Tag: Polonistyka

  • Skandal jako narzędzie

    Skandal jako narzędzie

    Skandal – tylko wybuch
    We współczesnym świecie literackim skandal powinniśmy rozumieć przede wszystkim jako zakłócenie porozumienia, jako rodzaj zgrzytu w procesie komunikacyjnym. Ktoś, kto mówi lub pisze, zwraca się zawsze do określonej grupy odbiorców, pragnie przekazać im wiedzę o zdarzeniach. Piotr Michałowski charakteryzuje skandal jako przeciwieństwo stereotypu, bo stereotypowe przedstawienie nie zmienia w żaden sposób naszej wiedzy (Michałowski nazywa takie zjawisko „przekazywaniem wiedzy zerowej”), tymczasem skandal dąży do maksymalnej zmiany naszej wiedzy, przekazania wiedzy całkowicie nowej, innowacyjnej, rewelacyjnej. Ważne jest jednak i to, że o ile stereotyp trwa, o tyle skandal żyje wyłącznie w krótkotrwałym wybuchu, traci swą siłę wraz z czasem. Moc skandalu szybko ulega osłabieniu i po kilku latach od jego wybuchu, nie pamiętamy już dokładnie jego okoliczności ani konsekwencji. Skandal może więc wyłącznie istnieć jako zaskoczenie, które ze swej natury jest krótkotrwałe.

    To skandal!
    To publiczność czytająca wytarza skandal, nigdy sam autor, twórca komunikatu. Nieważne, jakie intencje ma autor, czy chce zaszokować czytelnika, czy też uznaje sam swój utwór za tradycyjny. Skandal rodzi się, gdy odbiorca bierze do ręki książkę i woła: „To skandal!”. Czasem więc mamy do czynienia ze skandalem z przypadku, częściej raczej ze skandalem wykreowanym, z tekstem, którego autor z premedytacją łamie normy estetyczne i artystyczne, występuje przeciwko naszym wyobrażeniom, miesza sacrum z profanum. W dzisiejszym świecie nie sposób właściwie wywołać skandalu o charakterze wyłączenie artystycznym.  Łatwo za to obrazić uczucia religijne publiczności i to chyba najczęstszy przypadek skandalizowania. Przewrócona figura papieża, posąg Chrystusa z szalikiem klubu sportowego – oto proste przykłady, skandale łatwo wybuchające i stosunkowo szybko odchodzące w niepamięć. Znów powołam się na Piotra Michałowskiego, który pisze, że w świecie, w którym wszystkie normy zostały przekroczone, czeka nas tylko nuda powtórek.
    Cel: podtrzymanie skandalu
    Skandal, który tylko obraża, skandal, z którego nie wyciągamy żadnych wniosków, jest wydarzeniem bez sensu, zaskoczenie znika, zakłócony proces komunikacyjny wraca do normy, zgorszeni czytelnicy chowają transparenty i wracają na kanapy. Ważny jest taki skandal, który nie tylko obraża, ale przede wszystkim szarpie wnętrznościami, stawia pytania i z nimi nas pozostawia, wskazuje wyraźnie puste pola w obszarze naszej świadomości. Taki skandal najczęściej ma charakter światopoglądowo-aksjologiczny, uderza w jakieś nasze świętości, ale nie tylko te religijne. Autor, który w swojej powieści wytwarza ten rodzaj skandalu, musi mieć świetnie opanowaną wiedzę dotyczącą stereotypów, musi znać najbardziej bolesne miejsca naszej kultury, rozpoznawać nastroje, by wiedzieć dokładnie, w który punkt uderzyć. Jakie elementy spiąć ze sobą, by powstawał dysonans, który doprowadzi czytelnika do furii, wytrąci go z poznawczych kolein.
    Jeśli chcemy wykreować skandal, to naszym celem nie jest wyłącznie jego wywołanie, ale przede wszystkim podtrzymanie, przedłużenie bitwy na polu literackim, gra z czytelnikami w oburzenie i aprobatę. To zaś udaje się szalenie rzadko.

    Praworządność jako skandal
    Czasem pojawia się skandal smakowity, skandal porządny, który trwa długo i wywołuje szereg debat. W 2006 roku taką książkę, która wywołała lawinę sprzecznych komentarzy, zgorszenie i uwielbienie czytelników były we Francji Les Bienveillantes Jonathana Littella. W 2008 roku ukazały się one po polsku jako Łaskawe – gdy wychodziło jednak polskie tłumaczenie, była to już książka znana, szokująca, sprzedająca się w ogromnym nakładzie (za granicą), nagrodzona Goncourtami, czyli najważniejszą francuską nagrodą literacką, a jednocześnie potwornie mocno skrytykowana w Niemczech.
    Littell napisał ponad tysiąc-stronnicową powieść o Maksie Aue – finezyjnym intelektualiście i mordercy, gorliwym urzędniku III Rzeszy. Aue przechodzi całą kampanię wschodnią aż do Stalingradu, ale nie w strukturach Wehrmachtu, lecz SD. Bierze zatem udział w masakrach i egzekucjach, dobija niedostrzelonych rannych w wąwozie Babi Jar, wizytuje obozy koncentracyjne, uczestniczy w zdobywaniu Stalingradu. Littell wychodzi od stereotypu, który znamy: jego bohaterem staje się doktor prawa, człowiek inteligentny, światowy, doskonale znający się na sztuce, nie wierzący Hitlerowi, ale oddany państwu i prawu. Jest to więc taki rodzaj nazistowskiego urzędnika, jaki kultura reprodukuje już od dawna, nie ma on w sobie nic z bestii, socjopaty. Doskonale zna normy moralne. Gardzi zezwierzęceniem szeregowych esesmanów, a jednocześnie dobrowolnie wybiera pozycję kata, oprawcy, uczestnika i świadka najstraszniejszych zbrodni nazistowskich. Jego idée fixe jest całkowita profesjonalizacja procesu mordowania – z oburzeniem wyrzuca z Babiego Jaru szeregowych żołnierzy, którzy pod wpływem szaleństwa strzelają na chybił trafił do ofiar, pisze donos na oficera, który pobił Żyda na ulicy. Pragnie bowiem, by zabijanie było pracą spełnianą na chłodno, bez emocji, porządnie i wydajnie. Nie ma w niej miejsca na napady obłędu, alkohol, furię, bo te nie przystoją państwowym urzędnikom realizującym politykę Rzeszy.  Nie kradnie dla siebie, nie gwałci, nie upija się, ani nie nagina prawa. Bierze udział w grabieży, ale tej organizowanej przez państwo. Pomaga więźniom obozów koncentracyjnych, ale dlatego, że ich wysoka śmiertelność przekłada się na niski ekonomiczny postęp państwa. Stara się ukrócić działania rozbestwionych towarzyszy, robi to jednak z tych samych powodów – nie przystoi to mundurowi nazistowskiemu, utrudnia pracę precyzyjnej maszyny niszczenia. Na wszechobecną śmierć reaguje fizycznie – wymiotami, biegunką, słabością. Ranny w głowę pod Stalingradem, wraca do Rzeszy.
    Czy perwersja kogoś jeszcze szokuje?
    Wszystkie swoje perwersyjne gusta Aue realizuje w sferze seksualnej, złapany przed wojną na stosunku homoseksualnym, decyduje się wstąpić do SD, bo tylko mundur może go ocalić od uwięzienia. Ma kazirodczy romans z siostrą bliźniaczką, prawdopodobnie też morduje własną matkę, w końcu sam staje się przedmiotem własnych fantazji seksualnych, w których dokonuje się androgyniczne zlanie się ciała Maksa z ciałem Uny – siostry. Maks marzy wszak, by stać się nią – w tym sensie zatem jego homoseksualizm ma charakter zastępczy.
    Na czym polega zatem skandaliczność tej powieści? Krytycy zarzucali jej epatowanie fizycznością i perwersją seksualną, rozbudowanymi opisami stosunków i defekacji, wątkami womitalnymi. Każdemu czytelnikowi wrażliwemu na takie sceny trudno doprawdy przedzierać się przez długie i precyzyjne, bardzo realistyczne sceny masakr, gwałtów, masturbacji. Tu ujawnia się pierwszy poziom skandaliczności „Łaskawych”: pornograficzne sceny szokują właśnie dlatego, że wmontowane są w historię o Zagładzie, w której kat, po zakończeniu pracy w potwornej maszynerii śmierci, oddaje się skomplikowanym fantazjom seksualnym. Z perspektywy czytelnika pojawia się tu zgrzyt – zderzenie tematyki, która zasługuje na szacunek i zadumę z rozpasaniem i brakiem wyrzutów sumienia. Poczucie dysonansu odbiorcy wzmacnia jeszcze absolutny racjonalizm Maksa, jego poświęcenie w pracy, chłodna umiejętność autorefleksji i brak zaślepienia. To jednak tylko pierwszy poziom krytyki, związany ze streszczeniem tej historii. Powieść Littella brali na warsztat najwybitniejsi krytycy i choć ukazała się dopiero dziesięć lat temu, poświęcono jej już trzy opracowania monograficzne, a także nieskończoną ilość artykułów.

    Kat w miejsce ofiary
    Łaskawe to zdecydowanie skandal wykreowany przez autora, umiejętnie później podtrzymywany jego milczeniem: na wszystkich spotkania autorskich i w wywiadach konsekwentnie odmawiał on odpowiedzi na pytanie o powód nadania bohaterowi rozbuchanej, perwersyjnej seksualności. Jej prawdziwą skandaliczność trzeba sobie jednak dopiero uświadomić, wyprowadzić ją niejako z tekstu. W 1947 roku skandal wywołał Tadeusz Borowski, gdy w potężnym artykule Alicja w krainie czarówrozbił w pył model przedstawienia obozowego świata stworzony przez Zofię Kossak-Szczucką w Z otchłani. Skandal ten wzmocniony został przez publikację Pożegnania z Marią, ponieważ sposób konstrukcji bohatera zacierał fundamentalną różnicę między katem i ofiarą, przerzucał na więźniów odpowiedzialność za zło obozu. Borowski pracował jednak na styku tych dwóch przeciwstawnych pozycji, adresował zaś swój tekst do ludzi, którzy – tak jak on – mieli osobiste doświadczenia wojenne. Tymczasem tutaj, kompletnie wbrew tradycji literackiej, socjologicznej i filozoficznej, bohaterem stają się kaci. U Littella ofiary nie mają głosu, pojawiają się właściwie tylko jako ciała, cała uwaga autora skupiona jest na oprawcy, na jego psychicznej konstrukcji, wartościach, potrzebach i przemianach. I to zagadnienie właśnie sprawia, że Łaskawe wyrastają na największy chyba skandal literacki nowego wieku.

    Dlaczego mielibyśmy czytać książkę napisaną przez wykształconego idiotę, który źle pisze, prześladują go seksualne perwersje i zatracił się w ideologii rasistowskiej i archaicznej wierze w los? Niestety, jeszcze nie znalazłam na to odpowiedzi

    – napisała Iris Radisch na łamach „Die  Zeit”. Otóż odpowiedź na to pytanie jest dość prosta, choć oczywiście podkreśla fakt, że Littell balansuje na granicy etyki. W Łaskawychbuduje studium zbrodni po to, by pokazać czytelnikowi, jak rodzi się zło i jak rodzi się zbrodniarz, a właściwie zbrodniarze, bo wszyscy żołnierze, z którym styka się Aue, dopuszczają się mniejszych czy większych przestępstw.

    Perwersyjny moralitet
     Do czego potrzebne są Littellowi rozbudowane, naturalistyczne obrazy kaźni i masakr? Dlaczego mordowane ofiary pojawiają się tylko jako anonimowy tłum, spychany do rowów w Babim Jarze?

    Żeby dotrzeć do niektórych rannych, trzeba było chodzić po zwłokach, były ohydnie śliskie; białe i miękkie ciała usuwały mi się spod butów, kości łamały się zdradliwie, traciłem równowagę, grzęzłem po kostki w krwi i błocie.

    Nagromadzenie tych opisów, nadużywanie scen śmierci sprawia, że czytelnik najpierw dusi się, przygnieciony tymi potwornymi obrazami, po czym na nie obojętnieje, albo też zaczyna odczuwać niezdrową fascynację. Takie zaś czerpanie perwersyjnej przyjemności z czytania o Zagładzie wielu autorom zarzucał już dawno Teodor Adorno. Mamy więc tu do czynienia (po raz drugi) ze skandalem, tym razem nie tylko skandalem literackim, ale też skandalem etycznym – Littell wystawia swego czytelnika na grzech, grzech braku współczucia, uprzedmiatawiania ofiar, przewrotnego zagłębiania się w świat zbrodni. Znów jednak te skandaliczne strategie uznać należy za zaplanowane świadomie przez autora, a wystawianie czytelnika na pokuszenie za strategię główną, prowadzoną z rozmysłem. Ta pornografia Zagłady ma wybić nas poza bezpieczną strefę czytelniczego dystansu, Littell tak montuje swój tekst, żeby wywołać u czytelnika maksymalny dyskomfort. Celem w grze, w procesie komunikacyjnym nie jest bowiem tylko polemika z kulturowymi obrazami, które sprawiają, że zamknęliśmy Zagładę w bezpiecznej przestrzeni literatury wojennej, ale przede wszystkim cel najtrudniejszy: „przebicie się do naszych sumień”. Joanna Tokarska-Bakir czytając Łaskawe, podkreśla właśnie ten ambitny, ale też pozornie skandaliczny i niemoralny cel Littella, autor po to wszak opisuje swego odrażającego bohatera, by zmusić nas do naprawdę bliskiego przyjrzenia się mu. Aue swój monumentalny monolog rozpoczyna od słów:

    Bracia śmiertelnicy, pozwólcie, że opowiem wam, jak było.

    Littell zaś kreuje gigantyczny fresk historyczny na fundamencie jednego przekonania: że Zagłada nie była wydarzeniem odosobnionym w historii, że każdy z nas prawdopodobnie stałby się katem, gdyby wymagały tego okoliczności historyczne. Łaskawe mają uświadomić łatwość, z jaką człowiek ulega takiej przemianie. W scenie masakry w Babim Jarze, którą oglądamy oczami Maksa Aue, nie ma żadnego przymusu zabijania: ci, którzy nie chcą mordować, odsyłani są do innych zadań, które bardziej odpowiadają ich predyspozycjom. Po zakończeniu masakry, gdy władza wydaje oficjalny rozkaz w sprawie konieczności zgłaszania kłopotów psychicznych żołnierzy odpowiedzialnych za realizację ostatecznego rozwiązania, w koszarach trwają dyskusje, bo wszyscy zastanawiają się, czy takie zgłoszenie nie powstrzyma ich kariery, nie zagrodzi w przyszłości drogi do awansu. Masowo i milcząco żołnierze podejmują więc decyzję o pozostaniu w oddziałach odpowiedzialnych za eksterminację – i tu skandalista-Littell objawia skandal historii.
    Skandal etycznej arogancji
    Krytycy, którzy atakowali Łaskawe, zarzucając książce epatowanie przemocą i perwersją, jak Phillip Sollers, uważali, że tezy Littella są oczywiste, stanowią powtórzenie wytartych już haseł Hannah Arendt o „banalności zła”. Sollers szydził z Littella, twierdząc, że jego epopeja to tak naprawdę „analité du mal”, czyli analność zła i czynił w ten sposób przytyk także do dużej ilości scen defekalno-womitalnych. Łaskawe to nie jest jednak skandaliczna epopeja pornograficzna pisana ku rozrywce tłumu. Joanna Tokarska-Bakir i Małgorzata Szpakowska w swoich tekstach analitycznych poświęconych tej powieści pokazują, że Littell zmaga się właśnie z powszechną akceptacją tezy Arendt, jej koncepcja banalności zła, stanowiąca rewelatorskie objawienie w latach 60., powtarzana wielokrotnie, z czasem straciła swoją moc. Tak więc Łaskawez całym swoim skandalizującym ładunkiem, stanowią nowe opakowanie i pogłębienie pracy Arendt. Walczą one z „konfekcją” – takiego określenia używa Małgorzata Szpakowska, by opisać zestereotypizowane sposoby przedstawiania nazistowskich zbrodniarzy. Określenia w rodzaju „kaci Hitlera”, „mordercy zza biurka” sprawiają bowiem, że dystansujemy się wobec zła wojennego i zapominamy o niebezpieczeństwie powtórzenia. Joanna Tokarska-Bakir podkreśla, że skandalizujące strategie stają się u pisarza sposobem na pokazanie skandalicznych cech naszej kultury, skandalicznej akceptacji zła, do jakiego doszło w historii. Kolejne analizy badawcze, prace historyczne i studia na temat II wojny doprowadziły bowiem do tego, że Zagładę wpisano w logikę rozwoju społeczeństwa, włączono zło w obręb wiedzy o naturze ludzkiej, a to sprawiło, że straciło ono swój ciężar, że stało się zjawiskiem intelektualnie oswojonym. Jak wskazuje antropolożka, Littell stara się właśnie przełamać naszą etyczną arogancję, która podpowiada nam, że wiemy o wojnie wszystko.

    Littell, autor książek reporterskich o Syrii i Czeczenii, wieloletni pracownik organizacji humanitarnych i obserwator konfliktów zbrojnych, nade wszystko zaś stara się pokazać właśnie ów skandal powtórzenia, zagrożenie, jakie płynie z lekceważenia wojennych doświadczeń i brak naszej skłonności do wyciągania z nich nauki. Opisy masakr i masowych grobów, które znajdujemy tak często w Łaskawych wzorowane zaś są, jak pokazują wywiady i prace badaczy, nie na zdarzeniach II wojny światowej, ale na konfliktach lat 90. w Bośni i Rwandzie, które odwiedzał Littell w czasie swoich podróżny z konwojami. Tutaj zaś ujawnia się kolejny skandal: autor Łaskawych odmawia Zagładzie wyjątkowości. Czyni to jednak nie po to, by podważyć znaczenie Holocaustu, ale po to, by podkreślić właśnie ryzyko powtórzenia, by pokazać, że ludobójstwo raz uruchomione, ujawnia się w kolejnych dekadach i na różnych kontynentach, że wykorzystywane jest jako narzędzie w politycznej walce.

    Taka praca

    Moje zapiski, być może, też będą bezładne i słabe, ale postaram się, by pozostały zrozumiałe, a niezależnie od wszystkiego, mogę was zapewnić, że do samego końca będą wolne od wszelkiej skruchy. Nie żałuję niczego: taką miałem pracę i już

    – wyznaje wiele lat po wojnie stary już Max Aue, dyrektor francuskiej fabryki koronek, który z dystansem i spokojem opowiada o swoich wojennych doświadczeniach. Nie martwi się o przyszłość, nie boi się upiorów przeszłości. Jego opowieść nie ma charakteru religijnej konfesji. To jest zupełnie inna historia: o tym, jak poświęcenie dla państwa, wierność, doprowadzone do granic osuwają się w zło, jak miejsce sprawiedliwości zajmuje nieprawość.
    I to jest ostatni chyba wielki skandal, jaki Littell wpisuje w swoją powieść. Którą należy czytać bez okrzyków, za to z wielkim skupieniem, bo mówi nam bardzo brzydkie rzeczy o nas samych. Dzisiaj.
    Korzystałam z:
    Piotr Michałowski, Strategie skandalu i stereotypy odbioru, „Przestrzenie teorii” 2003, nr 2.
    Małgorzata Szpakowska, 1939: Zrozumieć kata, dwutygodnik.com
    Joanna Tokarska-Bakir, 1939: Littell, dwutygodnik.com
    Do lektury:
    Jean Améry, Poza winą i karą. Próby przełamania podjęte przez złamanego, Kraków 2007.
    Hannah Arendt, Eichmann w Jerozolimie. Rzecz o banalności zła, Kraków 2010.
    Imre Kertész, Los utracony, Warszawa 2002.
    Jonathan Littell, Łaskawe, Kraków 2008.

     

     Tekst ukazał się w „Polonistyce” (nr 5/2016).
  • Miłość – sprzedaż. Kupno. Wymiana

    Miłość – sprzedaż. Kupno. Wymiana

    Miłość w literaturze to jeden z najtrudniejszych i najpiękniejszych tematów. Pościg za miłością zaś to najbardziej dramatyczna opowieść – jak pokazuje „Pani Bovary” Flauberta – łączy się w niej wątek społeczny i psychologiczny, widać całą głębię ludzką, także rozmiary upadku i nieszczęścia. Powieść o miłości nigdy nie jest tak naprawdę o miłości, ale też o wojnie, o świecie społecznym i jego porządku, o rozwarstwieniu, o kryzysie duchowym. Te wszystkie tematy wyznaczają przecież granice „Lalki” Prusa – jednej z niewielu polskich powieści, która właściwie nie ma granic. Zakochany w Izabeli Wokulski staje się też jakimś wzorcem miłości nieszczęśliwej, modelem zakochanego walczącego o uczucie, ale skazanego na klęskę. Miłość zatem w literaturze stanowi pretekst do opowiadania o ludzkim losie, miejscu człowieka w świecie, naszym świecie duchowym i socjologicznych uwarunkowaniach.
    Śmietnik miłosny na rynku wydawniczym
     
    Jednocześnie miłość na rynku wydawniczym to najgorszy rodzaj kiczu, różowo-czerwony zapychacz, odmóżdżacz, jakiego nie wytarza żaden inny temat. Bo miłość to jeden z najtrudniejszych tematów i po prostu szalenie trudno ją przedstawić w tekście. A że jest to też najbardziej atrakcyjny (lubiany przez czytelników, a więc pozornie prosty do opracowania, dający szansę na wysokie honoraria autorskie) temat, to przyciąga wielu pisarzy i tak Nicholas Sparks, Katarzyna Michalak, Stephanie Meyer czy inni pisarze-pocieszyciele zajeżdżają miłość doszczętnie. Opowiadanie o miłości dzisiaj to dziedzina najbardziej skonwencjonalizowana – wszystkie chwyty fabularne przerabialiśmy już po kilkaset razy, najbardziej też nieszczera i skomplikowana marketingowo, bo na sprzedawaniu miłości i naszych marzeń o wielkim uczuciu wszyscy chcą zarobić. Wydawnictwo obiecuje nam nowe emocje, wzruszenie, uniesienie, posmak grzechu, a jednocześnie publikuje powieść znanego autora, kolejny tom z cyklu, przeokładkowane wydanie klasyki, powieść pisaną na wzór bestsellerów (jako choćby wszystkie klony „Pięćdziesięciu twarzy Greya”). Nie ma więc żadnych nowych uczuć i uniesień, a jedynie nowe opakowanie znanych już historii, powrót do ustalonych konwencji, reklamowany jako jeszcze bardziej wciągający. Popatrzmy na ten układ statystycznie: ile „Wichrów namiętności”, „Linii serc” „Anatomii uległości” trzeba napisać, wydać, sprzedać, kupić, żeby powstała jedna „Duma i uprzedzenie”, jedne „Wichrowe wzgórza”. „Dziwne losy Jane Eyre”, „Anna Karenina”, „Trędowata”, wiatrem”, „Trędowata”? Cała zaś ta rynkowa operacja odbywa się na klientkach, nie klientach. Na kobietach spragnionych kontaktu z inną rzeczywistością, odejścia od nudy codziennego życia. Chwilowego zapomnienia. Wszystkich tych doznań dostarczą mocne narkotyki, ale większość z nas nie może jednak ich używać – sięgamy zatem po historię miłosną. I za naszą tęsknotę, zmęczenie, pragnienie pocieszenia płacimy 34,90 zł. Tyle kosztuje wstydliwe oderwanie się od świata.
    Miłość na stelażu
     
    Opowiadanie o miłości odbywa się dzisiaj w trzech rejestrach i każdy z nich jest interesujący z zupełnie innego powodu. Po pierwsze, mamy więc do czynienia z klasycznymi romansami, wśród których rządzą Nora Roberts, Danielle Steel, Linda Howard, Elisabeth Lovell – obecne  na polskim rynku w przekładzie, w wydaniach kieszonkowych i twardych okładkach. Powieści historyczne, szpiegowskie, kryminalne, sentymentalne. Wszystkie fabuły nie-miłosne służą jako stelaż dla romansu, nadają mu tempo, wprowadzają inne emocje, bardziej angażują uwagę czytelniczki, wymuszają sceny konfrontacji emocjonalnych, ale jednocześnie odbierają im czułostkowość. Operują jednak tylko kilkoma wariantami przebiegów fabularnych: w kryminale bohaterowie uświadamiają sobie swoje oddanie w chwili zagrożenia życia, natomiast wyznanie uczucia następuje zawsze po odkryciu zbrodni. W powieści szpiegowskiej moment perypetii, emocjonalnego konfliktu następuje wtedy, gdy jedno z bohaterów odkrywa pozornie podstępną grę drugiego, znów jednak wyznanie i oczyszczenie ma miejsce po rozwiązaniu zagadki. Wszystkie te romanse stanowią więc wariant na temat dumasowskiej powieści płaszcza i szpady, kryminału Agathy Christie, sensacji wymyślonej przez Roberta Ludluma, ale opracowanej w wersji „dla kobiet”. Kto przeczytał dziesięć romansów, przeczytał wszystkie – każdy kolejny jest tylko inną wariacją wątków i fabuł już napisanych.
    Realizm podrabiany i fałszywe rozwiązanie
     
    Drugi rejestr opowieści o miłości to powieści obyczajowe – używam tego pojemnego określenia, bo trudno jednoznacznie zakwalifikować ich fabuły oraz dlatego, żeby samej zdystansować się do tego gatunku, opanować własną niechęć. Anna Ficner-Ogonowska, Katarzyna Michalak, Małgorzata Kalicińska to bowiem autorki, w których powieściach nie chodzi wcale o lekcję życia, o popularne opracowanie wybranych zagadnień filozoficznych, ale przede wszystkim o sprzedaż. Kilka razy słyszałam, że ich powieści dają różnym osobom prawdziwe pocieszenie, ale jednocześnie opowiadają o prawdziwym życiu, że chciałybyśmy mieć taki dom nad rozlewiskiem albo mieszkać w „Wiśniowym dworku”, prowadzić mała restauracyjkę, hotel, czy kawiarnię. Chciałabym przypuścić jadowity atak na te powieści z jednego tylko powodu (nie ma co pastwić się nad ich nędzną formą, bo to byłoby kopanie leżącego): sprzedają nam banalne historie, pokazują fałszywe rozwiązania (podróż do Indii po to, by uporządkować swoje życie w Polsce), rysują uproszczonych bohaterów, a wszystko to robią pod hasłem autentyzmu, prawdy, szczerości. Umówmy się, wyjazd za granicę nie rozwiąże kłopotów, które mamy na miejscu, nie jest też konieczny, żeby przeprowadzić remanent we własnej głowie i życiu. Nie o szczerość chodzi przecież w takich powieściach, a o poczucie bliskości z bohaterami, które zagwarantuje wysoką sprzedaż i wierność czytelniczek (powiem cynicznie – wierność to najwyższa wartość na rynku wydawniczym, bo gwarantuje wysoką sprzedaż wszystkich tytułów danego autora). Nie ma w tych zachowawczych, słodko-cukierkowych powieściach prawdziwych problemów, ale to, co polskie czytelniczki chciałyby przeczytać w pocieszycielskich tekstach: nie ma dzieci o skłonnościach homoseksualnych, prawdziwych patologii z biciem, piciem i molestowaniem. Nie ma prawdziwej biedy, ostrych konfliktów zawodowych, impotencji, uderzeń gorąca i klimakterium ze wszystkimi jego fizjologicznymi konsekwencjami, ohydnych i zapiekłych sporów rodzinnych, ciągnących się latami spraw o uznanie ojcostwa, zwykłej oziębłości. Autorki pseudo-obyczajowych powieści wypreparowują na drodze bardzo skomplikowanej selekcji takie zagadnienia i wątki fabularne, jakie są akceptowalne przez polskie, dość tradycyjne w swym światopoglądzie, społeczeństwo. Poruszają się po bezpiecznych terenach, ostrożnie montują swoje wielopostaciowe opowieści. To z tego pewnie powodu brakuje im już czasu, żeby doszlifować język i pogłębić rysunek bohaterów. Moje oskarżenie wiąże się i z tym, że powieści te chcą udawać inne gatunki, podszywają się pod powieści obyczajowe, podczas gdy są historiami romansowymi w tym sensie, że oferują nam fałszywą wiedzę o świecie, że fabuła podporządkowana jest funkcjom pocieszycielskim, nie zaś realizmowi.
    A momenty były?
     
    Trzeci rejestr na polskim rynku wydawniczym, romanse erotyczne i paranormalne, także istnieje przede wszystkim dzięki przekładom – funkcjonuje jednak w wyraźniej opozycji do rejestru drugiego. To nieprawda, że „Pięćdziesiąt twarzy Graya” E. L. James otworzyło nowy nurt, ten nurt istniał na rynku anglosaskim już wcześniej i przynosił ogromne zyski. Ten rejestr funkcjonuje jako rodzaj suplementacji do istniejącej już literatury, każdą fabułą można przecież przepisać, dodając jej tzw. „momenty”. I tak otrzymujemy szereg erotyczno-historycznych powieści, dla których punktem wyjścia jest „Duma i uprzedzenie”: o ile jednak u Jane Austen we wszystkich powieściach łącznie pojawiają się trzy pocałunki, o tyle u Sylvii Day większość sporów werbalnych między głównymi bohaterami szybko przenosi się na poziom prześcieradła, stołu, ściany itp. W tej erotyczno-miłosnej literaturze z perspektywy przemian świadomości czytelniczej i rynku wydawniczego najbardziej interesujący wydaje się jednak dział dotyczący zmiennokształtnych. Fascynują badaczy kultury także dlatego, że choć adresowane są wyłącznie do kobiet (co widać już po okładkach, na których prężą się nagie klatki piersiowe, o takiej masie i rzeźbie, która praktycznie niemożliwa jest z anatomicznego punktu widzenia), to operują bardzo tradycyjnym systemem wartości, patriarchalnym podziałem ról społecznych. Christina Dodd, Nalini Singh, Sherrilyn Kenyon, Patricia Briggs, J. R. Ward, Katie Reus – to autorki tych bestsellerów, książek nagradzanych, wymienianych na listach New „USA Today” czy „New York Times’a”.
     
    Erotyczne i skandalizujące, reprodukują równocześnie amerykańskie mity konserwatywne – na przykład ten o prawie do posiadania i użycia broni. Zastanawiające jest właśnie to kobiece zainteresowanie fabułami mocno patriarchalnymi – główny bohater to zawsze samiec Alfa, główny dowódca, przerażający swoją mocą wampir, silny, dominujący przywódca stada czy watahy. Choć szorstki i brutalny, wobec głównej bohaterki okazuje się zawsze skrajnie opiekuńczy, zazdrosny, zaborczy, gotów do poświęceń. Jego wybranka zajmuje pozycję dokładnie przeciwną do jego wysokiego statusu: jest więźniem, niewolnicą, uciekinierką. Ukrywa się lub próbuje uniknąć pościgu, pracuje na podrzędnych stanowiskach kelnerki, barmanki, ekspedientki, sprzątaczki. Bieda i konieczność zdobycia gotówki do dalszej ucieczki popychają ją do pracy striptizerki, hostessy, damy do towarzystwa. On ma bujną przeszłość erotyczną, idzie przez kobiety jako burza, spotkanie z wybranką czyni z niego jednak monogamistę oddanego jednej kobiecie, której seksualne doświadczenia nie istnieją lub mają symboliczny wymiar. Choć on ma nieposkromione apetyty, to teraz zwraca uwagę na inteligencję i wiedzę swojej wybranki. Każda fabuła z tego nurtu literatury wiąże się z ratowaniem „damsel in distress”, ocaleniem jej przed zagrożeniem, odkryciem tajemnicy, która zagraża jej życiu. Łączy się więc w pretekstowy sposób z powieściami sensacyjnymi, ważna jest tutaj sama walka, bo duże znaczenie ma siła fizyczna, pozycja głównego bohatera. Kobieta – zawsze słabsza, nieumiejąca posługiwać się swoją magiczną mocą, niepogodzona z tkwiącym w niej zwierzęciem, niezdolna do transformacji w przypisane jej zwierzę – musi walczyć przeciwko temu, kto chce ją zabić, ale też z zaborczością swojego partnera, który z zazdrości o męskie spojrzenia nie pozwala jej zakładać bluzki z dekoltem, nie daje zgody na jej samodzielne wyjazdy.  O ile jednak dzięki wspólnemu wysiłkowi udaje im się pokonać czyhające na nich zagrożenie, o tyle zawsze w finale dokonuje się absolutne podporządkowanie kochanki kochankowi, odrzucenie dawnego życia, wolności, samodzielności i poddanie się jego woli – scena ta zawsze ma charakter aktu seksualnego, którego przebieg sprawia, że Grey zaczerwieniłby się na wszystkich 50 twarzach. Relacja między bohaterami także reprodukuje wszystkie stereotypy płciowe, według których męski mężczyzna to mężczyzna brutalny, a kobieta powinna być słodka, uległa i łagodna. O ile zadaniem bohatera jest uratowanie heroiny w opałach, o tyle jej misja polega na uleczeniu zranionego męskiego serca, bo bohaterowie z reguły mają na koncie przynajmniej jedną dramatyczne doświadczenie, melodramatyczną przygodę. I tak on dzięki miłości staje się spokojniejszy, bardziej rozważny i mniej zapalczywy, ona staje się obrończynią słabych, rzeczniczką uciśnionych. Porzuca swoje życie i podporządkowuje się zasadom wspólnoty, w której on odgrywa pierwszoplanową rolę. Rezygnuje ze swojej autonomii, ale w nagrodę otrzymuje uczucie, fantastyczny seks, ale i wyższą pozycję społeczną: rządzi wraz z nim, choć spełnia tylko funkcje doradcze, ma zabezpieczoną przyszłość, lepszą sytuację materialną. Wszystkie te opisy brzmią oczywiście bardzo zabawnie, jednak zastanawiające jest twarde jądro powieści fantastycznych dla kobiet, jądro zdecydowanie antykobiece, utrwalające tradycyjne role, pochwalające kobiecą bezradność, przedstawiające mężczyznę jako jedynego obrońcę. Jeśli uznać, że powieści te pokazują nasze ukryte i niespełnione marzenia, nasze fantazje, to należałoby powiedzieć, że kobiety nie tylko marzą o dobrym seksie i udanym związku, ale też o byciu całkowicie podporządkowaną i zdominowaną.

     

    O co więc chodzi w tym wstydliwym, niskim temacie, jakim jest z perspektywy literatury wysokiej romantyczna opowieść o miłości? O ucieczkę, o pocieszenie, które jednak sprawia, że rynek wydawniczy rejestruje rekordowe wyniki finansowe, pogarsza się jednak jego jakość. Mało cukru w cukrze – w powieściach miłosnych coraz mniej miłości, a coraz więcej marketingu i wyrafinowanych strategii (bynajmniej nie literackich, a raczej socjologicznych). Tołstoj, gdy pisał „Annę Kareninę”, nie zastanawiał się, o czym pragną czytać jego czytelnicy, zaserwował im po prostu obraz miłości i upadku głównej bohaterki. Polska autorka współczesna przerobiłaby tę fabułę tak, że to Karenin zdradzałby Annę, ona zaś rozwiodłaby się z nim, wybudowała dom, założyła firmę, poświęciła dla dobra swego syna i dopiero wtedy zakochała się we Wrońskim (który absolutnie nie byłby hulaką-hazardzistą-zawodowym oficerem, ale jakimś psychologiem z roztargnionym spojrzeniem), bo takiej historii o atrakcyjnej i spełnionej bohaterce pragną czytelniczki. Umówmy się, że wszystkie te amputacje zmieniają zupełnie sens, prowadzą do powstania absurdalnej pulpy. Charlotte Bronte nie czytała badań socjologicznych na temat profilu psychologicznego swoich odbiorców, Margaret Mitchell pisała „Przeminęło z wiatrem” jako rodzaj autoterapii, która miała jej pomóc wyjść z depresji. Bądźmy zatem świadomymi czytelnikami, którzy wiedzą, że autorzy romansów nie uwodzą nas bezinteresownie, że są raczej jak łowcy posagów – chcą się dostać przez nasze serca do naszych kieszeni. 
     
     
    Ten tekst ukazał się w „Polonistyce”, nr 3/2016
  • Komu arcydzieło

    Komu arcydzieło

    Arcydzieł nie znajdziemy na żadnej liście bestsellerów, nie było ich w naszych bagażach wakacyjnych, nie zabieramy ich w podróż służbową i codzienną drogę do pracy. Przecież arcydzieło to książka stara, opasła, wymagająca tego rodzaju skupienia, na które – jak nam się wydaje – nie możemy sobie pozwolić na co dzień. Nie kupujemy ich w prezencie bliskim – wszak chcemy im dać coś nowego, interesującego, co pasuje do ich gustów i pasji, a żadnej bliskiej przyjaciółce nie można powiedzieć, że do jej życia uczuciowego pasuje „Pani Bovary”. Szefowi nie damy „Makbeta”, koledze z popołudniowych zajęć „Doktora Faustusa”. Nie wypożyczamy arcydzieł z bibliotek, bo szukamy gatunkowej literatury lekkiej i nowości wydawniczych. Żadna księgarnia nie urządza na nie promocji, ponieważ arcydzieła nie przyciągają uwagi, nie generują ruchu na stronie internetowej, nie zwiększają zainteresowania marką. Jak zrobić promocję na „Beniowskiego”? Można sobie wyobrazić tylko atrakcyjny pakiet 3 w cenie 2, na który składa się Vargas Llosa, Marquez i Cortazar, albo Hamsun, Ibsen i Strindberg. Czy też Bellow, Faulkner i Nabokov − tylko który z nich wtedy byłby trzeci, dorzucany gratis? Mogę ironizować, ale przecież taka akcja wzbudziłaby poczucie dyskomfortu – przecena oznacza przecież, że powieści czegoś brakuje oraz że książka jest produktem, którego ceną (a w domyśle wartością) można sterować.
    Nikt z nas specjalnie nie garnie się do lektury arcydzieł, ale jednocześnie arcydzieła pragniemy, marzy nam się książka, która nas porwie, zwymiata, zmusi do myślenia, otworzy nam oczy i sprawi, że ułożymy na nowo prywatny system wartości.
     
    Moja teza tym razem jest przewrotna: choć marzymy o arcydziele, to ani polscy autorzy nie mają warunków, by arcydzieło napisać, ani polscy czytelnicy nie mają kompetencji, by arcydzieło rozpoznać. Można też odwrócić to zdanie, i także będzie ono słuszne: polscy autorzy nie mają kompetencji, by napisać arcydzieło, a polscy czytelnicy nie mają warunków, by je rozpoznać.
     
    Akt pisania, akt czytania
    Arcydziełem nie jest każdy tekst genialny, o niezwykłej formie i ponadczasowej treści – tych literatura posiada całkiem sporo, arcydzieł zaś niezbyt wiele. Arcydzieło nie powstaje w akcie pisania, nie jest wytworem jednostki, czyli genialnego pisarza. Arcydzieło rodzi się w procesie czytania, w czasie nadbudowywania nad tekstem bazowym naszych kolejnych, ożywiających go interpretacji, dodawania kontekstów, poszerzania znaczeń. Tworzenie arcydzieła to zatem sport grupowy, dyscyplina dla czytelników, zabawa dla nas wszystkich.
    Utwór o wysokiej wartości wymaga przede wszystkim wielokrotnych odczytań i pogłębiania sensów. Wartość arcydzieła polega zaś między innymi i na tym, że można ustawiać je w różnych kontekstach, za jego pomocą oświetlać różne zjawiska z naszej rzeczywistości albo też wydobywać z niego nowe sensy dzięki nowemu kontekstowi. W końcu „Mistrz i Małgorzata” w dobie siarczystego komunizmu była powieścią o stłumieniu wolności słowa, o groteskowości systemu politycznego, o kompromisach sprzedajnych artystów. Dzisiaj zaś czytamy „Mistrza i Małgorzatę” jako powieść o miłości, jako rodzaj literackiej gry z absurdem życia. W poprzednich odczytaniach, które mistrzowsko przeprowadzał w Polsce Adam Drawicz, chodziło o to, z czym walczą diabły. Dzisiaj czytelnik skupia się na tym, kim jest sam Woland i jego słudzy.
    Jaki czytelnik jednak miałby w Polsce stworzyć arcydzieło? Na jakim forum? Z jakiego tekstu? Dzisiaj chcielibyśmy dostać do rąk książkę, która opowiada o życiu w III Rzeczpospolitej, o czasach transformacji, wyjściu z komunizmu i wejściu w brutalny kapitalizm. Żaden tekst jednak nie budzi w nas powszechnego uznania: Miłosz? Nie, bo wziął w czasie wojny litewski paszport? Tuwim? Uciekł w czasie wojny za granicę, a potem współpracował z komunistami. Iwaszkiewicz? No nie, bo ta jego orientacja seksualna… Tak czytamy autorów z XX wieku. Kolejne spory ideologiczny utrącają kandydatów do arcydzieła o ostatniej przemianie systemowej. Czy arcydziełem jest „Weiser Dawidek” Pawła Huellego? Nie bardzo, bo perspektywa dziecka uniewinnia system – mówią zwolennicy twardego rozprawienia się z komunizmem. To może w takim razie „Madame” Antoniego Libery? Nie, bo za dużo to anachronizmu, bo zbyt jaskrawa jest świadomość zła systemu, żaden nastolatek takiej nie mógł posiadać – mówią zwolennicy łagodnego kursu. Tak właśnie, stopniowo i powoli, utrącamy teksty pretendujące do statusu arcydzieła. Arcydzieło rodzi się w kontekście, ale my – mieszkańcy rozpolitykowanego państwa – widzimy w pierwszej kolejności wybraną opcję światopoglądową, zaglądamy autorowi do biurka i łóżka i wyrzucamy go z pozycji, na której postawiły go poprzednie pokolenia.
     
    Marketing a produkcja arcydzieł
    Życie literackie w Polsce w największym stopniu regulowane jest przez ruch wydawniczy, ten zaś poddaje się – bo musi – prawom marketingu. Listy bestsellerów zajęły miejsce opinii i wskazówek krytyków, jednak informacje medialne dotyczące sprzedanej liczby egzemplarzy nie stanowią przecież dobrego podglebia dla jakiegokolwiek arcydzieła. Nie powstanie ono nigdy wtedy, gdy książka żyje przez miesiąc lub maksymalnie kwartał od chwili publikacji do momentu wypchnięcia jej z półek księgarskich. Arcydzieło to tekst, z którym długo się oswajamy, które w jakiś sposób ciągle funkcjonuje w polu naszej uwagi. Nie ma na ten status szans książka, która przelatuje przez księgarnie.
    Trafiająca do sprzedaży książka ma przygotowaną kampanię reklamową, rozpoczyna się ona jeszcze przed wydaniem. Autor o znanym nazwisku może liczyć na recenzję w dużych dziennikach, na portalach i w stacjach radiowych, wszystkie one jednak ukazują się w ciągu dwóch tygodni przed wydaniem lub tuż po nim. Zamożny wydawca za kilkadziesiąt tysięcy złotych wykupuje dla książki miejsce na stołach w największych sieciach księgarskich, rozsyła egzemplarze recenzenckie krytykom, dziennikarzom i blogerom, zbiera ich teksty na osobnej stronie internetowej. Nie ma jednak miejsca na polemikę między krytykami, na spór między redakcjami. Każdy dziennikarz, który pisze o książce, prezentuje ją po prostu swoim czytelnikom, teksty mają charakter informacyjny, a nie refleksyjny, z rzadka krytyczny. Media poświęcają uwagę książkom tylko z okazji wydania, nowość literacka to jest to grzeje, dobrze sprzedaje się też literacki skandal. Nie ma zatem powodu, by pisać o tytułach sprzed kilku lat. Coraz większa ilość autorów – dziennikarzy czy krytyków i blogerów – uprawia z zapałem gatunek, który na własne potrzeby nazywam „misiem”. Jego główną osią, a zazwyczaj i jedyną treścią jest stwierdzenie „podoba mi się/ nie podoba mi się”. Uzasadnienie w „misiu” nie odgrywa zatem już żadnej roli. Spora część autorów internetowych przekonana jest bowiem, że tekst krytyczny składa się ze streszczenia (wątłego) i opinii własnej (skrótowej). Trudno zatem w takiej przestrzeni kreować arcydzieło.
     
    Technika kopiuj – wklej
    Portale internetowe, mniejsze czasopisma często przekopiowują materiały nadesłane przez wydawcę, przepisując słowo w słowo notę opracowaną przez specjalistę od promocji. W ciągu kilku ostatnich lat wielką karierę zrobił nowy gatunek krytyczny – blurb, czyli krótka, jednozdaniowa nota o książce, podpisana przez znaną osobistość lub ważną redakcję. W słowniku blurbowym „arcydzieło” to zasadniczy termin, wymienny często z frazą „niezwykłe dzieło literackie” (to cytat z blurba Stephena Kinga na książce Donny Tartt „Szczygieł”). Nadużywane, staje się przezroczyste, traci zupełnie swoją moc wartościowania. W literaturze gatunkowej istnieje zaś „arcydzieło przydawkowe” (zapożyczam ten zgrabny termin od Andrzej Stoffa), czyli wskazanie, w jakiej grupie dany tekst się wyróżnia. I tak można mówić o arcydziele literatury kryminalnej, sensacyjnej, arcydziele romansu. Pisze się tak o książkach rozrywkowych, często powstających w  serii. Takie arcydzieło przydawkowe sprzeczne jest jednak z samą ideą arcydzieła, które powinno wybijać się z każdego tła, nie istnieć w kontekście innych utworów, a właśnie poza nim. Szczytem absurdu w tej dziedzinie jest wskazywanie „kolejnego arcydzieła skandynawskiej literatury kryminalnej”.
    Miejsce dyskusji krytycznej zajęła zatem mniej lub bardziej rozbudowana informacja handlowa, publiczny obieg informacji o książce w Polsce skurczył się i ograniczył do reprodukowania cudzych teksów, nie ma więc mowy o tym, by z dyskusji o powieści narodziło się jakiekolwiek arcydzieło.
     
    Nasze niskie kompetencje
    Roman Ingarden pisał, że arcydziełem jest taki utwór, który cechuje się zarazem prostotą i krystaliczną harmonią budowy. Wiemy też, że arcydzieła nie da się wyprodukować, nie ma jednej recepty, listy cech i elementów, jakie musi ono zawierać. Często jest tak, że pisarze zapożyczają pewne cechy arcydzieł – używają narracji personalnej, która podnosi wartość powieści Dostojewskiego, sięgają po perspektywę dziecka, która z „Blaszanego bębenka” Grassa uczyniła arcydzieło. Na bohatera wybierają pogrążonego w marzeniach indywidualistę, czyli w jakiś sposób nawiązują do „Don Kichota” – wszystkie te rozwiązania nie czynią jednak ze zwykłej powieści arcydzieła.  Autor arcydzieła nie wie nigdy, że je pisze, utwór staje się arcydziełem często dopiero po jego śmierci, gdy dzieło ożywa. To zatem dyscyplina dla długodystansowców.  
    W „O poznawaniu dzieła literackiego” Ingarden pisze, że czytelnik, bo obcować z arcydziełem, musi wzbić się nad poziom własnej przeciętności, nastawić na wartości, powinna go cechować świeżość odczuwania, nadzwyczaj aktywne życie psychiczne, wewnętrzna wolność i „gotowość do uniezależnienia się do uznawanych dotychczas systemów wartości”. Cóż, obawiam się, że Ingarden, opisując modelowe arcydzieło, opisał też modelowego, nieistniejącego czytelnika. Dzisiaj czytamy na dwa sposoby: incydentalnie lub rozrywkowo – czyli rzadko, w poszukiwaniu oderwania od własnych spraw, wybieramy lekką literaturę gatunkową lub hobbystycznie-hurtowo – czyli z pasją, ale idąc w ilość, a nie jakość, próbujemy czytać na bieżąco to wszystko, co ukazuje się w interesującej nas dziedzinie. Niejeden bloger urządza na koniec miesiąca czy roku podsumowanie, z którego wynika, ile przeczytał tytułów, ile to było stron, na ile stron dziennie przekłada się ta ilość książek. Śmieszą mnie te statystyki i posumowania, zawsze wtedy zastanawiam się, czy możliwy byłby taki dialog między Kazimierzem Wyką i Janem Błońskim. Niestety nie mam komu o tym opowiadać, bo liczba osób, które wiedzą, kim byli Wyka i Błoński, kurczy się coraz bardziej.    
    Ingardenowi zależało na tym, by nasza analiza była wierna dziełu i rozwijająca, ukonkretniająca. Trudno spełnić dzisiaj te kryteria przeciętnemu czytelnikowi również i z tego powodu, że nie ma on podstawowych kompetencji: nie odróżnia fabuły od akcji, nie potrafi nazwać typów narracji, nie wie, jakie są kategorie estetyczne, nie czuje nastroju tekstu (a więc przechodzi suchą stopą przez cały proces edukacji szkolnej). I ten mój zarzut dotyczy czytelników wykształconych, humanistów. Wielu krytyków, pisząc o poezji, charakteryzuje „narratora wiersza”, specjaliści od powieści zajmują się wyłącznie jej linią ideologiczną, bo nie potrafią wskazać żadnych elementów formalnych.  
    W tym roku na zajęciach czytałam ze studentami reportaże Hanny Krall zebrane w tomie „Sześć odcieni bieli” – o tym, że Krall to autorka arcydzieł, nikogo chyba przekonywać nie trzeba. Jeden z nich, zatytułowany „Portret rodziny Z. we wnętrzu” wydał mi się szczególnie atrakcyjny, bo mógłby służyć za definicję ironii w literaturze. Krall przedstawia w nim rytm dnia trzypokoleniowej, wieloosobowej rodziny, stłoczonej na 30 metrach mieszkania. Kończy zaś ten reportaż tak: „Wraca więc do domu w cudownym humorze, bo mało, że ma takie szczęście do ludzi, to jeszcze pan Gutek przyniósł skądś schab karkowy (…). Ona wtedy przenosi się do łazienki. W łazience, która jest niezwykle funkcjonalna, układa na pralce (…) książki, sama siada na sedesie, przysuwa do siebie pojemnik na brudną bieliznę, (…) rozkłada na niej zeszyty i spokojnie zabiera się do sprawdzania wypracowań”. W czasie egzaminu, studenci pytani o to, jaki ton pobrzmiewa w tym tekście, odpowiadali przeważnie, że patos (choć zdaje mi się, że Krall ani razu w swoim życiu nie zastosowała tej kategorii). Co odważniejsi prosi, bym podała im opcje do wyboru…. 
     
    Trzeba uprawiać swój ogródek…
    Nie żałuję, że literatura polska nie wydaje dzisiaj arcydzieł. Ta sytuacja nie wywołuje u mnie lęku, ani tęsknot do wielkiej przeszłości – powrotu do lat 80. XIX wieku, czy do lat 60. XX wieku. Nie wynika to jednak ani z moich silnych nerwów, ani wyjątkowego optymizmu i oczekiwania na poprawę koniunktury literackiej. Chodzi bardziej o cyniczne przeświadczenie, że współczesna literatura polska jest tak słaba, że o arcydziele możemy sobie pomarzyć. Można biadać, że nie ma arcydzieł, gdy średni poziom literatury danego okresu jest wysoki, wyrównany, gdy do miana pisarzy wybitnych kandyduje duże grono i trwa między nim rywalizacja – u nas zaś teraz nędza i posucha, przetrzebiony tłumek pisarzy marzących o pozycji celebrytów, porzucających powieść ambitną dla kryminału, który przyniesie sławę i pieniądze (sprawdzony już przepis Michała Witkowskiego, ostatnio próba Kai Malanowskiej). Kto miałby rywalizować w Polsce o tytuł twórcy arcydzieł? Przecież nie młodzi – Szczepan Twardoch pisze pod trendy literackie, wybiera tylko takie rozwiązania kompozycyjne, które zrozumie przeciętnie wykształcony czytelnik. Pokolenie średnie? Joanna Bator, zamiast pisać powieści, zajęła się opisywaniem swoich strojów na wyprawie na Sri Lankę (przerażająco płytka „Wyspa łza”). Manuela Gretkowska, niegdyś desygnowana na pisarkę wybitną, obsunęła się w tanie, łzawe historyjki i interwencyjne fabuły.
     
    Może ktoś ze starszego pokolenia?  Janusz Głowacki jest pisarzem świetnym, ale ostatnio wydaje tomy felietonów czy scenariusz filmowy – to nie są gatunki, z których powstać może arcydzieło literatury. Eustachy Rylski ciągle nie może przeskoczyć poziomu swojego debiutanckiego „Stankiewicza” z 1984 roku. Jerzy Pilch wypluwa coraz to nowe książki, kolejne coraz słabsze, bo za szybko oddawane do druku. Polska literatura nie jest więc zdolna do wydania arcydzieła także i z tego powodu, że nie ma autora, który miałby w sobie wystarczająco dużo samozaparcia, by nie poddać się mechanizmom rynkowym i nie gonić za poklaskiem, nie upajać się własnym sukcesem. Większość pisarzy to bowiem ofiary swojej własnej marki, poddający się przelotnym modom i trendom literackim, obawiający się podążać swoimi ścieżkami, łasi szybkiego sukcesu. W tym sporcie dla długodystansowców, większość z nich uprawia sprint. We współczesnym życiu literackim widzę tylko jedną autorkę, której postawa przeciwna jest wszystkim moim tezom, która jest zdolna do napisania arcydzieła, która potrafi pisać na długim oddechu, niepomna na mody. To Olga Tokarczuk.
     
    Nie pragnę zatem arcydzieła, marzy mi się dużo więcej średnich, rzemieślniczych i sprawnych utworów, pisanych z szacunkiem dla czytelnika, bez oszukiwania go i wciskania kolejnych modnych tematów. Kolejnych pisanych na szybko, ledwo skleconych historii, przekopiowanych z prasy codziennej. Jak można trafić na arcydzieło w kraju, w którym większość powieści zawiera błędy językowe, interpunkcyjne i stylistyczne, które znajdziemy w okólnikach Centralnej Komisji Egzaminacyjnej? Nie ma szans.

     

     Tekst ten został opublikowany w „Polonistyce”, nr 5/2015 (wrzesień-październik)
  • Moc nazwiska czyli wszystkie twarze pisarza

    Moc nazwiska czyli wszystkie twarze pisarza

    Kilka tygodni temu Michał Witkowski wystąpił publicznie w kapeluszu przystrojonym wzorem przypominającym runy SS, a sprawa ta wywołała skandal nie tylko w środowisku modowym. Wydawnictwo Znak, które kończyło drukować właśnie jego najnowszą powieść „Funf und cfancyś”, zawiesiło wydanie tekstu i rozważa także rozwiązanie umowy z samym Witkowskim. Jak widać więc, wizerunek pisarza stał się naczelnym zagadnieniem współczesnego życia literackiego. Nie jest to zjawisko nowe, bo o stylizowanie się, budowanie dla publiczności oraz potomnych własnego pomnikowego wizerunku dbali już autorzy doby baroku, dzisiaj jednak problem image’u, medialnego oblicza nabiera zupełnie nowych znaczeń.
     
    Ile zostało z romantycznego mitu
    Z przekonania, że życie narzuca kierunek dziełu, że pisze się własnym wnętrzem i w każdym dziele rozprawia z własnymi demonami, romantycy uczynili centralny problem literatury, odrzucając całkowicie dydaktyczne porywy swoich antenatów. Jednak i w ich przypadku nie można mówić o szczerości, bo wyraźnie widać przecież, że byli oni mistrzami w kreowaniu wizerunku. W korespondencji zachowały się portrety genialnych szaleńców, opętanych duchem literatury, niewiele tam trosk o notowania giełdowe, wysokość czynszów, zaliczki od wydawców. Zatem już w chwili, gdy w literaturze ujawniła się postać autora, wraz z nią zawitał problem zarządzania jego wizerunkiem. Rodzi się „spektakl osobowościowy”.
    Ten spadek romantyczny pozostaje dzisiaj wciąż aktywny, z powodu jednak wzrostu ilości mediów, w założeniu romantycznej autentyczności dokonały się istotne przesunięcia. Każdy autor, by osiągnąć sukces, musi budować swoją rozpoznawalność, z własnego nazwiska czyni markę, której identyfikację buduje przez lata. Praca autora zatem jest trudniejsza niż praca romantyków, bo musi on równolegle tworzyć dwa rodzaje tekstu: tekst powieściowy oraz tekst życiowy, w którym to głównym bohaterem jest zawsze on sam, jego nazwisko i biografia. W utworach literackich, wywiadach, felietonach, kwestionariuszach, w czasie spotkań buduje on zatem wciąż dwa portrety: jeden zmienny, czyli związany z danych dziełem, oraz jeden stały – wizerunkowy, wykreowany w równym stopniu, co ten pierwszy. Drugi portret powstaje przez całe życie pisarza, konstruuje się go ze zdarzeń życiowych, przemyśleń, nałogów, związków. O wszystkim tym informuje się w czasie wywiadów, w których pisarz, deklarując całkowitą szczerość i obiecując obnażenie duszy, precyzyjnie i przy użyciu narzędzi literackich, wytwarza swój portret publiczny. Walka między autorami jednej epoki nie toczy się więc wyłącznie o stworzenie najlepszego dzieła, ale trwa też rywalizacja o wyrazistszy, bardziej interesujący wizerunek. Na początku lat 90. Andrzej Stasiuk umacniał swój wizerunek artysty niepokornego, opowiadając o wyroku, jaki odsiedział za uchylanie się od służby wojskowej. Jacek Dehnel kilkanaście lat temu szybko wyrobił sobie nazwisko, bo czytelnicy zapamiętali jego styl dandysa. Michał Witkowski wypłynął jako pierwszy zdeklarowany homoseksualista, który właśnie swoją płciową tożsamość ustawił w centrum powieści. Wojciech Kuczok zaistniał dzięki „Gnojowi”, w którym opisywał przemoc w katolickiej, porządnej rodzinie. Gdy jednak osłabła fala sławy, pozwolił się sfotografować z nagą żoną u boku w kolorowym czasopiśmie.
     
    Wojaczek wiecznie żywy
    We współczesnej kulturze obserwujemy zatem wojnę na biografie, rywalizację autorów, którzy własnym życiem promują dzieło, ujawniają w wywiadach kontekst biograficzny, dramatyczne przeżycia, traumy, lęki i wątpliwości, dające genezę literaturze. Wygrywają ci, którzy prowadzą życie kaskaderów, chorują, umierają młodo, mają na koncie prawdziwe skandale. Wciąż żyje romantyczny mit twórcy, spalającego się z powodu talentu i dlatego poetą wciąż inspirującym pozostaje Rafał Wojaczek, a każdy z młodych prozaików musi przejść (niczym ospę) fascynację Jackiem Kerouackiem i Williamem Burroughsem. Każdemu marzy się też amerykański sen Jerzego Kosińskiego, choć oczywiście bez takiego zakończenia. Pisarz – kaskader literatury, genialny samobójca, poświęcający życie na ołtarzu weny to jeden z mitów naszej kultury. W ramach tego mitu istnieje tylko problem wielkiej literatury i walki z własnymi demonami, nie ma za to w ogóle zagadnienia sprzedaży tekstu, publikowania. Kosiński nie musiał przecież zabiegać o wydawców i przekłady! To sami wydawcy wyrywali mu spod ręki dopiero co ukończony maszynopis.
     
    Menadżer własnej marki
    Skandalem można dzisiaj sprzedać co najwyżej jedną książkę, później każdy z autorów musi zabrać się za ciężką literacką robotę, cyzelowanie tekstu, mało widowiskową pracę przy biurku. Nikt dzisiaj jednak nie zwierza się z niemocy twórczej, opowiada wyłącznie o konieczności zmieszczenia się w wyznaczonych przez wydawcę terminie. O tym, że pisanie to trud, męka, poszukiwanie tematów, języka, godziny spędzone na twardym krześle przed komputerem, przezwyciężanie lenistwa i Bóg wie, jakie jeszcze problemy piszą dzisiaj wyłącznie Ci, którzy znajdują się poza podejrzeniem,  którzy opublikowali niedawno swą kolejną wybitną książkę. Jonathan Franzen o trudnościach z pisaniem opowiada na Book Expo America, w rozmowie zapowiadającej wydanie jego najnowszej powieści. Magdalena Grzebałkowska w artykule opublikowanym w „Książkach. Magazynie do czytania” opowiada o tym, jak to oszalała, decydując się pisać o zakończeniu wojny w Polsce. Wykorzystuje też topos skromności, gdy w całym swoim artykule udowadnia, że jej wiedza o 1945 roku była zbyt mała, powierzchowna, błędna: „Myślałam o nim mgliście, naiwnie i po dziecięcemu”. Grzebałkowska może pozwolić sobie na taką kokieterię literacką, bo do księgarni na początku maja weszła jej reporterska książka, grube tomiszcze, zbierające świetne recenzje.
    Pisanie to dziedzina lifestyle’owa, coś trendy  – taki komunikat wysyłają do czytelników pisarze za pomocą mediów społecznościowych. Za ich pomocą reklamują też  opublikowane fragmenty, wrzucają zdjęcia ze wstępne obróbki: wydruk całości na domowej drukarce, siermiężną okładkę próbnego egzemplarza (jeszcze sprzed ostatecznej korekty), dziękuje wydawnictwu za pomoc i wsparcie. Pokazują, jak wygląda ich biblioteczka, biurko, pokój do pracy. Pozują na tle elegancko (lub nonszalancko) zaaranżowanych blatów.
     
    I tutaj właśnie natrafiamy na mit drugi: pisarza – menadżera własnej marki. To mit nowoczesny: literatura to pewnego rodzaju projekt, przedsięwzięcie, pisarz zaś to stypendysta państwowych instytucji kultury i zachodnich fundacji, szykujący notatki do powieści na MacBooku w kawiarni, zdyscyplinowany gość targów książki, uczestników paneli, debat, autor felietonów w prasie wysokonakładowej, obfotografowywany w RayBanach z grubymi oprawkami. Korzystający z iPhone’a i iPada, jeśli piszący na papierze to tylko w notatniku Moleskine’a, z torbą Michaela Korsa na ramieniu. Pisarz-menadżer dba o stałą obecność swojego nazwiska w mediach, publikuje z żelazną dyscypliną co rok lub dwa lata, bo tylko takie tempo pozwala utrzymać się cały czas w modzie. Pokazuje swoje mieszkanie w kolorowych czasopismach, czyta swoje książki w wersji na audiobooka lub w radiu, ustawia się na ściankach na galach, na Facebooku komentuje sytuację polityczną, wybory, ruchy społeczne. Nie interesuje go skandal, ale umacnianie marki, ciągle pracuje nad kolejnymi utworami oraz nad własną rozpoznawalnością. Zabiega więc o tłumaczenia, wyjeżdża na zagraniczne targi książki, często spotyka się z czytelnikami. W tym micie – dokładnie przeciwnie niż w micie romantyczno-demonicznym – nie istnieje problem weny i oryginalności, cała zaś uwaga przesuwa się na proces wydawania, publikowania, zarabiania na pisaniu.
     
    Pisarz w drodze do Biedronki
    Jak wszystkie mity, zarysowane tutaj dwie postawy, mają niewiele wspólnego z rzeczywistością. Prawda leży gdzieś pośrodku, a rzeczywistość polskiego twórcy literatury często ociera się o biedę. To zatem drugi element mitu romantycznego (obok problemu publicznego wizerunku pisarza), który pozostał ciągle aktualny. W kraju, gdzie żyje więcej pisarzy niż czytelników trudno dorobić się na pisaniu. Astronomiczne zaliczki, jakie podobno otrzymali za swoje książki Jerzy Pilch czy Janusz Głowacki dostępne są niewielu, a i im plotka miejska dodaje jedno zero. Rzeczywistość polskiego pisarza to, jak przyznała Kaja Malanowska, honorarium w wysokości 6800 złotych – takiej wysokości tantiemy otrzymała za swoją książkę, która miała niezłą promocję i zdobyła nominację do Nagrody Nike.
    Wielu autorów przyznaje, że z literatury nie da się utrzymać, dlatego większość z nich pracuje na etatach w szkołach, pisze scenariusze seriali, zabiega o wyjazdy stypendialne i programy rezydencjalne. Jakobe Mansztajn w wywiadach promujących swój drugi tom poetycki opowiada szczerze, że przez kilka lat po debiucie, aby zarobić na życie, pracował w sklepie Ikei jako monter mebli.

    O ile prozaik, jeśli sprzyja mu szczęście, może utrzymać się z pisania, o tyle polski poeta nie ma takich szans. Jedynym ratunkiem dla poetów są zatem nagrody literackie, których jednak nie ma w Polsce tak dużo, by dawały utrzymanie wszystkim piszącym. Poezję drukuje się w bardzo niskich nakładach, często w instytucjach, które z powodów formalnych (np. z powodu dofinasowań ministerialnych) nie mogą sprzedawać książek z zyskiem i nie mają pieniędzy na ich promocję. Najnowszy tom poetycki Jacka Podsiadły wydała (przepięknie!) Brama Grodzka, która jednak nie może dystrybuować tej książki, a jej nakład wyniósł 300 egzemplarzy. Podsiadło otrzymał za nią Wrocławską Nagrodę Poetycką Silesius, jest także nominowany do Nagrody im. Wisławy Szymborskiej i Nagrody Literackiej Nike, niestety sam tekst okazuje się efemerydą.

    Pracujący na etacie w szkole lub domu kultury pisarz robi zatem zakupy w Biedronce, książki pisze w czasie wakacji, bierze urlop bezpłatny, by wyjechać na festiwal literacki lub spotkanie autorskie. Poeta musi jeszcze ustawić się w kolejce do wydawcy, bo liczących się wydawców poetyckich jest tak mało, że publikujący i uznani twórcy muszą czekać na swoją kolej. I znów wydaje się, że jedynym wybawieniem, jedyną dźwignią, która wyrzuci ich ponad grupę i pozwoli przejść do dużych domów wydawniczych jest ich wizerunek, moc nazwiska. Znów zatem trzeba odwołać się do „spektaklu osobowościowego”.
     
    Autentyzm i promocja
    Dlatego właśnie współczesna dyskusja o literaturze zmienia stopniowo swój kierunek. Przeciętny czytelnik nie pyta już o wartość estetyczną utworu, ale o autentyzm autora, chce wiedzieć, czy to, co w powieści zawarte, jest szczerą wypowiedzią (zmienia się więc i kryterium prawdy, prawdziwości dzieła), rzeczywistym sądem autora o otaczającym go świecie, czy też raczej historią wykreowaną w celach marketingowych, uszytą pod nagrody i kolejne trendy literackie. Na ile autentyczne są opowieści o przeszłości rodziny, o śląskich lub kresowych korzeniach, o homoseksualnej tożsamości, traumatycznym dorastaniu, dzieciństwie na wsi? Kolejne wystąpienia pisarzy na festiwalach literackich, w programach telewizyjnych, wpisy w mediach społecznościowych, udzielane przez nich wywiady dają bowiem możliwość wypowiadania się wprost, poza ramami literatury. Nie ma pisarza, który mówiłby o sobie szczerą prawdę, wszyscy tworzą jakiś swój wizerunek, część z nich jednak stylizuje się na autentyczność, ukrywając samą czynność stylizowania. Część zaś podejmuje z odbiorcą grę, stawiając problem autopromocji w centrum, uznając go za zasadnicze działanie, zagadnienie z przestrzeni kultury (jak czyni przywołany we wstępie Michał Witkowski). Czytelnicy według własnego wyczucia oceniają szczerość autorów, z upodobaniem czytają dzienniki i pamiętniki, studiują wywiady, śledzą profile swoich ulubionych pisarzy. Zgadzają się na grę, skandal, ewokowanie własnego ja do zanudzenia, za każdym razem pragną jednak autentyczności. Pisarz pozwolić sobie może na skandal, wybaczymy mu wyrok sądu, niepoprawne politycznie poglądy, słowem wybaczymy wszystko, z wyjątkiem kłamstwa marketingowego. W walce na wizerunki przegrywa nie ten, kto tworzy sobie wizerunek słaby, ale ten, kto przyznaje się do pisania dla pieniędzy, pod publiczkę, do cynicznego wykorzystywania mody na dane zjawisko. I to właśnie w nowej medialnej rzeczywistości jest największy grzech literata.
     
    Robię sobie trzy biografie…

     

    Nie piszę tego tekstu przeciwko pisarzom kreującym swoje wizerunki, lecz przeciwko czytelnikom naiwnym, szukającym szczerej prawdy i czytającym teksty literackie à la lettre. Przeciwko tym święcie przekonanym, że wywiady z pisarzami nie zawierają żadnej pozy, że korespondencja, dzienniki czy pamiętniki powstawały jako teksty intymne, prywatne, całkowicie szczere i autentyczne. Nie ma czegoś takiego, a ten, kto zaczyna pisać, od razu zaczyna też wytwarzać jakiś publiczny wizerunek, zwodzić odbiorcę, ustanawiać kierunki interpretacji. Nie ma więc autentyczności, a jedynie stylizacja na autentyczność. „Robię sobie w listach trzy biografie, każda inna (…) za swój święty obowiązek uważam wytworzenie zamętu w głowach szperaczy i przyczynkarzy do historii sztuki polskiej w drugiej połowie XX w. (…) Nie ma w tym (dbam o to) ani obrazu epoki, ani obrazu mojej psychiki, bo ten, od kiedy się dowiedziałem, że scripta manent, staram się gruntownie zakłamać” − pisał w 1970 r. Zdzisław Beksiński w liście do Marii Turlejskiej. Takie uproszczenia prowadzą bowiem do tego, że nie rozumiemy tekstów literackich (tak było w 1947 roku, gdy część czytelników po publikacji „Pożegnania z Marią” domagała się postawienia Tadeusza Borowskiego przed sądem jako obozowego drania), formułujemy błędne oceny wobec samych pisarzy (rozważamy cechy ich wyglądu i stroju zamiast cech dzieła), wreszcie dajemy sobie zamydlać oczy (gdy czytamy „Kronosa” Gombrowicza w poszukiwaniu nagiej prawdy życia, a dostajemy jedynie katalog chorób i kochanków lub gdy wierzymy Paolo Coelho, który w wywiadach opowiada o metafizycznej głębi swoich płytkich jak kałuża książczyn). Dla dobra własnego intelektu i zdolności poznawczych powinniśmy zatem potraktować literaturę oraz życie literackie jako pole walki i uzbroić się w podejrzliwość.

    Ten artykuł ukazał się w „Polonistyce” (numer lipiec-sierpień 2015)
  • Książka na zakręcie

    W ostatnich latach coraz częściej mówi się o kryzysie czytelnictwa: alarmują fatalne wyniki badań narodowego czytelnictwa, publicyści straszą, że zniknie książka papierowa, że nasze dzieci czytać będą wyłącznie treści internetowe. W pesymizm wpędzają rankingi najlepiej sprzedających się książek: rządzi na nich trylogia o młodej dziennikarce ze słabością do pejcza i podobne wzorowane na niej opowieści. Polską prozą reprezentują słabe stylistycznie przygody właścicielki pensjonatu nad rozlewiskiem. Czy zatem książka jako taka jest za zakręcie? Czy polski rynek literacki okazuje się słabszy, gorszy niż ten zachodni?

    Zawsze, gdy czytam, że we Francji jakiś tytuł sprzedał się w nakładzie 800 tysięcy egzemplarzy, w Polsce zaś rozeszło się jedynie 22 tysiące (przypadek niezwykłej, skandalizującej powieści „Łaskawe” Jonathana Littella. Jak na polskie warunki to był hit – dla porównania to samo wydawnictwo w tym samym roku sprzedało 17 tys. egzemplarzy „Lodu” Jacka Dukaja), zastanawiam się, czy nasze słabsze wyniki są rezultatem niechęci wobec książki. Czy to, że mało czytamy, stanowi efekt wtórnej analfabetyzacji, niechęci do tak nudnego i niedochodowego zajęcia jak czytanie? Czy też za przyczynę należy uznać raczej zmierzch paradygmatu kultury druku? Zmiany w tempie życia? Konkurencyjne wobec książki sposoby tekstowej komunikacji? A może to po prostu rezultat biedy? Takiej biedy, której nie widać z perspektywy centrum dużego miasta, a którą widzi każdy mieszkaniec miasta powiatowego. Nie można wszak wierzyć, że stopniowe odchodzenie od książek (albo też znikanie książek) wynika jedynie ze społecznej niechęci.
     
    Na początek trochę otrzeźwiających danych: w Polsce wydaje się średnio 30 tysięcy tytułów  rocznie, w tym tylko 5 tysięcy można zaliczyć do beletrystyki. Większość z nich to literatura tłumaczona, najczęściej zresztą z angielskiego, średni nakład powieści to między 3 a 5 tysięcy egzemplarzy (dla porównania tomy poetyckie ukazują się w nakładzie 300-500 egzemplarzy). Książka z roku na rok drożeje, dzisiaj średnio kosztuje 37 złotych brutto. W Polsce w 2012 roku działało około 2 tysięcy księgarni stacjonarnych, w Internecie istnieje 550 księgarni. Czyta tylko 32 procent społeczeństwa. Najgorzej jest na wsi − 50 procent mieszkańców wsi nie sięga po książkę wcale. To lapidarne zestawienie przekłada się na oczywiste wnioski – nie czytamy, bo książki są za drogie, bo za 37 złotych można kupić dziecku ubranie albo trampki, albo kilka kilogramów proszku do prania, albo dwa szkolne bilety do kina, albo zamówić trzy-cztery kawy w kawiarni. Każdy z nas ma swój przelicznik. Nie czytają mieszkańcy wsi, bo są najubożsi, bo dla nich 37 złotych to stosunkowo znacznie wyższa kwota.
     
    Otóż nic nie jest takie proste − proszę jeszcze raz popatrzeć na te statystyki. Owszem, nie czytają mieszkańcy wsi, a książki są drogie, ale wynika z nich także, że nie czyta 25 procent inteligencji, że nie czytają prawnicy, lekarze, dziennikarze, aktorzy, nauczyciele, inżynierowie, muzycy, filmowcy, menadżerowie, naukowcy, księża, politycy, psychologowie.  Przywoływany tu raport jest alarmujący także dlatego, że w czasie badań pytano o lekturę przynajmniej jednej książki rocznie (więcej niż 7 książek rocznie czyta jedynie 12 procent społeczeństwa). Oznacza to (i tutaj powinny zadrżeć nie tylko nasze humanistyczne dusze, ale i wszyscy ci, którzy ustawiają się w kolejce do lekarza, szukają porady prawników lub liczą na rzetelne informacje w serwisach telewizyjnych), że 25 procent pracowników nie doskonali się zawodowo, nie czyta literatury profesjonalnej, nie aktualizuje swojej wiedzy, nie uczy się niczego nowego. Nie jest więc to zatem tylko kłopot naszego wolnego czasu i tego, że społeczeństwo głupieje po godzinie 17, poddając się władzy szklanego ekranu. Durniejemy także między 9 a 17, pracując ciągle w oparciu o wiedzę, którą zdobyliśmy w czasie studiów. Nie czytają zatem ludzie, których stać na kupno książek, dla których 37 złotych to cena lunchu, jedno wejście do aquaparku, 2 smakowe latte w Warszawie. Nie czytają mieszkańcy dużych miast, mający łatwy dostęp do bibliotek oraz do oferty instytucji kultury, zapraszani na spotkania autorskie, promocyjne, dyskusje panelowe i wieczory poezji. Oznacza to, że nie istnieje w Polsce społeczeństwo wiedzy, tak hucznie anonsowane w różnych raportach, stanowiące też powód do dumy wielu polityków. To właśnie jego istnienie miało nam zagwarantować wysoką pozycję w Europie. Cóż…
     
    Cena książki nie jest barierą ostateczną, najważniejszą. Nie czytamy bowiem i tego, co znajdziemy za darmo w Internecie. Badania pokazują bowiem, że 33 procent osób korzystających z sieci nie czyta tekstów dłuższych niż „trzy ekrany komputera”. W Internecie zaś śledzimy tylko te treści, które nas interesują, są aktualne, bezpłatne, podane w nowoczesnej formie (a więc teoretycznie mają te wszystkie zalety, których nie ma przestarzała, papierowa, napisana archaicznym językiem książka – jak choćby taka jedna długa o gryce i dzięcielinie).  Dlaczego zatem nie czytamy tego, co nas interesuje, dlaczego wybieramy treści krótkie, powierzchowne, często przepisane z innych portali?
     
    Sprawdźmy jeszcze inne przekonanie – wielu nauczycieli skarży się, że młodzież nie czyta. Statystyki mówią jednak, że młodzież czyta dużo więcej niż dorośli, częściej też korzysta z bibliotek. 70 procent nastolatków wypożycza książki, tymczasem tylko 24 dorosłych potrafi znaleźć drogę do biblioteki. Jak pisze w ostatnim numerze „Książek. Magazynu do czytania” Jacek Dukaj, współczesna literatura młodzieżowa stała się dzisiaj wzorcem opowieści – tzw. young adult, czyli właśnie powieści dla starszej młodzieży rządzą we wszystkich rankingach bestsellerów. Sięgają po nie coraz częściej i dorośli, wiele osób szuka w nich przygody, oddechu, fantazji, wszystkiego tego, czego nie da nam gospodyni domowa zamieniona w drapieżną dominatrix.
     
    Okazuje się zatem, że żyjemy w dobie kryzysu czytelnictwa i rynku książki, ma on jednak zupełnie inny kształt, niż pokazują nam to media. Wydaje się też, że – co zakrawa na paradoks absolutny – za kryzys czytelnictwa w dużym stopniu odpowiada rynek wydawniczy i media właśnie. Książka na rynku wydawniczym funkcjonuje jako nowość przez 30 dni: wtedy jest recenzowana, omawiana w telewizji (w tych kilku krótkich programach, które próbują opowiadać o literaturze), czytana we fragmentach w stacjach radiowych. Wtedy pojawia się na blogach i portalach kulturalnych. Wtedy ujmuje się ją w statystykach – sprzedaży, bestsellerów miesiąca. Później znika. Niewielu jednak czytelników nieprofesjonalnych, nie zajmujących się zawodowo książką, jest w stanie za tym rytmem nadążyć. Większość książek zaś ukazuje się jesienią, przed targami książki w Krakowie, przed sezonem prezentowo-świątecznym. Łatwo gubiący się czytelnik staje wtedy w obliczu jeszcze większego problemu, musi odnaleźć się w morzu książek od jakiegoś czasu ustawionych już na półkach księgarskich i w nacierającej na niego fali nowości. Nowość można kupić w promocji, bo wydawcy chcą przyciągnąć uwagę czytelników. Nie ma jednak promocji na książki sprzed roku lub dwóch, na książki, których nie zdążyliśmy przeczytać zimą i chętnie kupilibyśmy na wakacje. Przed wakacjami jednak prasa atakuje  nas zestawieniami plażowych kryminałów i opowieści o wakacyjnej miłości, ginie więc gdzieś ta poważna proza, którą wydaje się jesienią, jakby ludzie w temperaturze powyżej 15 stopni Celsjusza tracili nagle część zdolności intelektualnych. Gdzie szukać zatem porady? Znów posłużę się tu wynikami badań czytelnictwa: dla 64 procent czytelników najważniejsze jest nazwisko autora i temat książki. Wielbiciele Władimira Sorokina czy Philipa Rotha w ciemno mogą sięgać po ich kolejne książki, młodzi chłopcy wypożyczają wyłącznie produkcje Fabryki Słów, dziewczęta od deski do deski czytają „Pretty Little Liars”, dziesięcio- i dwunastolatki pochłaniają przygody Percy’ego Jacksona, kobiety zaczytują się Magdaleną Tulli i Alice Munro. Ważne są także opinie na forach internetowych i sądy naszych znajomych, najbardziej efektywny rodzaj marketingu, czyli marketing szeptany. Tylko 15 procent czytelników sugeruje się opinią krytyki. Pozostajemy więc rozdarci między infantylnym i efekciarskim językiem marketingowych specjalistów oraz naukowym, hermetycznym językiem krytyki. Każda książka jest „największym wydarzeniem XXI wieku”, „bestsellerem rozchwytywanym w USA”, „historią mrożącą krew w żyłach”, „pełną ciepła i humoru opowieścią”. Nie mamy za to dostępu do wypowiedzi krytyki profesjonalnej, bo rytm publikacji czasopism jest odwrotnie proporcjonalny do rytmu publikacji wydawniczych. Sięgamy więc po wypowiedzi na forach i okazuje się, że o dramatycznej książce Anny Janko „Mała zagłada” opowiadającej o śmierci jej dziadków w pacyfikowanej przez Wehrmacht wsi pisze się tak: „Ostatnio miałem okazję przeczytać tą książkę i szczerze polecam każdemu. Jest tam dramat, trochę powagi i ogólnie bardzo ciekawa fabuła. Polecam każdemu kto lubi książki, gdzie się dzieje dobra akcja i wszystko wygląda bardzo autentycznie”. W takiej krótkiej wypowiedzi widać pomieszanie wszystkich kategorii, niezrozumienie zasadniczych problemów, o jakich pisze autorka.
     
    Książka zatem znalazła się na zakręcie i jest to zakręt niezwykle ostry, biegnący nad przepaścią. Nie trafiła tam jednak sama, bo to my ją tam umieściliśmy, uznając czytanie za czynność trudną, elitarną, wymagającą specjalnego stanu umysłu, którego na co dzień nie potrafimy osiągnąć. Coraz trudniej zabrać się do lektury, coraz trudniej też czytać długo i bez przerw. Odciąga nas natłok informacji przepływający obok, szereg urządzeń elektronicznych i tysiące znajdujących się w nich aplikacji. Czytanie książki – jak pisze Jacek Dukaj – staje się coraz trudniejsze, bo posługując się w ciągu dnia wieloma urządzeniami, filtrując wiadomości i przeskakując z jednej aplikacji do drugiej, nie potrafimy się skupić na książce, bo ta nie ma żadnych dodatkowych opcji. Służy wyłącznie do czytania. Wymaga koncentracji, nie podpowiada, nie zawiadamia, nie przypomina. Nie dzwoni i nie świeci (nawet w wersji elektronicznej).
     
    Tymczasem książki pozwalają nam oderwać się od życia, wyjść z kieratu, w którym kręcimy się codziennie. Uczą nas słów potrzebnych, by opisać nasze własne emocje, to dzięki losom bohaterów literackich rozpoznajemy nasze własne doświadczenie egzystencjalne. To z nich czerpiemy wiedzę o świecie, zderzamy się z cudzą myślą, konfrontujemy nasze poglądy w perspektywą zupełnie innych ludzi. To one daję nam poczucie wspólnoty, pokazują przeszłość i projektują przyszłość. To one przechowują języki, których ostatni użytkownicy pomarli, to one też płoną na stosach, gdy stają się niewygodne i niebezpieczne. To o ich treści dyskutują rodzice, obawiając się by dzieci nie sięgnęły po niewłaściwe treści.
     
    O tym wszystkim zapominamy i wikłamy się w dyskusje, czy przetrwa książka papierowa, czy zastąpią ją czytniki, czy zapach papieru i jego faktura nie jest integralną częścią literatury. Kłócimy się o to, co warto czytać, czy można pokazać się publicznie (czyli w tramwaju, autobusie i pociągu) z powieścią o wampirach.  Złośliwie analizujemy braki i lęki osób, które czytają harlequiny. Otóż wydaje mi się, że w epoce, gdy bez książki obywa się 26 milionów Polaków, nie ma znaczenia,  na jakim nośniku czytamy i jaki rodzaj literatury wybieramy. Ważne, że w ogóle czytamy. Wybieram więc powieści Michała Witkowskiego i prozę Andrzeja Stasiuka zamiast „Faktu”, Zadie Smith i Olgę Tokarczuk zamiast „Na wspólnej”, Henninga Mankella czy powieści Daniela Odiji zamiast „W11”, Johna le Carré czy Ryszarda Ćwirleja zamiast „Uwagi”, wolę powieści Sylwii Chutnik i poezję Justyny Bargielskiej od serialu „Przyjaciółki”.
     
    Ten tekst ukazał się w „Polonistyce”, nr 3/2015.