Tag: PRL

  • Odpadki i kasza. Jak reportaż pokazuje to, czego nie wiemy dzisiaj o PRL-u

    Odpadki i kasza. Jak reportaż pokazuje to, czego nie wiemy dzisiaj o PRL-u

    Uwagi na marginesie Każdy został człowiekiem Piotra Nesterowicza.

    Kobiety, chłopi, młodzież – to są odmieńcy PRL-u, wbrew temu, jak oficjalna kultura epoki przedstawiała te grupy. Manipulowane i skazane na milczenie. Wskaźniki, opisane przez Hansa Mayera w Odmieńcach, można przełożyć na okres komunizmu w Polsce i dostrzeżemy wtedy, że właśnie takie (choć to nie wszystkie) figury obcych pojawiają się w polu kulturowym. Władze PRL najpierw upatrywały przeciwnika w siłach zbrojnych poddanych Londynowi, które nie złożyły broni i nie ujawniły się latem i jesienią 1945 roku. Równocześnie za wrogów uznawano kułaków i internacjonalistów, później inteligencję, kler i Żydów, a w końcu zaś wszystkich, którzy zgłosili akces do Solidarności. Nigdy jednak nie uważano kobiet, chłopów czy młodzieży za grupy wrogie systemowi politycznemu. Jak pokazują jednak drukowane stopniowo materiały źródłowe, kolejne prace historyków, a przede wszystkim adresowane do szerokiej publiczności najnowsze reportaże historyczne, każda z tych grup cieszyła się wyłącznie pozornymi względami, była wykorzystywana w różnych rozgrywkach politycznych albo po prostu na różnych etapach przekształceń systemu. Propaganda głosiła, że to na nich opiera się nowa władza. Kobiety pojawiały się jako bohaterki dnia codziennego, robotnice, zetempówki, pracownice biurowe, którym w podzięce za trud pracy wręczano 8 marca rajstopy lub goździki. Chłopi stanowili podstawę „scenariusza ideologicznego”, to w nich i w robotnikach komuniści upatrywali szansy na budowę nowego społeczeństwa z nową i sprawiedliwą drabiną społeczną. W nowym systemie chłop i robotnik wygrywał z inteligentem, który tracił punkty za pochodzenie.

    Faworyzowanie kończyło się jednak na poziomie propagandy i deklaracji politycznych, nie przekładało się na warunki życiowe. Choć statystyki mówią, że w 1950 roku kobiety stanowiły jedynie 30% aktywnych zawodowo osób, a w 1989 już 46,7%, a historycy pisali o „dyskretnym feminizmie” władzy, komunizm w modelu polskim nie był systemem specjalnie kobietom przychylnym – choć głoszono hasła aktywizacji zawodowej kobiet, to jednocześnie najmniejszym zmianom nie ulegał podział ról społecznych, ilość domowych obowiązków i system polityczny opierał się na silnym modelu władzy patriarchalnej. Podobnie działo się w przypadku młodych – choć deklarowano, że młodzież stanowi przyszłość i nadzieję systemu, to jednocześnie brutalnie wykorzystywano organizacje młodzieżowe w walce z tradycją, najpierw obiecywano młodym awans społeczny, by błyskawicznie zamknąć do niego drogę. A przede wszystkim dążono do kontroli każdej sfery życia młodzieży, uznając, że „ludzie wolni” to zagrożenie dla scenariusza ideologicznego. Całkowita opozycja deklaracji i realizowanych działań powtórzyła się w przypadku trzeciego Obcego, czyli chłopa: choć propagandowe hasła zapewniały o bliskości ideologicznej nowej władzy i chłopstwa, to jednocześnie przecież na wieś próbowano przerzucić ciężar utrzymania kraju zrujnowanego wojną, wprowadzono obowiązkowe kontyngenty, za dostawy płacono zaś grosze.

     

    Tych wszystkich Obcych łączyły nie tylko zafałszowane relacje z władzą, ale także niezdolność do zabrania głosu we własnej sprawie i brak miejsca, by wypowiedzieć prawdę o swoim losie. O ile inteligencja, kler, artyści mogli na różne sposoby opowiadać o własnej kondycji, o tyle żadna ze wskazanych tutaj grup nie miała możliwości, by zabrać głos. Nowych Obcych łączy zatem: podrzędna pozycja, zafałszowana relacja z władzą, milczenie oraz niezdolność do opowiedzenia o własnej sytuacji.

    O tych Obcych właśnie opowiada najnowszy polski reportaż historyczny (Aleksandra Boćkowska, Beata Chomątowska, Marta Dzido, Anna K. Kłys, Cezary Łazarewicz, Piotr Nesterowicz, Lidia Pańków, Filip Springer, Anna Sulińska) – bada ich kondycję, warunki życia, relację z władzą, a także z innymi grupami społecznymi. Ma wartość dokumentalną, bo pozwala przedstawić zdarzenia nieznane szerszej publiczności, zapełnić białe plamy lub narysować inną linię na obrazie namalowanym przez propagandę komunistyczną. Reportaż historyczny występuje często obok prac historyków, uzupełnia je i popularyzuje ich tezy. Skierowany do wąskiego grona odbiorców historyczny esej naukowy odkrywa pewne zjawiska z przeszłości i je dokumentuje, nie daje rady jednak – ze względu na swoją formę – dotrzeć do szerokiego grona odbiorców. W to pole wchodzi reportaż historyczny, który także opiera się na dokumentacji, nie muszą być to jednak źródła pisane, ani też duży zbiór danych. Reportaż zaspokaja dodatkowo ważną potrzebę czytelnika: mówi o emocjach, o doświadczeniach jednostkowych, o prawdzie indywidualnej, a więc wchodzi w dziedziny, do których rozprawa naukowa w żaden sposób nie aspiruje. Jednocześnie często bywa i tak, że to właśnie opowieść o jednostkowym doświadczeniu, los jednego człowieka, choćby nie był reprezentatywny, silniej przemawia do nas niż opowieść o losie wspólnym. Reportaż historyczny, nieobracający się naprawdę wokół liczb i statystyk, ma także wartość subwersywną – opowiada bowiem o zdarzeniach sprzecznych z obrazami propagandowymi, ale także z mitami historycznymi zakorzenionymi w naszej pamięci zbiorowej.

     

    Piotr Nesterowicz w swoim reportażu zatytułowanym Każdy został człowiekiem (wydanym w 2016 roku), poświęconym młodym ludziom wchodzącym w życie na początku lat 50., sięga właśnie po taką opowieść, o której już właściwie po części zapomnieliśmy, a po części uważamy ją za mało ważny odprysk historii, jej ślepy tor. Opowieść o awansie społecznym, jaki stał się udziałem polskiego społeczeństwa po II wojnie, PRL ogrywał przez lata do tego stopnia, że straciła ona swą moc, przestała być zrozumiała. U niektórych zaś budzi pogardę, bo jej bohaterowie nie mieli historycznej racji. Nesterowicz wykonuje gest podwójnie przewrotny: sięga po temat wyprany już do cna i odrzucony, ale też opowiada go na nowo, w ramach innej narracji, pokazuje rzeczywiste koszty awansu i jego przebieg – daleki od propagandowej listy sukcesów, ale też od pogardy współczesnych.

     

    Bohaterami Nesterowicza są młodzi ludzie z wiejskich miejscowości, którzy swoje prace przesłali na konkurs pamiętników młodego pokolenia, organizowany na przełomie 1961 i 1962 roku. Z ich wspomnień, pisanych z autocenzuralnym kagańcem, wybrano kilkaset i opublikowano w dziewięciotomowym zbiorze Młode pokolenie wsi Polski Ludowej. Specjalna komisja, powołana do wyboru prac, z 5475 zgłoszeń wybrała pamiętniki skupione na doświadczeniach młodych zwolenników systemu, konkurs miał bowiem charakter prestiżowy i musiał spełniać ważne funkcje propagandowe. Jednocześnie sito komisji przepuszczało wiele zdarzeń dotyczących warunków życia na prowincji: analfabetyzmu, alkoholizmu, biedy, masowych kradzieży własności spółdzielni czy PGR-ów. Z tych pamiętników, skonfrontowanych później z dalszymi losami poszczególnych bohaterów, Nesterowicz zmontował swój reportaż. Dobrane przez niego portrety miały być reprezentatywne dla epoki, tzn. zawierać wydarzenia ważne w społecznej historii Polski komunistycznej, ale też przedstawiać różne postawy – od oddania systemowi aż po obojętność, umiarkowany sprzeciw i poczucie krzywdy.

     

    Nesterowicza interesuje taka fabuła historyczna, która będzie jak najbliższa losom jego bohaterów, nie będzie zaś dążyła do umieszczenia ich biografii w jakiejś wielkiej narracji porządkującej: dla wielu historyków, którzy swe prace pisali po 1989 roku, celem było opowiedzenie o budzeniu się sprzeciwu wobec władzy komunistycznej albo o konflikcie między władzą a społeczeństwem. Nesterowicz dokonuje zatem ciągłej konfrontacji zapisków pamiętnikarskich młodych z opowieścią historyków, ale wybiera takie biografie, w których najjaskrawiej odbija się zwykłość, przyziemność życia: Regina opuszcza wiejską, ubogą chatę swoich rodziców i dzięki ciężkiej pracy zdobywa wykształcenie i zostaje nauczycielką w wiejskiej szkole na Ziemiach Odzyskanych. Marian, wywodzący się z grupy najuboższych wiejskich gospodarzy, kierowany w równym stopniu zapałem ideologicznym i kompleksami wobec zamożniejszych, wstępuje do ZMP, żeby wspomóc system w odwróceniu piramidy społecznej. Jan – sierota, wychowany zostaje właściwie przez system, a później spłaca swój dług wobec społeczeństwa jako agronom, przeskakując z jednego PGR-u do drugiego. Adela podejmuje pracę w domaradzkim GS-ie na Podkarpaciu, ucieka z domu ojca-pijaka do zakładu, w którym piją wszyscy na dyrektorze skończywszy. Każde z nich z trudem zdobywa wykształcenie. Ten trud wynikał z pochodzenia – wszyscy bohaterowie wyszli z biedy, ze środowiska, w którym nauka i wykształcenie nie było żadną wartością, a rodzice – jeśli w ogóle żyli – wyżej cenili pracę na roli niż edukację, z powodu swojego analfabetyzmu nie byli też partnerami do dyskusji, nie mogli zatem przedstawić innej perspektywy zideologizowanej wiedzy o świecie, którą przekazywano temu pokoleniu w szkole. W takim przekonaniu Nesterowicza widać pierwszy gest subwersywny: nie uważa on bowiem, że młodzież poddająca się i poddawana ideologicznej obróbce powinna być traktowana dzisiaj jako odpad historii.

     

    Pamięć zbiorowa przechowuje obraz młodych jako zaangażowanych fanatyków, zetempowców ślepo wierzących systemowi albo też oportunistów wykorzystujących struktury organizacyjne jako szansę na wybicie się kosztem innych – jak tego dowodzą choćby rozmowy zgromadzone w Hańbie domowej Jacka Trznadla. Trzeba jednak pamiętać, że młodzież uznawana była przez ideologów komunistycznych za tę grupę, którą należało poddać szczególnej indoktrynacji. Stalin nazywał młodych „sukcesorami rewolucji” i „sprzyjającym gruntem”, ponieważ ze względu na wiek wolni byli od „obciążenia tradycją i nawykami starszych”. Przypisywał im też ważną rolę – „podporę i przyszłości systemu”. Taka charakterystyka sprawiła, że młodzież nie miała właściwie szans w starciu z machiną propagandową. Po pierwsze, cała wiedza szkolna oparta była już w latach 40. na nowej doktrynie i nikt nie prześlizgnął się przez proces kształcenia bez nasycenia ideologią. Po drugie, system nastawiony był na dążenie do maksymalnego podporządkowania młodych: szkoła kształciła także ideologiczne, zajmowała czas wolny. Organizowano młodzieży zajęcia popołudniami (system świetlic, apeli, prac społecznych), w soboty, w wakacje. W ten sposób zmuszano młodych do przebywania w grupie – a w czasie tych zajęć wpajano im przekonanie, że jednostka nie ma znaczenia, liczy się tylko wspólnota i praca dla niej. ZMP powołano dlatego, że generał Marian Spychalski uznał „chodzenie luzem” młodzieży za zagrożenie dla systemu, które spowodowałoby „przedłużenie stanu trudności politycznych demokracji”.

     

    Reportaż Nesterowicza nie służy temu, by piętnować młodych, którzy poddają się ideologii, ale pokazuje warunki ich życia, przybliżyć kondycję i horyzont poznawczy człowieka stającego u progu dorosłości w latach 50., a więc tego, który w kolejnej już epoce i w innym tekście zostanie określony pogardliwie jako „homo sovieticus”. Każdy został człowiekiem pokazuje zatem codzienne trudności, awans i to, czym został okupiony: samotność, niepewność, lęk odczuwany zarówno przed instytucjami (jak wszechwładne ZMP, dyrekcja szkoły, rozmaici kierownicy i dyrektorzy), konflikt społeczny utrudniający wejście młodym w nowe wspólnoty, do których trafiali jako świeżo upieczeni pracownicy. Konflikt ten, ważny dla historyków, u Nesterowicza przewija się w tle: doświadczają go jednak wszyscy bohaterowie. Joanna Kochanowicz wskazuje, że zderzenie „cywilów i synków Stalina” najostrzej objawiało się w fabrykach, gdzie wyjątkową niechęcią starzy robotnicy darzyli młodą kadrę: w społecznym przekonaniu bardzo żywy był stereotyp zetempowca postrzegającego świat według manichejskiego porządku: wszystko, co służyło Partii było dobre, wszystko to, co nie zostało przez nią zaakceptowane, oceniano jako złe. Tymczasem w fabrykach właśnie starzy robotnicy sekowali tych młodych, którzy próbowali podjąć hasło współzawodnictwa pracy, a niechęć umacniała się do tego stopnia, że część „synków Stalina” sprzedawała swoje mundury, by nie odróżniać się od ludności „cywilnej”. Nesterowicz notuje inny konflikt: Regina i jej przyjaciele, czyli nowa inteligencja z awansu, spotyka się w domu wiejskiego nauczyciela na imieninach, chłopi zaś otaczają budynek gotowi do linczu, ponieważ młode pokolenie, wychowane bez Boga, urządza tę zabawę w środku wielkiego postu.

     

    Komunizm w modelu stalinowskim przynosi mu jednak – paradoksalnie – dobro: szansę na wybicie się, wykształcenie, stałą pracę, dom. Marian działa aktywnie w ZMP, oczyszcza lokalną bibliotekę z wrogiej systemowi literatury, agituje chłopów, przemawia za kolektywizacją. Adela zakłada w Domaradzu koło sportowe dla dziewcząt, dzięki swojemu zaangażowaniu wyrywa się ze zdegenerowanego środowiska pracowników GS-u, wyjeżdża do Warszawy na V Festiwal Młodzieży, gdzie ociera się o wielki świat. To doświadczenie społecznego zaangażowania daje jej kręgosłup na dalsze życie, pozwala porzucić rolę ofiary zapijaczonego ojca, powstrzymuje także powolne osuwanie się w alkoholizm samej dziewczyny, która zaczyna pić, gdy pracuje w pozbawionym perspektyw GS-ie.

     

    Nestrowicz szuka opowieści o tym, co zwykłe, średnie, codzienne – podąża tropem biografii przeciętnych, oddających właśnie średnią polskiego losu, wybiera drogę poza władzą i opozycją, pomiędzy przystosowaniem i oporem – by sparafrazować tytuł jednej z najważniejszych rozpraw historiograficznych po 1989 roku. Ten kierunek, jaki wybiera Nesterowicz, wydaje się szczególnie atrakcyjny dzisiaj, gdy każdy pragnie być uczestnikiem wielkiej historii i biografie naszych przodków poddawane są ważeniu niczym na sądzie ostatecznym. Przypomina bowiem, że wielkie procesy historyczne objawiają się w zwykłych biografiach na sposób mało spektakularny, że każdy bierze udział w procesie historycznym i musi za ten udział zapłacić. Bohaterowie Nesterowicza rekrutują się ze wsi, wszyscy poddają się nowemu systemowi komunistycznemu – żadne z nich nie ma ani wieku, ani narzędzi intelektualnych, by się indoktrynacji sprzeciwić. Co więcej: dla każdego z nich system komunistyczny to nadzieja na zaprowadzenie ładu, szansa na wybicie się. Dla młodych kobiet – choć żadna z bohaterek nie sformułowała tej myśli wprost – to także jedyna szansa, by wyrwać się ze świata, w którym byłyby skazane na pijącego i bijącego męża oraz wielorództwo, śmierć dzieci w kolebce z chorób i głodu. Taką opowieść wprowadza do Każdy został człowiekiem Nesterowicz, gdy przytacza monolog Zuzanny, oddanej na służbę w wieku 6 lat, obserwującej śmierć młodszego rodzeństwa, przeżywającej głód i skrajne upokorzenie, gdy idzie do szkoły boso, albo gdy matka pierze jej jedyne ubranie i siedząc na piecu, trzeba czekać aż wyschnie.

     

    Mit awansu społecznego w Każdy został człowiekiem opracowywany jest ambiwalentnie, raz autor go potwierdza, raz obala. Nesterowicz przypomina o tym powojennym doświadczeniu większej części społeczeństwa, które w pamięci zbiorowej zostało całkowicie wyparte, a jego miejsce zajęła pamięć wojny domowej między AK a oddziałami wiernymi Ministerstwu Bezpieczeństwa Publicznego. W latach 40. i 50. powiązano proces unowocześniania z ideologią stalinowską, co budziło niechęć i opór, krytyka stalinizmu przykrywała zdobycze nowoczesności. Zbigniew Herbert pogardliwie mówił Jackowi Trznadlowi, że modernizować Polskę na sposób stalinowski to jak leczyć katar syfilisem. To zaś odrzucenie pamięci o słabszym doświadczeniu jest naturalne, tak pracuje pamięć. Pamięć zbiorowa nie ma charakteru linearnego, cechuje ją za to wybiórczość: w jej ramach zapisują się przede wszystkim te zdarzenia, którym przypisujemy najwyższą temperaturę emocjonalną, a więc wypadki szczególnej chwały albo też wyjątkowo drastyczne. Elektryfikacja, stopniowe znoszenie analfabetyzmu, awans społeczny, uprzemysłowienie, za pomocą których komuniści próbowali kraj zarówno modernizować, jak i podporządkowywać „scenariuszowi ideologicznemu”, nie miały dla Polaków takiego znaczenia, jak stalinowska walka z demokratyczną opozycją i ukrywającymi się po lasach niedobitkami AK.

     

    Tymczasem Nesterowicz przypomina o epoce, w której wiedza i wykształcenie traktowane były jako zbytek, naddatek niepotrzebny w codziennym życiu przepełnionym skrajną biedą. Jego bohaterami są dzieci: osierocone lub porzucone, często bite, głodne, bardzo wcześnie zmuszone do dorastania. Ich akces do nowego systemu ma wymiar całkowicie niewinny: przez pragnienie zdobycia wykształcenia. Tak długo, jak się kształcą, gdy traktuje się ich jak masę plastyczną i tabula rasa, na której można zapisać treści wynikające ze „scenariusza ideologicznego”, tak długo są właściwie bezpieczni, nie zderzają się z wielkim światem. Inna rzeczywistość, ta wystająca spoza scenografii komunistycznej, dotyka ich dopiero, gdy stopniowo dorastają. Przyjaciółka Reginy nie dostaje się na studia medyczne, ale zostaje felczerką, bo to daje jej prawo do rozpoczęcia medycyny od II roku. Przepisy zmieniają się jednak szybko po tym, kiedy mija zagrożenie wojną w Korei – państwu nie są już potrzebne rozbudowane kadry medyczne, więc kasują atrakcyjny dla młodych przepis. Marian wstępuje do Służby Polsce, imponuje mu bowiem obowiązkowy strój junaka. Członków POP postrzega jako połączenie świętych i rycerzy – pracują dla wspólnoty, a jednocześnie żywy jest wśród nich męski kult siły. Marian mówi „Czuję zew krwi”. Dopiero w szeregach POP-u poznaje, na czym polega prawdziwe upokorzenie – Służba Polsce to połączenie obozu pracy (wydobywanie piaskowca, praca ponad siły i małe porcje jedzenia) i męskiego sierocińca, w którym ciągle toczy się wywołana hormonami walka. Dowódcy rozładowują napięcie związane z dorastaniem, organizując walki bokserskie, co nasila tylko rywalizację. W końcu Marian zapisuje, a Nesterowicz za nim powtarza: „Jestem jednym z tysiąca”. Co ciekawe, nieludzkie warunki i bezsensowna praca nie przekładają się w przypadku tego bohatera na zwątpienie w system – choć możne brak wahania stanowi w zapisie wyłącznie rezultat autocenzury, skoro pamiętnik wysłał na konkurs 10 lat później. Podobnego rozczarowania doznaje Dorota, która zapisuje się do wakacyjnej brygady Służby Polsce. W obozie na przyjazd przyszłych studentek czekają fabryczne robotnice: „Wyciśniemy ostatnie poty z tych panienek”. Scena przejścia młodych dziewcząt przez bramę przypomina wejście do obozu pracy – w roli surowych kapo szukających ofiary Dorota obsadza plutonowe-robotnice. Konflikt społeczny nakłada się tu na konflikt ideologiczny – robotnice mszczą się na jedynych dostępnych im przedstawicielach systemu, czyli młodych dziewczętach przysłanych na obóz, widząc w nich „sukcesorów rewolucji”.

     

    W Poemacie dla dorosłych z 1955 roku Adam Ważyk obnażył w brutalny sposób kłamstwo propagandowych haseł, za pomocą których charakteryzowano młodzież i określano jej obowiązki. U niego młodzi są przede wszystkim zdemoralizowani, udają się na „tarło”. Dziewczęta najpierw oddają się komubądź w ruinach, a później topią noworodki w kadziach z wapnem. Junaków pracujących przy wielkich budowach socjalizmu określił Ważyk – surowo i jak się wydaje, niesprawiedliwie – jako kaszę: to, co system pożera, mieli i wypluwa:

     

    Wielka migracja przemysł budująca

    nieznana Polsce, ale znana dziejom,

    karmiona pustką wielkich słów, żyjąca

    dziko, z dnia na dzień i wbrew kaznodziejom –

    w węglowym czadzie, w powolnej męczarni

    Z niej się wytapia robotnicza klasa.

    Dużo odpadków. A na razie kasza.

     

    Ta „kasza” u Ważyka ma dwa znaczenia – sprzeczne, jak większość zjawisk polskiego komunizmu: młodzi są „kaszą”, bo dają się przerabiać i kształtować na modłę systemu, podporządkowują mu się całkowicie. W starciu z nim nie mają jednak szans, bo awans społeczny w tej epoce możliwy jest tylko przez struktury państwa i tworzonych przez niego instytucji. Jednocześnie zaś „kasza” zderzona z „odpadkami” pokazuje pogardę, jaką w rzeczywistości państwo żywiło wobec tego „kwiatu narodu”. To z niego przecież – po zastosowaniu licznych zabiegów wychowawczych – ma się narodzić uświadomiona klasa robotnicza. Od tego właśnie cytatu rozpoczyna się jeden z rozdziałów Każdy został człowiekiem właśnie dlatego, że wygrywa całą ambiwalencję funkcjonowania młodych w początkach Polski komunistycznej. Sądzę też, że o ile poemat Ważyka czytany jest dzisiaj bardziej jako dokument historyczny oraz świadectwo zmiany światopoglądowej końca stalinizmu (a nie tekst literacki), to jednocześnie zarysowana przez poetę dwuznaczność do dzisiaj tkwi w naszej pamięci zbiorowej. I to jest właśnie pole, na którym rozpoczyna się rzeczywista praca reportażu Piotra Nesterowicza.

     

    Sądzę, że Każdy został człowiekiem – nieudany i krytykowany przez recenzentów po publikacji – ma raczej ambicje edukacyjne niż literackie. Nesterowicz, wybierając reportaż, czyli najbardziej popularny obok kryminału gatunek, zwraca się do szerokiego grona odbiorców, próbując przedstawić przeszłość tym, którzy z racji wieku nie mają o niej pojęcia i jednocześnie przypomnieć temu pokoleniu, w którego świadomości jej obraz uległ zatarciu. Awans społeczny rozumiany jako przejście ze wsi do miasta, modernizacja społeczna, industrializacja w pamięci zbiorowej zostały wyparte przed dwa inne mity: repatriację z Kresów oraz represje wobec AK, choć ze skoku cywilizacyjnego skorzystało około 3 milionów ludzi, więcej zatem niż padło ofiarami represji stalinowskich, związanych z dwoma mitami martyrologicznymi.

     

    Z tej otchłani właśnie wyławia Nesterowicz losy swoich bohaterów i montuje z nich historię o 10 latach polskiego komunizmu: 1950–1960. Wybrane przez niego daty graniczne nie wiążą się z żadnymi wydarzeniami przełomowymi. W 1950 roku uchwalony zostaje plan sześcioletni, a rząd zawiera umowę z Episkopatem Polski. 1960 rok to zaś moment, gdy bardzo uroczyście świętuje się 550-lecie bitwy pod Grunwaldem. Między nimi zamyka się upadek stalinizmu, odchylenia władzy: najpierw odwilż październikowa, później wycofanie się z ustępstw politycznych i powrót do ścisłego przestrzegania narzuconego w dobie stalinizmu „scenariusza ideologicznego”. Nesterowicz wybiera sobie takich bohaterów, dla których odwilż polityczna i turbulencje Października nie mają większego znaczenia, nie zmienia się ich życie, ani ich postawa społeczna. Gdy wycieka Chruszczowowska krytyka „kultu jednostki” i coraz częściej negatywnie wyraża się na temat minionej epoki, także w PRL-u, żadne z nich ani nie dostaje nagłej iluminacji, ani nie ma wyrzutów sumienia. Marian odczuwa za to gorycz, a jej źródło okazuje się z dzisiejszej perspektywy zaskakujące: ma on żal do nowej władzy, która tak łatwo odrzuca poświęcenie społeczeństwa sprzed kilku lat i jego wierną służbę, by wprowadzić zmiany społeczne w Polsce – to, co wpojono mu w czasie zajęć ideologicznych w ZMP ciągle okazuje się żywe. Wobec nowej władzy odczuwa wstyd, nie czyta „Po prostu”.

     

    Regina, Adela, Jan i Marian wychodzą z dołów społecznych, biedy i analfabetyzmu, za swój awans społeczny muszą zapłacić wysoką cenę – całkowitego zideologizowania i podporządkowania systemowi politycznemu. Nesterowicz zdaje się jednak mówić, że to nie oni są temu winni, a system, który ich wykorzystał. Zatem Każdy został człowiekiem to taka opowieść, w ramach której uniewinniane są masy, oskarża się zaś elitę sprawującą władzę: czyli najprostszy model konceptualizacji przeszłości. Obraz ten okazuje się dla dzisiejszego polskiego czytelnika bardzo korzystny, bo przypomina o chłopskich korzeniach polskiego powojennego społeczeństwa, o doświadczeniu politycznym naszych dziadków, a jednocześnie, obszernie charakteryzując kontekst epoki, rozgrzesza ich z zaangażowania w system, wybiela i uniewinnia. Nesterowicz poprawia swemu czytelnikowi nastrój, pokazując, że spora część polskiego społeczeństwa w okresie powojennym nie miała żadnych środków intelektualnych, by oprzeć się manipulacjom komunistów, tej wrogiej, podstępnej elity. Cenny jest jego gest przypomnienia przeszłości, wydobycia z mroków niepamięci i pogardy zapomnianego wysiłku całego pokolenia. Sądzę, że zaakceptować tę jego strategię można wyłącznie „do połowy”, bo jej druga część, czyli uniewinnienie, wiąże się tutaj z przekonaniem, że to nie „masy”, „kasza” odpowiedzialne były za system, a właśnie elita, a więc także z porzuceniem odpowiedzialności. Czy taka świadomość nie jest dla nas zbyt wygodna? Czy gest uniewinnienia nie zostaje posunięty za daleko? Okazuje się wszak, że takie rozłożenie akcentów pozwala zaakceptować nieświadomość polityczną, uznać bierność i brak zainteresowania sytuacją społeczną za wartościowe cechy. Autor, próbując przypominać i apelować do naszych emocji i skupiając się na budowaniu poczucia identyfikacji dzisiejszego czytelnika z pokoleniem jego dziadków, nie zabiera głosu w sprawie mechanizmów narzucania kontroli i sprawowania władzy. Ten rysunek wydaje się za prosty.

     

    Źródła:

    1. Chmielewska, Współczesny dyskurs historyczny o polskim komunizmie w perspektywie narratologii, „Teksty Drugie” 2013, nr 3.
    2. Kochanowicz, ZMP w terenie. Stalinowska próba modernizacji opornej rzeczywistości, Warszawa 2000.
    3. Kosiński, Oficjalne i prywatne życie młodzieży w czasach PRL, Warszawa 2006.
    4. Nesterowicz, Każdy został człowiekiem, Wołowiec 2016.
    5. Świda-Ziemba, Młodzież PRL. Portrety pokoleń w kontekście historii, Kraków 2010.
    6. Ważyk, Poemat dla dorosłych i inne wiersze, Warszawa 1956.

     

    Powyższy tekst to fragment książki o reportażach historycznych poświęconych PRL-owi, która powstaje dzięki Stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego Młoda Polska.

     

    Tekst został opublikowany pierwotnie w „Kontencie” 2017/1

  • Przecież wcale tak nie musiało być

    Przecież wcale tak nie musiało być

    Patrycja Bukalska, Krwawa Luna

    Wielka Litera 2016
    Z reguły bardzo lubię takie biografie – o postaciach zapomnianych dzisiaj, niejednoznacznych, wyciąganych z cienia, z kurzu historii. Patrycja Bukalska wzięła na warsztat losy Julii Brystygierowej, krwawej Luny, jedynej kobiety odpowiedzialnej w Polsce za stalinowski terror. Ostatnio na podobny temat pisał Piotr Lipiński, który wznowił swoją starą książkę o procesie stalinowskich oprawców Bicia nie trzeba było ich uczyć. Pisałam o niej tutaj, sama opowieść była potwornie rozczarowująca, nie dawała żadnych właściwie odpowiedzi, prześlizgiwała się po powierzchni zjawisk, obracała na poziomie klisz. Tak samo dzieje się u Bukalskiej. Co jest z tymi polskimi autorami, że nie potrafią napisać porządnej historii o ludziach, których życiorysy niosą w sobie olbrzymi ładunek moralny i dramatyczny? To jest jakaś ironia losu, że najtrudniej opowiada się o ludziach posiadających literacko-filmowe biografie. To jest też jakiś straszny chichot historii, że nie potrafimy w rzetelnych i ciekawych dla odbiorcy tekstach przedstawić postaci, które wpłynęły na kształt polityki, a które – przede wszystkim – miały na rękach krew.
     
    O Brystygierowej wiedzą właściwie tylko ci, którzy w jakikolwiek sposób interesują się historią, albo czują silną potrzebę rozliczenia przeszłości, wyciągnięcia z szaf wszystkich trupów. Urodzona na początku XX wieku w żydowskiej rodzinie, zrobiła doktorat z filozofii. Wyszła za mąż młodo, urodziła dziecko, zostawiała męża, syn mieszkał z ojcem, a potem z dziadkami. Trzy razy przed 1939 rokiem siedziała w więzieniu oskarżona o działalność komunistyczną. Ostatni wyrok, ten z 1937 roku – paradoksalnie – ocalił ją od stalinowskiej czystki. W 1943 roku została wezwana przez Wandę Wasilewską do Moskwy i zaproszona do Związku Patriotów Polskich. W czasie wojny starała się nieść pomoc komunistom – organizowała kartki na chleb, dawała papiery i pracę. Rzuciła to i wyjechała do Moskwy, gdzie zajęła bardzo wysoką pozycję w nowych strukturach władzy. Po powrocie do Polski zajęła stanowisko kierownicze w Departamencie V, operacyjnym, zajmującym się rozpracowywaniem opozycji politycznej, Kościoła i środowisk artystycznych. Zrezygnowała z tej pracy w 1956 roku, odeszła na emeryturę. Po jakimś czasie ona sama stała się obiektem zainteresowania Służby Bezpieczeństwa, podsłuchiwano ją i śledzono. Gdyby taka ilość zdarzeń była za mała na jedną biografię, Brystygierowa  pod koniec życia zbliżyła się do katolicyzmu, miała kontakty z zakonnicami w Laskach.
     
    Tyle suche streszczenie, teraz zobaczmy, co pisze o niej Bukalska, bo udaje jej się rzecz praktycznie niemożliwa – z krwistej (i krwawej) postaci, pełnej życia, inteligencji, silnych i mrocznych emocji czyni papierową, nudną bohaterkę. Dlaczego? Istnieją ku temu chyba dwa powody: po pierwsze o mało materiałów pozostało o Brystygierowej, brakuje też świadków. Nie istnieje ona poza protokołami spotkań, rozkazami, poza całą nudną papierową, banalną  pisaniną administracyjną, stanowiącą też jednak zapis działania zbrodniczego, opresyjnego systemu. Bukalska nie wie zatem, dlaczego Brystygierowa wychodzi za mąż, dlaczego szybko porzuca męża, dlaczego nie angażuje się w wychowanie syna. Tym bardziej nie wie też, dlaczego jej bohaterka akceptuje tortury stosowane przy ulicy Koszykowej. Nie wie tego, a sugerowane przez nią odpowiedzi mają charakter hipotez socjologicznych (odeszła od męża, bo on chciał pewnie kobiety domowej, a ona studiowała, zrobiła doktorat, chciała czegoś więcej), bo nie udaje jej się dostać do tej postaci, otworzyć jej dla siebie, tym bardziej zatem nie potrafi jej podać czytelnikowi. Ale jeśli faktycznie materiału biograficznego nie było (a nie było, bo ta z kamienia wyciśnięta książka ma 200 stron), to po prostu należało pracę nad nią zarzucić. Tymczasem Bukalska skorzystała ze swoich kwerend, z materiałów po Teresie Torańskiej, która także interesowała się Brystygierową i zamierzała o niej pisać, lecz nie zdążyła.
     
    Po drugie: Bukalska zadaje nudne, przewidywalne pytania, ujmuje los Brystygierowej w ramach jakiejś idiotycznej kliszy, której ta biografia się po prostu nie poddaje. Otóż krwawa Luna najpierw jest wrażliwą panienką, uczuloną na nędzę społeczną i losy otoczenia. Bukalska na potęgę cytuje jej wczesne utwory, popełnia zatem klasyczny błąd biografa, utożsamiając postaci z tekstów literackich z ich autorem. Każdy badacz, także biograf, musi mieć zdolność pociągnięcia samego siebie za uszy do góry, wyjścia poza to, co narzuca materiał. Tymczasem, jak pokazuje streszczona przeze mnie wyżej biografia Brystygierowej, jej los ułożył się w wyraźne pasmo: od wrażliwości społecznej i oddania sprawie poprzez akceptację przemocy i jej stosowanie na olbrzymią skalę, aż do nagłego złagodzenia pod koniec życia. I tym tropem podąża autorka Krwawej Luny, posłuszna jednej drodze. 
     
    Katalog pytań banalnych: kim była, zanim zaczęła pracę w MBP, kim była potem, czy żałowała, kiedy w jej życiu nastąpił zwrot, co zdeterminowało jej życie? nie znajduje odpowiedzi w materiałach, do których dotarła autorka. Pewność płynąca z jej własnych odpowiedzi ma swą kategorycznością nadrobić wcześniejsze wątpliwości: „weszła na drogę, z której nie potrafiła zawrócić”, „Julia jest dogmatyczna i ślepo przekonana o wiodącej roli partii”, „Julia w pełni wspiera plany Moskwy”. Głównym źródłem wiedzy stają się tu dla niej pamiętniki Władysława Gomułki i portret komunistów, jaki w nich konstruuje. Bukalska robi więc tu delikatny, ale mało subtelny skrót: Brystygierowa jest dokładnie jak oni, jak ta zbiorowość, której portret kreśli Gomułka (a umówmy się, że nie było bezstronnym świadkiem wydarzeń).
     
    Ten poziom banalnych pytań i banalnych odpowiedzi uzupełniony zostaje o banalną narrację z banalnymi frazesami: 
    śmierć rodziców – jak kwiaty z Jagielnicy – zaległa pod jej skórą – pisze autorka.
     
    Szkoda, że Torańska nie zdążyła napisać swojej książki. Szkoda, że Bukalska napisała swoją. 

     

  • Wojna domowa

    Anna Kłys, Brudne serca. Jak zafałszowaliśmy historię chłopców z lasu i ubeków
    Wielka Litera 2014
    Nie znoszę pisać w tekstach o osobistych odczuciach, zwierzać się z krytycznych dylematów, ale właśnie taką strategię wymusza na mnie książka Anny Kłys. Nie wiem, co o niej sądzić – tzn. wiem, że mi się nie podoba, że jest nieznośna w swej histerii, w rozedrganiu emocjonalnym, patosie. Że nie ma w niej spójnej refleksji, a cały materiał rozlewa się i rozpada. Ale jednocześnie uważam, że ta książka ma w sobie miejsca genialne, że trzeba ją przeczytać choćby po to, żeby się z taką opowieścią zupełnie nie zgodzić.

    Przede wszystkim – to nie jest książka historyczna: wątek konfliktu politycznego z lat 1945-1949, krwawej walki między AK a UB stanowi tu jedynie wąski fragment. Kłys opowiada historię wojny domowej z końca lat 40. na podstawie losów dwóch tylko postaci: Stanisława Cichoszewskiego (akowca) i Jana Młynarka (egzekutora z UB). Spotykają się ze sobą tylko raz: gdy jeden z nich wykonuje na drugim egzekucję. Ale Kłys pokazuje, że ich wybór dróg życiowych był w gruncie rzeczy przypadkowy, że żaden z nich, przyłączając się do swojej organizacji, nie miał żadnej świadomości politycznej, obaj za to byli młodzi, biedni i chcieli sobie zagwarantować jakąś przyszłość.

    Kłys pisze tutaj zupełnie na przekór tradycyjnym narracjom historycznym: odrzuca perspektywę makrohistorii i historii politycznej, nie interesuje jej ani konferencja w Jałcie, ani proces szesnastu. Skupia się za to na skali mikro, cytuje fragmenty dzienników, najczęściej kupowanych gazet, repertuar kin z 1946 roku, podaje ceny mięsa i  chleba i zderza je z wynagrodzeniem, jakie otrzymywał za godzinę przeciętny pracownik. W swoim śledztwie jest drobiazgowa, konkretna, potrafi dotrzeć do bardzo szczegółowych informacji, udaje jej się precyzyjnie pokazać pewien horyzont myślowy tamtej epoki. Kłys, przeciwnie też do historyków z lat 90., schodzi na poziom chłopo-robotników, koncentruje się na losie mas, na ich światopoglądzie, próbuje zrekonstruować ich lęki, obawy, system wartości. To nie jest historia o przywódcach AK i szefach UB, to jest opowieść o ostatnich w szeregu. Cichoszewski, choć otrzymuje karę śmierci za działalność w lesie, do oddziału AK należał ledwie 24 godziny. Młynarczyk-kat pięć razy prosi o zwolnienie ze służby w UB, nigdy nie otrzymuje awansu.

    Autorka, odchodząc daleko od narracji obiektywizującej i chłodnej, popada w jej przeciwieństwo, uderza w nieznośne wysokie tony, dramatyzuje, wyklina i  przeklina. Jej relacja o egzekucji Cichoszewskiego kończy się odautorskim wtrętem:

    I nawet gdybym weszła teraz na najwyższy dach i krzyczała, aż do popękania naczyń krwionośnych: „TO NIE MA SENSU! Ten pieprzony kraj ma dopiero rok! Do czerwca 1989 roku muszą minąć jeszcze czterdzieści trzy lata! Nie macie szans. I jeden i drugi przegra, przewali, przepierdoli swoje życie. Więc dajcie spokój i idźcie na wódkę, na tańce, na grzyby – tylko nie róbcie sobie krzywdy!”, nikt by mnie nie usłyszał, a jeśli nawet nikt by mi nie uwierzył.
    Rozumiem, że obiektywny ton Friszkego czy Paczkowskiego męczy, że można nie wierzyć w ich wyobrażenie zdarzeń Kłys zmęczona jest narracjami o historii, ona chce mówić o człowieku, który w historię zostaje wrzucony i nie ma żadnych narzędzi, by zrozumieć otaczającą go rzeczywistość. Taka maniera – wywalanie na wierzch własnych emocji – nawet nie tyle mnie nie przekonuje, co wręcz odrzuca,. Kłys chce pokazać los tych chłopaków z lat 40. w całej ich nagości, beznadziei, dramatyzmie. Osiąga jednak efekt odwrotny od zamierzonego, bo w końcu ile można słuchać zawodzenia płaczki egipskiej? Uderzanie w same li tylko emocje budzi patos, a ten buduje ścianę między bohaterem a czytelnikiem. Nie słyszę głosu Cichoszewskiego, który autorka mi podsuwa, bo ona sama zagłusza go swoim lamentem.

    Wątek Cichoszewskiego i Młynarka stanowi tylko jeden z elementów wielkiej moralizatorskiej opowieści. Bo Kłys moralizuje, chce opowiadać o dobru i złu, nie tylko o AK i UB, ale też o wypędzeniu Niemców, o przesiedlaniu Polaków z Kresów na Ziemie Odzyskane, o powojennej nienawiści do volksdeutschów, chęci zemsty na „niemcach”, fali gwałtów i kradzieży, jaka przetoczyła się przez Polskę wraz z przemarszem Armii Czerwonej, później płynnie wchodzi w lata 60. i 70. Brudne serca to zatem reportaż totalny, choć właściwie nie rozumiem, dlaczego autorka nie ucięła w pewnym miejscu swej opowieści. ła jednak własnego toku skojarzeniowego. 

    Sprawdzając w wyszukiwarce kolejne nazwiska swoich bohaterów, Kłys odkrywa, że jej ojciec był przez wiele lat pracownikiem UB. Nie żadnym tajnym współpracownikiem i donosicielem, ale przykładnym urzędnikiem resortu, który codziennie rozpracowywał przeciwników systemu. I o ile do tej pory poruszaliśmy się na wysokich tonach, to w drugiej części szał retoryczny ogarniający autorkę nie ma już granic. Rozumiem też, że tej książki nie dało się inaczej napisać, że odkrycie udziału własnego ojca w utrwalaniu systemu komunistycznego to dla Kłys prawdziwy, głęboki dramat. Jednakże namotanie tych wszystkich wątków, dodawanie kolejnych bohaterów, kolejne dygresje sprawiają, że czytelnik powoli obojętnieje na to stężenie dramatyzmu.  

    I taki właśnie mam kłopot z Kłys, zgadzam się z nią ideologicznie, szalenie współczuję jej prywatnego odkrycia, wyparcia się przez najbliższych za to, że próbowała poznać motywacje ojca. Fascynuje mnie jej opowieść o Cichoszewskim i Młynarku jako pewnych symbolach, ale jednocześnie kompletnie mnie nie wzrusza jej histeryczny płacz nad historią Polski.

  • Stępione ostrze – Brandys, Iwaszkiewicz, PRL i Ukraina

    Bunt wobec PRL-u realizował się na różnych płaszczyznach, wiązał się zaś nie tylko ze sztuką, ale także z uwarunkowaniami społecznymi, przybierał na sile lub słabł w zależności od wydarzeń politycznych. Kulturze, którą partia postrzegała jako podstawowe narzędzie umacniania władzy i ważny element frontu ideologicznego, narzucano obowiązek kształtowania świadomości społecznej obywateli. Automatycznie więc stawała się ona naturalnym miejscem sporu: zarówno bowiem komuniści, jak i szeroko pojmowana opozycja próbowali za jej pomocą forsować swoją wizję świata.

    W latach 70. i 80. zaczęły się wykształcać lokalne legendy o tych, którzy przed władzą się nie ugięli, umocniła je zaś i ujednoznaczniła III Rzeczpospolita. Proces takiego upraszczania historii oporu wobec PZPR przebiegał nie tylko w historiografii, ale też w opracowaniach historycznoliterackich, których autorzy przedstawiali swoich bohaterów jako bojowników o wolność słowa, szybko też w publicznym, ubogim w oceny dyskursie zaczęto dzielić autorów na służalców i buntowników, łatwo też ferowano surowe wyroki. Dopiero właściwie lustracyjna gorączka, jaka przetoczyła się przez historię literatury za sprawą paru książek i kilku badaczy sprawiły, że zaczęto ponownie pisać o postawach pisarzy, kontekście społecznymi historycznym ich dzieł.
    Badacze spoglądający na dzieje literatury w czasie komunizmu dzisiaj – z perspektywy 25 lat wolności, dochodzą do błędnego wniosku, że czas uwypuklił pewne problemy, oczyścił historię. Tymczasem stało się dokładnie odwrotnie – niektóre sprawy odeszły w zapomnienie, zaciemniając nasz obraz przeszłości, zapomnienie zaś stało się kluczem do upraszczania.  
    By pokazać, że bunt wobec PRL-u miał w literaturze miejsce, ale jednocześnie był pewnego rodzaju buntem kalekim, niesatysfakcjonującym dla czytelników, sięgnę po zaledwie jeden tekst – ZarudzieJarosława Iwaszkiewicza. Zarudzieukazało się w 1976 roku, w tomie z dwoma opowiadaniami historycznymi: Nocą czerwcową i Heydenreichem. Dziś Zarudzieto tekst uznany nie tylko za genialny artystycznie, ale również za „słuszny” ideowo – wskazujący na cierpienie Polaków i Ukraińców z rąk rosyjskich, służący więc zbliżeniu dwóch narodów. Zupełnie inna była jednak recepcja tej powieści w latach 70., tuż po jej opublikowaniu. W swoim dzienniku Marian Brandys pisał (przytaczam cały wpis):
    9 lutego 1977. Przyszli Jurek i Ryś Peryt, była Halina, rozmawialiśmy. Najpierw o „Zarudziu” Iwaszkiewicza. Ja się tym zachwycam jako pisarz historyczny, Jurek także, mimo że Iwaszkiewicza na ogół nie wielbi. Natomiast Halina, którą Iwaszkiewicz zawsze darzy szczególnymi względami, jest bardzo przeciw. Mówi, że propozycje, jakie autor „Zarudzia” (to znaczy trzech opowiadań w tej książce zawartych) przedstawia dzisiejszemu czytelników, są obrzydliwe; zestawia Iwaszkiewicza z Bryllem. Pewne podobieństwo rzeczywiście istnieje, bo obaj usiłują przeprowadzić obronę swego oportunizmu życiowego i politycznego. Celem ich jest udowodnienie czytelnikowi tego, co tak trafnie i lapidarnie wyraził redaktor Michał Misiorny, usprawiedliwiając się po pijanemu przed Jonaszem Koftą ze swego obrzydliwego artykułu przeciwko KOR-owi: „Uważasz mnie za świnię, ale to jest znacznie bardziej skomplikowane niż myślisz”. Różnica między Iwachą a Bryllem (i jego nędzniejszymi jeszcze konfratrami w rodzaju Misiornego) polega na tym, że Bryll, tłumacząc się przed czytelnikiem ze swego postępowania, stara się mu dowieść, że cały świat, w którym żyjemy, jest jedną wielką gnojówką, w której wszyscy musimy utonąć; a Iwaszkiewicz broni swego oportunizmu przez ukazania z najwyższym mistrzostwem i znawstwem skomplikowanych uwarunkowań ludzkich na dawnych, wielonarodowych kresach polskich (M. Brandys, Dziennik 1976-1977, Warszawa 1996, str. 121)
    Iwaszkiewicz projektował Zarudzie jako powieść z historii polskich postaw buntowniczych, za pomocą mesjanistycznej wzniosłości zderzonej z ironią historii chciał pokazać ciągle aktualny mit powstania. W czytelniczej interpretacji jego tekst był widziany jednak jako bunt o stępionym ostrzu, forma poroniona, niepełna i nieudana. Dlaczego więc ten sam tekst postrzegany jest równocześnie jako dowód obrzydliwego oportunizmu i powieść czcząca romantyczny gest? Wydaje się, że przyczyną owych skrajnych ocen jest właśnie programowa niejednoznaczność, którą Iwaszkiewicz wpisał w swoją powieść, niejednoznaczność, na której w ogóle opiera się jej idea.
    Wydarzenia przedstawione w Zarudziu rozgrywają się w połowie XIX wieku na Ukrainie, autor zaciera jednak konkretną lokalizację i konkretny czas akcji. Pokazuje tu marazm prowincjonalnego życia, pod powierzchnią którego nieustannie wracają echa jakiś wydarzeń historycznych, gdzie bohaterowie przystosowując się do życia obok zaborcy, jednocześnie cały czas deklarują opór wobec niego. Józio Dunin to szlachetka jakich wielu – zainteresowany głównie swoim otoczeniem, wspominający samobójczą śmierć ojca, romansujący grzecznie z panną z sąsiedztwa i niegrzecznie z panną służącą. Dlatego też zaskakująca jest jego decyzja, by udać się do chłopów ze złotą hramotą, a także nagłe uduchowienie, ujawniające się w przekonaniu, że tekst pisma obroni ich przed siekierami, poczucie misji tak mocne, że objawiające się gotowością na śmierć. Ten romantyczny klimat Zarudzia zapożyczony częściowo z Ballad i romansów, a częściowo z dumek ukraińskich, dla pierwszych czytelników był oczywistą aluzją do współczesności. Z zawartych w powieści odwołań historycznych skupiano się tylko na tym dotyczącym powstania styczniowego, które w całej literaturze po 1945 roku spełniało funkcję alegorii i wiązało się zawsze z pytaniem o sens oporu wobec rosyjskiej dominacji. Wydawało się więc oczywiste, że ten narracyjny chwyt wykorzystał też Iwaszkiewicz. Sądzono też, że ocena romantyzmu, jaką formułuje tu autor, jest negatywna: Józio Dunin to przecież żywe zaprzeczenie postaci z epoki, skupiony na kwestiach przyziemnych, niezbyt zainteresowany światem, plączący się bez celu po lesie, wydawał się karykaturą bohatera romantycznego. Jego transformacja wydawała się nieprawdopodobna, zbyt niespodziewana. Główną przyczyną krytyki był jednak fakt, że gotowość Józia do nawracania i polonizowania chłopów ukraińskich wydawała się tak nierealna, że aż śmieszna. Sądzono więc, że Iwaszkiewicz, krytykując Józia-idealistę romantycznego, zgadza się z realistami politycznymi. Opozycja ta nie była właściwa jedynie dla XIX wieku, pojawiała się i to bardzo często w latach 70., gdy, jak pisze Brandys: reprezentanci władzy przedstawiają się jako „rzecznicy rozumnego patriotyzmu” i „Teraz każda świnia deklaruje się jako rzecznik pracy organicznej”. Hasła historyczne cyrkulowały więc w PRL-u na określenie zwolenników i przeciwników władzy: komuniści przedstawiali się jako spadkobiercy tradycji pozytywistycznej, uznawali istnienie „nowej umowy społecznej” z PZPR za zjawisko naturalne i niezmienne. Ci zaś, którzy tę zasadę próbowali dyskontować, otrzymywali opinię romantyków i niebezpiecznych szaleńców, gotowych doprowadzić do utraty połowicznej wolności w walce o nieosiągalny ideał.
    Anulowanie wielu sensów „Zarudzia”, uznanie Iwaszkiewicza za niebezpiecznego oportunistę, który dla swojego zepsucia stara się dobudować pozytywną ideologię, wynikało z czytelniczego przyzwyczajenia do analizowania każdego tekstu według klucza politycznego. W przypadku Zarudziaujawniała się prosta interpretacja: powstanie styczniowe to alegoria KOR-u, Józio – KOR-owcy i inni opozycjoniści, Polak carski oficer Krzyżanowskij – członkowie PZPR itd., choć Iwaszkiewicz napisał to opowiadanie zanim KOR jeszcze powstał, a opublikował go w 1976, w czasie gdy po raz pierwszy pojawiła się możliwość zademonstrowania oporu wobec władzy w sposób jednoznaczny, wyrazisty i zinstytucjonalizowany. Przystosowanie przestawało być więc jedyną postawą społeczną – pojawiała się jej alternatywa – opór, ale taki, który w swych formach nie opierał się działalności zbrojnej, która w historii Polski była dotychczas jedyną praktyką. Oczywiście KOR-owcy uważali się za kontynuatorów tradycji insurekcyjnej, choć realizowali swoje cele w zupełnie inny sposób. Postrzeganie siebie jako spadkobierców insurgentów i bojowników o wyzwolenie stało się właśnie przyczyną, dla której Brandys tak mocno krytykował Iwaszkiewicza: żonaty był z Haliną Mikołajską, aktorką, której nazwisko znalazło się na liście założycieli KOR-u, a cała rodzina musiała słono zapłacić za zaangażowanie polityczne – jak bardzo bezpieka utrudniała życie Brandysowi najlepiej widać właśnie w Dzienniku – tym samym, którego ofiarą padł Iwaszkiewicz. Brandys uznał powieść Iwaszkiewicza za groźną, bo zbyt skomplikowaną, niejednoznaczną, wymykającą się ocenom. Tymczasem sam postrzegał sytuację w Polsce jako rodzaj toczącej się podskórnie domowej wojny ideologicznej, która domagała się jasnego formułowania postaw.  Powieść Iwaszkiewicza, która w zamiarze autora miała studzić umysły, pokazywać bogactwo świata, bliskość sojuszników i wrogów, podgrzała tylko atmosferę. Choć czytelna – bo przecież Brandys zrozumiał Zarudzie – okazała się za trudna, trafiła na zły moment. Faktycznie, patrząc z perspektywy Brandysa i PZPR (tutaj paradoksalnie jest to ta sama perspektywa – pragnienie doraźnej użyteczności tekstu), Zarudzie nie jest buntem przeciwko władzy. Jego sens bowiem nie zawiera się i nie wyczerpuje w – jak ujął to Brandys – „skomplikowanych uwarunkowaniach ludzkich na dawnych, wielonarodowych kresach polskich”. Bunt wobec władzy, podważenie jej filozoficznych i ideologicznych fundamentów czytelne jest na poziomie rozumienia historii, ten zaś ukryty był dość głęboko.
    Bunt Iwaszkiewicza wobec PRL-u realizuje się poprzez przeciwstawienie okrucieństwa historii obojętnej na los jednostki marksistowskim tezom o opanowaniu historii. Iwaszkiewicz buduje więc konflikt z władzą nie na poziomie społecznym czy politycznym, lecz na poziomie historiozoficznym, dając wykładnię dziejów sprzeczną z lansowanym obrazem historii optymistycznej, zmierzającej ku postępowi dzięki pracy robotników i chłopów. Historia w powieści Iwaszkiewicza to historia nowoczesna: igrzysko przypadku, szaleństwo, krzywda, zniszczenie.
    W Zarudziu problem poświęcenia i bohaterstwa nie dotyczy zbiorowości, lecz jednostki, ma wymiar egzystencjalistyczny, tym samym więc daleko odchodzi autor od obowiązującego w kulturze komunistycznego, totalizującego spojrzenia na klasy społeczne. Józio Dunin to indywiduum walczące o nadanie sensu własnej egzystencji, poszukujące osobistego zbawienia. Nie hrabia w konflikcie z chłopem Fiłaretem, nie Polak wywyższający się wobec Ukraińców, nie buntownik przeciwstawiony Rosjanom, nie romantyk niezrozumiany przez przyziemne otoczenie – wszystkie te pary opozycji istnieją w tekście i go organizują, ale są wtórne wobec konfliktu: człowiek – historia. Sposób widzenia zaś człowieka i jego obowiązków wobec świata jest u Iwaszkiewicza zupełnie inny niż w paradygmacie kultury socjalistycznej. Zarudzie pokazuje, że człowiek ma obowiązek przede wszystkim względem siebie, że w świecie jest samotny, stoi wobec tajemnicy bytu i być może poznanie tej zagadki będzie kosztowało go życie.

  • Rododendrony

    Zyta Oryszyn, Ocalenie Atlantydy

    Świat Książki 2012
    Jak wydostać się ze schronu po wojnie? Jak ukryć się przed czujnym klasowo spojrzeniem służb? Jak zacząć życie od nowa w zupełnie nowym miejscu, gdy nie ma się niczego? Na te wszystkie pytania odpowiada Ocalenie Atlantydy, chociaż nie ma się co oszukiwać – pokazywanej tu rzeczywistości daleko do ocalenia.

    Oryszyn mnoży postacie, montuje cały świat – na Ziemiach Odzyskanych w 1946 roku buduje się od nowa wspólnota polska, która zajmuje poniemieckie mienie. Przenosi ona jednak ze Wschodu cały zestaw kompleksów i konfliktów (Łemkowie to Ukraińcy i upowcy, Kwieciński to Żyd, bo wiadomo, jakie to nazwisko, połowa warszawiaków to agenci nowej władzy, a wszędzie czuć rękę niemieckich rewanżystów). Wszyscy bohaterowie powieści wychodzą z wojny poharatani, osieroceni i straumatyzowani, nie są jednak niewinnymi, cierpiącymi ofiarami, bo nawzajem zatruwają sobie życie. Nie ma tu też szans na spokój, szybko zapada żelazna kurtyna, urzędnicy Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, ustrojeni w czarne skórzane kurtki, zaczynają siać postrach. Znikają kolejni obywatele, nikt nie wie, gdzie ich szukać, nikt nie chce o nich mówić. Po 1956 nic się nie zmienia – dzieci dorastają w sierocińcach, głodują, walczą między sobą o resztki z kosza. Ubecja dalej śledzi i prześladuje:

    A potem zaczęli mówić o lokalach ubeków, że niby pustostany, ale wcale pustostanami nie są. Bo jak trzeba kogoś nagrać, dobrze przysposobić, ugłaskać, że by niby kumple, chodź, napij się stary, ale mam naleweczkę palce lizać, nie będziemy czyściochą truć, a choćby i czyściochą, ale za to ze śledzikiem z cebulką jak ta lala, to się go prowadzi do takiego umeblowanego, nawet z lodówką i garami lokalu.

    Daleko tej rzeczywistości do patosu, bo o wojnie, stalinizmie i PRL-u Oryszyn potrafi pisać bez patosu. Wybiera perspektywę żabią – przedstawia świat z punktu widzenia ludu, często medium mówiącym staje się dziecko. Te dwa chwyty sprawiają, że to wszystko, co w powieściach Janusza Krasińskiego pokazane jest jako oczywiste i jednoznacznie złe, tutaj pojawia się jako sugestia, wspomnienie. Oryszyn nie nazywa, ona opisuje i każe nam samym domyślić się, o co chodzi. Często wykorzystuje mechanizmy dziecięcej wyobraźni:

    Wcale nie było jasne, czy Żelazna Kurtyna sięga do nieba, czy tylko do pierwszych byle jakich chmur.  Mietek Szczęsny twierdził, że tylko do pierwszych chmur. Bo jeżeli sięgałaby aż do nieba, to musiałaby w niej być jakieś śluzy czy co, żeby samoloty mogły latać.

    Ocalenie Atlantydy to powieść rzeka, utwór o epickim rozmachu, pozbawiony jednak stricte powieściowej spójności – składa się z kilku opowiadań-rozdziałów, w których poznajemy kolejne postacie, a fabuła obejmuje coraz szersze przestrzenie. Nie będę tutaj specjalnie oryginalna (bo zgadzam się z Dariuszem Nowackim), gdy napiszę, że najlepszy wątek dotyczy rodziny Brylaków. Oryszyny idzie tu bowiem pod prąd tradycyjnego przedstawienia: PRL, którego system pozwalał na osiągnięcie awansu społecznego nizin, tutaj jest przedstawiony jako ustrój, który wymusza degradację: ojciec rodziny, Jan w czasie wojny był dowódcą oddziału AK i nie ujawnił się w 1945 roku, w Waldburgu/Leśnym Brzegu ukrywa się na chłopskich papierach. Jego syn Emil, nosi teraz imię Wacio, teściowa – wykształcona, pochodząca z ziemiaństwa, zostaje Brylak Antośką, która nie ma prawa mówić rododendrony, a jedynie krzaczyska:

    Mama nie zna żadnego francuskiego (…). Mama powinna mówić na przykład tak: idź se Waciu polatać po polu. Albo chodźże Waciu, żwawiej, bo wieje przeciąg. Albo patrzy mama na rododendrony przez okno, ale nam nie wolno wiedzieć, że to rododendrony, nam wolno wiedzieć tyle, że to są takie dziwne krzaki, więc mam mówi, dyć ale śmieszne krzaki, polataj se po polu, Wacek, kole tych dziwnych krzaczysków.   

    Brylak walczy o przeżycie, ale dusi się w nowej formie, babka w niedziele przebiera się w swoje dawne stroje, mówi z wtrętami francuskimi i przedstawia się swoim pierwotnym imieniem. Chłopiec zaś, o czym ojciec nie wie, gardzi nim i jego strachem. Podziwia za to ubeków – za skórzane płaszcze, broń, samochody i wille. Chłopak wychowywany w schizofrenicznym świecie, wierzy w męską prymitywną siłę, imponują mu wyprostowane plecy, odwaga i bojownicza postawa ubeków:

    Swoich łez Wacio nie lubił, bo zawsze znaczyły jedno, że trzeba się bać i uciekać. A uciekać zawsze było przed czym. Ledwie się zapomniało o jednym śmierdzącym moczem i rybimi łuskami strachu, a tu już trzeba było się bać czego innego.

     Zyta Oryszyn po wielu latach po raz kolejny zabrała głos – nie ma co rozważać, czy to ponowny debiut, czy kontynuacja twórczości z lat 70. Ważne jest to, że powieść zdobywa kolejne nagrody, że mówi o PRL-u świetnym językiem, że sięga po takie obrazy i metafory, które przekonują mnie do tego świata, sprawiają, że chcę czytać dalej.

  • Socjalizm się wali, a tu jakiś morderca…

     
    Przemysław Semczuk, Czarna wołga. Kryminalna historia PRL
    Znak 2013
    Temat świetny, realizacja beznadziejna. Dawno nie czytała niczego, co tak bardzo by mnie irytowało słabością warsztatu reporterskiego, prymitywizmem języka i kompletnym brakiem plastycznych opisów.

    Semczuk złapał się za fantastyczny, interesujący temat. Czarna wołga poświęcona jest 12 sprawom kryminalnym, głośnym aferom, które miały miejsce w dobie PRL-u: Wampirowi ze Śląska, mitycznej czarnej wołdze, podkładaczom bomb w samolotach LOT-u, napadowi na bank pod Orłami, zabójstwu Jana Gerharda, kradzieży broni z posterunku we Frampolu. Przedstawia też fałszerstwa, przestępstwa dokonywane na statkach handlowych, gwałty, porwania dzieci, napady rabunkowe. PRL zyskuje zupełnie inną twarz, bo nie ma tu opozycji i władzy, budowania komunizmu i obalania go. Na tle spraw kryminalnych tworzy się za to obraz sfrustrowanego, podzielonego majątkowo społeczeństwa, pogrążonego w potężnym ciągu alkoholowym. Jak się jednak okazuje, doły społeczne, męty i prostytutki niewiele dzieli od samej góry – zamożnych polityków, poruszających się po mieście luksusowymi fiatami 125p. Milicja pije, pije ORMO i ZOMO. Ich wszystkich próbuje pilnować Służba Bezpieczeństwa, ale i ona ma słabe wyniki, nie werbuje tyle kontaktów operacyjnych, ile powinna. PRL to państwo rozkładu – politycznego i moralnego, świat bez perspektyw, w którym najgorsze zbrodnie popełnia się dla pieniędzy.  

    Ten obraz rozkładu trzeba sobie jednak skrupulatnie wyśledzić samemu – autor nie zajmuje się w ogóle PRL-em, nie zarysowuje tła, nie szuka smakowitego szczegółu, obrazków rodzajowych. Pisze dla tych, którzy tę epokę znają i pamiętają (a to przecież coraz mniejsza grupa).

    Mam też wrażenie, że całą energię Semuczka pochłonęło śledztwo, zbieranie materiałów i porządkowanie ich, przekopywanie się przez teczki w IPN-ie. Na samo pisanie nie zostało mu już ani grama zapału i widać to w tekście – autor podąża za swoimi notatkami, streszcza w pośpiechu kolejne sprawy, nie zatrzymuje się, by nam o tych przestępstwach opowiedzieć. Jeśli ktoś liczył na polskiego Jurgena Thorwalda – tutaj go nie znajdzie. Książka jest w gruncie rzeczy krótka, bo choć opisuje kilka spraw, to przecież na każdą z nich składało się morze materiału, gigantyczna ilość notatek, mnóstwo faktów. Czytelnik dostaje z nich wyciąg, bo narracja Semczuka to notatka z notatek – a więc prawdziwy koszmar. Jego sprawozdawczy styl zabija dramatyzm, nie pozwala na wejście w ten świat, na poznanie minionej rzeczywistości.

    Choć pośpiech i oschłość stylu niszczy przyjemność czytelniczą, to cięższy zarzut dotyczy lekceważenia historycznych aspektów tego świata. Nie ma tu charakterystyki milicji, nie dowiemy się niczego o pracy i organizacji służb mundurowych. Nie ma nawet rozdziału wprowadzającego, który w jakiś sposób sytuowałby milicję na tle innych służb mundurowych PRL-u. Semczuk pisze tak, jakby wszyscy wszystko o tej epoce i o tych służbach wiedzieli – a jest przecież dokładnie odwrotnie. Użycie pozbawionego emocji języka, dominującego w całym tekście, staje się tutaj szczególnie szkodliwe – autor tak samo bowiem charakteryzuje przebieg zbrodni, jak i przebieg śledztwa. Tym samym tonem opowiada o brutalnych przesłuchaniach, politycznych naciskach, inwigilacji, pozyskiwaniu kontaktów operacyjnych, kontroli korespondencji i zakładaniu podsłuchów. Z perspektywy Czarnej wołgi wszystkie chwyty stosowane przez milicję znajdowały uzasadnienie, służyły przecież zatrzymaniu gwałcicieli i rabusiów. Służba Bezpieczeństwa, którą wzywano do pomocy, gdy milicja nie radziła sobie ze śledztwem, jawi się tu jako siła opatrznościowa, grupa dysponująca lepszymi, bardziej doświadczonymi pracownikami. Wydaje się, że taki dyskurs i oceny wymagają jakiegoś komentarza!

    Słowem – należy unikać Czarnej wołgi, jeśli czytelnik nie chce ryzykować własnym samopoczuciem i przyjemnością z lektury.