Tag: powieść współczesna

  • Wybielacz zamiast antydepresantów

    Wybielacz zamiast antydepresantów

    valter hugo mãe, apokalipsa ludzi pracy

    przeł. Michał Lipszyc, Ossolineum 2022

    Sięgnęłam po Mãe na fali zwrotu ludowego i był to strzał w dziesiątkę. Mãe umiejscawia akcję swej powieści w Portugalii na początku XXI wieku, a jego głównymi postaciami są ludzie pracy: sprzątaczki, marynarz, budowlańcy. Tacy, którzy zarabiają za mało, żeby żyć, a za dużo, żeby umrzeć. W jednym z wywiadów autor mówił, że ludzi pracujących fizycznie nie widzimy, ignorujemy, że stanowią dla nas masę niewidoczną do tego stopnia, że nie zdajemy sobie sprawy z jej istnienia.

    Praca fizyczna sprawia, że Maria de Graça i Quitéria – kobiety 40-letnie, wydają się dużo starsze. Augusto, mąż Marii, myśli o niej jako o kamieniu: tępym, jałowym, bezkształtnym. Z Quitérią związuje się Andrij, emigrant zarobkowy z Ukrainy, dwa razy od niej młodszy, który przyjeżdża do Portugalii, by wyrwać się z rodziny, przede wszystkim od ogarniętego paranoją ojca. Ma zarobić, przesyłać pieniądze rodzicom, próbuje więc stać się maszyną, pracującym automatem o ograniczonych potrzebach.  Andrij jest na początku tej drogi, na której obie kobiety znajdują się już od dawna. Quitéria zabija pustkę ciężkiego życia i zmęczenie przygodnym seksem, Maria uprawia dziwny, ogołocony z magii rodzaj mistycymu, śniąc o śmierci. Augusto jest marynarzem, słabo zarabia, także dlatego, że większość pieniędzy przepuszcza w portach na kobiety, na utrzymanie domu pozostaje więc niewiele. Maria o tym wszystkim wie, nienawidzi męża i dolewa mu do zupy codziennie łyżkę wybielacza, bo wijący się w bólach Augusto jest bezbronny, nie zagraża jej, także fizycznie. Maria i Quitéria dorabiają jako płaczki na pogrzebach, nocami czuwają przy zwłokach przed pochówkiem. Przemęczone pracą fizyczną, sprzątaniem, pastowaniem podłóg i zmienianiem cudzej pościeli, zarywają jeszcze noce, nadzorując obce martwe ciała.

    Mãe montuje więc taki świat, który jest skrajnie realny i materialny, a jednocześnie przypomina rodzaj halucynacji – nie wiadomo, czy ze stężonego pragnienia wyjścia poza kierat, czy ze zmęczenia. Jego bohaterki nie spotykają się na kawie, nie chodzą do klubów, nie uprawiają joggingu. Gadają, wywieszając pranie na ogołoconym podwórku albo w kolejnych autobusach, dojeżdżając na następne nocne czuwania.

    Zaczęłam od tego, że Mãe zainteresował mnie na fali zwrotu ludowego – i tu otwiera się bardziej złożony problem, bo faktycznie „apokalipsa ludzi pracy” opowiada o osobach z nizin, zarabiających najmniej, wykluczonych z neoliberalnego społeczeństwa. Jednocześnie jednak autor w żaden sposób ich nie idealizuje, nie buduje żadnego mitu „szlachetnych ubogich”, ukrytych geniuszy, którym nie dano szansy na rozwój i edukację. Nie ma tu ludzi, których bieda wytrawia i czyni dobrymi, wrażliwymi na innych. Ofiary wykluczenia wykluczają za to doskonale innych i inne. Kobiety pilnują siebie nawzajem: przyglądają się sobie, czy są po równo zniszczone, przepracowane, bite, biedne, nieszczęśliwe. Jak mówi tytułowa bohaterka u świętego Piotra: „nie jest taka, żeby się od czegoś migała” i tego samego szuka w innych kobietach. Te, które dezerterują, próbują jakoś poprawić swój los – jak Gloria, siostra Quitérii, mogą liczyć tylko na uderzenie w twarz i wyrzucenie z domu nocą na bruk. Nie przepadamy zatem specjalnie za postaciami „apokalipsy…”, choć jednocześnie doskonale rozumiemy powody ich egoizmu i niechęci wobec świata.

    Oprócz mitu szlachetnych ubogich Mãe na warsztat jeszcze jeden fantazmat, nasz ulubiony, lewicowo-inteligencki: pracy u podstaw. Pan Ferreira, zamożny i świetnie wykształcony, poza tym, że wykorzystuje Marię de Graça seksualnie, jednocześnie stara się ją edukować. Pokazuje jej obrazy Goi, czyta jej fragmenty Prousta, puszcza Mozarta. Są to jednak sceny równie ohydne jak sceny przemocy seksualnej, traktuje ją bowiem z całą wyższością, jak dzikuskę, rozsmakowuje się w brzmieniu swojego własnego głosu. Trudno uczyć, pochylać się z misją edukacyjną nad kimś, kogo się jednocześnie przycina na forsie i gwałci. Pan Ferreira chce Marię podźwignąć, uszlachetnić, tylko że jednocześnie żeruje na jej niższym statusie i często ustawia w pozycji na kolanach. I żaden Proust tego nie wybroni. Tutaj następuje twist, bo po śmierci pana Ferreiry Maria zaczyna wyobrażać sobie, że miała z nim dziki romans. Zabieg ten, nie mający z #metoo absolutnie nic wspólnego, oddalony od całego ruchu #womenempowerement tak bardzo jak tylko się da, służy oddaleniu od siebie wstydu bycia ofiarą. Maria woli już być słomianą wdową, na którą poleciał dużo starszy i wysublimowany inteligent. Woli zakazany, namiętny związek ludzi z różnych sfer niż status jego dobrowolnej ofiary, wykorzystywanej właściwie tylko z powodu łatwego dostępu i bezkarności.

    Świetną prozę można poznać między innymi po tym, że trudno się o niej opowiada, że trzeba dużo czasu, by wyjaśnić, jakimi drogami podąża myśl autora, bo z reguły nie wystarcza katalog schematów, które rozbija. Tak właśnie jest w przypadku „apokalipsy ludzi pracy”, w której Mãe sięga po te dwa wskazane fantazmaty jakby mimochodem, podważając je trochę lewą ręką, od niechcenia. Bo zdecydowanie bardziej interesuje go opis życia i przebiegów myślowych jego postaci, ta ich apokalipsa dokonująca się każdego dnia, powolne życie bez żadnych perspektyw, w znoju i zmartwieniu bez końca.

     

    To książka, która idealnie zepsuje wam nastrój między świętami i sylwestrem. Ale jaki to jest kawał prozy, o matko!

  • Przepisywanie własnego życia

    Przepisywanie własnego życia

    Maria Karpińska, Ucichło, WAB 2022

    Z raportu Sierakowskiego i Sadury, opublikowanego w „Krytyce Politycznej” kilka tygodni temu wynika, że po pandemii Polacy dość powszechnie doceniają wagę zdrowia psychicznego, chcieliby mieć dostęp do lekarzy i psychologów, mają też świadomość, że koszty psychologiczne pandemii są do tej pory jeszcze niepoliczone. Powieść Karpińskiej, wydana jesienią, opiera się na monologu bohatera, który jakby znał te badania wcześniej, który – więcej nawet – jest uzależniony od terapii. Zmienia ciągle terapeutów, szybko opanowuje żargon i konwencję odbywania wizyt, ocenia swoich rozmówców, ćwiczy na nich różne swoje sztuczki. Do gabinetów trafia zaś dlatego, że nie może zasnąć. Przyczyna nie jest jednak somatyczna, a psychologiczna właśnie, jednak nawet świadomość, że boi się snu, w żaden sposób mu nie pomaga.

    Nie jest to jednak dla mnie powieść o terapii, ale o tym, że w ramach terapii montujemy sobie życie na nowo, że w ramach opowieści na kozetce stajemy się wszyscy autorami naszych żyć. Karpińska buduje medytacyjną, powolną, bardzo precyzyjną historię trójkąta siostry, brata i Janka – który żeni się z dziewczyną, a przez całe życie przyjaźni z jej bratem, głównym bohaterem. Janek umiera w kwiecie wieku, osierociwszy dwóch małych chłopców, nie wiedząc, że żona jest w trzeciej ciąży i po jego śmierci na świat przyjdzie córka.

    Przy tak oczyszczonej konstrukcji paradoksalnie dużo łatwiej pisać, czego „Ucichło” nie dotyczy. Chaos życiowy odzywa się tu bowiem tylko dalekim echem, pogłosem, wprowadzony jakby zza szyby, z dystansu przez głównego bohatera, szalenie introwertycznego, skupionego człowieka. Karpińska zastawia też na swoich czytelników sieć pułapek: konwencja terapii, spowiedzi na kozetce, podejmowane wiele razy próby uporządkowania życia sugerują bowiem, że oto dostajemy opowieść całkowicie szczerą, autentyczną, prawdziwą do ostatnich wylanych na terapii łez. Otóż właśnie nie. Karpińska gra bowiem na strunie, która mnie tutaj szczególnie interesuje, to znaczy właśnie na potrzebie kreowania, zbliżającej monologującego bohatera do pisarza, wytwarzającego historię, wyznaczającego jeden jej moment jako początek i szukającego takiej chwili, którą uzna za właściwe zakończenie.

    Fabuła „Ucichło” rozpoczyna się w chwili, gdy bohater trafia na terapię narracyjną, i większa część powieści to jego spowiedź. Karpińska odtwarza więc jego doznania, jego przemyślenia i lęki, a nie prawdę obiektywną o jego świecie. Główny bohater, frustrujący różne osoby ze swojego otoczenia właśnie poprzez permanentne skupienie na sobie, ocenia rzeczywistość przy pomocy swoich filtrów i hierarchii: uważa swoją siostrę na aktorkę, najczęściej nie może jej znieść, bo uważa, że ma ona w sobie grama prawdy, że ciągle się stylizuje i każdą sytuację, każdy dialog odbywa jako rodzaj wchodzenia na scenę. On zaś właśnie dlatego tak wysoko ceni sobie znajomość z Jankiem, bo zazdrości mu umiejętności zaangażowania się w całości w każdą chwilę, w każde doświadczenie i zdarzenie. On sam ciągle jest gdzieś obok, nie w całości, lekko wycofany, gotów do ucieczki i raczej niezdolny do działania, gdy czyjeś życie jest zagrożone.

    Tematem głównym „Ucichło” jest radzenie sobie z myślą o własnej śmiertelności – zapowiada ją już motto, zaczerpnięte z powieści „Śmierć pszczelarza” Larsa Gustafssona. Janek, podobnie jak bohater Gustafssona, domyśla się, że jest śmiertelnie chory, ale nie podejmuje żadnych badań, terapii, ukrywa prawdę przed rodziną, bo boi się tej prawdy, woli żyć jakimiś okruchami nadziei. O swoim stanie zdrowia informuje tylko przyjaciela, nie mówi nic żonie. Główny bohater, obarczony tą wiedzą, przygotowany w jakiś sposób na śmierć Janka, nie potrafi jej przyjąć, w ramach terapii stara się zbudować taką opowieść o świecie i przeszłości, w której Janek nie umrze. Karpińska wykorzystuje to więc jeden z najstarszych toposów literackich: opowiadanie jako przedłużanie życia. Niestety to tylko terapia, a nie baśnie Szeherezady i śmierć następuje bez zbędnych fabularnych opóźnień, nie ma żadnego odroczenia.

    To, co mnie najbardziej interesuje w tej powieści, to właśnie rodzaj gry z inteligenckimi i elitarnymi lękami i próbami ich rozbrojenia (terapia, powieść z kluczem i powieść w powieści, odraczanie badań, prowadzenie notatek z własnego stanu zdrowia, rating lekarzy i terapeutów) oraz nieustanne budowanie i burzenie analogii między terapią i literaturą. Karpińska nie daje się jednak wciągnąć w motywy z Woody’ego Allena (bless her!) – jej bohater nie jest autoironicznym intelektualistą z mocną neurozą, a jego opowieść nie stanowi wyrazu kompulsji, obserwowanie jego prób odwrócenia śmierci w żaden sposób nie jest zaś zabawne. Poza horyzontem głównego wątku rysuje się tu jeszcze seria dramatów, które do głównego bohatera docierają jakby zza szyby: siostra, tuląc się do niego po pogrzebie, sugeruje, że pewnie chciałby, by to ona zmarła, a nie Janek, jej trzecia „pogrobowa” ciąża, dzieci rozpaczające po śmierci ojca, dyżury rodziny, by zająć się chłopcami i zrekompensować im brak, lęki matki, czy chłopcy nie zaczną wstawiać wuja w rolę ojca. Nad tym zaś unosi się absolutnie ponadczasowy problem lęku przed śmiercią, medykalizacja procesu chorowania i umierania, zaskakująca wszystkich odmowa wejścia na te tory. Karpińska nie gra na jednej dramatycznej strunie, nie woła nigdzie silnym głosem o nieuchronności śmierci, bo to zupełnie nie jest jej estetyka.

    Jeśli sobie chcecie popłakać w święta – to weźcie popłaczcie nad czymś dobrym, na przykład nad „Ucichło”, a nie nad romansami z choinką na okładce.

     

     

    Tekst powstał we współpracy z WAB. 

     

     

     

  • Zwijanie waty

    Zwijanie waty

    Aleksandra Młynarczyk-Gemza, Zapiski wariatki

    Znak 2022


    „Moje życie to w dużej mierze praca opiekuńcza nad samą sobą. Muszę zawozić schizofreniczkę we mnie do lekarza orzecznika ZUS, umawiać ją do psychiatry i psychoterapeuty. Pilnować, żeby zawsze miała siłę tam iść, albo zadzwonić i odwołać wizytę. Muszę podawać jej leki, kontrolować dawki, uspokajać, ale też znajdować dla niej domy, dbać o to, by nie przestraszyła rodziny, miała przyjaciół i nie robiła głupot na Facebooku. Nie mówiąc już o tym, że muszę opłacać wynajem mieszkania i chodzić po zakupy do Biedronki. A ona wolałaby mieć wizje i żyć nimi, bez zbędnego zamieszania, bez bzdurnej codzienności” – pisze Aleksandra Młynarczyk-Gemza o swojej neuroróżnorodności.

    Jestem sprytna, bo mam plik – a zatem liczę szybko, że „schizofrenia” pojawia się tylko 4 razy nazwana wprost, bo w gruncie rzeczy nie jest to wcale spowiedź schizofreniczki, ani opowieść o życiu w chorobie. To jest raczej historia dziewczyny z chorobą – pozornie niewielkie przesunięcie akcentów sprawia, że w inne strony rozwijają się tu wątki. Bo zamiast powieści-manifestu, autobiografii podporządkowanej potrzebom walki o prawa osób neuroróżnorodnych, Młynarczyk-Gemza oddaje tekst dość intymny, niepoprawny, z którego odpowiednie tendencyjne partie trzeba sobie wyłuskać, jeśli się bardzo tego chce. 

    Nie będę pisać, że to jest opowieść o wrażliwej młodej dziewczynie i że ta historia ma wymiar uniwersalny, bo tak nie jest – bohaterka Młynarczyk-Gemzy nie jest żadnym damskim odpowiednikiem Wertera, raczej też nie przypomina Sylvii Plath. Co więcej, wskazywanie w neuroróżnorodności elementów uniwersalnych byłoby próbą jej umniejszania i lekceważenia. Bohaterka Młynarczyk-Gemzy próbuje tutaj negocjować życie na swoich zasadach: sama staje się przedmiotem własnej troski, musi o siebie zadbać – co potrafi zupełnie na chłodno ocenić, wylicza też koszty owej troski, długi czas, jaki pochłania, ale nie jest to w żaden sposób bilans strat – raczej logiczna i dość chłodno przeprowadzona operacja. I choć o samej schizofrenii pisze rzadko, rzadko ją nazywa, to jednocześnie większa część jej dylematów dotyczy życia z orzeczeniem F.20: jaką część tabletki należy spożyć, żeby ograniczyć ciężki sen z 10 godzin do 8, a jednocześnie ściszyć głosy rozlegające się w głowie? W jaki sposób poradzić sobie ze specyficznym wstydem matki, przekonanej, że jej córka to porażka życiowa? Jak poprosić koleżankę, by zgasiła światło w nocy we wspólnym pokoju.

    Ta autoanaliza, psychologia kogoś, kto nieustannie sam się diagnozuje, świetnie uzupełnia się z zupełnie przyziemnymi rozważaniami na temat pracy, utrzymania, zakupów, całej tej waty, która zajmuje wszystkim większą część dnia. Bohaterka Młynarczyk-Giemzy próbuje zwinąć ciasno tę watę, a ma z tym o tyle kłopot, że to właśnie owa wata wycisza, przytępia jej chorobę. I to ciasne zwijanie ujawnia się tu równie często, jeśli nie częściej niż sama schizofrenia i próby oporządzenia jej w życiu: poszukiwanie pracy, która umożliwiłaby użycie artystycznego wykształcenia, a nie była posadą świetliczanki szkolnej, ani nie wycinaniem z papieru znaczków na 11 listopada, wynajmu mieszkania, przemieszczania się, rozmów z ludźmi, którzy często nie widzą, jak bardzo sami w sobie są zatopieni (choć są zdecydowanie neurotypowi). Do tego dochodzi kupowanie psiej karmy, czyszczenie roweru, płacenie rachunków, zabiegi kosmetyczne, bo twarz wydaje się – obsesyjnie – coraz starsza. 

    Ważny jest tu i ton autorki, intymny, osobisty, bo nie rości sobie ona tu prawa do normalizowania czegokolwiek, a najmniej do definiowania, choć z pewnością zaliczyć można „Zapiski wariatki” do prozy tożsamościowej. Młynarczyk-Gemza nie opiera się na przekonaniu, że w ten sposób właśnie wygląda życie każdej osoby neuroróżnorodnej, że z jej doświadczeń można wyciągnąć jakieś uogólniające wnioski. To jest historia tylko o niej i na tym chyba właśnie polega największa siła jej opowieści. 




  • Klejnot męskości

    Klejnot męskości

    Filip Zawada, Weź z nią zatańcz

    Znak 2022

    Na ironię zakrawa fakt, że zajmując się ostatnio na okrągło problemem wstydu przy okazji feminizmu, natykam się po kolei na książki o kryzysie męskości. Ostatnio „Robak” Wiśniewskiego, teraz Zawada ze swoją wersją dance macabre rozgrywającą się we wrocławskim M3. Wiśniewski nie opowiada wcale o uzależnieniu od pornografii, jak by chcieli niektórzy, a Zawada nie opowiada o kryzysie rodziny – to znaczy można czytać tak obie te książki, ale to będzie wtedy ślizg po samym wierzchu.

    W „Weź z nią zatańcz” chodzi bowiem o kryzys permanentny, kryzys uwewnętrzniony, jałowość przeżywaną dzień po dniu, ale też o wygodę i tchórzostwo podejmowane jako strategie ułatwiające życie. Mamy więc mamcię (co za ohydne słowo), zmarłego, nigdy nieobecnego ojca, autora złej powieści o „Indianach” oraz 45-letniego Stanisława, który w dokumentach jest Filipem. Stanisław mieszka z mamcią, jedyną żywicielką ich małej, dysfunkcyjnej rodziny. Mamcia myje mu plecy, podaje posiłki, podziwia jego stroje z lumpeksu, a nade wszystko próbuje zorganizować mu życie – z jednej strony popycha go w ramiona innych kobiet, z drugiej – większość nazywa kurwami i straszy, że założenie rodziny pozbawi go czasu i środków.

    Ojciec znika jeszcze przed urodzeniem Stanisława, matka niejasno wypowiada się o przyczynach rozstania. Stanisław widzi ojca pierwszy raz w trumnie i wiele czasu spędza rozważając hipotetyczne spotkanie, próbując sobie wyobrazić ojcowskie zwyczaje i charakter. Ten brak popycha go do niezwykle intensywnej pracy wyobraźni, ale nie jest to sposób na przepracowanie dziwnej żałoby po śmierci nieznanego rodzica, ale tradycyjny sposób, w jaki Stanisław radzi sobie ze światem – czyli egocentryczny, narcystyczny przerost refleksji o sobie samym. Tak samo podchodzi bowiem do własnej matki, z którą spędza cały czas – po wyrzuceniu ze szkoły, nie szuka już pracy i daje się matce utrzymywać. Relację z nią także rozpatruje w ramach rozmaitych trybów hipotetycznych, chłodnej analizy i oddalenia oraz nadmiernego zbliżenia. To na matkę przerzuca odpowiedzialność za swoje niepowodzenia z kobietami, to jej duszącą miłość uznaje za przyczynę, dla której nie ma już miejsca na nową kobietę i nowy związek. Zawada panuje jednak nad monologami swego bohatera, więc zza słów wypowiedzianych pojawiają się jeszcze inne obrazy i widzimy jasno, że Stanisław, ten prawdziwy klejnot męskości, stosuje cały czas ten sam mechanizm obronny: przerzuca odpowiedzialność za własne życie na otoczenie, sumując cały czas rachunek strat rzeczywistych i domniemanych oraz wyolbrzymionych. Porzucony przez ojca, zdławiony przez matkę, prześladowany przez kolegów ze szkoły i wyśmiewany na podwórku, nie dostaje się ani na medycynę, ani na weterynarię, w końcu wyrzucony z pracy w szkole. Otorbia się, chowa, ukrywa w mieszkaniu, w którym przebywa od urodzenia. Nie wykonuje żadnych gwałtownych ruchów, nie podejmuje żadnych zmian, nie przejmuje żadnej odpowiedzialności. Gdyby był aktywny seksualnie, przypominałby postaci z powieści Houellebecqa – ale właśnie brak owej aktywności nie jest tu mało ważnym szczegółem. Stanisław to nie jest zakompleksiony incel, onieśmielony chłopaczek stłumiony przez sprzeczne sygnały matki. To jest rodzaj huby, która żadnej odpowiedzialności w życiu nie jest w stanie przez dłuższy czas utrzymywać: gdy trafia do mieszkania ojca po jego śmierci, znajduje tam półdzikiego, głodnego psa, później matka przynosi od swojej koleżanki dwa koty. Stanisław wymiksowuje się z opieki nad nimi.

    Zawada wpuszcza swoje czytelniczki i czytelników w maliny, proponując im bardzo atrakcyjny wątek toksycznej matki. Jeśli jednak trochę posiedzimy nad tą książką, jasne staje się, że nie chodzi w niej o zdławienie (syna przez matkę), ani też o wykorzystanie (matki przez syna), ale o przekazanie wiedzy, która zostaje w pełni nadana i w pełni przyjęta. Mamcia chowa bowiem Stanisława na swego przyszłego opiekuna, na kogoś, kto na starość poda jej szklankę wody i nie porzuci. Wszystkie jej zabiegi wokół niego, nadmierna opiekuńczość oraz niespodziewane żądania wyjątkowej samodzielności do tego mają właśnie prowadzić – Stanisław jest tresowany na opiekuna, bo matka o sobie myśli przede wszystkim, nawet gdy pracuje na dwóch etatach, by utrzymać rodzinę. I to właśnie tę wiedzę, tę troskliwość skierowaną w pierwszej kolejności na własne ja przejmuje on od matki i opanowuje bez kłopotu, choć przez większą część opowieści wyrzuca sobie właśnie to, że jest złym, niewdzięcznym synem, który mamcię zawodzi nieustannie.

    Zupełnie w drugim planie pojawia się problem – za przeproszeniem – ekskrementów, przy czym Zawada ani razy nie używa na nie tak ładnej nazwy. Zawsze jest to albo kupa albo sranie, ale nie są one tutaj ornamentem, bo odgrywają rolę dość istotną z dwóch powodów: po pierwsze uruchamiają problem brudu, zmazy, nieczystości. Po drugie zaś przywołują freudowską fazę analną, czyli moment dziecięcej fiksacji na funkcjach wydalniczych, której sposób przebiegu przekłada się na sposób funkcjonowania społecznego dorosłej osoby.

    Brud symbolizuje nie tylko grzech, rozpustę, niedoskonałość, ale też brak i śmierć, albo bunt. Tutaj zaś jest znakiem zabiegania o uwagę – bo Stanisław po jednej ze swoich klęsk załatwia się do wanny i jest to jeden z niewielu momentów buntu, na jaki go stać.

    Tak samo jest ze zwierzętami: Rambo obsikuje ścianę, kocica załatwia się na najbardziej puszysty dywan, a mamcia i S. domyślają sobie powody ich działania. Co zaś to fazy analnej – u Freuda był to proces dotyczący małych dzieci, u Zawady zaś okazuje się, że w fazie analnej jest 45-letni bohater. Chowa się w toalecie w czasie dyskotek, ucieka z łazienki na uniwersytecie. Wolne rozmyślania o świecie prowadzi na przykład, wyobrażając sobie drogę, jaką jego kupa przepływa rurami. Skupia na sobie, na niekończącej się analizie własnych pragnień (niespełnionych) i własnych klęsk (rozdętych).

    Podobną kryzysową książkę – studium męskiej słabości – dała w „Tkankach miękkich” Zyta Rudzka w 2020 roku. „Weź z nią zatańcz” opowiada o tym kryzysie w zupełnie inny sposób, ale równie dobry. Choć czytanie tej powieści Zawady jest równie przyjemne, co sprzątanie po kociej kupie.

     

    Współpraca: wydawnictwo Znak. 

     

     

     

  • Mięso w HD

    Mięso w HD

    Jakub Wiśniewski, Robak

    Wydawnictwo Filtry 2022

     

    Mięsem, i do tego oglądanym w HD, są w tej powieści kobiety i to jest właściwie cała rola, jaką tu spełniają. Jak mięso też nie zabierają głosu. Bo to nie jest powieść o kobietach, to jest powieść o mężczyznach, którzy nienawidzą kobiet.

    I jest to też powieść o przemocy wobec kobiet, o ich instrumentalnym traktowaniu – ale rozliczenie dokonuje się tutaj w męskim świecie, w dwóch zbiegających się cały czas narracjach, monologach Robaka i Onana. Obaj też reprezentują dwie odmiany tego samego samca – z pretensjami do świata, z listą oczekiwań, zakłamanego przemocowca, spoglądającego na kobietę jak na ciało, które powinno być mu poddane. Różnica między nimi jest jednak znacząca: Onan wydaje się lepiej przystosowany społecznie, głębiej ukrywa swą jaskiniowość, kryje ją pod lekką cwaniakowatością i głupkowatością. Jednocześnie do pogardy wobec kobiet dobudowuje zawsze jakieś uzasadnienie, choć jest ono nadzwyczaj wątłe i intelektualnie dziurawe: kobiety są egocentryczne, nudne, wciąż czegoś spragnione i nie jest to nigdy seks bez zobowiązań, tylko przede wszystkim zobowiązania. Onan jednak wie, jakie są normy społeczne, rozziew pojawia się między tym, co mówi na początku a jego maskowanymi oczekiwaniami. Robak tymczasem nie potrafi swej pogardy ukryć, nie jest w stanie wysilić się na jakąkolwiek próbę relacji czy kontaktu, jest wyłącznie popędowym samcem, rozbierającym napotkane kobiety przy użyciu spojrzenia. Kobieta składa się z części mięsnych, interesujących dopiero gdy zostają oprawione w konkretną ramę pornograficzną.  Uzależniony od porno, widzi w nim swoją niszę, to jest jego naturalne środowisko życia, w które zapada się po przyjściu z pracy.

    Brak kobiet – poza pobocznymi zupełnie dwiema bohaterkami – tej fabule i jej wymowie służy. Wiśniewski czuje, że napięcie nie rozciąga się tu na osi kobieta-mężczyzna, że wprowadzenie jakiejkolwiek znaczącej kobiecej postaci zupełnie skrzywiłoby sens. Bo to nie jest – by użyć banału – historia, w której kobieta miałaby jakąkolwiek rolę do odegrania: nie może przecież tłumaczyć mężczyznom, że jest osobą i z tego powodu na przykład należy jej się szacunek oraz nie można jej gwałcić. Gdyby taki wątek się pojawił, Wiśniewski zjechałby na poziom pyskówek w mediach społecznościowych, a jego tymczasem interesuje zupełnie inna sytuacja – taka, w której to mężczyźni szukają sankcji dla przemocy, w której naturalizują swoje potrzeby, nazywając je instynktami i przerzucając odpowiedzialność za nie na społeczeństwo.

    I choć jest to powieść przegadana, w której z 50 stron monologów obu bohaterów można by bez żadnych strat wyciąć, to mam poczucie, że Wiśniewski wykonuje tu kilka bardzo ważnych figur. Po pierwsze, to jest powieść o pornografii bez pornografii, bez seksu, bez żadnej sceny. W jednym z najbardziej zakręconych filmów ostatnich lat, „Titane” w reżyserii Julii Ducournau, chodzi między innymi o to, by sproblematyzować pożądanie i nie przedstawiać kobiecego ciała jako nośnika pożądania. I choć temat ten podlega w ciągu fabuły różnym przebudowom, to jednak w pierwszej scenie widzimy wijące się ciała w seksownych strojach. Tej ekspozycji Wiśniewski unika, udaje mu się całkowicie oczyścić „Robaka” z jakiegokolwiek podniecającego brudku, nęcącego grzechu. Po drugie, to jest powieść o gwałcie bez gwałtu – i znów nie wynika to z lekceważenia, ale raczej właśnie z wyższego rodzaju świadomości, bo Wiśniewski nie tylko o swoich dwóch bohaterach pisze, ale też stawia przed sądem kulturę, która pozwala takim słabiakom funkcjonować. A nasza kultura z całą pewnością jest kulturą gwałtu, bo nie tylko go rzadko penalizuje, ale też posługuje się jego słownikiem, gdy chce zaatakować i poniżyć [LINK]. A przede wszystkim gwałt zamienił się w topos kultury i jako scena zawsze opowiada o czymś innym. Jest przezroczysty, staje się więc medium innej narracji (patrz Maggie Nelson w „Czerwonych fragmentach”, a ostatnio Roxane Gay w „Złej feministce”).Wiśniewski robi więc wymyk, ucieka w bok, chowa sprzed oczu osób czytających scenę gwałtu, choć pokazuje wcześniej rozpaczliwy bieg Robaka po mieście, dramatyczne polowanie, takie ultimate hunting (nazywane przez Robaka „wizytą w sklepie mięsnym, rzeźnią, świniobiciem, królewskim polowaniem”),które ma przywrócić nadszarpniętą godność. To jest scena jak z gry komputerowej, gdy podążamy za bohaterem, tylko że tutaj celem jest dalsza albo nawet ostateczna destrukcja kobiecego ciała, bo nawet w chwilach gdy Robak odbija się od kolejnych kobiet, wciąż są one dla niego tylko zlepkiem włosów, ust, piersi, nóg i tyłków – i do tego zlepkiem mu wrogim, złośliwie odmawiającym poddania się. Każdej z nich Robak wystawia ocenę raczej niską, choć jednocześnie dygoce z pożądania.

     

    Wiśniewskiemu o sąd na kulturze chodzi tu przede wszystkim, o ustawienie na pierwszym planie tego, co stanowi wieczne usprawiedliwienie – przemoc domowa, pornografia, słabsza pozycja zawodowa mężczyzn i oddanie kobietom głosu: Robak zaczyna oglądać porno w domu, podbiera gazety ojcu, Onan wylatuje z pracy, bo koleżanka oskarża go o molestowanie. Mężczyznom ciągle coś dolega, i bohaterowie Wiśniewskiego doskonale wyczuwają ten trend, wiedzą, że mogą się ukryć za jakimś zjawiskiem, które pozwala im na słabość. I ta hipokryzja, ten rodzaj paradoksalnego splotu właśnie Wiśniewskiego interesuje.

    Dawno już żadna powieść mnie tak nie zmęczyła – ale taki jest właśnie cel „Robaka”: ujawnić słabość, zakłamanie, pokazać niczym nieskrępowane, jałowe przebiegi myślowe jego męskich bohaterów w kryzysie. Tu nie ma być przyjemnie i nie jest.

     

     

     

     

  • Gwoździe i popelina

    Gwoździe i popelina

     

    Taka egzotyka, jaką potrafi zorganizować Oksanen, jest bardzo rzadko w literaturze głównegu nurtu spotykana – połączenie dylematów prozy wysokoartystycznej z woltami dramatycznymi, trafne, głębokie pytania o znaczenie historii, o los, o odpowiedzialność za własne życie – przedstawione w pół-kryminalnych fabułach, wciąganych na jedno czytelnicze posiedzenie.

    Sofi Oksanen, Psi park,

    Przeł. Katarzyna Aniszewska

    Znak Literanova 2022

    Sofi Oksanen, średnio w Polsce znana, fantastyczna pisarka fińsko-estońska, opublikowała właśnie kolejną swoją powieść. I to powieść ukraińską jeszcze. Niby rozrywkową i sentymentalną, trochę o więzi i walce o przetrwanie kobiet, ale w gruncie rzeczy stanowiącą wielkie oskarżenie społeczne, głęboki sprzeciw wobec kapitalistycznych porządków.

    Lata 2000, Ukraina, była modelka, która nie była wystarczająco sprytna, by ustawić się na Zachodzie, wraca do domu. Ojciec nie żyje, bo zginął w wypadku w nielegalnej kopalni, matka utrzymuje się z produkcji i sprzedaży maku. Dziewczyna wie, że musi się wyrwać, że trzeba zacząć wszystko na nowo i trafia do agencji surogatek. Szybko staje się ich koordynatorką, a fabuła rozkręca się jak w powieści mafijnej albo szpiegowskiej. „Psi park” to także historia o biedzie, ale takiej, która obdziera z godności, gdzie walczy się o życie. Olena nawet dekadę później będzie bała się podejść do krawężnika, przekonana, że zaraz ktoś „nieznajomy” może ją wepchnąć pod samochód. Bo Olena uwodzi swoje podopieczne i je wykorzystuje, bo buduje swoje życie (i swojej rodziny) kosztem innych młodych kobiet. Bierze udział w grze o coraz wyższą stawkę, o awans i władzę w tym świecie, w którym kobieta sprawdzona jest do jednej tylko funkcji.

    To także opowieść o sprycie – jak każda zresztą powieść Oksanen – a właściwie pojedynek na spryt i determinację. Najpierw z biografii Oleny musi zniknąć nielegalna praca ojca, jego skłonność do alkoholu i choroba płuc, żeby dziewczyna wydawała się zachodnim klientom interesującą surogatką. Uczy się, jak obsługiwać klientów, jaki jest ich system wartości, na ile zwracają uwagę na urodę, a na ile na geny i pochodzenie, na ile interesuje ich rodzinna historia. Jak ich zjednać, jak oszukać? Sekundujemy jej w tej walce, bo klienci z Zachodu kompletnie nie rozumieją Ukrainy, traktują dziewczyny jak materiał do użycia, tani zamiennik drogich usług z własnej części Europy. Mnożą roszczenia, wykazując się kompletnym niezrozumieniem historii i społecznych przeszkód, ekonomicznych ograniczeń. Ukraina i Olena są tu w jakiś sposób podobne – muszą się mizdrzyć, a jednocześnie walczyć z zaciśniętymi pięściami. Przyjmować zachodni system wartości, żeby się odbić od tego bagna, jaki stanowi bezrobocie i gangsterska mentalność mężczyzn. Zresztą jeśli chodzi o mentalność mężczyzn, to Olena doskonale wie, że tylko pozorna, wierzchnia warstwa obycia różni tych z Zachodu od tych ze Wschodu, że gest zawłaszczenia wykonują oni może w innym czasie, pewna jest jednak, że go wykonają.

    To, co jednak odróżnia Oksanen od innych autorów i autorek powieści z głównego nurtu, to fakt, że zmienia ona trochę stawkę, skalę, w jakiej ustawia swoich bohaterów. W każdej powieści bowiem pojawia się rodzaj jokera, postać, która w obronie jakiejś wartości idzie na całość, przekracza wszystkie normy i granice moralne. Tak było w debiucie, pt. „Oczyszczenie”, w którym główna bohaterka stała się donosicielką, by ratować ukochanego, ukrywanego mężczyznę, w innych powieściach kolejni bohaterowie stają się zdrajcami, by kogoś ukryć, ocalić, ujść cało z wojny, tak dzieje się też w „Psim parku”. Bo później to sama Olena musi nauczyć się, jak grać, jak zmuszać do posłuszeństwa inne dziewczęta, kiedy posłużyć się pochlebstwem, a kiedy przemocą. I staje się mistrzynią, zachowując równowagę między jednym a drugim, mości im aksamitne klatki. Ona też ma kogoś, kogo musi ocalić i płaci za to swoją moralnością. Więzi i prześladuje inne kobiety, handluje ich bezpieczeństwem, ciałem, dziećmi. Ale nie ma co udawać, że w świecie, w którym dziewczyny doskonale wiedzą, że młode ciało jest ich jedynym atutem, że od ich urody, sprytu, posłuszeństwa zależy byt ekonomicznych całej rodziny, da się cokolwiek ocalić, zachować godność.

    Tak książka wpadła mi w ręce krótko po tym, jak przeczytałam gdzieś artykuł o powodach, dla których tak wiele kobiet w ciąży i z maleńkimi dziećmi ucieka z Ukrainy. Oczywiście, to one są najbardziej narażone, większość z nich nie opuszcza swoich domów po to, by ratować siebie, są opiekunkami i strażniczkami swoich dzieci, młodszego rodzeństwa. Ale ten odsetek jest wysoki także dlatego, że Europa uczyniła sobie z Ukrainy zagłębie ciążowo-porodowo-dziecięce, że obniża tam koszty stworzenia rodziny, gdy biologicznie nie jest do tego zdolna. I o tym też pośrednio opowiada Oksanen. O tym, że godność ma swoją bardzo konkretną cenę, że jej wartość mierzyć można w euro i hrywnach.

    Pisałam o wszystkich jej książkach i mam z nią zawsze kłopot, bo im bardziej się zachwycam, tym bardziej popelinowy tekst mi wychodzi. No na przykład we wstępie tutaj napisałam „Oksanen pyta o sens historii, o odpowiedzialność za właśnie życie” – przecież to brzmi jak jakieś zdanie z rozprawki! Albo innej pracy licencjackiej drugiej świeżości, ale kto czytał Oksanen, doskonale wie, o co mi chodzi. W jej książkach wszystkie krwawe historie, wszystkie wściekłe chichoty losu, cała potworna niesprawiedliwość świata jest tak opakowana, że jemy te gwoździe łyżką i to z zachwytem.