Tag: polska szkoła reportażu

  • Wpis bez tytułu 1721

    Świat w potrzasku

    Joanna Gierak-Onoszko, 27 śmierci Toby’ego Obeda

    Dowody na Istnienie 2019

    O tym reportażu pisano chyba najwięcej w tym roku, ale udostępniam tutaj swój tekst, bo trochę inaczej przeczytałam tę książkę i wygrzebałam w niej kilka interesujących rzeczy, o których nie pisano. Wersja krótka jest taka: książka jest dobra, czytajcie koniecznie. Wersja długa ma 15 tysięcy znaków.

    Dawno nie było w Polsce tak mocnego debiutu non-fiction – Gierak-Onoszko idzie w ślady Filipa Springera i Małgorzaty Rejmer, bo daje nam książkę niezwykle dojrzałą, wielowymiarową, pozostawiającą czytelnika z głębokim poczuciem zdobycia wiedzy, ale jednocześnie stawiającą wiele pytań bez odpowiedzi.

    Kluczową figurą organizującą porządek w 27 śmierciach Toby’ego Obeda jest potrzask, poczucie bycia w pułapce. Trudno na takim fundamencie zbudować reportaż, tymczasem autorka właśnie wokół takiej figury negatywnej organizuje swoją opowieść i używa jej zarówno na poziomie porządkowania wywodu, jak i na poziomie autotematycznych uwag warsztatowych. Ten karkołomny manewr przeprowadza po mistrzowsku.

    Niektórzy będą czytać tę książkę jako opowieść o złu Kościoła (zarówno katolickiego, jak i protestanckiego). Sądzę jednak, że „27 śmierci…” daje czytelnikowi polskiemu zdecydowanie więcej niż tylko mściwą przyjemność z lektury o zbrodniach księży i zakonnic. Już sam punkt wyjścia uruchamia kontekst polityczny i kolonialny: w latach 90. Phil Fontaine, jeden z potomków Pierwszych Narodów Kanady ujawnia, że w szkole z internatem był maltretowany i wykorzystywany seksualnie. Za nim podążają inne świadectwa, rusza wielka fala, powstaje pozew zbiorowy, państwo kanadyjskie nie może się wypłacić, nie przestaje przepraszać. Okazuje się bowiem, że system szkół (zawsze z internatem, by izolacja była pełniejsza) powstał po to, by z dzieci pochodzące z plemion koczowniczych, zajmujących się w przeszłości myślistwem i zbieractwem na dalekiej Północy, uczynić pokornych poddanych Korony. System ten miał dwa cele: po pierwsze, dokonać jak najszybszej ich akulturacji do języka, wiary, wartości i norm białego społeczeństwa opierającego się na europejskich wartościach. Po drugie zaś, ograniczyć edukację do przekazywania podstawowych wiadomości, tak, by „ucywilizowani dzicy” mogli podjąć pracę w prostych zawodach, czyli mówiąc brutalnie, by zamienić ich w armię słabo wykształconych służących dla białych osadników. Szkoły te były obowiązkowe dla wszystkich dzieci z rdzennych plemion. Z ich zeznań i opowieści powstał obraz potwornego aparatu represyjnego: opartego na biciu, głodzeniu, molestowaniu seksualnym. W niektórych placówkach edukacyjnych ten zestaw podstawowy rozszerzano o wymyślne tortury, takie jak sadzanie na krześle elektrycznym, męczenie zimnem, podawanie do spożycia wymiocin itp. Gierak-Onoszko okazuje się autorką niezwykle wstrzemięźliwą jeśli chodzi o opisy przemocy – podaje z reguły ich ułamki, nie chce podkręcać pracy wyobraźni czytelnika. Robi raczej przeciwnie, odziera przemoc z atrakcyjności, a wzmacnia za to oskarżenie moralne. Są to oczywiście same nudy, ale na szczęście dla czytelnika. Sugestywne napomknienia o wodzie święconej jako lubrykancie, albo fotelu dentystycznym z pasami niewykorzystywanym wcale do leczenia dziecięcego uzębienia w zupełności wystarczają, by czytelnicza fantazja hulała i oblewał nas zimny pot. To jedna z takich książek, które czytałam niezwykle długo oraz w małych partiach, i miało to nic wspólnego z dawkowaniem sobie przyjemności estetycznej.

    Opuszczenie szkoły nie jest wcale wyjściem z pułapki, w jakiej tkwią dzieci, bo o ile szkolni opiekunowie słabo przekazywali szczątkową wiedzę, o tyle naprawdę dobrze przyuczali swoich podopiecznych do przemocy. Ten wzór zachowań wynoszą oni zatem ze szkoły, nie ma wyjścia z potrzasku: stosują przemoc wobec młodszych w szkole, księża i zakonnice posługują się dziećmi w czasie tortur albo zboczonych sesji seksualnych. Dzieci zatem także na własną rękę posługują się przemocą: ostatni rozdział opowiada o gwałtach, jakich doświadcza dziewczynka poza szkołą od swoich kolegów z wioski, dzieci bliskich przyjaciół rodziców. Gdzie indziej Gierak-Onoszko notuje opowieści dzieci tych ocalonych (survivors w Kanadzie oznacza tych, którzy przeżyli szkoły z internatami) – chłodny wychów, blokady emocjonalne rodziców, nagłe, niekontrolowane wybuchy furii, milczenie i alkoholizm – to spadek wyniesiony ze szkoły, pułapka, z której nie daje się wyjść nawet dla własnego potomstwa, model wychowania, jakiego miłość rodzinna nie przezwycięży.

    Opowieść o dziecięcym cierpieniu, brak wsparcia, samobójstwach i ich zacieraniu albo lekceważeniu przez system, łowach na uciekinierów przy użyciu psów to tylko jeden z wątków. Uruchamia on mocny dyskurs postkolonialny, bo widać wyraźnie, że Pierwszych Narodów prawo dotyczy jakby mniej – z większym opóźnieniem zaczyna się poszukiwać zaginionych dzieci, z większą ufnością przyjmuje wyjaśnienia pisane przez kościelnych przełożonych w szkołach. Ten wątek jest jednak historycznie zamknięty i Gierak-Onoszko, opisując go, ustawia się w pozycji chłodnej kronikarki, zdystansowanej buchalterki, która przedstawia polskiemu czytelnikowi przebieg pewnego nadużycia. Drugi wątek to opowieść o działaniach państwa i instytucjonalnym przepracowaniu pokoleniowej traumy. Tutaj ujawnia się inny rodzaj potrzasku: po początkowym, dość krótkim okresie milczenia, państwo kanadyjskie przeprasza i prosi o wybaczenie, wypłaca odszkodowania idące w miliardy dolarów (choć podzielone na ocalonych to niewielkie już kwoty), burzy pomniki ojców założycieli, którzy wymyślili system akulturacji rdzennych mieszkańców, wyrzuca ich imiona z nazw instytucji. Na marginesie pozostawić tu trzeba wątek milczenia Kościoła – w Polsce zresztą chyba nikomu nie trzeba wyjaśniać wagi owego milczenia i kryjącej się za nim przemocy, a także niezgody na uznanie własnej winy.

    Państwo kanadyjskie urządza procesy tym wychowawcom, którzy jeszcze żyją – robi zatem więcej niż Niemcy w latach 50., Rwanda w latach 90., Kambodża w latach 2000. Gierak-Onoszko opisuje zatem pewnego rodzaju światową awangardę w przepraszaniu, państwowym, administracyjnym dążeniu do zadośćuczynienia, przepracowania pamięci. To ciągle jednak za mało, przeprosiny premiera nie uzdrawiają psychiki, odszkodowanie nie wystarczy na terapię, część ocalonych zresztą już nie żyje. Kanadyjskie współczucie nie przekłada się na zmianę w strukturze zatrudnienia, gdzie rdzenni mieszkańcy wykonują słabiej płatne prace, mają gorszy dostęp do dóbr kultury, pozostają praktycznie niewidoczni w Toronto – mieście wielokulturowym, ale mało rdzennym. Kolejne miliony pompowane w system opieki zdrowotnej i profilaktyki uzależnień nie zmieniają faktu, że w rezerwatach rośnie odsetek alkoholików i narkomanów, że na wysokim poziomie utrzymują się statystyki samobójstw. W tym reportażu autorka dokonuje znamiennego przesunięcia: czyni ze sprawy szkół z internatem pryzmat skupiający wszystkie współczesne problemy Kanady i takie ustawienie sprawy wydaje mi się gestem subwersywnym wobec wielu narracji dominujących, tych turystycznie atrakcyjnych, skupiających się na syropie klonowym i łyżwiarzach. To także opowieść szalenie feministyczna, bo to kobieta ustawia tu krzywdę dzieci jako podstawę rozważań o okrucieństwie i bezprawiu współczesnego państwa. Tutaj właśnie, jak sądzę, leży prawdziwa wartość 27 śmierci Toby’ego Obeda, selekcja materiału nosi wyraźne autorskie piętno, a jednocześnie nie daje czytelnikowi wrażenia, że jest manipulowany i w jakiś sposób wciągany w świat osobistych skojarzeń.

    Państwo z zasady nie może mieć ludzkiej twarzy, choć taką próbuje przybrać. Gierak-Onoszko zachowuje ciągle dystans do opisywanych wypadków, jest nieufna wobec oficjalnych gestów. Jej tytułowy bohater dostąpił zaszczytu spotkania z Justinem Trudeau. Toby, maltretowany w szkole, zaskarża państwo o to, że oderwało go od rodziców jako kilkuletniego chłopca, oddzieliło od rodzeństwa, że nie poznał nigdy miłości i rodzinnego ciepła, że nie wie, jak wygląda dom i funkcjonuje rodzina. Mówi też, że nie przyjmie przeprosin premiera, nie uściśnie mu dłoni. Trudeau wita się z nim w kuluarach choć w obecności kamer, łapie w objęcia okaleczonego Toby’ego. Czułość i zrozumienie przychodzą tu pod postacią śmierdzącego politycznym fałszem uścisku, objęcie zastępuje politycznie poprawnie uścisk dłoni – ale czy jest bardziej szczere?

    Gierak-Onoszko pokazuje zatem pułapki polityki przebaczenia, oświetla je z różnych stron, bo sięga zarówno po perspektywę białej, konserwatywnej elity intelektualnej (świetny rozdział oparty na rozmowie z konserwatywnym działaczem Jonathanem Kayem, którego wywodom przysłuchuje się jego milcząca pomoc domowa z Filipin), jak i po spojrzenie potomków rdzennych mieszkańców, bezrobotnych i cierpiących na chorobę alkoholową. Między nimi zaś umieszcza, stroniąc od obrazów skrajnych, ludzi z warstw pośrednich, drobnych przedsiębiorców, profesorów uniwersyteckich, prawników, badaczki, socjolożki, polityków o rdzennych korzeniach. To ich głosy łączą się w obraz kolejnych pułapek, także w nadrzędną wobec nich pułapkę pamięci: ani wybaczenie, ani wypłata odszkodowań, ani kolejne procesy nie są w stanie bowiem przerwać traumy, wygasić cierpienia. Światło w tym ponurym tunelu pamięci pojawia się dopiero w ostatni rozdziale, stanowiącym zarazem mroczne, jak i pełne nadziei domknięcie. Spowiedź Evelyn, gwałconej przez kolegów ze szkoły, dopisuje nowe wątki, wzmacnia te przedstawione wcześniej i jednocześnie zapowiada cięcie, zmianę. Jej doświadczenia pokazują bowiem transfer przemocy wyniesionej ze szkoły, potwierdzają niską pozycję kobiet w obrębie systemu (zarówno w ramach norm kościelnych, jak i w ramach norm społeczności plemiennej), ale też pokazują wysiłek indywidualny ocalonych, by pokonać traumę. Krucha równowaga zostaje zburzona, gdy kobieta przez przypadek spotyka jednego ze swoich oprawców – już dorosłego, prowadzącego za rękę dziecko. Najważniejsze zaś są słowa bohaterki, które Gierak-Onoszko umieszcza w zakończeniu: „Po jakimś czasie uznałam, że tego człowieka spod szpitala ani żadnych innych sprawców z leśnej polany ścigać nie będę. Uważam, że nie mam prawa ich ścigać. Wytaczając proces, zabrałabym dzieciństwo i złamałabym serca ich dzieciom, ich wnukom. Uważam, że nie mam prawa, by niszczyć życie kolejnemu pokoleniu. Cały czas zastanawiam się, po co się właściwie urodziłam. Dziś myślę, że może po to, by zatrzymać ten cykl dziedziczenia traumy”.

    Gierak-Onoszko w swoim reportażu o traumie kilku pokoleń mieszkańców Kanady idzie pod prąd przyjętym w Polsce dzisiaj strategiom opowiadania o cierpieniu. Jeśli zestawimy ją z przejmującymi wywiadami Mikołaja Grynberga, książką- wyznaniem Patrycji Dołowy, którzy rozmawiają z ocalonymi z Holocaustu lub ich dziećmi, zobaczymy tę różnicę od razu: autorka „27 śmierci…” cofa się bowiem przed rozmową, większość świadectw, jakie stanowią podstawę materiałową dla jej książki, pochodzi z archiwów i dokumentów, rejestracji wideo, zeznań gromadzonych przez prokuraturę. Gierak-Onoszko nie ma bowiem przygotowania psychologicznego, nie chce na potrzebny tekstu przywoływać wspomnień swoich bohaterów, ożywiać traumatycznych doświadczeń. Zabieg ten nie odbywa się kosztem wartości tekstu, jest jednak świadomie podjętym ograniczeniem. Tu widać zatem jeden z wymiarów pułapki, o której pisałam na początku: autorka świadomie stawia względny dobrostan swoich bohaterów ponad potencjalną wartością świadectwa, jakie stanowić ma jej książka. Taki wybór, rodzaj pułapki warsztatowej, sprawia, że szukać ona musi innych rozwiązań, by wzmocnić wartość dokumentalną reportażu, by zbliżyć czytelnika do opowieści o dziecięcym cierpieniu i milczeniu całego systemu.

    Na poziomie warsztatowym ujawnia się jeszcze jedna pułapka – nie ma takiego pochodzenia, które byłoby obojętne dla tego konfliktu. Gierak-Onoszko, polska dziennikarka, mieszkała przez dwa lata w Kanadzie, nie była jednak traktowana przez swoich rozmówców jako osoba z zewnątrz, ktoś, komu można opowiedzieć swoją wersję historii, komu można zawierzyć. Przeciwnie, Gierak-Onoszko to dla potomków rdzennych mieszkańców reprezentantka białych osadników, przyjezdna z Europy, czyli z miejsca przeklętego, generującego historycznie całe zło. Reporterka musi swoim bohaterom udowodnić, że odróżnia się od innych białych dziennikarzy, że cechuje ją wyższa wrażliwość, większa wiedza i poczucie społecznej solidarności. Biali dziennikarze to tutaj właściwie negatywni bohaterowie, oni bowiem pojawiają się na szybkie wizyty studyjne, pobierają foldery z gotowymi kompletami dokumentów i wyciągiem ze świadectw i wracają do siebie, by z tej formatki pisać teksty o konflikcie pamięci w Kanadzie i poczuciu krzywdy „Indian” (to jedno z pierwszy słów, które Gierak-Onoszko wskazuje jako zakazane, deprecjonujące i wskazujące lekceważący stosunek białych do rdzennych mieszkańców). Większość rozmów, które prowadzi zatem autorka, rozpoczyna się zatem od konfliktu, wstępnego oskarżenia, nieufności, egzaminowania autorki z wiedzy o sytuacji rdzennych mieszkańców, rozumienia i definiowania pojęć. „Uprzedzenia i swoją wersję naszej historii zostaw, proszę, na wycieraczce” – mówi jeden z jej bohaterów, tatuażysta. Toby Sicks jasno podkreśla podział między dwoma grupami i zależy mu na tym, żeby ów podział umacniać, a nie zacierać: „Oczywiście, spotkajmy się. Ale ten katalog nie jest dla ciebie. Mam dwa. Jeden komercyjny, otwarty, dla wszystkich, drugi tylko dla swoich. Powiedzmy, że jako biała kobieta zachwycasz się naszą kulturą. Czytasz, uczysz się, zanurzasz się w niej do tego stopnia, że chcesz ją mieć na swoim ciele. W porządku, to miłe. Mogę ci zaproponować wzór inspirowany misiem, ptakiem, co tam sobie zechcesz. Ale nie wytatuuję ci kruka, żółwia ani innego zwierzęcia, które symbolizuje jeden z naszych klanów. Jeśli nie jesteś z klanu Niedźwiedzia, nie możesz nosić niedźwiedzia na ramieniu. To chyba oczywiste”. Taki układ sprawia, że Gierak-Onoszko traci, a właściwie nie otrzymuje na wstępie uprzywilejowanej pozycji. Nie uruchamia się tu konwencja towarzyska, która otwiera często pole do pracy reporterki, stąd jej wysiłek musi być większy. Autorka musi udowodnić swoim bohaterom, że mentalnie nie stoi po stronie osadników, przywożących koce zarażone ospą sto lat wcześniej.

    Podobnie jak w przypadku świetnych debiutów Springera i Rejmer, dostajemy opowieść niezwykle gorzką, pozbawioną szansy na happy end, dokumentującą splątanie pojęć i pragnienie upamiętnienia bólu. Podskórny konflikt, który zarysowuje ona w swoim tekście, nadając całej opowieści pewną wyraźną całość, dotyczy bowiem zderzenia pamięci: państwo reprezentowane przez potomków białych osadników pragnie przebaczenia, przezwyciężenia traumy. Chce doprowadzić do społecznej zgody, konsensusu, przyklepania cierpienia, bo status ofiary, jakim cieszą się teraz Pierwsze Narody przyciąga duże zainteresowanie, i daje im większą rację moralną, silniejszy głos medialny, co przekłada się na wymierne interesy ekonomiczne, jakie administracja prowadzi na terenach rezerwatów – ropociągi, wyrąb lasów itp. Potomkowie rdzennych plemion nie chcą zaś, by z ich powolnego lizania ran czynić szybki proces uzdrowienia, próbują zachować, zatrzymać niejako pamięć o ich cierpieniu. Z tych dwóch wektorów Gierak-Onoszko czyni siłę napędową swojego tekstu, jego podskórną, wewnętrzną logikę.  

    Przez jakiś czas publikowałam te najdłuższe artykuły o reportażach w „Małym Formacie”. Był to cykl „Czytanie non-fiction”, który już się skończył. Zobaczymy, jak sprawdzą się teksty długości 10-15 tysięcy znaków tutaj.

  • Przeciwko betonowej kostce i jej mieszkańcom

    Przeciwko betonowej kostce i jej mieszkańcom

    Dorota Brauntsch, Domy bezdomne

    Dowody na Istnienie 2019

    Przyznam, że bardzo czekałam na tę książkę. Niepotrzebnie, bo nie tylko jest to reportaż słaby literacko, przestylizowany i ucukrowany za pomocą językowych koszmarków, ale stanowi także dowód na dziwny snobizm kulturowy oraz zamknięty horyzont poznawczy. To ciekawe, że o wsi polskiej można pisać w sposób snobistyczny.

    Piszę ten tekst ze sporym opóźnieniem, bo długo zastanawiałam się, czy jest powinno się źle pisać o debiucie, w końcu powinniśmy dawać szansę. Ale biorąc pod uwagę dużą ilość recenzji oraz bezkrytyczne przyjęcie Domów bezdomnych, uznałam, że należy to zrobić.

    Brauntsch wybiera temat niezwykle intrygujący – ceglane domy pszczyńskiej wsi, stawiane od połowy XIX do połowy XX wieku. Jest to pościg za ginącą architekturą, częściowo zniszczoną przez wojnę, częściowo zaś przez samych mieszkańców i ich potomków, którzy zamarzyli o domach z pustaków, symbolu nowoczesności. Autorka próbuje więc uchwycić na fotografii i w tekście ten ulotny fenomen, zapisać trochę jego historię, a trochę stworzyć tren dla pszczyńskiego domu i kultury śląskich chłopów z tego regionu. Przedstawia zatem historię okolicy, nakłada dwa filtry: historii politycznej oraz przemian architektonicznych. Kłopot polega jednak na tym, że sama staje całkowicie po stronie owej odchodzącej formacji, nie analizuje zmian, nie próbuje zrozumieć, pokazać, wyjaśnić, dlaczego kolejne pokolenia próbują przyspieszyć rozpad domów odziedziczonych po dziadkach. Wybiera zatem postawę snobistyczną i w dziwny sposób staje się rzeczniczką architektów, konserwatorów zabytków, zamożnych właścicieli, próbujących restaurować pszczyńskie domy przeciwko mieszkańcom tej okolicy pozbawionych kapitału kulturowego oraz ekonomicznego. Nie bierze pod uwagę tych kryteriów, nie stara się rozumieć ludzi, których – jak sama pisze – wychowano bez tożsamości, nie mają zatem jak wykształcić potrzebny zachowywania kulturowego dziedzictwa. Brauntsch chce udowodnić, że prawdziwe życie tkwi w przeszłości: symbolizują je stare drzewa, domy, piwniczki, ganki. Bardzo to piękny, ale też niestety naiwny wniosek. To owe relikty przypominają o wiejskim, ubogim, ale zarazem rodzinnym, uporządkowanym życiu. Jasne, cudnie. Pszczyńska cegła staje się wartością nadrzędną, giną pod nią opowieści o prawdziwej wiejskiej biedzie, głodzie i słabym wykształceniu – bo nie pasują do tezy o połączeniu tożsamości i architektury. Kontekst kulturowy, który doprowadził w XIX wieku do wykształcenia tej formacji architektonicznej, jest waloryzowany jednoznacznie pozytywnie. Wszystkie późniejsze zmiany polityczno-społeczne są już negatywne. O ile autorka rozpisuje się szeroko nad zjawiskami determinującymi powstanie takiej formacji, o tyle krytycznie przedstawia wszystko to, co stało się później. Niestety to nie jest takie proste, procesów historycznych nie da się podzielić na pozytywne i negatywne, zaakceptować części, a część odrzucić i potraktować lekceważąco. Na uwagę zasługują u autorki ci bohaterowie, którzy mieszkają na granicy puszczy, dbają o żubry w XX-leciu, ich wnuki to już tylko nierozumne ofiary historii. To dziwne przełożenie ma charakter nostalgiczno-muzealny – okres przed 1945 Brauntsch przedstawia w ramach uwznioślającego wspomnienia.  Udaje jej się osiągnąć efekt paradoksalny – mam ochotę bronić mieszkańców domów z pustaka, przypomnieć, że zachowanie tożsamości, restaurowanie starej architektury to rodzaj luksusu, zarówno na poziomie ekonomicznym, jak i społecznym. Nie sądzę zaś, że w latach 70. i 80. Polaków było na taki luksus stać. I mój wniosek nie służy tu usprawiedliwieniu, jest raczej obserwacją z porządku socjologicznego, myślenie zaś, dominujące w Domach bezdomnych, że ludzie powinni byli przezwyciężyć pewne uwarunkowania epoki, wydaje mi się poważnym anachronizmem historycznym. W Anglii można pielęgnować czterystuletnie trawniki. W Polsce nie mamy na to szans, ale reportaż daje przestrzeń, żeby przemyśleć takie uwarunkowania, pokazać, jak lokalizacja geopolityczna definiuje tożsamość, jak zmienia się myślenie o nowoczesności i komforcie wraz z kolejnymi epokami. Dlaczego w pewnym momencie wyobrażono sobie, że właśnie pustak jest lepszy, że dom odziedziczony po dziadkach trzeba zaorać? Nie znajduję tutaj odpowiedzi na te pytania.

    Domy bezdomne uświadamiają przez przypadek właściwie, że nie ma w Polsce takiego tematu historycznego, który nie byłby grząski, nie stanowiłby próby dla wrażliwości społecznej autora. Oczywiście niedoścignionym wzorem jest tutaj Miedzianka. Historia znikania Filipa Springera (a to przecież też był jego debiut – nie chodzi zatem o brak literacko-reporterskiego obycia), gdybyśmy jednak zestawili te dwa reportaże, zobaczylibyśmy, że łączy je temat, ale jednocześnie Springerowi udało się uniknąć wszystkich pułapek i mielizn na poziomie obserwacji i ocen społecznych, w które Dorota Brauntsch wmaszerowała po pas. Spinger uniknął także stylu, który szybko po jego Miedziance stał się dominującą dykcją polskiego, zwłaszcza młodego reportażu. Brauntsch także tutaj okazuje się słabsza od niego, bo posługuje się płynnie tą dykcją – ale robi to już sprawnie naprawdę wielu autorów. Otrzymujemy więc krótkie, rwane zdania, dużo równoważników, obserwacje zamierzone jako naiwne zachwyty nad światem, mnóstwo kropek. I znów, jak ta idiotka wołająca na puszczy, muszę napisać, że mistrzynią kropki jest Hanna Krall, ale nie każdy ładując 40 zdań do jednego akapitu, osiąga ten sam efekt. Kluczowa wydaje mi się coraz bardziej świadomość, ujawniająca się u niektórych reporterów, że trzeba się z tego języka wyzwolić. Tak robi właśnie Joanna Gierak Onoszko, która w swojej książce o Kanadzie dokonuje symbolicznego zabicia ojca, czyli właśnie przełamania dykcji polskiej szkoły reportażu.

    Coraz częściej mam wrażenie, że reportaż to fantazmatyczny gatunek polskiej klasy średniej, która wyobraża sobie, że za jego pomocą zbliża się do prawdziwego życia, wsi, biedy i wszystkiego co mieści się poniżej owej warstwy średniej. To jest właśnie dobry przykład na tę tezę, choć zasługuje ona na dłuższą refleksję (i więcej nazwisk powinno tu trafić). Napiszę o tym jeszcze.

    Zdjęcie: Mahir Uysal on Unsplashh

  • Artur Domosławski jako nowy klasyk

    Artur Domosławski jako nowy klasyk

    Reporter, specjalista od Ameryki Pd., autorytet. Ale też zdrajca  i skandalista. Przed Państwem Artur Domosławski, jeden z najważniejszych i najbardziej kontrowersyjnych współczesnych polskich dziennikarzy.

    Za kilka dni ukażą się zebrane, wszystkie teksty Artura Domosławskiego – choć ich okładki od tygodnia widać na wielu blogach książkowych. Domosławskiego nie trzeba przedstawiać, bo wszyscy chyba jeszcze pamiętają wielki skandal z 2010 roku związany z wydaniem biografii Ryszarda Kapuścińskiego, która miała się ukazać w Znaku, ale ostatecznie wydał ją Świat Książki. Praca świetna merytorycznie, fantastycznie napisana, a jednocześnie obrazoburcza, pokazująca Kapuścińskiego jako wielkiego reportera i małego człowieka. Wtedy czytałam ją jako prawdę o Kapuścińskim, dzisiaj czytam jako opowieść Domosławskiego – jak sam siebie ustawia w tym tekście, jak rozlicza się z własnym mistrzem. Ciągle wygrywa w niej – dla mnie – Domosławski.

    Oprócz wznowienia tej książki, opublikowanej w całości, pomimo procesu, jaki Alicja Kapuścińska wytoczyła Domosławskiemu (polecam do lektury wstęp pióra Piotra Bratkowskiego prezentujący wszystkie okoliczności tej sprawy), Wielka Litera wydaje też pozostałe książki: Gorączkę latynoamerykańską, Śmierć w Amazonii, Wykluczonych.

    Domosławski dla początkujących – nie ma w Polsce chyba teraz innego polskiego autora, który tak dobrze znałby się na problemach Ameryki Południowej. Domosławski pisze o Ameryce Południowej z każdej strony: zamachy stanu, gangi, fawele, piłkarskie mistrzostwa świata, bieda prowincji, wsie w dżungli, zagrożone środowisko naturalne (przez wielki przemysł i rozległe interesy ludzi sprawujących władzę), plemiona Amazonii. Jednocześnie jednak nie ma w nim wcale wyższości białego Europejczyka z lepszej części świata, świetnie oddaje całą komplikację społeczną, polityczną i kryminalną tej części świata. Stara się zachować dziennikarski obiektywizm, ale też steruje naszymi emocjami za pomocą obrazów, które dobiera. Pokazuje nam niewygodny obraz, taki, w którym za biedę odpowiadają najbogatsi, w którym procesy modernizacyjne i walka z przestępczością przynoszą rezultaty odwrotne od zakładanych, nasilają przemoc i walkę. Gdy wiele lat temu zaczynałam swoją przygodę z Domosławskim, nie widziałam u niego takiej wrażliwości społecznej, która ujawnia się w jego ostatnim zbiorze – Wykluczonych (tekst o książce tutaj). Czytam go więc teraz na nowo.

    Domosławski dla zaawansowanych – w artykule opublikowanym w „Polityce” z okazji rocznicy śmierci Kapuścińskiego, autor jego biografii wytyczył wyraźną linię demarkacyjną między modelem reportażu, jaki sam uprawia i tzw. polską szkołą reportażu. To bardzo ciekawe, jak rozwija się jego twórczość, jak krystalizuje się jego wyraźny sprzeciw wobec upodabniania reportażu do tekstu fikcjonalnego. Domosławski akceptuje stosowanie chwytów retorycznych, zabiegów kompozycyjnych zapożyczonych z literatury, sam je z resztą na potęgę wykorzystuje, bo przecież nie da się pisać inaczej. W polskiej szkole reportażu nie podoba mu się przede gra z prawdą, porzucanie prawdy na rzecz wzmocnienia przekazu. W tym sensie zrywa z własnym mistrzem – Kapuścińskim i kontynuatorami tradycji. Taka strategia daje mi duże poczucie bezpieczeństwa jako czytelniczce, wierzę Domosławskiemu, gdy przestaję ufać innym autorom (vide Katarzyna Boni, Witold Szabłowski). Bo bieżące praktyki pisarskie pokazują nam nagle, że można cytować cudzy tekst bez przypisu, że można wkładać w usta bohaterów słowa, których nie wypowiedzieli, że można wreszcie udawać spotkania z nimi. Cóż, Domosławski tego nie robi.

     

     

     

  • Najlepiej malują matematycy i fizycy

    Hanna Krall, Sześć odcieni bieli i inne historie

    Dowody na Istnienie 2015
     
    Reklamowanie Hanny Krall jest zajęciem dość idiotycznym i niepotrzebnym, ale Sześć odcieni bieli wydaje się wyróżniać w i tak genialnym dorobku autorki. To książka zbierająca reportaże z lat 70. i 80., w których widać fascynujące zderzenie: teksty głęboko osadzone w paździerzowym PRL-u, są jednocześnie ostre i aktualne, z nowoczesnym rysem psychologicznym i mistrzowską ironią.
     
    Fascynująca jest historia stojąca za zgromadzonymi tutaj tekstami – bo Sześć odcieni bieli gromadzi teksty z trzech tomów Krall. Pierwszy, pod tym samym tytułem, ukazał się w 1978 roku. Drugi, zatytułowany Trudności ze wstawaniem, wyszedł w nielegalnym, drugim obiegu w 1988 i zawierał dwa tomy reportaży z lat 80. (Katar sienny i Szczęście Marianny Głaz), których publikację państwowa cenzura powtrzymała w ostatniej chwili, mieląc większość z nakładu wydrukowanego przez Wydawnictwo Literackie. Jak podają Dowody na Istnienie w nocie wydawniczej:  wydrukowane już książki w latach 80. zniszczono, a skład drukarski przetopiono. Cóż, jak widać rację miał Bułhakow, gdy pisał „Rękopisy nie płoną”.
    Krall używa nowomowy przeciwko PRL-owi. Zawsze wprowadza ją jako mowę cudzą, ustawia cytaty tak, by szydzić z polityki społecznej, z oficjalnego dyskursu chwalącego rozwój i postęp społeczny. W jej reportażach zderzają się „pozytywne czynniki rozwojowe” oraz „pewne skrajności”. Według oficjalnej prasy PRL-u „pewne skrajności” to margines socjalistycznej rzeczywistości, tymczasem Krall zmienia tę proporcję, obnaża stojące za nią kłamstwo. Reportaż Nieuwiara czy teksty o skazanych przestępcach kryminalnych udowadniają wyraźnie, że „pozytywne czynniki rozwojowe” nie istnieją, że społeczeństwo pije, bije, kradnie i wiesza się, pogrąża się w anomii. Krall wyławia bezbłędnie te marginalizowane i pozornie nieistotne „pewne skrajności”, by postawić je w centrum swojej narracji. Pokazuje powszechną zawiść, materializm społeczeństwa skazanego na walkę o każdy domowy przedmiot, zabobon i giętkość światopoglądową, podporządkowanie władzy i przysięgi na krzyż i krew. Zawiedzie się jednak ten, kto szukałby u niej sensacyjnej kroniki kryminalnej, bo Krall najbardziej interesuje szary człowiek – emeryt uprawiający ogródek, żona dawnego stachanowca, nadmiernie wykształcona pracownica spółdzielni chałupniczej, hodowca gołębi, oszustka żyjąca za pożyczane notorycznie pieniądze, czytająca autorce wiersze Ewy Lipskiej jako własne.   
     
    Mistrzowskie Trudności ze wstawaniem opowiadają o chłopaku, który pisze donosy w 1978 roku, a jednocześnie czyta Herberta i obiecuje sobie, że nie weźmie za donosy pieniędzy. Dolly Korewa to historia kobiety wyrzuconej z uniwersytetu w 1968 roku, zmuszonej do podjęcia pracy fizycznej. Niczym bohater Kundery, Dolly zaczyna malować mieszkania, organizuje ekipę złożoną z samych inteligentów. Skład brygady malarzy zmienia się jednak w zależności od represji, a w 1976 zasilają ją nowi bezrobotni. Katar siennywykracza daleko poza reportaż ku literaturze i fikcji, komplikuje formę. To opowieść o wiejskiej nauczycielce, którą rzeczywistość przyprawia o tytułowy katar sienny. Miłość na Fabrycznymopowiada o konkubinacie na biednym, robotniczym osiedlu, o przyzwoleniu społecznym na bicie rodziny, męskie picie. Romans prowincjonalny – o związku dwojga robotników, którzy swój romans muszą wpasować w życie zakładowego kolektywu i szare PRL-owskie realia.
     
    O stylu Krall pisze się często, że to „ascetyczna jednolitość”, że cechuje ją skrót, kontrast, opis detalu, narracja personalna. Jak pokazuje lektura Sześciu odcieni bieli, ta technika się nie starzeje, ciągle jest nowoczesna i ostra. Ten zbiór czytać można jak szereg małych arcydzieł – Nieuwiara opowiada o zbrodni, której całą książkę poświęcił  Wiesław Łuka (Nie oświadczam się). Krall pisze zupełnie inaczej niż Łuka, jest lapidarna, bardziej skrótowa. Pewne jej zdania nie pozwalają zasnąć w nocy: „jak się morduje, to się trochę trzeźwieje” – mówi jeden z jej bohaterów. Ta technika opowiadania cudzym głosem jest ciągle mocna, daje piorunujący efekt. Równie wstrząsający, choć zdecydowanie bardziej kameralny jest reportaż Haj nabyty o bezradnych rodzicach-robotnikach obserwujących powolne pogrążanie się syna w narkotykowym nałogu. Tutaj właśnie rysuje się, charakterystyczna dla Krall, umiejętność przejścia od wąskiej, indywidualnej historii do szerokiego uogólnienia. Przypalający trawę i eksperymentujący z heroiną chłopak uważa bowiem, że brak porozumienia między nim a rodzicami wynika z faktu, że starsze pokolenie przyzwyczajone jest do życia w jarzmie, do poprzestawania na małym. Ojczym cieszy się, że wylosował dywan, bo tylko 6 rzucono na całą fabrykę, matka żyje w trybie: praca, dom, „dziennik” w telewizji, jest  zadowolona, gdy dostaje obraz Matki Boskiej. Syn-narkoman ocenia ich:
     
    Myślą, że sami to wybrali, że chcą. Albo może chcą naprawdę, bo nic innego, żadnego innego życia nie wyobrażają sobie.  
     
    Widać tutaj zatem niezwykłą woltę, bo najtrzeźwiej myślący okazuje się tu chłopak stale myślący o gandzi. Jego sądy są najbardziej przenikliwe.
     
    W latach 90. często pisano, że polski reportaż dzieli się na linię Kapuścińskiego i linię Krall. Linia Kapuścińskiego to reportaż historyczno-polityczny, pokazujący uwikłanie człowieka w system, tymczasem linia Krall to linia społeczno-obyczajowa, skupiona na życiu codziennym, a nie na świecie politycznym. Ta teoria wydawała mi się zawsze krzywdząca i upraszczająca, niesprawiedliwa wobec Krall. Właśnie w Sześciu odcieniach bieli widać wyraźnie, że autorka potrafi opisywać wielką politykę, nie wychodząc poza opis małego mieszkanka, w którym rezyduje 6 dorosłych osób – tak dzieje się właśnie w Portrecie rodziny Z. we wnętrzu. Mało kto potrafi tak przedstawiać biedę, jak Hanna Krall i bieda u niej ma wymiar nie tylko społeczny (choć oczywiście reportaż ten jest oskarżeniem polityki PZPR), ale szerzej – egzystencjalny. Krall pokazuje bowiem, jak zawężają się perspektywy życiowe ludzi pogrążonych w biedzie, w jakich warunkach muszą oni funkcjonować: pobudka o 4 rano, droga pieszo do stacji kolejowej, dojazd do warszawskich fabryk, powrót do domu po zmierzchu. Gdzieniegdzie tylko przewija się pytanie o samobójstwo, które nigdy jednak nie staje się zagadnieniem pierwszoplanowym. Jego stała obecność wprowadza tu jednak dramatyczny wymiar, pokazuje tragiczną głębię życia robotniczego.
    Trudno w ogóle spuentować ten tom, znaleźć jakąś myśl podsumowującą całość. Lepiej czytać Krall ciągle na nowo i jej kolejne tomy.