lubię….

    Przepraszam, nie rozumiem pytania.