Tag: promocja czytelnictwa

  • Święto literatury? Coraz bardziej wątpię

    Święto literatury? Coraz bardziej wątpię

    O festiwalach literackich, promowaniu autorów i zbytnim samozadowoleniu.

    Za kilka godzin zacznie się Festiwal Conrada, największy festiwal literacki w Polsce – przez  Penguin Random House uznany za jeden z 20 najważniejszych festiwali  na świecie, dostrzeżony też przez Brytyjskie Stowarzyszenie Wydawców. To dobra okazja, żeby zastanowić się nad tym, czy festiwale literatury i wysoka frekwencja na nich faktycznie są sukcesem.

    1. Daliśmy się przekonać, że jedyny właściwy sposób zdobycia książki to jej kupienie – a nie wypożyczenie.
    2. Książki dzielimy na nowości i książki stare, zakładając milcząco, że nowości są w jakiś sposób bardziej wartościowe.
    3. Tak bardzo świętujemy, że zupełnie zapomnieliśmy o krytycyzmie i spotkania autorskie zamieniły się w spotkania promocyjne – prowadzący nie zadają pytań trudnych, nie można wskazywać błędów i niekonsekwencji autorowi.
    4. Pragniemy autorów znanych i egzotycznych, na takie spotkania chodzimy, co sprawia, że organizatorzy festiwali przy finansowej współpracy wydawców, ściągają wielkie nazwiska. Święto literatury zamienia się w płatną, ale niejawną, promocję.
    5. Jeden autor jest już nieatrakcyjny – chcemy spotykać ich hurtowo, oglądać interakcje między nimi. Debata, okrągły stół, 4 pisarzy w rzędzie. A jeszcze lepiej, żeby to były same gwiazdy.
    6. Spotkanie z autorem – jak zdają się sądzić twórcy festiwali – ma sens tylko wtedy, gdy czytelnicy mogą sobie kupić jego książki, co oznacza, że wciąż widujemy na festiwalach tych samych autorów, publikujących co dwa lata, a nie widać tych, którzy nie mają takiej olimpijskiej kondycji. Powracają więc do nas twarze i głosy autorów obecnych w prasie, internecie, zawężą się krąg zainteresowania.
    7. Festiwal nie wskazuje nowych zjawisk i nazwisk, za to wykorzystuje nazwiska znane, dyskutowane i głośne, takie, którymi można się pochwalić i które przyciągną jak największą liczbę czytelników. W ten sposób festiwal nie tylko nie kreuje trendów, ale staje się ostatecznym przypieczętowaniem popularności, widocznym znakiem hierarchii. Kopiuje listy sprzedażowe.
    8. Święto festiwalowe zawsze musi kręcić się wokół jakiegoś problemu, a zatem najczęściej wybiera się książki ważne społecznie, poruszające „palącą kwestię”, „łamiące tabu” – zatem temat określa wartość. Dyskusja dotyczy książek ważnych, a nie książek dobrych.
    9. Lifestyle zastąpił czytanie – trzeba się na festiwalu pokazać (przy czym reguła ta dotyczy zarówno odbiorców, jak i autorów – część z nich nie otrzymuje wynagrodzenia za udział w spotkaniach). Nieważne zatem, jak czytasz, ale gdzie czytasz, z kim gadasz, z kim masz zdjęcie.
    10. Lifestyle-owa moda spycha w cień także programy edukacyjne, bo tylko kilka festiwali prowadzi warsztaty dla dzieci i młodzieży. Wystawienie leżaków nie wystarczy, by wciągnąć dzieci w proces czytania.

    Im więcej uwagi poświęcamy promocji czytelnictwa, tym mniej wartości przywiązujemy do jakości literatury. W pogoni za masowym odbiorcą, z pragnieniem otworzenie drzwi literatury dla wszystkich, coś tracimy. Nie chodzi tu o snobistyczną postawę zamknięcia – ale o proste dostrzeżenie, że gdy przygotowuje się ofertę przyciągającą jak najszersze grono, traci się na wartości.

    Festiwal – jako wielkie wydarzenie wymaga olbrzymiego nakładu sił i środków, uzależniony jest zatem od dotacji ministerialnych, ale i od dofinansowania wydawnictw. W ten sposób zamyka się kóło: z ministerstwem trzeba się rozliczyć na podstawie wskaźników (czyli liczby gości/słuchaczy), a wydawca wspiera finansowo, gdy jego autor zostaje dopisany do programu. Festiwale przestają być zatem świętem, a stopniowo zamieniają się w kolejne pole promocji – już nie tylko czytelnictwa, ale po prostu wydawnictw.

    Dopóki będziemy się ekscytować ilością festiwali w Polsce, a nie będziemy kłaść nacisku na lekcje czytania dla młodzieży, zajęcia dla najmłodszych, nie zadbamy bardziej o biblioteki i kluby czytania, czytelnictwo w Polsce się nie podniesienie, a jego jakość się nie poprawi.

     

  • Alarm biblioteczny

    Alarm biblioteczny

    O tym, że Polacy kupują coraz mniej książek – wiemy. O tym, że coraz mniej czytają – także napisano już wszędzie. Tego fatalnego obrazu dopełniają teraz nowe dane z raportu o stanie bibliotek.

    W 2014 roku działało ich 9710 – w ciągu roku zniknęło jednak ponad 100. W 2015 zlikwidowano kolejne 162 placówki.

    Na jedną bibliotekę przypada 4775 mieszkańców, ale tylko 775 czytelników. Ta różnica pokazuje, jaki jest niewykorzystany potencjał, kolejne akcje promocji czytelnictwa nie potrafią uruchomić ludzi obojętnych na książki. Nie ma raczej nadziei na odwrócenie tej tendencji, bo biblioteki wciąż są zamykane – ta prawidłowość dotyczy zarówno dużych,  naukowych i fachowych oddziałów, ale też małych, lokalnych filii. Stracą na tym wszyscy czytelnicy. Jak pokazuje raport przygotowany na potrzeby Biblioteki Kraków, czytelnicy pragną zachowania gęstej sieci punktów bibliotecznych, bo łatwiej pożyczyć książki i przynieść je do domu. Likwidacja kolejnych oddziałów nie poprawi zatem stanu czytelnictwa.

    Kolejne programy promocji czytelnictwa stopniowo zamieniają się w programy promocji poszczególnych książek lub wydawnictw. Nie oszukujmy się – pod szczytnymi hasłami promuje się sprzedaż kolejnych tytułów. W akcje promocji czytelnictwa coraz częściej włączają się wydawcy, którzy udostępniają fragmenty swoich najnowszych publikacji. Przestrzenie niełatwo poddające się strategiom marketingowym albo stopniowo zanikają i usuwają się poza strefę zainteresowań (jak biblioteki właśnie), albo zagarniane są przez specjalistów od promocji w sposób nieoficjalny (jak festiwale literackie). Biblioteki nikogo praktycznie nie obchodzą, stąd słabe wyniki raportów i ich głupie interpretacje.

    Fatalnych informacji dostarczają przede wszystkim dane dotyczące statystyk wypożyczeń: w 2014 roku spadła o 10 milionów ilość odwiedzin w bibliotekach, zmniejsza się też liczba wypożyczających (o 69 tysięcy). W sumie, w porównaniu do 2013 roku, wypożyczyliśmy o 6,5 miliona książek mniej. W 2015 liczba ta spadła jeszcze o 2,8%.

    Tezy, które pojawiają się w raporcie przygotowanym przez Narodowe Centrum Kultury, wydają mi się skandaliczne. Otóż autorzy tego raportu jako przyczynę spadającej liczby wypożyczeń wskazują:

    Znaczna część bibliotek publicznych, mimo dziesięcioletniego programu dotującego zakup nowości jest nadal magazynami książek, składami zasobów o różnej wartości użytkowej. W takich bibliotekach nawet przy systematycznych wysokich nakładach na zakup książek, nowości są niewidoczne na półkach, przytłoczone materiałami zbędnymi, wymagającymi wycofania z udostępniania, co wpływa negatywnie na wykorzystanie zbiorów i poziom czytelnictwa.

    Do tej pory traktowałam bibliotekę jako alternatywę dla księgarni przepełnionych nowościami o krótkim terminie przydatności i jeszcze mniejszej wartości artystycznej. Lubię wypożyczać z bibliotek książki wydawane w starej serii Nike, powieści PIW-u z lat 60. i 70. Gdyby iść za radami sugerowanymi przez autorów raportu, należałoby wywalić z bibliotek te wszystkie pozycje – jako zbędne i stare. Powinny one ustąpić miejsca kolorowym, niezniszczonym i niestarym książkom. Pamiętajmy jednak i o tym, że wiele książek wydanych w poprzedniej epoce nie jest dzisiaj wznawiana. Jeśli wyrzucimy opowiadania Iwaszkiewicza, powieści Konwickiego, Terleckiego – nie zastąpimy ich nowymi egzemplarzami. No i konia z rzędem temu, kto przy obecnym układzie politycznym będzie wskazywał, które książki należy usunąć jako zasoby nasycone materiałami o nieaktualnej treści. Teoria ewolucji? Układ słoneczny? Gender?

    I ostatnia statystyka – najmniej wypożyczeni notuje się w grupie wiekowej poniżej 5 lat. Czyli rodzice, którzy wypożyczają książki dla siebie, nie sięgają po nic dla maluchów. A jednocześnie przecież wciąż skarżymy się, że książki, zwłaszcza książki dla dzieci, są drogie. Wiemy przecież też, że właśnie u najmłodszych dzieci najłatwiej zaszczepić miłość do czytania.

    No tak, ale przecież najpierw ją w sobie trzeba mieć.